OJCIEC DAMIAN

FatherDamien

WILHELM HUENERMANN

OJCIEC DAMIAN

Błogosławiony Ojciec Damian de Veuster – Apostoł trędowatych

 

 

 
 

SERCE W KUŹNI

TAŃCZĄCA GWIAZDA

Szewc Jan Kuypers stał w izbie przed ułamkiem zwierciadła i rozsmarowywał na twarzy czernidło do butów. Jak prawdziwy Murzyn, którego widział kiedyś na jarmarku w Lowanium, wyszczerzył przy tym zęby, ciesząc się, że jego pożółkłe od dymu fajkowego uzębienie wydawało się dosyć białe przy czarności twarzy.
Ładny ze mnie król! Doprawdy, bardzo ładny król! — zawołał do żony, która stała przy stole i ściereczką pilnie czyściła złotą koronę z blachy.
Ładny mi król — westchnęła kobieta. — Czy to nie wstyd, że takiemu nierobowi i łazędze jak ty pozwalają przedstawiać jednego z świętych Trzech Króli? Wstyd prawdziwy! Od dawna nie mamy
domu ani kawałka chleba. Przez calutki dzień nie jemy nic innego prócz kartofli w łupinach i jałowej kaszy, a nasze dzieciaki nie mają już całej koszuli na sobie…
— pochlipywała kobieta ocierając ścierką oczy.
Ale czarny szewc odpowiedział: Dajże spokój, Marynko! Przecież dziś wieczorem przyniosę naszego kolędowania cały worek dobrych rzeczy: słoniny i kiełbasy, i chleba, i gruszek. Będziecie mogli jeść, aż tłuszcz i sok będzie wam
kapał po brodzie jak naszemu burmistrzowi przy gęsiej pieczeni. Ha, ha! Z pełnymi brzuchami pójdziecie dziś wieczór do łóżka.
A może przyniosę też kilka srebrnych groszy. Wtedy kupimy sobie… Wtedy kupisz sobie wódki i spijesz się jak nieboskie stworzenie, a potem przez trzy dni nie będziesz mógł pracować! Jeszcze ani razu nie wróciłeś do domu trzeźwy po kolędowaniu z gwiazdą trzy-królową, a dzieci kładły się do łóżka tak samo głodne jak w inne dni. Wstyd to doprawdy i ciężki grzech!
Kobieta płakała cicho i wielkie łzy spadały na pozłocistą koronę.
Święty król murzyński był wielce przejęty przemową żony. Tak, miała rację, po stokroć rację! Ale co na to poradzić? Tak już było i koniec. Ciężko westchnął król i rzekł:
Wódka jest dobra, a człowiek jest słaby. Podaj mi teraz płaszcz i koronę, muszę już iść. Zobaczysz, dzisiaj zbierzemy dużo grosza za kolędowanie. Wilhelm van den Heuwel, krawiec, zrobił gwiazdę ze stożkiem woskowym wewnątrz. Pali się jak pochodnia! Piet Kamerbeek weźmie kobzę, a ja będę grał na harmonijce. Takich Trzech Króli nie ma w całej Flandrii ani nawet w Holandii.
Wzdychając przyodziała Marynka swego męża w czerwony płaszcz i ostrożnie wsadziła mu złotą koronę na łysą głowę. Na pożegnanie zaś Jan Kuypers ucałował żonę tak serdecznie, że na jej policzku pozostała czarna, okrągła plama.
Wariacie!… — odtrąciła go kobieta i roześmiała się mimo łez. — Uważaj choć, abyś wracając nie spadł z mostu do rzeki, jak w zeszłym roku!
Już ty się nie bój, będę uważał — zapewnił król Kasper. — Zresztą rzeka jest zamarznięta i będziemy mieli ze sobą jasno świecącą gwiazdę. Zostań z Bogiem!
I udał się w drogę do Wilhelma van den Heuwel, tego, który nosił gwiazdę. Marynka tymczasem zawołała wszystkie pięcioro dzieci z ulicy do mieszkania:
Chodźcie, dzieci, do izby! Zmówimy różaniec, ojciec poszedł kolędować…
W tym samym czasie parobek Piet Winkelmohlen siedział w oborze swego gospodarza Franciszka de Veuster i pilnował krowy Lizy, która po raz siódmy w swoim żywocie bydlęcym oczekiwała radości macierzyństwa. Parobek delikatnie głaskał jej rogi i dogadywał umęczonemu bydlęciu:
No, Liza, jeszcze tylko troszkę cierpliwości! Jeszcze troszeczkę! Już zaraz będziesz miała cielątko. I niedługo już będzie wiosna i łąki będą zielone i pełne trawy, i smacznych kaczeńców! A cielątko będzie skakać koło ciebie z radości. Ach, jak się będziesz śmiała, gdy zobaczysz jego pocieszne skoki.
I parobek począł w korycie dziwacznie wykręcać się na czworakach, aby krowie unaocznić skoki oczekiwanego cielątka. Zwierzę wybałuszyło na niego oczy i odpowiedziało: mmuu — a on przemawiał dalej:
— Pomyśl no tylko, gospodyni na górze też to już szczęśliwie przebyła. Wszystkie wasze dzieci rodziłyście zawsze razem, o tym samym prawie czasie — ty i gospodyni. Co roku przybywało jedno.
U ciebie byczki i jałóweczki, a u gospodyni chłopcy i dziewczynki. Tym razem u ciebie kolej na bysia, bo gospodyni ma też znowu chłopaka. Będzie mu na imię Józef — to bardzo pobożne imię!
— Mmuu! — zamyczała krowa.
— Żebyś mi tylko nie urządziła jakiegoś kawału, wiesz! — ostrzegał ją parobek. — Źle byłoby bardzo, gdyby ci się zachciało teraz zdechnąć. Nie mielibyśmy już smacznych polewek, a nasze kromki trzeba by maczać w czystej wodzie. Brrr! — otrząsnął się Piet Winkelmohlen. Podał jeszcze poczciwemu bydlęciu słodkiego buraka cukrowego
i wyszedł przed stajnię, aby popatrzeć trochę na śnieg i policzyć gwiazdy. Świat leżał przed nim biały i bardzo cichy. Na niebie płonęły tysiące świateł. Po przeciwnej stronie rzeki stał nieruchomy teraz
wiatrak, a zaśnieżone jego skrzydła tworzyły jakby wielki, biały krzyż.
— Żeby to tylko nie przyniosło nieszczęścia gospodyni albo dziecku, albo Lizie w oborze — mruknął Piet i przeżegnał się. Potem zapalił swoją glinianą fajkę, pociągnął kilka razy i splunął tak, że zrobiła się dziura w śniegu. Zimno było na dworze. Nęciło ciepło obory i Piet właśnie zamierzał powrócić do krowy, gdy wtem ujrzał coś tak osobliwego, że ze zdumienia byłby nieomal wypuścił fajkę z zębów. Tam w głębi wschodziła gwiazda, wielka i jasna, jakiej nigdy nie widział. A w powietrzu unosiła się muzyka cudna, smętna muzyka! I doprawdy, gwiazda posuwała się naprzód, kołysała się w tę i w tamtą stronę — tańcowała! Czy ktokolwiek na świecie widział kiedy tańcującą gwiazdę? Piet Winkelmohlen jeszcze nigdy! Gwiazda stanęła teraz właśnie pod krzyżem utworzonym ze skrzydeł wiatraka i białe śmigi błyszczały tym jaśniej. Muzyka i śpiew płynęły od zaśnieżonych pól.
Cóż to było? Czyżby czas nagle cofnął się o dwa tysiące lat? Może znowu było Boże Narodzenie? Wszakże wtenczas ukazała się wędrująca gwiazda, która zatrzymała się nad stajenką… O, doprawdy, nad stajenką. Taką samą jak ta, w której ich krowa oczekiwała cielątka, i on , Piet Winkelmohlen, może był nawet jednym z pobożnych pasterzy. I w tym domu była przecież kobieta z dzieckiem… Może to Maryja i Boże Dzieciątko? Około Bożego Narodzenia wiele cudów dzieje się na naszej ziemi.
Piet zamierzał właśnie paść na kolana, aby ten cud uczcić, gdy tymczasem gwiazda stanęła przed drzwiami stajenki. Wtedy parobek poznał od razu wszystkich i czerwonych nakryciach z łóżek stanęli przed nim, i począł śmiać jak nigdy jeszcze w życiu: głośno, niepohamowanie, dusząc się i krztusząc, i zanosząc się z uciechy, że tych oto trzech łobuzów wziął za istoty nieziemskie. Jakież to śmieszne, że zupełne zapomniał, iż w święto Trzech Króli przychodzą kolędnicy z gwiazdą.
