O. Serafin Rose – Boże objawienie w ludzkim sercu

KRÓTKIE WPROWADZENIE

Jest to tekst wykładu, jaki ojciec Serafin Rose wygłosił 15 maja 1981 roku – kilkanaście miesięcy przed odejściem z tego świata – na Uniwersytecie Kalifornijskim w Santa Cruz. Jego audytorium stanowili studenci z grupy „Religie światowe w Stanach Zjednoczonych”, która realizowała zajęcia z zakresu porównywania wyznań.

Santa Cruz było wówczas mekką dla poszukujących duchowych doświadczeń obywateli wielokulturowej Ameryki. Ruch ten osiągnął szczyty na przełomie lat 60-tych i 70-tych XX wieku, a jego pozostałości obserwowano jeszcze w następnej dekadzie. Młodzi ludzie, którzy przyszli posłuchać o. Serafina, byli bezpretensjonalnie reprezentatywni dla tej warstwy społecznej, eksperymentując z całą gamą pseudo-duchowych doświadczeń dostępnych w tych kolorowych kulturowo czasach. Czasach popularności wielu różnych guru obiecujących oświecenie lub olśniewających ludzi cudacznymi sztuczkami, jak: Rajneesh, Muktananda, Sri Chinmoy i wielu innych, których światło wątpliwej sławy zdążyło szybko zgasnąć. Na uniwersytecie zaś roiło się od „duchowych poszukiwaczy” omijających dyscyplinę zalecaną przez guru i dążących do rozmaitych, sensualnych doświadczeń religijnych za pomocą substancji halucynogennych. Niektórzy z nich rozczarowani duchowym ubóstwem Zachodu, poszukiwali wyższej rzeczywistości w buddyzmie tybetańskim i zen bądź modnym wówczas powrocie do amerykańskiego szamanizmu pierwotnych Indian. Ostatecznie znaleźli się również i tacy, którzy szukali prawdy w swoim chrześcijańskim dziedzictwie. Niestety Zachód został dawno temu odcięty od pełni chrześcijańskiej wiary. Pełni obecnej w tradycji przekazanej Kościołowi pierwszych wieków oraz prawdziwym i głębokim doświadczeniu Boga w Osobie Jezusa Chrystusa. Nic zatem dziwnego, że zwolennicy współczesnego zachodniego chrześcijaństwa nie byli w stanie uciec od uczucia niższości wobec magii tradycji religijnych Dalekiego Wschodu, których nauczyciele, krótko mówiąc, grali metafizyką i mistycyzmem
15 maja 1981 roku o. Serafin stanął przed całym tym spektrum prądów duchowych, mając do powiedzenia coś totalnie odmiennego, coś, o czym większość jego amerykańskich słuchaczy nigdy nie słyszała. Zaprezentował chrześcijaństwo jako tradycję wciąż oddziałującą na całą zachodnią kulturę (świadomie bądź nieświadomie). Przeciwstawił je anemicznemu chrześcijaństwu amerykańskiemu, porzucanemu na którymś etapie przez szukających duchowego sensu ludzi rozczarowanych jego powierzchownością. Dzięki swemu bogatemu doświadczeniu ukazał unikalność Prawosławia, czerpiąc z pełni objawienia Prawdy Chrystusowej wykładanej przez Bogiem oświeconych nauczycieli na przestrzeni dwóch tysięcy lat. (…)