Ci trzej natomiast nie zważali wcale na wesołego parobka, sięgnęli po swoje instrumenty i zaczęli śpiewać pobożnie, łykając zarazem ślinkę na słoninę, kiełbaskę i wódkę:
Przybyli ze swoją gwiazdą królowie, Przywędrowali z dalekich stron…
Parobek tymczasem opanował śmiech i rzekł:
— Chodźcie ze mną! — Potem poprowadził ich przez stajnię do czysto wyszorowanej sieni.
— Zdejmijcie no wasze drewniaki! — powiedział i wszyscy trzej ściągnęli z nóg zaśnieżone obuwie, wysłane słomą.
— Mam dziurę w pończosze! — zachichotał Piet Kamerbeek
Wszyscy wybuchnęli śmiechem na widok czerwonego palucha, który wyglądał na świat Boży. Potem parobek Piet zapukał do drzwi,
Drzwi otworzyły się i parobek wraz z Trzema Królami podeszli do wielkiego łoża. Leżała w nim kobieta, która właśnie zawijała w pieluszki małego, czerwonego chłopaczka. Ale on krzyczał i broniąc się wierzgał tłustymi nóżkami. Wtedy matka zaniechała na chwilę powijania i z radością uniosła chłopaka pokazując go Trzem Królom.
– Spójrzcie tylko! Spójrzcie tylko! Czy jest na świecie coś piękniejszego?
Trzej Królowie roześmieli się i odpowiedzieli: Nie!
A potem, nie wiedząc właściwie dlaczego i po co, wszyscy trzej zdjęli swoje korony z głowy, jak gdyby obręcz z pozłocistej blachy była czapką. Zabawnie to wyglądało, zwłaszcza u czarnego szewca,
który nie pomalował swojej łysiny. Kobieta śmiała się serdecznie.
Piet Kamerbeek przypomniał sobie raptem swój goły paleci drugą nogą nakrył dziurę. Wilhelm van den Heuwel obracał w rękach koronę, a szewc naraz pomyślał, że i on ma w domu żonę i dzieci i że właściwie jest dla nich bardzo złym ojcem. Gałgan, prawdziwy gałgan, pozwala dzieciom głodować, a sam zapija się wódką i czarnym piwem w oberży „Pod Srebrną Gęsią”. Łza stoczyła mu się nagle z oczu. Otarł ją rękawem tak, że na twarzy wystąpiła jasna smuga. Potem spojrzał nieśmiało i prawie nabożnie na czerwonego, rozkrzyczanego chłopaczka. A kobieta, która może przeczuwała, co działo się w sercu czarnego króla, rzekła:
— No, Janie, chcielibyście pewnie potrzymać trochę moje dzieciątko. Weźcie je na chwilę!
Jan drżąc ze wzruszenia wyciągnął swoje czarne ręce i odebrał dziecko z ramion matki. I znowu potoczyły mu się łzy po usmolonej twarzy.
— To jest teraz tylko dziecko… tylko dziecko! Tak! Sam przecież mam tego w domu pięcioro. Ale wydaje mi się, że nigdy dobrze nie wiedziałem, co to jest dziecko. Teraz już wiem, kiedy znalazłem dziecko na Trzy Króle. Posłuchajcie, gospodyni! Właśnie mi przyszło coś na myśl. Może to zresztą tylko głupie gadanie prostego szewca —
ale wydaje mi się, że każde dziecko to jest zawsze Dzieciątko Boże, które znowu na świat przychodzi, a każda matka — to Maryja…
— Może macie trochę racji, Janie — odpowiedziała uprzejmie
Anna Katarzyna de Veuster i odebrała znowu chłopaczka z rąk Króla Murzyńskiego. — Powinniście też trochę o tym pamiętać w domu.
— Każde dziecko jest dzieciątkiem Bożym, a każda matka Maryją…
— wyjąkał szewc. Potem wpakował nagle koronę z powrotem na głowę, chwycił swój worek, do którego tymczasem parobek dołożył słoniny i chleba do innych uzbieranych darów, i zawołał:
— Idę do domu! Zaraz muszę do domu!
O mało nie potknął się o kilkoro dzieci, które roześmiane, z palcami w buziach stały w drzwiach, i prędko wybiegł w białą, śnieżną noc.
Dwaj królowie spojrzeli po sobie zdziwieni. Piet Kamerbeek zapomniał o swojej dziurawej pończosze, a Wilhelm van den Heuwel mruknął:
— Ten chyba zwariował!
— Albo teraz dopiero nabrał rozumu — odrzekła matka poważnie.
W obórce na dole zamyczała trwożnie krowa.
— Idę już! — krzyknął Piet Winkelmohlen i wybiegł z izby.
Potrząsając głowami wzięli dwaj królowie swoje sakwy na plecy i poszli także do domu, bo we dwóch nie można przecież chodzić z gwiazdą. Kobieta tymczasem ostrożnie spowiła małego krzykacza, ucałowała go i rzekła: — A może zostaniesz ojcem misjonarzem? Masz ledwie trzy dni i już nawróciłeś Murzyna…
Gospodarz Franciszek de Veuster siedział tymczasem w izbie przy stole. Przed nim leżała stara, w skórę oprawna gruba księga. Stwardniałymi palcami chłop powracał karty powoli i z namysłem i czytał historię swej rodziny, którą na nich wypisali jego przodkowie. Księga była właściwie prastarą Biblią, która opowiadała dzieje
Rodziny Bożej na ziemi, i do niej to od niepamiętnych czasów wpisywali de Veusterzy twardymi, ciężkimi literami, jakie spracowane chłopskie dłonie stawiać umieją, swoją kronikę rodzinną. Była tam mowa o wielu biedach i klęskach, o pożarach i zarazie, o wojnie i śmierci. A także o twardym, uczciwym znoju, co zawsze odbudowywał
na nowo to, co było zniszczone.
Prastary był pień rodu de Veusterów, nierzadko burzą pokiereszowany, często piorunem potrzaskany, a przecież silny jeszcze i świeży, drzewo mocne, zdrowe, aż do rdzenia, wciąż jeszcze rodzące bogaty, nowy owoc. Franciszek de Veuster umaczał pióro w kałamarzu i pisał: „Siódmym z kolei dzieckiem moim jest chłopiec imieniem Józef. Urodził się w roku Pańskim 1840, dnia 3 stycznia, następnego dnia ochrzczony w kościele farnym w Tremelo. Jeżeli Bóg da, będzie rolnikiem, jak jego ojciec. Niechże będzie mocny i silny jak dąb i niech zapuści korzenie głęboko w ziemię flamandzką. A prawo Boże niechaj ma przed oczami przez wszystkie dni swego życia. Amen!”
Ciężko odetchnąwszy podniósł się de Veuster, posypał pismo piaskiem, troskliwie zamknął klamry świętej księgi i schował ją do szafy. Potem podszedł do okna, rozwarł je szeroko i zapatrzył się w noc. Ujrzał wielki krzyż ze skrzydeł wiatraka. Patrzał na gwiazdy, które jaśniały na niebie. Złożył dłonie i począł się
modlić:
— Ojcze nasz, któryś jest w niebie, święć się imię Twoje, przyjdź Królestwo Twoje, bądź woła Twoja, jako w niebie, tak i na ziemi…
Pani Marynka Kuypers nie posiadała się z radości i zdziwienia, gdy mąż tak wcześnie i zupełnie trzeźwy powrócił z kolędowania. Cały wór wytrząsnął jej na kolana. Piątka dzieciaków rzuciła się nań z krzykiem i naładowała sobie brzuszki do syta, a sok i tłuszcz ściekał im po brodach jak burmistrzowi przy gęsiej pieczeni. Szewc
tymczasem zmywał sobie z twarzy czernidło. Kiedy małżonkowie położyli się do łóżka, pochwycił Jan dłonie żony i powiedział nieśmiało, ale stanowczo:
— Marynko, teraz będzie inaczej. Wszystko będzie inaczej!
— Co się stało? — dopytywała zdziwiona kobieta. Ale on bąknął tylko parę słów, których właściwego znaczenia Marynka naprawdę nie mogła zrozumieć:
— Ujrzałem dziecię…

SREBRZYSTA DROGA

Stary Klas Susewind był owczarzem w Tremelo. Ale był jeszcze czymś więcej. Był poetą. Nie było to znowu taką nadzwyczajnością, bo miał dużo czasu do myślenia. Jego owce zadowalały się byle czym i nie rozpraszały się, a poza tym był Flamandem, a we Flandrii, wiadomo, każdy człowiek jest wierszokletą. Co sobie ułożył w myślach,
opowiadał potem owcom i Pajacowi, wiernemu psu. Gdy opowieść stawała się rzewną, owce mówiły „mee”…, a gdy przybierała zwrot pełen napięcia, pies poczynał szczekać.
Od wiosny jednak miał Klas Susewind jeszcze innego słuchacza. Co ranka wychodził z nim na pastwisko mały chłopaczek o pełnej, różowej buzi, niesfornych, czarnych kędziorach i głębokich, niebieskich
oczach. Na pastwisku chłopak przysiadał obok Klasa na pieńku, Klas zapalał powoli krótką, glinianą fajkę, zwaną „paliwąsem”, i potem rozpoczynał opowiadanie.
Teraz układał Klas o wiele piękniejsze jeszcze historyjki niż dawniej. Bo wymyślanie bajek dla stworzeń bezrozumnych to na czas dłuższy nudnawe trochę zajęcie. Ze sto historyjek opowiedział już pasterz małemu Józiowi de Veuster — jedną ładniejszą od drugiej. O biednej Genowefie, którą strzelec miał zabić w głębokim, ciemnym borze. O królowej, która gdzieś na dalekim stepie kołysała martwe swoje dzieciątko w złotej kolebce. O olbrzymach, które biegają po lesie i mają takie długie brody, że aż się przez nie przewracają.
Z głębokim skupieniem wpatrywał się Józio w starego pasterza, który znał tyle pięknych historii i wszystkie umiał opowiadać z pamięci, a nie, jak matka, wyczytywać dopiero z dużej księgi.
Kiedy skończyła się opowieść, Klas pyknął fajkę i w zamyśleniu przyglądał się smudze dymu.
Czy wszystkie opowieści przychodzą ci do głowy z twego paliwąsa, wuju Klasie? — zapytał chłopak.
Nie, o nie! — uśmiechnął się pasterz. — Najwięcej opowiada mi ziemia.
A czy ziemia może mówić? — zawołał chłopak zdziwiony.
A jakże, mówi, a jakże! Trzeba tylko mieć uszy do słuchania, aby ją zrozumieć.
Chłopiec z namysłem spojrzał na duże uszy bajarza, w których jednak nic osobliwego nie zauważył prócz tego, że miały długie, ruchliwe koniuszki.
Tak, ziemia umie wiele opowieści — mówił pasterz. — Niektóre też opowiada mi step. O, step zna ich nawet bardzo wiele.
A las zna znowu inne i rzeka też ma dużo do opowiadania. Trzeba tylko mieć uszy do słuchania…
Józef de Veuster zamyślony ciągnął koniuszki swoich uszu i uznał, że muszą jeszcze porządnie urosnąć, zanim potrafią zrozumieć, co mówi ziemia. Urwał potem liść szczawiu, włożył go do ust, rzucił się na wznak i patrzał w niebo. Płynęło po nim kilka jasnych obłoków.
Wuju Klasie — zapytał nagle — dokąd idą chmury?
Do innych krajów — odpowiedział pasterz.
Ile jest krajów?
Tysiąc.
A który jest najpiękniejszy, wuju Klasie?
Flandria.
— A kto zrobił Flandrię?
— Pan Bóg.
— Opowiedz mi o tym, wuju.
I wuj Klas opowiadał:
— Widzisz, to było tak. W niebie był piękny dzień i właśnie odbywał się kiermasz. Aniołki od dłuższego czasu były bardzo grzeczne.Od trzech dni nie upuściły żadnej gwiazdki. Więc Pan Bóg był w dobrym humorze. Zwołał wszystkie aniołki i powiedział: „Chcę założyć dla siebie ogród, śliczny ogród, ogród najpiękniejszy, gdzie bym się mógł przechadzać”. I tak stworzył Pan Bóg Flandrię.
A czy Pan Bóg naprawdę przechadza się po Flandrii?
zapytał Józio z błyszczącymi oczami.
— A jakże, codziennie po niej chodzi!
— I możesz Go widzieć, wuju Klasie?
— Oczywiście, że Go widzę — trzeba tylko mieć oczy do patrzenia.
Czy nie widzisz, jak ziemia stroi się ciągle, bo Pan Bóg ma po niej przechodzić? Na wiosnę cała jest biała i różowa, gdy rozkwitają drzewa owocowe w sadzie twego ojca. Latem stroi się w złoto, kiedyzboże stoi wysokie na waszym polu. Jesienią jest purpurowa, gdy kwitną wrzosy. A zimą cała jest biała. To jest najpiękniejsza szata, bo wtedy przychodzi Boże Dzieciątko.
Wujowi Klasowi zgasła podczas opowiadania fajka. Schował ją do kieszeni, złożył ręce na kiju, oparł na nich głowę i usnął. Bo zasypiał zawsze, kiedy nie palił i nie opowiadał. Chłopak zaś wpatrzył się dużymi, myślącymi oczami w daleki świat dokoła. To była Flandria, ogród Boży, który Pan Bóg stworzył w dniu swego najlepszego humoru, ogród, po którym co dzień się przechadzał.
Tam czerwieniły się wrzosowiska jak ogromne, płonące morze. A wśród nich jaśniała droga, jakby srebrna ścieżka, taka była biała i błyszcząca. Na pewno Pan Bóg tą właśnie srebrną ścieżką przechodził przez czerwone wrzosowiska. A później wszedł w las. Bo tuż za srebrną drogą stał czarny, uroczysty las z tysiącem choinek.
Tam na pewno można jeszcze Pana Boga znaleźć, gdy się Go chce, poszukać. Lecz Józio nigdy jeszcze nie był sam w lesie. A las pełen był dziwów: olbrzymów i karzełków, czarownic i zabłąkanych królewien
— pasterz Susewind znał je wszystkie po imieniu. Była tam Genowefa, księżna Brabantu, i karmiła swoją łanię. W borze wszystkie zwierzęta umiały mówić, czego ani owce, ani owczarek Pajac nie potrafią. Tam też krążył cichutko pan lis i czyhał na biedne zajączki. Właściwie to było trochę straszno w borze. Ale przecież Pan Bóg tam się przechadza, więc nie ma się czego bać. Bo Pan Bóg ma dużą, białą brodę i kocha dzieci, jeśli tylko są grzeczne. Józef de Veuster podniósł się cichutko, tak cicho, że wuj Klas się nie przebudził. I poszedł szukać Pana Boga.
Owczarek Pajac pobiegł za nim. I tak weszli w czerwone wrzosowiska. Rozpostarły się przed nimi jak prawdziwe morze purpury. Unosiły się z niego mocne, cudowne wonie. Pachniało miodem i ziemią, a może pachniało niebem i Bogiem? Nawet Pajac węszył dokoła po ziemi. Ale odkrył tylko trop królika i nagle popędził jak szalony za biednym, wystraszonym zwierzątkiem. Józio musiał kilka razy gwizdnąć, zanim przybiegł z powrotem.

Pośrodku wrzosowiska chłopak rzucił się na ziemię. Może teraz ziemia przemówi nareszcie do niego i powie mu, gdzie jest Pan Bóg. Ale Pajac uważał to za zaproszenie do zabawy i począł szczekać tak, że Józio nic nie zrozumiał. Niezadowolony podniósł się i ujrzał nagle srebrzystą drogę tuż obok siebie, piaszczystą drogę prowadzącą
przez wrzosowiska. Jaśniała w słońcu tak, że trzeba było mrużyć oczy. Chłopak krzyknął radośnie, bo poznał teraz, że odnalazł ślad Boga. I jednocześnie przyszła chłopcu do głowy myśl, od której prawie serce zamarło mu ze szczęścia. Czyż matka nie mówiła, że obie siostrzyczki, które umarły, poszły do Pana Boga? Na pewno poszły one razem z Nim ową drogą srebrzystą przez czerwone wrzosowiska do lasu i przechadzały się po rodzinnej ziemi, a on odnajdzie je przy Panu Bogu. Bo na pewno Pan Bóg prowadzi je z sobą za rękę.
— Pajac, chodź! — zawołał chłopiec, a policzki mu pałały. Po
długiej wędrówce doszli do boru. Było w nim chłodno i już dosyć ciemno. I cicho było w lesie. Gdzieś śpiewał jeszcze jakiś ptak. Na jednym pniu stukał dzięcioł. Srebrzysta droga wiodła także przez las. Nie była już jednak tak jasna jak wśród wrzosowisk. Od czasu do czasu tylko padało poprzez drzewa światło na drogę. Czuby jodeł wyglądały wówczas jakby płonęły białym ogniem. Józio wiedział, że wciąż jeszcze znajduje się na śladach Boga.

Chłopiec szedł i szedł bardzo długo. Las stawał się coraz cichszy. Dzięcioł już nie postukiwał i ptak przestał śpiewać. Pajac poczuł tęsknotę za domem i wyrzuty sumienia. A może był po prostu głodny.
Położył się na środku drogi i zaczął skomleć. Kiedy Józio mimo to szedł naprzód, puścił się za nim i począł go targać za spodenki. Wtedy mały poszukiwacz Boga wyjął kawałek chleba z kieszeni, oddał połowę psu i sam zjadł resztę. Im dalej Józef de Veuster zagłębiał się w las, tym stawał się pewniejszy, że tędy właśnie przechodzić musiał Pan Bóg, bo było tu tak cicho i uroczyście jak w kościele i naprawdę pachniało tu Panem Bogiem, zupełnie tak samo jak podczas wielkiej procesji latem, kiedy chłopcy machali srebrnymi kadzielnicami, a jemu matka złożyła
rączki do modlitwy. Wtem skądś odezwał się dzwon. Trzy uderzenia rozpłynęły się po lesie, potem jeszcze trzy i znowu trzy, a potem dzwon dzwonił ciągle dalej.
Wśród jodeł zajaśniało teraz bardzo przenikliwie czerwone światełko. Nie szło ono z nieba, lecz z głębi lasu. I Józio poznał, że Pan Bóg musi być bardzo blisko. A potem z czerwonego blasku wyszedł człowiek z długą, białą
brodą, w pięknym ubraniu zielonym jak las. Zdziwiony patrzył na chłopca i psa. A chłopak mówił.
— To ty jesteś Pan Bóg? Powiedz mi, proszę, gdzie są moje
siostrzyczki, co odeszły do ciebie. I zrób, abym mógł słyszeć, co mówi step i co mówi bór — tak jak wuj Klas. I zrób też, aby mój biały królik wyzdrowiał! Tak zwiesił uszka. Boję się, że nam zupełnie zmarnieje!
Człowiek z białą brodą roześmiał się wesoło i powiedział, że jest tylko leśniczym. Pan Bóg mieszka jeszcze wiele dalej, w tym czerwonym blasku za lasem. Tak daleko nie uniosą chłopca jego małe nóżki.
— Wuj Klas powiedział przecież, że Pan Bóg przechadza się tu w lesie i po wrzosowisku, i wszędzie po całej Flandrii, bo Flandria jest ogrodem Boga.
— Słusznie powiedział wuj Klas — odparł poważnie leśniczy. — I ty pamiętaj o tym przez całe życie. Flandria jest ogrodem Boga. Dlatego musisz ją kochać z całego serca. Sam przecież jesteś cząstką Flandrii, drzewkiem w tym pięknym ogrodzie Bożym.
Chłopiec nie wszystko rozumiał, co mówił człowiek z białą brodą, ale mimo to kiwał skwapliwie głową. Teraz leśniczy zapytał, jak chłopcu na imię i gdzie mieszkają jego rodzice. Kiedy mu Józio
powiedział, przeląkł się bardzo i rzekł:
— Będziemy musieli maszerować dobre trzy godziny i ciemno już będzie zupełnie, kiedy wrócisz do domu. Lecz chodź, pójdę z tobą.
I obaj poszli z powrotem srebrzystą drogą, która tymczasem utraciła już dużo ze swego blasku. Wkrótce chłopczyna był już tak zmęczony, że leśniczy wziął go na ręce. I niezadługo chłopiec zasnął. W kuchni Franciszka de Veuster gospodyni siedziała sama przy wielkim stole. Wszystkie dzieci prócz Józia leżały od dawna w łóżkach
i spały, jak co nocy, z czerstwymi, zdrowymi policzkami. Gospodarz razem z parobkiem Pietem Winkelmohlenem wyszli przed godziną z pochodniami na poszukiwanie chłopca. Cicho było w izbie. Tylko wielki zegar na ścianie tykał miarowo. W kącie pod piecem siedział Klas Susewind i wielkie łzy kapały mu
na brodę. Gospodyni postawiła na stole figurkę Matki Bolesnej z siedmioma mieczami i zapaliła przed nią grubą świecę. Bezustannie przesuwała spracowanymi palcami ziarnka różańca, a wargi szeptały ciągle od nowa: „któregoś, o Maryjo, odnalazła”. W tych to godzinach kobieta uświadomiła sobie — z czego dotychczas nie zdawała sobie sprawy — że Józio był jej najmilszym dzieckiem.
Wtem otworzyły się drzwi i leśniczy złożył matce dziecko na kolana.
— Macie tu waszego chłopaka! — zawołał śmiejąc się. — Znalazłem go w lesie. Wybrał się na poszukiwanie Pana Boga.
— Tak też sobie myślałem — mruknął owczarz i roześmiał się przez łzy. Matka zaś w milczeniu przycisnęła dziecko do serca i niewymownym spojrzeniem objęła świętą Bożą Rodzicielkę z siedmioma
mieczami. Chłopczyna nie przebudził się nawet w objęciu matczynym. Szeptał tylko przez sen:
— Pan Bóg idzie srebrną drogą, muszę pójść Go poszukać…
Matka ucałowała śpiące dziecko i przycisnęła je tak mocno do piersi, jak gdyby je chciano jej odebrać.
Owczarz popatrzył na matkę długo, mocno i rzekł:
Duszę twoją przeniknie miecz…