Hieromnich Damascene

———————————————————————————–

1. POSZUKIWANIE

Dlaczego człowiek bada religię? Istnieje wiele marginalnych przyczyn, jeśli jednak dążenie to wypływa ze szczerego serca, zmierza nieuchronnie ku konfrontacji z otaczającą go rzeczywistością; ku poznaniu jej w sposób głębszy niż dostarcza tego codzienna percepcja. Rzeczywistości nieustannie zmieniającej się, gnijącej, nie pozostawiającej niczego za sobą i nie oferującej ludzkiej duszy żadnego trwałego szczęścia. Każdy przyzwoity system religijny stara się zatem wprowadzić człowieka w głębszy kontakt, ponad tą rzeczywistość.
Chciałbym dziś powiedzieć kilka słów na temat tego, w jaki sposób prawosławne chrześcijaństwo stara się odkryć duchową rzeczywistość poszukującemu jej człowiekowi. Odkrywanie jej o własnych siłach jest często niebezpiecznym zadaniem. Prawdopodobnie większość z Was słyszała historie o młodych ludziach „wypalonych” szukaniem prawdy, którzy albo umarli młodo, albo narkotyzując się, zmarnowali życie, wykorzystawszy zaledwie ułamek potencjału swego umysłu i duszy. Mnie osobiście, przypomina się przyjaciel sprzed dwudziestu kilku lat – czasu moich własnych poszukiwań, kiedy Aldous Huxley odkrywszy „duchową” wartość LSD, wpłynął na wielu ludzi, pociągając ich na dno. Mój młody kolega, typowy reprezentant tamtego nurtu, pewnego razu powiedział mi: – „Bez względu na to, co można powiedzieć o niebezpieczeństwie, jakie niosą narkotyki, musisz przyznać, że wszystko jest lepsze od codziennego amerykańskiego życia, które jest duchowo martwe”. Nie zgodziłem się z tym, ponieważ już wtedy zaczynałem dostrzegać, że życie duchowe może obrać jeden z dwóch kierunków – oferować coś więcej ponad szarą egzystencję lub zniżyć się do poziomu praktyki nie dostarczającej niczego poza duchową i fizyczną śmiercią. Mój przyjaciel poszedł własną drogą. Zdążył przed trzydziestką zrujnować umysł, porzucić poszukiwanie prawdy i stać się wrakiem niby stary człowiek.
Podobne przykłady odnajdujemy wśród ludzi dążących do przeżycia różnych form fizycznych doświadczeń, eksperymentów w stanie „poza ciałem”, spotkań z UFO i innych tego rodzaju zjawisk. (Za przykład niebezpieczeństwa związanego z duchowymi poszukiwaniami może posłużyć przypadek masowego samobójstwa z Jonestown, z 1980 roku.) Nasza prawosławna literatura ostatnich dwóch tysięcy lat obfituje w wiele konstruktywnych historii tego typu. Pozwolę sobie zacytować jedną z życia św. Nikity Kijowsko-Pieczerskiego, który żył około tysiąca lat temu w Rosji.
Wiedziony pokusą Nikita poprosił swego Starca o błogosławieństwo na wycofanie się do życia w odosobnieniu. Starzec (którym był wówczas św. Nikon) odradził mu to, mówiąc:
„Mój synu, bezczynność nie jest dobra dla ciebie, gdyż jesteś jeszcze młody; lepiej będzie ci w życiu wspólnotowym. Służąc braciom nie utracisz swojej nagrody. Znasz przecież historię Izaaka, zwiedzionego przez demony, kiedy postanowił zamieszkać na pustelni. Zginąłby, gdyby nie wyjątkowa łaska Boża, ofiarowana mu dzięki modlitwom naszych świętych Ojców – Antoniego i Teodozjusza.
Ojcze – odrzekł Nikita – nigdy nie pozwolę oszukać się demonom, zamierzam być niewzruszony wobec ataków biesów i prosić Boga o dar czynienia cudów.
Twoje pragnienie – rzekł Starzec – przekracza twoje siły. Miej się na baczności, bo popadając w samouwielbienie, zginiesz. Każę ci zostać i służyć wspólnocie, przez co dzięki posłuszeństwu otrzymasz od Boga wielką nagrodę”.
Jednak Nikita, nęcony niezwykle silną pokusą pustelniczego życia, nie miał najmniejszej ochoty zastosować się do polecenia przełożonego. Zrealizował to, co w duchu powziął. W odosobnieniu kontynuował modlitwę i nie wychodził nawet na zewnątrz swojej pustelni. Pewnego razu w trakcie modlitwy usłyszał głos modlący się razem z nim i poczuł niespotykany aromat. Nieświadomy diabelskiego podstępu, pomyślał – „Jeśli nie byłby to anioł, nie modliłby się razem ze mną i nie pojawiłby się tu zapach Świętego Ducha – po czym zawołał – Władco! Ukaż mi się w zrozumiały dla mnie sposób, abym mógł Cię ujrzeć”.
Wtedy usłyszał głos – „Nie ukażę ci się, ponieważ jesteś jeszcze młody, przez co wpadłbyś w pychę, będąc tak wyniesionym”.
Pustelnik odrzekł ze łzami – „Boże, nigdy nie dam się zwieść! Starzec pouczył mnie, abym nie poddawał się diabelskim iluzjom. Będę zaś wykonywać wszystko, co mi rozkażesz!”.
Wówczas wróg człowieka – szatan, osiągnąwszy nad nim władzę, rzekł mu: „Jest niemożliwym dla człowieka pozostającego w ciele, aby mnie ujrzał. Spójrz jednak, oto posyłam ci mojego anioła, żeby z tobą został. Wypełniaj jego wolę”.
Po tych słowach pustelnikowi ukazał się demon w postaci anioła światła. Nikita upadł mu do stóp i oddał cześć. Ten zaś powiedział: „Od tej pory zaprzestań modlitwy, a zacznij czytać książki. W ten sposób wkroczysz w nieprzerwany dialog z Bogiem i otrzymasz moc zbawiennego nauczania ludzi, którzy do ciebie przyjdą, a ja będę się nieustannie modlił do Stworzyciela wszystkiego w intencji twego zbawienia”.
Nikita uwierzył tym słowom i pozwolił zwodzić się diabłu. Przestał się modlić i zajął się czytaniem. Widząc jak niby-anioł cieszy się i trwa bez przerwy w „modlitwie”, myślał, że jego „anioł” modli się za niego. Zaczął więc głosić Słowo Boże i prorokować odwiedzającym go pielgrzymom.
Sława pustelnika sięgnęła szerokiego kręgu ludzi, docierając nawet na dwór Wielkiego Księcia Izjasława I. Jednak to, czym zajmował się Nikita, nie było bynajmniej udawanym wizjonerstwem; informował on odwiedzających go ludzi o miejscu przechowywania skradzionych przedmiotów lub o pewnych zdarzeniach, otrzymując tę wiedzę od towarzyszącego mu demona. „Przepowiedział” w ten sposób Izjasławowi morderstwo księcia Gleba z Nowogrodu i zalecił mu posłanie tam swego syna w celu objęcia rządów nad księstwem. Po tym wydarzeniu okrzyknięto Nikitę prozorliwym, wizjonerem.
Ludzie ograniczeni duchowo, a nawet pozbawieni wnikliwości mnisi, bardzo często pozwalają dać się oczarować różnego rodzaju naciągaczom, hipokrytom, a nawet opętanym, biorąc ich za świętych i prawdziwe sługi Boga.
Wracając do Nikity, nikt nie był w stanie konkurować z nim w kwestii znajomości Starego Testamentu. Biedak nie mógł jednak znieść Nowego Testamentu. Przemawiając, nigdy nie poruszał niczego z Ewangelii czy Listów Apostolskich, a odwiedzającym go nie pozwalał słowem wspominać o czymkolwiek, co wiązałoby się z życiem i działalnością Chrystusa. Ta uderzająca i dziwna nieprawidłość w jego nauczaniu pozwoliła ojcom Monasteru Kijowsko-Pieczerskiego wnioskować o owładnięciu jego duszy przez demony. Na szczęście w tamtym czasie żyło w monasterze wielu mnichów obdarzonych łaską i duchowymi darami. Dzięki ich modlitwom udało się wyrwać Nikitę z sieci diabelskich. Ojcowie wyprowadziwszy go z pustelni, poprosili, aby opowiedział im coś ze Starego Testamentu. Biedak zaczął się zarzekać, że nigdy nie czytał tych ksiąg – ksiąg, których treść znał wcześniej na pamięć. Wpływ demonicznego opętania okazał się na tyle potężny, że mnich zatracił nawet umiejętność czytania. Dzięki modlitwom świętych Ojców udało mu się ją ostatecznie odzyskać i dojść do siebie. Uświadomiwszy sobie i wyznawszy swój grzech, Nikita opłakał go gorzkimi łzami. Poprzez skromne życie we wspólnocie, otrzymał dar czynienia cudów i osiągnął wysoki stopień świętości. Święty Nikita został następnie konsekrowany na biskupa Nowogrodu.1
Z tej historii rodzi się pytanie skierowane dzisiaj do nas. W jaki sposób można uniknąć pułapek i rozpoznać oszustwa, które człowiek napotyka na swej drodze poszukiwania i duchowego doskonalenia? Istnieje tylko jedna odpowiedź na to pytanie. Dążąc do prawdy duchowej, nie można kierować się pragnieniem doświadczenia czegoś nadzwyczajnego, supernaturalnego, będącego z samej swej natury bardzo zwodniczym. Prawdy poszukuje się dla niej samej. Każdy, kto poważnie podchodzi do badań nad religią, niezmiennie natrafi na tę kwestię, która jest w istocie sprawą życia i śmierci.
Nasza prawosławna wiara chrześcijańska, będąc w opozycji do zachodnich wyznań, jest często postrzegana jako mistyczna – posiadająca kontakt z rzeczywistością duchową, dotykającą zjawisk ponadnaturalnych, których wyjaśnienie znajduje się poza zasięgiem logiki czy doświadczenia. Aby znaleźć na to przykłady nie trzeba sięgać daleko, przeszukując literaturę okresu wczesnego chrześcijaństwa. Życie cudotwórców naszych czasów było wypełnione wieloma elementami o mistycznym charakterze. Św. Jan Maksymowicz, który zmarł piętnaście lat temu (w 1966 roku – przyp. tłum.), żył w tej właśnie części Kalifornii jako acybiskup San Francisco i dostarczył nam wielu dowodów obecności mistyki w swoim życiu. Widziano go otoczonego promieniującym światłem, unosił się nad ziemią podczas modlitwy, posiadał dar jasnowidzenia, cudownego uleczania… Żaden jednak z tych elementów nie powinien być postrzegany jako „cudowny” sam w sobie, gdyż fałszerze i hochsztaplerzy mogą łatwo go sobie uzurpować. Skąd zatem wiemy, że arcybiskup Jan był rzeczywiście w kontakcie z Prawdą?