SERCE NA KOWADLE

Był dzień majowy. Nauczyciel w Werchtern, niedaleko Tremelo, kazał pootwierać szeroko okna i wiosna tysiącami barw wdzierała się teraz do izby szkolnej. W kwitnącym sadzie nauczyciela ptaki śpiewały na każdym drzewie. Jakiś wróbelek skoczył na parapet okna i ciskał bezczelne swoje „piip, piip!” na całą klasę. Lecz nikt z chłopaków i dziewcząt nie odwrócił nawet głowy w kierunku krzykacza. Wówczas wróbel potrząsnął smutno główką:
— Ot, mi dopiero dzisiejsza młodzież!
A ponieważ na domiar złego dojrzał z daleka skradającego się Murusia, kocura, pofrunął z powrotem na wielką jabłoń.
Właściwie to trochę miał racji wróbel ze swoją wzgardliwą oceną młodzieży. Bo przecież od wieków, od kiedy w ogóle istnieją wróble i dzieci szkolne, wszystkie jasnowłose i ciemne głowiny odwracały się zawsze z uciechą na widok wróbla, który odważył się skoczyć na okno i stamtąd po swojemu wykrzykiwać. Najwyżej wyłączały się z tej zabawy nieliczne tak zwane wzory i lizusy. Ale takimi wróble pogardzały i zresztą niewielu ich było we Flandrii.
Dzisiaj jednak naprawdę żadne z dzieci nie zwróciło uwagi na wróbla i jego ćwierkanie, bo wszystkie w skupieniu słuchały nauczyciela, który opowiadał im wyjątki z nowej książki o bohaterach kraju,
z książki o pięknym tytule „Lew z Flandrii”. Chłopcom błyszczały oczy, twarze dziewcząt gorzały jak w gorączce.
Boże! Jak to pięknie czuć się Flamandem, słuchając opowieści o mocarnym Janie Breydel, czeladniku rzeźnickim, o tkaczu de Coninck z Brugii lub, co więcej, o hrabi Robrechcie, dzielnym Lwie Flandryjskim! O dziejach sławnej bitwy Złotej Ostrogi, kiedy to Flamandowie swoimi ciężkimi, obosiecznymi mieczami rozpędzili na cztery wiatry paniczykowatych rycerzy francuskich dla tej prostej przyczyny, że Flandria należy do Flamandów i jej Lwa, a nie do obcych, którzy połakomili się na piękny kraj i jego bogate miasta.

W końcu nauczyciel podniósł głos i czytał wolno i uroczyście, jak gdyby przytaczał werset z Pisma Świętego, ostatnie zdanie: „A ty, Flamandczyku, który przeczytałeś tę książkę, dowiedziawszy się o sławnych
czynach przodków twoich, zastanów się nad tym, czym była