2. OBJAWIENIE

Studiując podręczniki prawosławnej teologii, można się przekonać, że Prawdy nie da się odkryć jedynie ograniczonymi siłami człowieka. Możecie czytać Pismo Święte lub inną duchową lekturę, nie rozumiejąc, o czym mowa. Jako przykład zacytuję fragment z Dziejów Apostolskich, opisujący historię spotkania Apostoła Filipa z etiopskim eunuchem.

[…] Anioł Boży tak powiedział do Filipa – „Wstań, idź na południe, na drogę, która wiedzie z Jeruzalem do Gazy. Jest pusta”. Wstał i poszedł. A właśnie pewien Etiopczyk, eunuch, dostojnik Kandaki, królowej Etiopii, sprawujący nadzór nad całym jej skarbem, przybył do Jeruzalem dla oddania czci. Teraz już wracał, siedząc na rydwanie. Czytał proroka Izajasza. Duch rzekł Filipowi – „Podejdź i przyłącz się do tego rydwanu”. Gdy Filip podbiegł, usłyszał, że czyta Izajasza proroka. Zapytał więc – „Czy rozumiesz, co czytasz?”. Tamten odrzekł – „Jak mógłbym, jeśli mnie nikt nie pouczy?”. I zaprosił Filipa, by wszedł i usiadł przy nim. A ten oto urywek Pisma był czytany przez niego: ”Jak baranek na rzeź prowadzony, jak owca niema wobec strzygących ją, tak On nie otworzył ust swoich. Po udręce i sądzie został usunięty, a kto się przejmuje Jego losem? Tak! Zgładzono Go z krainy żyjących”. Zwracając się do Filipa, eunuch zapytał – „Proszę cię, o kim tu prorok mówi? O sobie, czy o kimś innym?”. Otwarł swe usta Filip i zaczął mu opowiadać ewangelię o Jezusie, wychodząc od tego Pisma. A gdy dalej tą drogą jechali, przybyli do wody. Eunuch powiedział – „Oto woda. Co przeszkadza, bym przyjął chrzest?”. I kazał zatrzymać rydwan. Weszli obaj do wody, Filip i eunuch. I ochrzcił go. A kiedy wyszli z wody, Duch Boży uprowadził Filipa i eunuch już go więcej nie zobaczył. Pojechał dalej swą drogą pełen radości.
– Dz. 8, 26-39
Przytoczona opowieść zawiera wiele ponadnaturalnych i mistycznych elementów: Anioł objawia Apostołowi Filipowi, dokąd ma się udać, pomimo że dla Etiopczyka spotkanie na pustkowiu wydaje się przypadkiem; później po chrzcie Duch Boży zabiera Filipa, który znika sprzed oczu towarzysza. W historii tej nie odnajdujemy konkretnej odpowiedzi na pytanie – co skłoniło eunucha do przyjęcia chrztu. Pomimo obecności mistyki nie znajdziemy w niej żadnych ponadnaturalnych zjawisk czy znaków… Nie stało się to zatem za sprawą cudów. Cuda, pomimo że czasem pomagają uwierzyć, nie mogą decydować o przyjęciu chrześcijaństwa. W tym przypadku odpowiedź tkwiła wewnątrz tego człowieka.
W tej samej księdze Dziejów Apostolskich czytamy o losach Szymona Czarnoksiężnika, który za pieniądze pragnął dołączyć do Kościoła i zdobyć wyjątkowe dary Ducha Świętego. Powodzenie, prestiż i kariera w tym „fachu” zależały w dużym stopniu od nadzwyczajnych umiejętności człowieka, a te w tamtych czasach występowały częściej wśród chrześcijan niż pogan. Prośba Szymona została jednak odrzucona przez Ap. Piotra, a on sam pozostawił nam wątpliwej sławy termin „symonia”, na określenie aktu kupczenia łaską Bożą.
W przeciwieństwie do tej historii, w przypadku spotkania Apostoła z eunuchem, jego serce poruszyło się za sprawą słów Filipa. W Dziejach Apostolskich napisano, że eunuch uwierzył, tzn. coś w jego sercu zapłonęło pod wpływem kontaktu ze Słowem Bożym. Pismo Święte ma wielką moc. Właściwie interpretowane bez wątpienia jest w stanie „otworzyć” człowieka na Prawdę, jeśli tylko jest on na to gotowy. Etiopczyk uwierzył, przyjął chrzest i stał się nowym człowiekiem. Nie skłoniło go do tego żadne cudowne zjawisko, lecz to, co dał ludziom Chrystus, ofiarując samego Siebie dla zbawienia ludzkości.
Podobną rzecz zauważamy w innym miejscu Nowego Testamentu, kiedy Jezus w dniu Swego Zmartwychwstania dołącza do dwóch swoich uczniów wędrujących do Emaus (Łk 24). Zapytani o powód ich podekscytowania, dziwią Mu się, mówiąc, że jest bodaj jedyną osobą w Jerozolimie, która nie wie, co się stało. Opowiadają Mu o wielkim proroku, którego zabito i który rzekomo zmartwychwstał, sami jednak nie wiedzą, co o tym wszystkim sądzić. Wtedy Jezus zaczyna im wyjaśniać wszystkie proroctwa Starego Testamentu dotyczące losu Mesjasza. Pomimo tego przez cały czas uczniowie nie są w stanie Go rozpoznać, ponieważ nie dzieje się żaden cud, Jezus nie pokazuje im żadnego znaku. Kiedy dochodzą do Emaus, zaczyna udawać, że chce iść dalej (mógłby w ten sposób oddalić się nierozpoznany), lecz oni nakłaniają Go, by został z nimi na noc. Dopiero, kiedy siada z nimi do kolacji, łamie chleb i podaje im go – tak jak zrobił to na Ostatniej Wieczerzy – rozpoznają w Nim swego Nauczyciela. Wtedy Jezus niespodziewanie znika, a oni zaskoczeni zaczynają przypominać sobie, że kiedy cały czas wędrując, wyjaśniał im Pisma, serca ich płonęły, a pomimo tego nie poznali Go. Dopiero uświadomiwszy sobie na nowo ten płomień, a nie przez Jego tajemnicze zniknięcie (potrafi to każdy sprytniejszy magik), ostatecznie doznają olśnienia i rozpoznają w Nim Jezusa. Jest to niezwykle ważne miejsce w Ewangelii. Nie jest to pierwsze objawienie Boga skierowane do człowieka, lecz pierwszy przypadek, kiedy serce przyjmuje objawiającego się Boga – serce, które jest na to gotowe.
Na podstawie powyższego przykładu widzimy, w jaki sposób zachodzi „proces” objawienia. Obecność Boga, kogoś napełnionego Jego Duchem bądź głoszącego Jego Słowo, dotyka serca, które rozpala się i przemienia. Tę właśnie moc posiadali Apostołowie, niosąc całemu światu Ewangelię. Od Indii (możliwe, że nawet od Chin) poprzez północne ziemie Rosji, do Wielkiej Brytanii na zachodzie i Abisynii na południu, głosili Słowo Boże, nawracając i chrzcząc całe narody.
W dzisiejszych czasach ludzie stali się jednak o wiele mniej wrażliwi, bardziej przytępieni duchowo, skomplikowani oraz oporni, niż w pierwszych wiekach chrześcijaństwa. W przypadku św. Jana Maksymowicza, na ogół ci, którzy uwierzyli i nawrócili się dzięki niemu, nie uczynili tego z podziwu dla cudów, jakich dokonywał, lecz dzięki „czemuś” wydobywającemu się z jego osoby, co poruszyło ich serca. Podzielę się teraz z Wami pewnym zdarzeniem z życia arcybiskupa, które miało miejsce w Szanghaju, podczas II wojny światowej. Opowiedziała mi o tym dobra znajoma Anna, z zawodu fonetyk, która zmarła przed kilkoma laty.
Posty władyki Jana były tak wyczerpujące, że tracił podczas nich siłę poruszania dolną szczęką, przez co mówił dość niewyraźnie. Zadaniem Anny było pomaganie mu w rozwijaniu sprawniejszej artykulacji dzięki odpowiednim ćwiczeniom. Przychodził zatem do niej regularnie, a kiedy kończyli zajęcia, miał w zwyczaju zostawiać jej dwudziestodolarówkę. Pewnego razu, podczas działań wojennych kobieta została ranna. Gdy leżąc w szpitalu w Szanghaju, usłyszała od lekarzy, że jest bliska śmierci, jedyną rzeczą, której zapragnęła było spotkanie z władyką Janem i przyjęcie sakramentu Eucharystii, ponieważ wierzyła, że w jakiś sposób może ją to uratować. Późna pora i potężna burza szalejąca na zewnątrz praktycznie uniemożliwiała komunikację w mieście. Kobieta błagała o możliwość skontaktowania się z władyką, ale nikt nie dawał jej na to szans. Telefony nie działały z powodu sztormu, a wskutek działań wojennych szpital był na noc zamykany. Zostało jej jedynie desperackie krzyczenie: – „Ratunku! Arcybiskupie Janie, przybądź!”. Ludzie brali ją, rzecz jasna, za wariatkę, ponieważ nie było cienia nadziei na pojawienie się kogokolwiek. Lecz oto w nocy, w środku rozszalałej burzy, nagle otworzyły się drzwi sali i stanął w nich arcybiskup Jan ze Świętymi Darami. Podszedł do jej łóżka, udzielił Spowiedzi, uspokoił ją (była uszczęśliwiona), udzielił Eucharystii i odszedł.
Kobieta spała po tym wydarzeniu przez osiemnaście godzin, a kiedy się obudziła, poczuła, że wyzdrowiała. „To musi być sprawa arcybiskupa Jana” – pomyślała. „Jakiego arcybiskupa Jana?” – dopytywały się pielęgniarki, twierdząc, że nikt nie był w stanie wejść podczas burzy do zamkniętego szpitala. Osoba z sąsiedniego łóżka zeznała, iż ktoś faktycznie był przy chorej ostatniej nocy, ale i tak nikt nie chciał dać temu wiary. Anna zaczęła się zastanawiać, czy aby nie miała jakichś halucynacji. Kiedy jednak pielęgniarki ścieliły tego dnia jej łóżko, znalazły pod poduszką dwudziestodolarowy banknot. „Aha! – krzyknęła – Oto dowód, że on tu był!”.
Jakim sposobem arcybiskup wiedział? Jak udało mu się dotrzeć do chorej, skoro warunki pogodowe uniemożliwiały jakąkolwiek komunikację i transport? Można powiedzieć, że podobnie jak wiele innych rzeczy tego rodzaju, zostało mu to objawione. Lecz w jaki sposób się to dokonało? I dlaczego właśnie jemu, a nie komuś innemu? Dlaczego Prawda jednym się objawia, a innym nie? Czy istnieje jakiś specjalny narząd, przez który się jej doświadcza? Cóż, w pewnym sensie, istnieje taki narząd, jednak zazwyczaj blokujemy go, nie pozwalając mu się otworzyć. Boże objawienie dociera do nas przez kochające serce. Wiemy z Pisma Świętego, że Bóg jest miłością. Chrześcijaństwo jest religią miłości. (Możecie mieć pewne zastrzeżenia, patrząc na ludzi, którzy nazywają siebie chrześcijanami, a w rzeczywistości nimi nie są, jednakże chrześcijaństwo praktykowane w prawidłowy sposób jest religią miłości.) Sam nasz Zbawiciel Jezus Chrystus mówi, że Jego prawdziwych uczniów wyróżnia przede wszystkim miłość: – „Po tym wszyscy poznają, że moimi jesteście uczniami, gdy miłość wzajemną ku sobie mieć będziecie.” (J 13,35)
Jeśli zapytacie kogokolwiek, kto znał arcybiskupa Jana, co ciągnęło i nadal przyciąga do niego ludzi, nawet tych, którzy nigdy go nie poznali – odpowiedź będzie zawsze ta sama – był przepojony miłością. Poświęcił się dla ludzi z powodu absolutnej miłości do Boga i do nich samych. To dlatego doświadczał objawień, które nie mogłyby być darowane przeciętnemu człowiekowi. On sam nauczał, że pomimo całego mistycyzmu naszej Cerkwi, który znajdujemy w Żywotach Świętych i pismach św. Ojców, prawdziwie prawosławna osoba w obliczu jakiegokolwiek życiowego zdarzenia stoi zawsze twardo na ziemi. Tylko w niektórych wyjątkowych sytuacjach, wymagających szczerego, kochającego serca człowiek prawdziwie „doświadcza” Boga. Prawdę poznaje się sercem, nawet jeśli najpierw Bóg musi to serce przełamać i upokorzyć, czyniąc je podatnym, jak było w przypadku Ap. Pawła, który początkowo nienawidził i prześladował chrześcijan. Dla Boga przeszłość, teraźniejszość i przyszłość ludzkiego serca zawsze jest jawna i wie On, kiedy może się tam dostać i w jaki sposób do niego przemówić.
Przeciwieństwem kochającego serca, które otrzymuje od Boga objawienie, jest stan zimnej kalkulacji – ograbiającej ludzi, z czego się da, który w życiu religijnym skutkuje oszustwami i różnego rodzaju szarlatanizmem. Jeśli spojrzycie dziś na stan religii na świecie, przekonacie się, że mamy do czynienia z masą oszustw, kłamstw i szybko zmieniającej się popularności różnych wyznań. Jak w tym wszystkim odnaleźć Prawdę? Trzeba poszukać głębiej.