Flandria kiedyś, czym jest dzisiaj, a przede wszystkim, czym będzie w przyszłości, jeślibyś kiedykolwiek zapomniał o świętych przykładach przodków twoich…”
Nauczyciel zamknął powoli książkę, długo patrzał na dzieci w milczeniu i rzekł:
— Oto książka o bohaterach flandryjskich. Dopóki na flamandzkiej ziemi rosnąć będą dęby, dopóty rosnąć muszą we Flandrii bohaterzy!
Wtedy wyskoczył nagls z ławki ośmioletni chłopaczek i wykrzyknął:
— Ja także będę bohaterem!
Dzieci wybuchnęły śmiechem, ale nauczyciel rzekł poważnie:
— Daj to Boże, Józefie de Veuster. Flandrii nie powinno zabraknąć
bohaterów. Potem jednak zwrócił się wesoło do dzieci.
— Chodźcie! Pójdziemy teraz na wycieczkę. Nie mam już dziś ochoty odbywać lekcji w ciasnych ścianach szkoły.
Z krzykiem i śmiechem rzucili się chłopcy i dziewczęta w wiosenny
świat. Razem z nauczycielem poszli srebrzystą drogą w step, tą samą drogą, którą Józef de Veuster przed czterema laty wędrował w poszukiwaniu Boga. Wrzosowiska były jeszcze ciemne i martwe. Tylko gdzieniegdzie srebrzyły się brzozy i zieleniły jałowce. Tu i tam zając wyskoczył z bruzdy lub wrona kracząc podrywała się w powietrze.
Nauczyciel zatrzymał się i zwrócił do dzieci:
— Tu, na ugorach Brabantu, rola jest uboga i jałowa. Chłopi nasi w ciężkim trudzie muszą zdobywać chleb powszedni. Ale ziemia ta jest święta, albowiem każda jej grudka przepojona została krwią naszych przodków, którzy polegli za wolność i honor Flandrii. Sosny w lesie zatknęły już na gałęziach swoje wiosenne świeczki. Szum uroczysty przechodził wierzchołkami starych olbrzymów. Tylko swawolne wiewiórki wesoło uwijały się na drzewach i ptaki
śpiewały.
— Lasy Flandrii są święte. Tutaj bowiem modlił się Jan Ruysbroek i tutaj płonęły wszystkie drzewa ogniem niebiańskim. Lasy Flandrii to świątynie, które sam Bóg sobie zbudował. Droga powrotna prowadziła przez pola, na których młoda ruń już wystrzelała gdzieniegdzie w źdźbła.
— Tutaj rośnie chleb, dzieci — powiedział nauczyciel. — I tylko gałgan poważy się łamać kłosy.
Wśród pól stała kapliczka, gdzie królowała Matka Boska w haftowanej, jedwabnej szacie. W mig dziatwa pozrywała czapki z głów i stanęła na baczność.
— Oto Matka, która błogosławi nasz chleb. Zerwijcie no dla Niej wiązankę kwiatów!
Za chwilę kapliczka tonęła dosłownie w snopach barwnych kwiatów wiosennych.
— Krzyże i kapliczki Matki Boskiej są tak samo częścią Flandrii, jak wrzosowiska, dęby i jodły i jak ludność flamandzka. Kto nie zgina przed nimi kolana, przestaje być Flamandem, więc pozdrówcie
teraz naszą Panią! Pełne czci wielkiej spojrzenia podnosiły się na Matkę Bożą w szacie królewskiej. Nauczyciel rozpoczął: Zdrowaś Maryjo…, a dzieci odpowiedziały jasnymi głosami:
— Święta Maryjo, Matko Boża, módl się za nami grzesznymi
teraz i w godzinę śmierci naszej. Amen.
Później nauczyciel dodał jeszcze jedno wezwanie, które choć nie należało do Pozdrowienia Anielskiego, wzbudziło jednak gorące echo w młodocianych sercach:
— O Maryjo, Matko, Królowo naszej ojczyzny, broń i ochraniaj wiosnę flandryjską! Amen.
W milczeniu powracały dzieci do szkoły. Oczy ich pełne były powagi i blasku, gdyż dane im było spojrzeć w samo serce rodzinnego kraju.
Mały Józio de Veuster tego dnia po raz pierwszy pojął, co miał na myśli owczarz Klas, kiedy mu opowiadał, że ziemia mówi. Po południu poszedł Józio do Tysa Deselaersa, kowala. Lubił mu pomagać przy nadymaniu miecha kowalskiego i cieszył się, gdy drzemiący ogień nagle jasnym płomieniem wybuchał spośród zarzewia.
Kowal właśnie trzymał kawał żelaza w ogniu, póki nie rozżarzył się do białości. Potem rzucił go na kowadło i bił weń młotem z taką siłą, że iskry pryskały dokoła.
— Co robicie, majstrze Deselaers? — zapytał chłopak.
— Kosę — odparł tamten. — Twój ojciec zamówił ją u mnie do koszenia zboża. Jeżeli Bóg pozwoli, dobre będziemy mieli żniwa tego roku. Łoni wiele zniszczało. Ciężkie to było przetrwanie. Nawet tu, przez Flandrię, przeszedł głód. Ho, ho! Już iskry przestały trzaskać
— dalej, Józefie, zadmij w miech! Niech płomień buchnie! — O tak!
Jeszcze mocniej! Widzisz? Teraz się rozbudził. Dalej, na kowadło z żelazem! I znowu dzwoniło żelazo pod uderzeniami młota.
— Czyście dawniej nie kuli także mieczów, majstrze? — zapytał Józef de Veuster.
— Ho, ho, a jakże! Ale teraz nie mamy wojny, przynajmniej nie we Flandrii. Bo na świecie podobno niezbyt jest spokojnie. Wszędzie powstania, rewolucje, zamęt. W Paryżu zastrzelono arcybiskupa.
W Rzymie znów bito kamieniami w okna papieża, a jego samego wygnano z miasta. Gdybym ja ich tu miał, tu, na kowadle — tego Mazziniego i Garibaldiego, to bym im dopiero pokazał! Na Boga!
Mogłoby się zdawać, że w całym Rzymie nie ma ani jednego porządnego kowala. I z taką pasją grzmotnął młotem w żelazo, że aż cała kuźnia zahuczała.
— A ja bym im ogień piekielny rozdmuchał moim miechem!
— krzyknął chłopak i czarnymi rękoma odgarniał rozwichrzone włosy. — Ale jednak szkoda, że nie ma już wojny we Flandrii!
— Co też ty gadasz, chłopcze! — obruszył się Deselaers. — Wojna
to straszne nieszczęście, które pożera narody. Tylko gdy chodzi o honor i wolność, jest wojna jakby młotem, co wykuwa w ludziach moc i hart ducha i na kowadle wspólnej niedoli spaja ich w jeden braterski naród.
— Ale musi jednak być wojna we Flandrii, bo ja chcę być bohaterem
jak hrabia Robrecht-Lew! — powiedział chłopaczek i oczy mu zaświeciły w czerwonym blasku ognia.
— Ach tak, chcesz zostać bohaterem jak Lew — odpowiedział kowal i oparł młot na kowadle. — I dlatego ma Flandria po prostu rozpocząć wojnę.
Chłopaczek trochę zawstydzony zwiesił głowę.
— No, to już nie będę mógł zostać bohaterem, jeżeli wojny nie będzie — powiedział smutno.
Możesz nim zostać i w czasie pokoju, chłopcze — powiedział kowal.
Dzisiaj, choć marny pokój, są też we Flandrii bohaterowie.
— A gdzie? — zapytał chłopiec z zapałem.
— No, choćby twoja matka. Widziałem, macie dziś pranie. Matka
więc przez calutki dzień stoi przy balii. Prawdopodobnie przy tej ilości dzieci ma zawsze bardzo dużo prania. Kto co dzień tak pracuje jak twoja matka, nie myśląc przy tym ani przez chwilę o nagrodzie albo podziękowaniu, albo o wypoczynku, ten jest bohaterem, chociaż nie pobił żadnego nieprzyjaciela! Albo spojrzyj no na ulicę, tam też
idzie bohater. Zaciekawiony Józio podskoczył do bramy kuźni, lecz rozczarowany powiedział:
— Widzę tylko siostrę Elżbietę.
— Tak, to tylko siostra Elżbieta! Ona też jest bohaterem. Nocami czuwa przy chorych, a za dnia odwiedza w Tremelo i w innych wioskach wszystką nędzę i biedę i pociesza, i pomaga wszędzie tam, gdzie ktoś cierpi albo gdzie matki zabrakło. I robi to wszystko wesoło, ochotnie, każdemu powie jakieś dobre słowo, które go pocieszy albo rozweseli. A kiedy Pan Bóg w niebie będzie jej kiedyś wypłacał nagrodę, wówczas z pewnością podniesie na Niego oczy zdziwione i powie: Ależ, dobry Boże, przecież ja na nic sobie nie zasłużyłam! Widzisz, chłopcze, siostra Elżbieta też jest bohaterem — inaczej, ale jednak jest bohaterem jak Lew z Flandrii.
Chwilę patrzył Józio z namysłem w ogień, a potem powiedział:
— Ale ani matką, ani siostrą miłosierdzia nie mogę przecież być.
— Wcale też nie potrzebujesz — odpowiedział Tys Deselaers i roześmiał się. — Ale to jedno możesz: swoje serce możesz kuć i przekuwać, aby stało się mocne i męskie, dobre i otwarte dla wszelkiej niedoli, a twarde dla własnych dziecinnych zachcianek. Chciałbym móc przekuwać twoje serce jak to oto żelazo. Włożyłbym je najpierw do ognia, aby całe rozgorzało, a potem kułbym je swoim młotem, ażby się stało hartowne jak stal. Takich serc potrzebuje
Flandria. Ale teraz dosyć gadania! Zadmij no w miech, aby płomień rozdmuchać! Obydwoma małymi rękami zabrał się chłopak znowu do roboty. Więcej już nie rozmawiali. Ale Józio miał też dosyć do myślenia o wszystkim, co mówił kowal, o sercu, co musi być hartowne jak stal, a jednak dobre i miękkie jak serce matki albo siostry Elżbiety.

BAŃKI MYDLANE

Wieczorne słońce niby czerwony balon wisiało pośród jabłoni. Na podwórzu gospodarza de Veustera powiewało na wietrze kilka tuzinów białych i kolorowych koszulek, majteczek i sukienek. Ale gospodyni stała wciąż jeszcze z wysoko zakasanymi rękawami przy balii, a spod jej silnych rąk pryskała biała piana.
Dziewczęta również pilnie się krzątały. Młodsza, Dorota, poniosła właśnie skopek świeżego mleka z obory do domu. Paulinka przydźwigała kosz bielizny, aby ją rozwiesić na długim sznurze. Rzuciła przy tym kilka pełnych wyrzutu spojrzeń w stronę studni, gdzie na cembrowinie przysiedli Józio z Augustem i puszczali bańki mydlane.
— Jesteście leniuchy! — zawołała Paulinka oburzona.
— Wieszanie bielizny to nie męska robota! — powiedział z godnością August.
— Mężczyźni zawsze puszczają bańki w dzień prania — dodał Józio.
Po czym zanurzyli znowu fajki gliniane, wydębione od Pieta Winkelmohlena, do garnka z mydlinami, że aż zabulgotało w nim i zapieniło się. Potem wydęli policzki jak aniołki przy ołtarzu MatkiBoskiej w Scherpenheuvel, a z fajek ulatywały małe, barwne kulei wszystkie poszybowały ku jabłoni, nad którą wisiało zachodzące
słońce. Marynka Deselaers, najmłodsze dziecko kowala, krzycząc goniła lśniące kuleczki i gdy dosięgła której, rozbijała ją płaszcząc rękami.
Gerhard siedział okrakiem na drewnianym studziennym żurawiu i krytykował:
— Józiowe bańki są o wiele ładniejsze od twoich, Auguście. I lecą też wyżej. On się już niejednego ode mnie nauczył — powiedział wspaniałomyślnie i łaskawie.
Józio słuchał tego z przyjemnością. August zaś krzyknął rozgniewany:
— Ty nic nie umiesz. Nic a nic nie umiesz.
— Ja wszystko umiem — powiedział Gerhard — bo ja będę kiedyś generałem. Wtedy ty będziesz musiał stać przede mną na baczność.
— A ja będę biskupem— przelicytował go August -— i wy obaj będziecie musieli przede mną klękać i całować mnie w rękę.
— A ja będę papieżem — zapiał Józio i wydmuchnął w powietrze ogromną, błyszczącą bańkę.
— A ja będę… a ja będę… — lecz biednemu Augustowi nic jakoś nie przyszło do głowy, co by jeszcze ważniejsze było od papieża. Dlatego odrzucił fajkę, dopadł Józia i ściągnął go z krawędzi studni. Tamten nie został mu dłużny, toteż wnet papież z biskupem tarzali się po ziemi. Generał na żurawiu klaskał w dłonie z wielkiej uciechy i z obu się wyśmiewał.
Nie mogli ścierpieć tego obaj książęta Kościoła. Skoczyli więc na nogi i zgodnie rzucili się na starszego brata. August ściągnął go za spodnie z żurawia, a Józio wsadził mu na głowę garnek z mydlinami. Co było prychania, plucia, wrzasku i wymyślania! Ale już w chwilę potem wszyscy trzej tarzali się po ziemi, spleceni w taki kłąb, że trudno było powiedzieć, do kogo należały poszczególne ręce, nogi, uszy i nosy. Nie wiadomo, jak byłaby się zakończyła
owa ostatnia bitwa flandryjska, gdyby pani de Veuster nie wkroczyła na pole walki i mokrą ścierką nie trzepnęła porządnie po uszach generała, biskupa i papieża. Potem rozdzieliła dzieci.
Taka była gospodyni. Nie mówiła wiele. Działała.
W tej chwili zabrzmiał dzwon w Tremelo. Wówczas kobieta otarła ręce w fartuch, chłopaki zaś przejechały rękawami po okrwawionych nosach, dziewczę odstawiło kosz z bielizną i wszyscy odmówili Anioł Pański. Zaraz potem poszli do kuchni, gdzie zupa stała na ogniu. Teraz nadszedł z pola ojciec z Pietem Winkelmohlenem i Leonem, najstarszym z chłopaków.
— Czy byliście grzeczni? — badał ojciec sumienie dzieci.
Paulinka kiwnęła głową, dumna i pewna siebie. Chłopcy zaś pospuszczali nosy nad zupę.
— Chcę odpowiedzi — powiedział ojciec.
— Myśmy się trochę pobili — wyznał Gerhard.
— Bo Józio chciał być papieżem, a ja tylko biskupem — powiedział August.
— Bo Gerhard się z nas wyśmiewał — dodał Józio.
Ojciec zrobił poważną minę, ale Piet Winkelmohlen się roześmiał:
— Kto się lubi, ten się czubi — myśmy tak samo robili…
Gospodarz nie zwrócił jednak nań uwagi. Nie śmiał się nigdy, gdy chodziło o wychowanie dzieci.
— Czyście się pobili w złości? — dopytywał surowo.
— Najpierw to była zabawa. Ale kiedy Józio wsadził mi na głowę garnek z mydlinami, to już potem była złość, przynajmniej u mnie
— powiedział Gerhard.
— U mnie garnek z mydlinami był już ze złości — wyznał Józio.
— Ale ja zacząłem — zakończył August spowiedź chłopięcą.
— Zaraz po wieczerzy pójdziecie do krzyża przed bramą i będziecie tam klęczeli, póki się was nie zawoła.
Po modlitwie dziękczynnej wysunęli się trzej winowajcy z kuchni. Kiedy odeszli, Piet potrząsnął głową i rzekł:
— Macie chłopców na schwał, gospodarzu. Jesteście dla nich za
surowi.
Poważna twarz chłopa rozjaśniła się uśmiechem i odparł:
— Może masz rację, Piet, ja sam mam pociechę z tych chłopców. I nawet wolę, że się porządnie poczubią, niż żeby jak tchórze pospuszczali nosy. Ale muszą się nauczyć opanowywać gniew. Nie można
dopuścić, aby złość przy lada sposobności uderzała im do głowy i odbierała rozum. Ja wiem, że wszyscy moi chłopcy mają do tego skłonność.
My, de Veusterzy, byliśmy zawsze chwatami o twardych łbach i gorącej, popędliwej krwi. Ale opanowania trzeba. Zwłaszcza opanowania samego siebie. Nie jest mężczyzną ten, kto nie potrafi siebie
poskromić. Niech ci trzej idą teraz poklęczeć chwilę pod starym krzyżem. Ja sam musiałem nieraz pod nim klęczeć i pewnie tak samo mój ojciec i dziad. Muszą się chłopaki nauczyć, że ofiara i opanowanie siebie są dowodem męskości, nie zaś nierozumna bijatyka.
— Ale muszą się przecież nauczyć używać pięści, gospodarzu — powiedział parobek.
— A jakże, tylko nie w dziecinnym gniewie! W mojej zagrodzie mają naprawdę dosyć sposobności do wyrobienia swych pięści. Niech moi chłopcy mają ramiona jak do kowalskiego młota, a równocześnie i mocną wolę, która najpierw siebie potrafi poskromić. Piet Winkelmohlen kiwnął głową z rozwagą. Potem zapalił fajkę i powiedział:
Może macie rację, gospodarzu. Ale to wam powiadam, wasze dzieci się nie wyrodzą. To szczep flamandzki.
— Trzeba go więc przycinać zawczasu — odpowiedział gospodarz i poszedł do krzyża. Ujrzał swoich chłopaków klęczących zgodnie obok siebie, a cicha, głęboka powaga była na ich młodych twarzach. Wkrótce potem zasiedli wszyscy w izbie koło wielkiego kominka. Ojciec zapalił lampę, która rzucała dokoła ładny, czerwony blask.
Matka zaś, jak co wieczór, wyjęła z szafy „Żywoty Świętych”, ulubioną starą księgę z wieloma obrazkami.
Dzieci na nic się tak nie cieszyły, jak na tę właśnie godzinę. Czy to była w ogóle jeszcze izba chłopska? Czy w świetle czerwonej lampy okna nie stawały się wydłużone i smukłe niby okna kościelne, na których stali święci Pańscy? Tak, czyż nie stali oto przed dziećmi i nie spoglądali na nie: święty Jerzy, smokobójca, święty Marcin z mieczem i wszyscy ci biskupi i papieże w lśniących mitrach, z błyszczącym krzyżem, z pięknym kościołem lub tumem na dłoni!
Czyż nie widziało się prawie róż świętej Elżbiety i nie czuło się ich woni i czyż cała izba nie była pełna tajemniczej muzyki, kiedy matka czytała o świętej Cecylii?
Wszystko to było niewymownie piękne. A gdy potem matka zamykała książkę i patrząc na dzieci dla każdego z nich znalazła jakąś odpowiednią naukę z przeczytanych opowieści, wówczas otwierały się małe serca i rumieniec zapału jaśniał na twarzach dziecięcych. I budziła się wola dorównania Bożym rycerzom.
Dzisiaj czytała matka coś dziwnego. O świętym Piotrze pustelniku, który kędyś w Abruzzach miał pustelnię i żył tam w pokoju z Bogiem i ptakami, aż pewnego dnia zjawiło się u niego kilku purpurowych kardynałów i obwieścili pustelnikowi, że święte kolegium obrało go zwierzchnikiem Kościoła. Ma się udać na koronację do papieskiej stolicy. Pustelnik śmiał się, bo sądził, że dostojnicy żartują z niego. Gdy jednak kardynałowie z całą powagą przed nim uklękli
i błagali, aby dla dobra Kościoła poszedł za ich wezwaniem, Piotr uznał, że będzie musiał poddać się wyborowi. Trudno było rozstać się z ubogą pustelnią, bo choć była — niczym gniazdo ptasie — uczepiona do skał, dała mu przecież pokój niewysłowiony. Ciężko uciskała go potrójna korona, którą mu w Rzymie włożono na głowę. Złocisty blask papiestwa raził stare oczy, a cały ten gwar mącił jego umysł. I wtedy w sercu starca, który jako papież zwał się Celestynem V, zapłonęła gorąca tęsknota za pustelnią w górach.
Przez pięć miesięcy nosił złote brzemię. Potem stanął przed kardynałami i on, papież, rzucił się przed nimi na kolana i prosił ich: „Bracia moi, na miłość Boską i na pokój mej duszy, pozwólcie mi powrócić do mojej samotni i weźcie z mych ramion ciężar, którego nieść dłużej nie zdołam”. Kardynałowie ulitowali się nad płaczącym, udręczonym starcem i Celestyn V złożył koronę i pierścień Rybaka w ich ręce, i stał się znowu Piotrem, radosnym pustelnikiem. Dzieci przysłuchiwały się osobliwej opowieści z wypiekami na twarzach. Jakie to dziwne, jakie dziwne! — przelatywało im przez myśl. Więc znalazł się ktoś, kto posiadał białe, jedwabne szaty, złotą
koronę i najwyższą władzę na ziemi, a jednak odrzucił ją z westchnieniem ulgi, aby kędyś w pustelni górskiej karmić wróble i cieszyć się samotnością. Przedziwne!
Przez chwilę cisza zaległa w pokoju. A potem niby ptaki spłoszone poczęły zrywać się głosy:
— Ja bym tego nie zrobił!
— Co też Piotr gotował w swojej pustelni?
— Co?! Tylko buraki i korzonki? Brrr!
— I cały dzień tylko się modlił i śpiewał?
— Mnie by to znudziło!
— Czy nikt go tam nie odwiedzał wśród skał?
— Ojej! Zawsze był sam?
Takie głosy fruwały dookoła matczynej głowy. Tylko Józio nic nie mówił i zamyślony patrzył przed siebie.
— A co Józio powie o mojej opowieści? — zapytała matka.
Józio ocknął się jakby ze snu:
— Mamo, czy Piotr był bohaterem?
— A jakże, synku — odpowiedziała matka. — Wszyscy święci Pańscy są bohaterami. Pokora i ubóstwo uczyniły Piotra bohaterem. Widzisz, Bóg posadził biednego pustelnika z gór na najwyższym tronie świata, a później zrobił papieża znowu pustelnikiem. Chciał bowiem udzielić dumnemu światu nauki, że wszystek przepych i wszystko złoto świata nie znaczą tyle, co spokój pokornego serca. Ów przepych to jakby bańka mydlana, która wznosi się, wznosi i błyszczy pięknymi barwami. A potem nagle pęka i z całej wspaniałości spada nam na nos kropla mydlin.