3. CIERPIENIE

Przed około rokiem, podczas podróży pociągiem zdarzyło mi się odbyć rozmowę z pewnym młodym Amerykaninem uczącym się języka rosyjskiego. Twierdził, że spotkanie to było dla niego czystym przypadkiem… jak jednak wiemy w życiu nie ma przypadków. Był człowiekiem poszukującym duchowego sensu w życiu i miał za sobą niewątpliwie niekorzystne doświadczenia wyniesione z uczestnictwa w rozmaitych tzw. chrześcijańskich wspólnotach. W pewnym momencie był niemalże skłonny porzucić poszukiwanie „swojej” Prawdy, twierdząc, że jedyne, z czym się dotychczas spotkał to hipokryzja i zakłamanie. Punktem przełomowym tamtego okresu zwątpienia była chwila, w której dowiedział się o doświadczeniach Rosjan cierpiących za wiarę chrześcijańską. „Za cierpieniem – pomyślał – musi stać coś prawdziwego.” Uczył się zatem języka rosyjskiego, aby móc pojechać do Rosji i spotkać tam prawdziwych chrześcijan. Jako prawosławny kapłan byłem tym wielce zdumiony, ponieważ ten chłopak nigdy przedtem nie uczestniczył w żadnym prawosławnym nabożeństwie ani nawet nie widział prawosławnego duchownego. Odbyliśmy dłuższą dyskusję na temat religii i stwierdziłem, że w jego sposobie myślenia, traktującym cierpienie jako wyraz „czegoś prawdziwego”, jest wiele racji. Analogicznie przyjemne życie folgujących sobie we wszystkim Amerykanów, produkowało jedynie nieprawdziwość i obłudę.
W czwartym wieku wielki teolog prawosławny Św. Grzegorz z Nazjanzu (zwany również „Teologiem”) nazwał naszą religię cierpiącą, taki był bowiem obraz Kościoła od samego początku jego istnienia. Wierzący w ukrzyżowanego Boga od zawsze stanowili obiekt prześladowań i tortur. Prawie wszyscy Apostołowie skończyli swoje życie jako męczennicy; św. Piotr będąc ukrzyżowanym głową w dół, a św. Andrzej kończąc żywot na krzyżu w kształcie litery X. Podczas trzech pierwszych wieków chrześcijaństwa wierni ukrywali się w katakumbach, gdzie doświadczali ogromnych cierpień. To właśnie w katakumbach, w atmosferze ciągłego oczekiwania śmierci, ustanowiono Boskie nabożeństwa, które sprawujemy do dziś w formach niewiele zmienionych od celebrowanych w tamtym czasie. Po okresie katakumbowym nastąpił okres zmagań o utrzymanie czystości wiary, kiedy wielu jej nauczycieli prezentowało własne poglądy, podważając niektóre elementy Bogiem objawionego nauczania. W późniejszych wiekach cierpieliśmy z powodu najazdów Arabów, Turków i innych niechrześcijańskich ludów, a w obecnym stuleciu walczymy z komunizmem. System komunistyczny, który prześladuje religie w sposób wyjątkowo zajadły i nieporównywalny z żadnym innym okresem z przeszłości, zaatakował w największym stopniu prawosławne ziemie wschodniej Europy. Cierpienie to niesie jednak ze sobą coś głębszego, coś, co pomaga sercu przyjąć Boże objawienie.
Co ma nam dziś do powiedzenia Prawosławie w Rosji, które tak bardzo chciał poznać wspomniany młody Amerykanin? Czy kochające serca Rosjan są w stanie poprzez samo cierpienie odnaleźć Prawdę? Z punktu widzenia zdrowej logiki – nie ma na to szans. Celem komunizmu sprawowanego żelazną ręką już od ponad sześćdziesięciu lat, od początku jego istnienia, było wyeliminowanie religii. U schyłku lat trzydziestych XX wieku z zaledwie garstką czynnych cerkwi niemalże się to udało. Gdyby nie inwazja Hitlera, która rozbudziła w narodzie rosyjskim patriotyzm i pewną nadzieję (w przeciwieństwie do przygnębiającej ideologii komunizmu), Cerkiew mogłaby całkowicie zejść do podziemi. Dziś sytuacja przedstawia się nieco lepiej, jednak ciągle wyczuwa się pewną presję kierowaną na chrześcijan. W latach 60-tych za czasów Chruszczowa w ZSRR miał miejsce nawrót prześladowań skutkujący zamknięciem około trzech czwartych czynnych wówczas świątyń. Wskutek tego obecnie oprócz miast odwiedzanych przez turystów – jak Moskwa czy Leningrad, gdzie zobaczycie około kilkudziesięciu otwartych cerkwi – w wielu dużych ośrodkach miejskich można nie spotkać ich wcale bądź trafić zaledwie na kilka. Chcąc ochrzcić dziecko, trzeba czasem przebyć setki mil.
Chciałbym teraz powiedzieć kilka słów na temat tego, w jaki sposób współcześnie Bóg objawia się cierpiącym ludziom. Większość z Was słyszała zapewne o wielkim powieściopisarzu rosyjskim Aleksandrze Sołżenicynie. Został on wydalony ze swojej ojczyzny w 1975 roku z powodu głoszenia prawdy o Rosji widzianej swoimi oczyma. Człowiek ten ma prawie tyle samo lat, co reżim komunistyczny, nie ma zatem podstaw oskarżać go o jakiekolwiek uprzedzenia względem ideologii wyniesionej z młodości. Urodził się rok po rewolucji październikowej, stracił ojca w I wojnie światowej i prowadził typowe inteligenckie życie w Związku Sowieckim. Studiował matematykę z zamiarem zdobycia praktycznego zawodu, następnie służył na froncie podczas II wojny światowej i jako żołnierz udał się z armią sowiecką do Niemiec. W 1945 roku został aresztowany i osadzony na osiem lat w obozie koncentracyjnym za niewybredne uwagi o Stalinie, na które pozwalał sobie w prywatnej korespondencji. W 1953 roku, gdy wyrok dobiegał końca, zmuszono go do emigracji do miasta graniczącego z pustynią, na południu Kazachstanu (nie oznaczało to uwięzienia, lecz nie pozwalało na całkowitą swobodę). Tam, otarł się o śmierć – zachorował na nowotwór. Jednak zdołał się wyleczyć, co później opisał w powieści o klinice nowotworowej – Oddział chorych na raka. W miejscu zesłania nauczał matematyki i fizyki, w tajemnicy zajmując się pisarstwem. Po śmierci Stalina w Związku Radzieckim miała miejsce pewna odwilż polityczna i czasowe zmiękczenie reżimu, przez co uwolniono go i pozwolono w 1961 roku wydać jedną książkę. Okazało się wtedy, że był większym „dysydentem” niż sądzili komuniści, wskutek czego zabroniono mu dalszej publikacji. Jego powieści zaczęto od tamtej pory wydawać poza ZSRR. Stał się przez to obiektem wątpliwej sławy wśród władz sowieckich; nie pozwolono mu nawet odebrać osobiście Nagrody Nobla, przyznanej w 1970 roku, a pięć lat później ostatecznie wydalono go z kraju i zesłano do wschodnich Niemiec.
Sołżenicyn mieszka obecnie w stanie Vermont w USA i kontynuuje pisanie. Swego czasu zwracał się publicznie do zachodniego społeczeństwa, poruszając bardzo istotną kwestię znaczenia rosyjskiego eksperymentu z ateizmem. Pisarz postrzega go w sposób nie ograniczony jedynie do perspektywy politycznej, ale proponuje bardziej przyziemny a jednocześnie duchowy punkt widzenia. W pewnym stopniu człowiek ten, nie złamawszy się pod ciężarem cierpienia, które znosił na przestrzeni ponad sześćdziesięciu lat reżimu, jest symbolem ożywienia współczesnego Prawosławia w Rosji. Posiadając silną wiarę chrześcijańską wypróbowaną przez rozmaite doświadczenia, ma światu do przekazania ważną wiadomość. Jego monumentalna powieść Archipelag GUŁag powinna znaleźć zainteresowanie wśród wszystkich, którzy chcą zrozumieć, na czym polegał ateizm praktykowany w Rosji i jakie konsekwencje przyniósł dla ludzkich dusz.
Sołżenicyn nie wyraża się gorzko ani o swoich przeżyciach w obozie koncentracyjnym ani o następujących potem. Zbędne namiętności zwyciężył z pomocą wiary chrześcijańskiej. Ateizm postrzega nie jako element „rosyjskości”, ale jako uniwersalną, pewną kategorię duszy człowieka. Kiedy przyjmuje się ateistyczne poglądy za prawdziwe, wierząc, że Bóg nie istnieje, wtedy – jak pisał Dostojewski w swoich powieściach – wszystko staje się dozwolone. Rodzi się przyzwolenie na eksperymentowanie ze wszystkim, co przyjdzie człowiekowi do głowy: z każdą nową inspiracją, sposobem patrzenia na świat, typem społeczeństwa.
Wartość myśli Sołżenicyna zawiera się w próbie ukazania przez niego prawdziwego oblicza ateizmu. Stając się dominującą filozofią, dąży on do eksterminacji wszystkich religii, przez co wymusza istnienie obozów koncentracyjnych, ponieważ człowieka domagającego się religii – która jest zabroniona – trzeba się pozbyć. „Zabawa” z ateizmem skończyła się w ZSRR siecią gułagów.
Bóg objawił się Sołżenicynowi podczas pobytu w więzieniu. Powstaje pytanie, w jaki sposób, doświadczenie gułagu ukazujące całe zło natury ludzkiej może być jednocześnie początkiem duchowego odrodzenia człowieka? Kwestia ta jest niebagatelna, bowiem kryje przyczyny obecnego ożywienia religijnego w Rosji, mającego charakter o wiele głębszy niż „duchowe przebudzenia” występujące w wolnym świecie. Sołżenicyn tak relacjonuje sposób, w jaki doszedł do wiary: „Z całego ładunku cierpień i bólu, który na mnie spadł, dane mi było wynieść zasadnicze doświadczenie – w jaki sposób człowiek staje się zły i w jaki sposó staje się dobry. Oszołomiony młodzieńczymi sukcesami czułem się niezniszczalny, a to uczucie zrodziło we mnie okrucieństwo (w armii służył w stopniu sierżanta). Z nadmiaru władzy stałem się mordercą i oprawcą. W najgorszych momentach byłem przekonany, że postępuję dobrze. Uspokajając sumienie, systematycznie argumentowałem swoje działania prawidłowymi pobudkami. Dopiero leżąc na zgniłej, więziennej słomie, po raz pierwszy poczułem w sobie pragnienie uczynienia czegoś dobrego”.
W tym momencie w jego sercu zachodzi pewna przemiana; zaczyna robić się miękkie i podatne. ”[…] Stopniowo począłem zdawać sobie sprawę, że linia oddzielająca dobro od zła nie przebiega przez państwa, klasy społeczne czy partie polityczne, lecz przez każde ludzkie serce, a następnie przez wszystkie ludzkie serca… I nawet w sercu owładniętym złem, można odnaleźć jeden mały przyczółek dobra… a w sercu najlepszym ze wszystkich, zawsze pozostanie… niewykorzeniony, mały zakątek zła.”
Jakże wnikliwa i głęboka jest ta obserwacja w porównaniu z naszym zachodnim doświadczeniem. Jest mądra, ponieważ jest zbudowana na cierpieniu, a ono, jak już wiemy jest emocją bardzo prawdziwą. Potraktowane odpowiednio, może dać początek duchowej przemianie. Sam Chrystus przebył drogę cierpienia prowadzącą aż na Krzyż. Doświadczenia Rosjan miażdżonych jarzmem komunizmu nie pozostawiają wątpliwości, co do realizmu tego odrodzenia.