Dzieci roześmiały się serdecznie. Wszystkie jednak poczuły w sercach, do których próbowała się też wkraść odrobina dziecinnej pychy, że radosny Piotr i im także udzielił dobrej nauki. Tylko Gerhard zapytał niepewnie:
— Mamo, czy nie wolno być dumnym?
— Owszem, chłopcze, oczywiście, że wolno. Powinniście nawet być dumni, że jesteście dziećmi chłopskimi, że należycie do
wspaniałego narodu flamandzkiego. Szczególnie zaś powinniście być dumni z tego, że jesteście dziećmi Bożymi. Ale duma, która zachwala tylko siebie samego jak przekupień jarmarczny, duma, która każe zadzierać nosa, a innymi pogardza, duma, która nie idzie w parze z pokorą — taka duma jest niemądrą pychą,
co czyni z ludzi głupców i samolubów. Niech was Bóg od niej strzeże. Dzieci umilkły i zamyśliły się. O, warto było pomyśleć, kiedy matka dawała nauki. Nie zapominało się ich tak prędko.
Tej nocy Józio spał bardzo niespokojnie. Pełnia ubiegłego dnia była zbyt obfita dla jego dziecięcego serca. Dziwaczne sny szarpały nim to w tę, to w ową stronę. Hej! Oto toczyła się i grzmiała znowu bitwa „Złotej Ostrogi”. Potężny Jan Breydel wznosił topór rzeźnicki, a Pieter de Coninck uderzał mieczem, zwanym „Dzień dobry”. Lew
Flandryjski w złocistej zbroi pędził na czarnym jak smoła rumaku, aż skry leciały spod kopyt. Ze spotniałą głową zerwał się Józio z posłania i krzyknął:
— Flandria dla Lwa! Bij, zabij!
— Stul gębę — zawołał August i dał mu szturchańca w żebra.
Potem Józio ujrzał siebie na tronie Piotrowym i kardynałowie włożyli mu na głowę potrójną złocistą koronę. Wtem zjawił się przed nim jakiś człowiek bosy, w szacie pokutnej i śmiejąc się zdjął mu tiarę z głowy. I, o dziwo, złoto stopniało w jego rękach, a korona przemieniła się w tęczową bańkę mydlaną, która wzniosła się w górę. Ale zaraz rozprysła się tak, że kropla mydlin spadła Józiowi na nos… Później znalazł się od razu w kuźni i nadymał miech
kowalski. Kowal podszedł do niego i wyrwał mu serce z piersi, rzucił je w ogień i zawołał: — Ho, ho, Józefie, dmij w miech! Niech się ogień rozpali! Jeszcze, jeszcze więcej! Teraz dobrze! O, jak płonie! Jak się pali!
Potem kowal gołą ręką wyjął płonące serce z ognia, położył je na kowadle i uderzał w nie młotem, i śmiał się: — Ho, ho! kuj, kuj! Hartuj się, hartuj! Musisz być twarde jak żelazo i mocne jak stal, a przecież uległe i dobre. Józio zbudził się przerażony i oblany potem. Ręką sięgnął do serca, które biło mocnym rytmem. Lecz wtedy nadeszła matka, rozwarła szeroko okno, bo już było rano i jasny dzień zajrzał do izby.

KOBES I PUSTELNICY

Droga z domu do szkoły trwała dobre pół godziny. Czy deszcz, czy wiatr, upał czy śnieg, dzieci szły pieszo. To rozjaśniało głowy, barwiło policzki i odświeżało serca. Ale w dni szczególnie pogodne Józio nie potrzebował chodzić piechotą, wtedy jeździł. Do tego celu służyła piękna, trawiastozielona jednokonka. Zaprzęgało się rumaka i trzaskając z bicza jechało się wśród śmiechów i krzyków przez pola i wrzosowiska do szkoły. Tu puszczały dzieci rumaka po prostu
na łączkę nauczyciela, aby się pasł, dopóki się nauka nie skończy. Ba, rumak nie był właściwie koniem ani nawet osłem, tylko ślicznym, białym kozłem. Kozioł wabił się Kobes, był zgrabnym, silnym zwierzęciem i przykrzyło mu się, gdy musiał wciąż stać w obórce.
I dzisiejszego ranka znowu wolno było Józiowi zabrać Kobesa.Nigdy nie ubierał się tak szybko i nigdy tak spiesznie nie wbijał białych zębów w skibkę chleba przy śniadaniu jak w takie dni. Z ostatnim kęsem w ustach popędził do obórki, gdzie Kobes beknął radośnie na jego widok. Potem zaprzężono go i Józio wsiadł na wózek. Marynce
Deselaers wolno było zabrać się z nim. Józio wziął bat, kozioł raz jeszcze beknął dziarsko, pochylił silne rogi i popędził z bryczką przez bramę. Kawałek drogi biegli obok Gerhard i August, ale kozioł lepiej wytrzymywał wyścig, bo płuca miał mocniejsze. Z zazdrością spoglądali bracia za pojazdem, wreszcie August rzekł:
— Wcale mi nie zależy na powożeniu kozłem.
— Mnie też nie — przytaknął zuchowato Gerhard. -— To dobre dla małych dzieci. Józio tymczasem uniósł bat w górę i trzaskał z niego raz po raz z uciechy. A Marynka radośnie klaskała w ręce, śmiejąc się i pokrzykując.
Kiedy jednak dojechali do wrzosowisk, trzeba było zwolnić, bo koła grzęzły w piachu. Z filozoficznym spokojem człapał Kobes krok za krokiem przez piasek; znać było po nim, że był głębokim myślicielem.
Józio także się zamyślił. Marynka nuciła piosenkę. Naraz Józio powiedział:
— Czy już wiesz, Marynko, że chcę zostać bohaterem?
Marynka spojrzała na niego.
— Naprawdę wielkim bohaterem?
— Bardzo wielkim bohaterem? — rzekł Józio z naciskiem.
— Co będziesz robił jako bohater? — zapytało dziewczątko z czcią.
— O, różne rzeczy — odparł chłopak. — Zabiję kiedy smoka albo olbrzyma, czy coś takiego. To, co robią bohaterzy.
— Ale tu nie ma przecież ani smoków, ani olbrzymów — powiedziała Marynka.
— To prawda, szkoda! W ogóle w dzisiejszych czasach trudno zostać bohaterem. Dziewczętom to jeszcze najłatwiej. Możecie zostać matką albo siostrą Elżbietą i już jesteście bohaterami. Ale my, chłopcy — i Józio ulżył sobie w smutku ciężkim westchnieniem.
Kozioł beknął jakby się śmiał. Józio strzelił mu nad uchem z bata i zawołał:
— Ho! Kobes, nie spać!
Kozioł nie dał się jednak wytrącić z równowagi. Po chwili chłopak mówił dalej:
— Widzisz, Marynko, nam, chłopakom, nie tak to łatwo. Zabijać Francuzów jak Lew z Flandrii też nie możemy, bo ludzie nie chcą rozpoczynać wojny. Zostać papieżem — to też niepewne. Ale jeszcze mi się coś przypomniało! Możemy przecież zostać pustelnikami! Jak Piotr radosny, o którym nam matka wczoraj czytała. Pójdziemy
daleko w las, tam zbudujemy sobie pustelnię i będziemy śpiewali i modlili się jak Jan Ruysbroek, aż drzewa zapłoną. Wtedy będziemy wielkimi bohaterami.
— A kiedy chcesz zacząć z tym pustelnictwem?
— Kiedy? Kiedy? — zapytał Józio zdziwiony. — Naturalnie zaraz.
Matka mówi, że dobre zamiary trzeba zaraz wprowadzać w czyn. Jak się im da ostygnąć, już się Panu Bogu nie podobają.
— A szkoła? A nauczyciel? — napomknęła nieśmiało Marynka.
Przyszły pustelnik spojrzał surowo na dziewczynkę i rzekł z wyrzutem:
— Co jest świętsze: pustelnictwo czy chodzenie do szkoły?
— Pustelnictwo — powiedziała Marynka.
— Więc nie jedźmy do szkoły, tylko tam, głęboko w las, i będziemy się modlić, aż drzewa zapłoną.
— Ja też? — zapytała Marynka.
— Ty też! Bo żeby zostać siostrą Elżbietą, jesteś jeszcze za mała, a siedmioro dzieci też nie możesz zaraz dzisiaj mieć.
Właśnie dotarli do drogi, która prowadziła do szkoły. Kobes chciał już skręcić w tamtą stronę, ale Józio ściągnął silną ręką lejce. Kozioł beknął i puścił się pędem do lasu.
Gdy się dzieciom zdawało, że las jest już dość głęboki, wysiadły, zdjęły uzdę Kobesowi i poszukały sobie miejsca na pustelnię. Obrały sobie każde swoją celę, zostawiając między sobą przestrzeń jakichś dwudziestu metrów. Z dwóch drewienek zrobiły krzyż, powiązany sznurkami, na których się dotąd przy tabliczkach zwieszały szmatki
i gąbki.
— Na co nam teraz tabliczki? — zapytał pustelnik.
— Tak, na co — powtórzyła pustelnica.
— Teraz musimy milczeć! — powiedział Józio. I oboje usiedli pod krzyżem i zaczęli się modlić.
O, modlić się umieli. Każde z nich miało różaniec, z jego pomocą było to zupełnie łatwe. Kiedy Józio odmówił swój wokoło, zawołał do Marynki:
— Czy u ciebie drzewa już płoną?
— Nie! A u ciebie już?
— Jeszcze nie. Ale to już nie potrwa długo.
Potem Józio zaczął głośno śpiewać, bo modlitwa lepiej się udaje ze śpiewem. Marynka też zanuciła ładną pieśń do Matki Boskiej. Tak zeszedł czas do południa. Wtem zabrzmiał gdzieś dzwon.
— Teraz skończyła się szkoła — powiedziała Marynka.
— To nas nic nie obchodzi — odrzekł surowo pustelnik. —
Musimy odmówić Anioł Pański. Uczynili to z wielkim nabożeństwem. Potem jednak Marynka powiedziała:
— Józiu, jestem głodna!
— Musisz do mnie mówić: „bracie Józefie!”… siostro Marynko.
— Bracie Józefie, jestem głodna!
— Więc pójdziemy teraz szukać korzonków. Szkoda, bo u mnie właśnie drzewa zaczynają płonąć.
— U mnie też! — zapewniła gorliwie Marynka.
Pozwolili jednak drzewom ostygnąć i wyruszyli na poszukiwanie korzonków. Po chwili znaleźli drzewo, którego jeden korzeń wyrastał ponad ziemię. Dzieci rzuciły się na niego, z trudem oderwały kawałek i poczęły go żuć. Ale wkrótce twarze ich gorzko się skrzywiły.
Korzeń bowiem był twardy i ledwie go można było rozgryźć, był przy tym bardzo niedobry.
— Ciężko jest pustelnikować — wyznał chłopak.
— Tak — powiedziała dziewczynka. — Ale mamy przecież jeszcze nasze śniadania szkolne.
— Dobrze — rzekł Józio, zastanowiwszy się chwilę, czy honor pustelnika da się pogodzić z jedzeniem szkolnego śniadania. — Dobrze, jeszcze dzisiaj je zjemy.
Zgłodniali zatopili zęby w grubych pajdach chleba. I kozioł, który z bekiem przybiegł, dostał też trochę. Potem pustelnikowanie szło lepiej; z nowym zapałem zabrali się do modlitwy i śpiewu. Ale drzewa wciąż jeszcze nie chciały zapłonąć. Po pewnym czasie rzekła pustelnica:
— Bracie Józefie, w domu piją teraz kawę. Matka stawia na stole wielki talerz ze skibkami białego chleba z miodem.
— Przestań! — zakazał pustelnik — to są pokusy.
Ale pokusa bardziej go niepokoiła, niż się do tego przyznawał. Wśród modlitwy i śpiewu widział teraz wciąż ogromną stertę pięknych białych kromek ze złocistym miodem. O tak, pustelnikowanie jest trudne.
— Jak długo jeszcze tu pozostaniemy? — zapytała Marynka.
— Na zawsze, siostro Marynko, aż nam urosną długie brody.
— Ale mnie przecież nie urośnie broda!
— Toteż nie będziesz prawdziwym pustelnikiem.
-— Jeżeli nie mogę być prawdziwym pustelnikiem, to mogę pojechać do domu.
— To są pokusy, siostro Marynko! — rzekł pustelnik surowo.