4. PONOWNE NARODZINY

Usłyszycie teraz historię Jurija Maszkova, prostego człowieka z Rosji, który nawrócił się i został wierzącym chrześcijaninem. Przed trzema laty wydalono go z Rosji, a rok temu, mając niewiele ponad czterdzieści lat, zachorował na nowotwór i zmarł. W zaledwie trzy miesiące po przyjeździe do tego kraju, zrelacjonował swoją drogę do wiary – w jaki sposób Bóg objawił się w jego sercu poprzez cierpienie.
W 1978 roku został poproszony o przemowę na pewnej rosyjskiej konferencji odbywającej się w New Jersey. Zanim jednak zabrał głos, wyjaśnił, że przed przyjściem tam nie miał pojęcia, o czym będzie mówić.
„Byłem zaniepokojony, wydawało mi się, że nie mam Wam tak naprawdę nic do powiedzenia. Pierwszą połowę mego życia spędziłem na nauce, drugą w więzieniach i politycznych obozach koncentracyjnych Gułagu. Czego miałbym nauczyć ludzi o wiele bardziej ode mnie wykształconych, elokwentnych, zorientowanych w sprawach Związku Sowieckiego?”
W tym miejscu zauważamy pewien dysonans pomiędzy doświadczeniami wyznawców Prawosławia mieszkających na Zachodzie. Wielu z nich posiada szeroką wiedzę teoretyczną na temat swojej religii, lecz brak im doświadczenia cierpienia oraz uczucia, że nie zdobyli wiary za darmo. Natomiast Jurij nie opiera się na wiedzy książkowej, lecz czerpie z własnego życia.
„W związku z tym – kontynuuje Jurij – nie przygotowałem żadnej przemowy, lecz zamierzam mówić o wszystkim tym, co tylko Bóg włoży mi do serca. Zrozumiałem, że całe moje duchowo upadłe życie w ‘komunistycznym raju’, moja droga od ateizmu poprzez marksizm do Prawosławia jest jedyną wartościową dla Was informacją. Moje życie może być interesujące jedynie w takim stopniu, w jakim pokrywa się z nurtem religijnego odrodzenia Rosjan. Urodziłem się w krwawym 1937 roku, we wiosce Kliszev, trzydzieści mil od Moskwy. Mój ojciec, z zawodu kowal, zmarł podczas wojny i nie pozostawił mi wielu wspomnień. Matka, która zarabiała na życie wykonując różne zawody, była raczej obojętna na sprawy religii. Jedynie babka była religijna”. (W istocie w Rosji niemal zawsze znajdzie się jakaś pobożna babka lub matka, która potrafi sprowadzić rodzinę na drogę wiary.) ”Niestety nie miała ona w moich oczach autorytetu, ponieważ była niepiśmienna. Zostałem oczywiście ochrzczony jako dziecko, jednak w latach szkolnych zdjąłem krzyżyk i do dwudziestego piątego roku życia byłem typowym ateistą. Po ukończeniu siedmioletniej szkoły podstawowej miałem wielkie szczęście dostać się do Moskiewskiej Wyższej Szkoły Sztuki i Przemysłu, gdzie studiowałem przez pięć lat z siedmiu wymaganych do zdobycia pełnego wykształcenia. Dzięki temu – zewnętrznie – moje życie rozpoczęło się bardzo obiecująco. Z momentem zakończenia edukacji jako dyplomowany artysta miałbym przed sobą otwarte każde drzwi.”
Jest to typowy przykład sowieckiej, akademickiej biografii. W Związku Radzieckim wykształcenie jest traktowane bardzo poważnie – otwiera drzwi do dostatniego i interesującego życia, podczas gdy porażka w sferze edukacji oznacza utrzymywanie się z pracy w rodzaju sprzątania ulic.
„Nudna radziecka codzienność i brak duchowej satysfakcji nie dawały mi jednak spokoju. Wtedy, około 1955 roku, zdarzyło się coś, co odwróciło moje życie o sto osiemdziesiąt stopni i ostatecznie przywiodło mnie tutaj. Nie było to żadne zewnętrzne wydarzenie, czy też czyjaś sugestia, ale raczej pewna nagła przemiana w mojej duszy, dzięki której uświadomiłem sobie, w jakim państwie żyłem. Państwie – mimo całej sowieckiej propagandy – absolutnego bezprawia i absolutnego okrucieństwa. Wielu moich kolegów – studentów również doszło do podobnych wniosków, wobec czego z czasem uznaliśmy za nasz obowiązek podzielić się z ludźmi naszym odkryciem, aby w jakimś stopniu powstrzymać triumf zła. Jednak tajne służby Związku Radzieckiego bardzo uważnie „opiekują się” swoimi obywatelami. Kiedy 7 listopada 1958 roku (miałem wtedy dwadzieścia jeden lat) zebraliśmy się na spotkaniu organizacyjnym, żeby omówić kwestię podziemnej publikacji materiałów sabotażowych, niespodziewanie aresztowano sześciu z nas. Każdemu, kto nie okazał skruchy, wymierzono najwyższy wymiar kary za antysowiecką agitację – siedem lat w obozie koncentracyjnym. W ten sposób w moim życiu rozpoczął się kolejny rozdział.”
Do tego momentu, jak widzimy, nie zaszła jeszcze w Jurim żadna przemiana w sferze religijności. Ciągle pozostaje on młodym idealistą, którego plany zostały nagle zdławione, a on sam zesłany do gułagu.
„Wszyscy byliśmy w tamtym czasie ateistami i marksistami ‘eurokomunistycznego’ obozu. Byliśmy przekonani, że marksizm, sam w sobie, produkuje prawidłową myśl wiodącą ludzi ku jasnej przyszłości, do królestwa wolności i sprawiedliwości. Jedynie ci kryminaliści z Moskwy z jakiegoś powodu nie chcieli realizować tej myśli w życiu. W obozie koncentracyjnym pogląd ten kompletnie i na zawsze umarł w nas wszystkich.”
Po aresztowaniu Jurij popadł w rozpacz. Stracił wiarę w ideologię, której wcześniej ufał, przedstawiającą komunizm jako źródło szczęścia i pokoju. Dostrzegł, że w rzeczywistości nie był on taki, jakim go prezentowano. Dopiero wtedy, po zesłaniu do obozu, coś w jego duszy zaczęło się zmieniać.
„Chciałbym objaśnić pokrótce proces duchowego odrodzenia – kontynuuje – abyście zrozumieli jak niezawodnie zachodzi on wśród Rosjan. Proces prowadzący od ateizmu do autentycznej wiary, który nie dotknął jedynie mnie i kilku moich przyjaciół, lecz jest rezultatem zderzenia się z rzeczywistością obozu koncentracyjnego. Składa się on z dwóch etapów. Na początku dostrzegamy prawdziwą naturę marksizmu i pozbywamy się co do niego wszelkich złudzeń; dzięki dogłębnej analizie odkrywamy, że doktryna ta jest w swej naturze nauką całkowicie totalitarną, innymi słowy – doktryną niewolnictwa. Partia komunistyczna jakiegokolwiek kraju, która zamierza podjąć się realizacji jej programu, ma przed sobą tylko dwa kierunki: powtórzenie tego, co robili i robią komuniści w Moskwie albo odrzucenie marksizmu i ateizmu oraz zlikwidowanie samych siebie. Zrozumiawszy tę prostą prawdę, tracimy fundament ideologiczny, na którym staliśmy; przeciwstawiamy mu niewolnictwo płynące z marksizmu. Wpadamy w duchową próżnię, rysującą za sobą jeszcze głębszy kryzys.
„Po uwolnieniu się z obozu (czyli siedem lat później), wizja dalszego życia nie pozostawiała złudzeń co do konsekwencji jakiegokolwiek oporu wobec władzy; zesłano by nas z powrotem do łagru, wykończono w więzieniach psychiatrycznych albo zamordowano bez zbędnych przesłuchań czy procesów.”
„W warunkach całkowitego kryzysu duchowego prowadzącego do sytuacji bez wyjścia, nieuchronnie rodzi się w człowieku egzystencjalne pytanie o sens życia przy zupełnym ograniczeniu własnej woli. Z chwilą, gdy przychodzi ten moment, każdy z nas czuje, że śmierć złapała go za gardło – jeśli nie pojawi się żadna odpowiedź, można być pewnym swego końca, ponieważ bez Boga nie tylko ‘wszystko jest dozwolone’, ale życie nie przedstawia już żadnej wartości i znaczenia. Widziałem, jak ludzie w obozie odchodzili od zmysłów i kończyli ze sobą popełniając samobójstwo. Czułem wyraźnie, że jeśli w ostateczności dojdę do wniosku, że Boga rzeczywiście nie ma, dla mnie również będzie to jedyną ucieczką. Nie ma bowiem niczego bardziej upokarzającego dla racjonalnie myślącej istoty niż przedłużanie tego beznadziejnego i sprawiającego jedynie ból życia. W ten sposób na drugim etapie procesu odrodzenia odkrywamy, że ateizm, będąc logicznie przemyślanym złem, prowadzi człowieka do zatracenia; jest bowiem nauką o niemoralności i śmierci.”
„Tragiczny koniec – samobójstwo lub szaleństwo – byłby również moim udziałem, gdyby pierwszego września 1962 roku nie zdarzył się największy w moim życiu cud. W zasadzie nic nie zwiastowało tego, co się miało za chwilę stać. Pogrążony w samotności rozważałem kwestię ‘być albo nie być’. Zdążyłem już sobie uświadomić, że wiara w Boga to zbawienna rzecz. Bardzo pragnąłem w Niego uwierzyć, ale nie potrafiłem samego siebie przełamać; nie miałem wiary.”
„Wtedy po raz pierwszy przyszedł moment, gdy w jakiś sposób przejrzałem – jak gdyby drzwi ciemnego pokoju otwarły się na zalaną światłem ulicę. W następnej chwili byłem już absolutnie przekonany, że Bóg istnieje i że jest Nim Jezus Chrystus Prawosławia. Absolutnie żaden inny bóg, lecz Bóg wyznawców Prawosławia. Ten moment jest dla mnie największym cudem, ponieważ towarzyszyła mu całkowita pewność, która przyszła do mnie nie poprzez rozumowanie – wiem to na pewno – lecz zupełnie inną drogą, której nie jestem w stanie racjonalnie wyjaśnić. W ten sposób rozpoczęło się moje życie duchowe, dzięki któremu zdołałem przeżyć kolejne trzynaście lat w obozach koncentracyjnych, więzieniach i podczas przymusowej emigracji. Wierzę też, że poradzę sobie z trudami życia emigranta, które są jeszcze przede mną.”
„Ten moment wiary, będący największym cudem, przeżywany jest współcześnie w Rosji przez tysiące ludzi, nie tylko w więzieniach czy na zesłaniu. Igor Ogurtsov, założyciel Unii Społeczno-Chrześcijańskiej, doszedł do wiary nie w obozie, lecz na uniwersytecie. Odrodzenie religijne jest dziś w Rosji zjawiskiem powszechnym. Wszystko, co żywe duchowo, niezawodnie prowadzi do Boga. Jest faktem absolutnie niezaprzeczalnym, że tak zbawczy cud dokonujący się pomimo całej potęgi komunistycznej władzy, może dziać się jedynie z woli Wszechmogącego Boga i Zbawiciela, który nie pozostawił Rosjan samych sobie w strasznych cierpieniach i totalnej niemocy wobec wielu wrogów.”

5. PODSUMOWANIE

Doświadczenie tego jednego człowieka – Jurija Maszkova – stanowi bardzo wymowny przykład Bożego objawienia, które rozpoczyna się i dzieje w sferze serca. Cierpienie, będąc ważnym komponentem tego procesu, nie gwarantuje jednak dostąpienia tej szczególnej Bożej łaski. Na przestrzeni ostatnich sześćdziesięciu lat opublikowano w Rosji masę materiału dokumentalnego zawierającego bolesne doświadczenia ludzi, którzy nie nawrócili się dzięki cierpieniu. Za przykład może posłużyć książka pt. Moje świadectwo napisana w języku angielskim przez Rosjanina o nazwisku Marczenko. Autor, nie mogąc znieść ohydnego uczucia powszechnego zakłamania panującego w Związku Radzieckim, gdzie wszyscy oszukiwali wszystkich, odważył się głosić swoje poglądy i został za to zesłany do obozu. Władze poddawały go absurdalnym przesłuchaniom, przekonując – „Wiesz, że jeśli będziesz trwał w swoich poglądach, jeżeli nawet zdołasz się wydostać, wrócisz tu z powrotem. Dlaczego nie chcesz robić tego, co inni?”, „Nie mogę – odpowiadał – jestem uczciwy”. Obserwując wierzących więźniów, odnosił wrażenie, że są oni jedynymi szczęśliwymi ludźmi w obozie, ponieważ akceptując swój los, mówili – „cierpię dla Chrystusa”. „Ale ja nie potrafiłem być jak oni, ponieważ nie wierzyłem w Chrystusa” – twierdził zrezygnowany. Z tego powodu wściekał się na wszystko, a widząc strażników więziennych, najchętniej roztrzaskałby ich drzwiami. Kiedy wyszedł na wolność był przepełniony goryczą i pragnął śmierci dla swoich oprawców. Wiedział, że trafiłby za to z powrotem do obozu, co niezależnie od tego i tak nastąpiło, kiedy napisał swoją książkę. Mimo wszystko nie potrafił pogodzić się ze swoim losem.
Serce Marczenki nie było gotowe poznać Boga, było twarde. Serce jest jednak złożonym organem i zmienia się pod wpływem czasu. Najważniejszy dla nas wniosek płynący z jego doświadczeń jest taki, że nie można wsadzić człowieka do więzienia, mówiąc – „zrobimy z niego chrześcijanina”. Jedni się nawracają, inni nie. W przypadku, gdy mamy do czynienia z nawróceniem, jego proces zamyka się w następującym modelu – osoba jest w potrzebie, cierpi i wskutek tego zaczyna szukać dostępu do innego wymiaru rzeczywistości, ponieważ nie może znieść tego, w którym tkwi. Im bardziej cierpi, im większe ma do pokonania trudności i im mocniej jest zdesperowana, tym bardziej Bóg gotów jest przyjść jej z pomocą i wskazać właściwe rozwiązanie.
Podsumowując – właściwym sposobem zbliżenia się do Boga jest zdobycie się w sercu na upokorzenie własnego „ja” przy świadomości, że istnieje wyższa prawda ponad tą, z którą mamy do czynienia na co dzień. Prawda, dzięki której jesteśmy w stanie poradzić sobie z dotykającym nas ciężarem i nadać mu zupełnie inny, zbawienny wymiar. To przejście – od bólu do transcendentnej rzeczywistości – jest odzwierciedleniem życia Chrystusa. Akceptując cierpienie i doświadczając najstraszniejszego oraz najbardziej haniebnego rodzaju śmierci, ku zaskoczeniu swoich uczniów powstał z martwych, wzniósł się na niebiosa i posłał na ziemię Ducha Świętego, zapoczątkowując całą historię Swego Kościoła. Najbardziej zaś nietrafionym podejściem jest – jak pamiętamy z historii św. Nikity – spowodowane pychą dążenie do osiągnięcia szczególnych łask Bożych, wyrafinowanych stanów ducha i wyższości nad innymi ludźmi. Takie nastawienie mija się z celem i prowadzi jedynie do złudzeń, a w najgorszym przypadku – opętania.
To w zasadzie wszystko, co miałem Wam do powiedzenia o Bożym objawieniu. Możecie teraz zadać mi pytania, aby podyskutować na ten temat.

POSŁOWIE

Wykład dobiegł końca. Niespełna dwa lata później o. Serafin leżał umierający w szpitalu. Niebiańskie Królestwo, do którego przygotowywał się już od dawna, stawało się dla niego coraz bardziej bliskie i wyczuwalne dzięki cierpieniom, które przygotował mu Chrystus dla oczyszczenia duszy. Bóg, Który spełnił niegdyś jego nieopisane pragnienie dotarcia do absolutnej Prawdy, w tajemniczy sposób go teraz pocieszał. Nie mogąc mówić, o. Serafin wpatrywał się jedynie w niebo, a z jego oczu lały się łzy. Pewnego razu chciał przekazać jednemu z braci objawienie, które otrzymał w godzinie próby od swego nieżyjącego ojca duchowego – św. Jana Maksymowicza, jednak jego stan już mu na to nie pozwolił. Kiedy 2 września 1982 roku dusza wyzwoliła się z ciała, twarz ojca stała się promienna i spokojna, a usta uformowały się na kształt delikatnego uśmiechu. Ci, którzy widzieli go w spoczynku, byli świadkami cichej radości, która oczekuje wszystkich tych, których serca gotowe są przyjąć Boże objawienie.
O tak, mówię wam, jeśli ziarno pszenicy, gdy spadnie na ziemię, nie obumrze, samo pozostanie; a jeśli obumrze, wyda obfity plon. (J 12:24). W śmierci o. Serafina zostało zasiane ziarno, które w dalszym ciągu przynosi owoc w duszach ludzi szukających Boga. Dzięki publikacji wielu jego książek oraz jego biografii (Father Seraphim Rose: His Life and Works), dał się poznać światu jako most pomiędzy ginącym człowiekiem współczesności a pełnią Prawdy. Poznanie tej Prawdy nie wymaga egzaltowanych stanów świadomości; wymaga kochającego serca, które złamane i skruszone (Ps 50:17) dzięki cierpieniu, żalowi za grzechy i szczerej tęsknocie za Bogiem jest otwarte na Jego objawienie.
Niech dzięki żywej, wczesnochrześcijańskiej nauce, której nośnikiem był o. Serafin Rose, jeszcze więcej serc zapłonie w pragnieniu poznania Prawdy, niech te serca znajdą ją w Osobie żywego Chrystusa!

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.