Tymczasem w zagrodzie de Veusterów i w kuźni wszyscy byli pełni niepokoju. Już rano nauczyciel z dziećmi przeszukał las. Ale nikt nie znalazł żadnego śladu. Kiedy później August i Gerhard zawiadomili w domu o dziwnym zniknięciu dzieci, ojciec i parobek Piet Winkelmohlen wyruszyli natychmiast, aby je odnaleźć. Mijała godzina za godziną. Drzewa poczęły już rzucać długie cienie, w lesie stawało się coraz ciemniej. Nagle wydało się Pietowi, że coś białego przemknęło między pniami. I rzeczywiście zaraz też usłyszał wyraźne meee… meee!
— Kozioł! — zawołał parobek i wydał okrzyk radości.
Wkrótce dotarł do Komesa, który zadowolony liznął go po ręce; za chwilę Piet spostrzegł dzieci. Siostra Marynka siedziała na ziemi i płakała. Brat Józef natomiast siedział uparcie przed swoim krzyżem i modlił się, niewzruszony skargami niewiernej i zapominającej o swoich obowiązkach pustelnicy.
Z okrzykiem radości rzuciła się Marynka w ramiona parobka, Józio jednak nachmurzył się i powiedział surowo
— Piet Winkelmohlen, nie zakłócaj ciszy mojej pustelni. Ale jeżeli masz przypadkiem kawałek chleba w kieszeni, możesz mi go dać.
— Czyś ty zwariował, chłopcze? — zapytał parobek i roześmiał się.
— Ach, Piet, my właściwie jesteśmy pustelnikami. Ale ja pójdę z tobą do domu — obiecała Marynka.
— Pewnie, że pójdziesz! I Józio też
Lecz Józio bronił się rękami i nogami przeciw takiemu wiarołomstwu. Dopiero kiedy parobek powiedział: „Józiu, matka w domu płacze!” — wstał powoli i wsiadł do wózka, do którego parobek zaprzągł już tymczasem Kobesa.
I tak pojechali oboje do domu, a Piet Winkelmohlen biegł obok. Józio na próżno łamał Sobie nad tym głowę, dlaczego mu ludzie nie pozwalają zostać bohaterem. Dopiero o wiele, wiele później zrozumiał, że bohater musi przede
wszystkim całkiem po prostu i poważnie wypełniać swoje obowiązki.
Zabijanie smoków i olbrzymów i pustelnikowanie, wszystkie te nadzwyczajności spełniać będzie można później, kiedy zdarzy się po temu sposobność. Tej nocy jednak Józio zapadł w zdrowy sen, bez widziadeł; i to też jest dobre dla kogoś, kto, chce zostać bohaterem.

ZŁOTA DROGA

Tak wzrastał chłopiec Józef de Veuster. Każdy jego dzień pełen bujnej radości życia był jak przelewający
się kielich. Dość często przychodziło mu klęczeć pod krzyżem u bramy za to, że nie pohamował gniewu. Dość często, gdy na podwórzu szkolnym dostał się pod jego pięści chłopak jakiś, to biegł potem krzycząc, z okrwawionym nosem, do nauczyciela na skargę. Bo gdy Józef zobaczył u któregoś z młodych kolegów coś złego, nieszlachetnego lub podłego, gniew jego nie znał granic ani miary.
Kiedyś nadszedł, gdy Sus Baal, wielki niegodziwiec, o dobre dwa lata od niego starszy, tłukł małą dziewczynkę. Józef de Veuster skoczył na chłopca jak pantera, tak że tamten z łomotem zwalił się na ziemię. Potem rzucił się na niego i tak mocno grzmocił go twardymi pięściami po głowie i całym ciele, ratunku. Dopiero nauczyciel z trudem zdołał go wreszcie wydobyć z rąk mściciela.
Józef otrzymał surową karę, którą oczywiście nauczyciel byłby na pewno złagodził, gdyby znał powód jego wyczynu. Ale Józef był zbyt dumny, by zdradzić nikczemnego kolegę. Przeciwnie, gdy nauka się
skończyła, podszedł do niego, wyciągnął jabłko z kieszeni i rzekł: — Masz, Sus, weź to! Przyda ci się pokrzepienie. Ale jak jeszcze raz uderzysz jakąś dziewczynkę, zatłukę cię na śmierć! Sus spojrzał nieśmiało w błyszczące oczy chłopaka. Potem spuścił wzrok tchórzliwie, wziął jabłko i odbiegł.
Józef był twardym i odważnym, a często gniewliwym bardzo chłopakiem. Odziedziczył gorącą krew ojca. Lecz na dnie jego duszy spoczywała dobroć matki. Był wszędzie, gdzie płonęła radość życia. Rzucał się w każdy
rozgwar i hałaśliwą zabawę. Czy to była jakaś żywiołowa gra, bitwa na kule śnieżne lub zgoła kiermasz, ten syn chłopski rzucał się w wir życia z okrzykiem radości. Ale to było dziwne: zdarzało się, że nagle spośród zabawy i gwaru odbiegał gdzieś szukając ciszy. Wówczas godzinami wędrował samotnie po lesie lub zasiadał w kącie kościoła.
Znowu był odpust w Werchtern. Dziadek zaprosił matkę i dzieci. Tak było co roku, a kiermasz
w Werchtern był dniem przeogromnego szczęścia dla młodziutkich serc. Wiejski plac targowy był jedną kipielą gwaru i śmiechu, ostrych dźwięków katarynek i wrzaskliwych krzyków. Życie toczyło się wokoło niby warczący bąk. Pachniały pieczone jabłka i pączki. Wiejskie dzieci z Tremelo rzucały się rozbawione w całą tę bujną wesołość. Najbardziej
szalał Józef de Veuster. Ale podczas jazdy na ogromnej karuzeli Józef nagle zamilkł. Wydało mu się, że cały ten gwar i hałas jest czymś nieświętym, jakąś wrogą siłą, która wyciąga ręce po jego serce. Trudno było myśleć
w tym gwarze. Trudno było oddychać jak należy. Coś jakby brudnym chwytem dławiło serce. Jeszcze w czasie jazdy Józef zeskoczył z karuzeli. Rodzeństwo krzyknęło, ale Józef już zniknął w tłumie. Po chwili matka i rodzeństwo poczęli go szukać.
Troska o chłopaka ścisnęła serce matki. Może znowu wymyślił jakiś niebezpieczny kawał. Dziadek jednak, który dziwnie nieomylnym spojrzeniem czytał w duszy wnuka, powiedział spokojnie: — Poszukajcie no w kościele.
Kiedy matka po chwili weszła do kościoła, ujrzała chłopca klęczącego przed wielkim ołtarzem. Wzrok jego zawisł na tabernakulum, przed którym migotała czerwona wieczna lampka. Tu była cisza. Hałas i rozgwar odpustowego jarmarku rozbijał się o grube mury kościoła. Tu było bezpiecznie. Ogarnięte niepokojem serce dziecka czuło się tu dobrze.
Matka zbliżyła się do chłopca, objęła go zdumionym spojrzeniem i zapytała:
— Czemuś uciekł z kiermaszu? Niepokoiłam się o ciebie.
A chłopiec powiedział:
— W tym gwarze nie można myśleć o Bogu.
— Chłopak ma rację — powiedział później dziadek, kiedy gospodyni powtórzyła mu te dziwne słowa. — Trzeba czasami wyjść z hałasu świata w ciszę Bożą, inaczej utonęłoby się w nim jak w brudnej wodzie.
W owym czasie poczęli i święci u fary w Tremelo pochylać głowy nad nieokiełznanym wiejskim chłopakiem o rumianych policzkach, który nieraz całą godzinę klęczał cicho, w skupieniu, z błyszczącymi
oczyma przed tabernakulum i tak się pobożnie modlił, jak się modlić umiała tylko Tryna Kistemakers.
Aż też na wiosnę 1850 roku niebo zesłało całą swoją łaskę na to serce dziecięce. Niedziela Palmowa miała być dniem jego pierwszej Komunii świętej. Jeszcze nigdy proboszcz nie przemawiał tak gorąco do młodych duszyczek, jak podczas przygotowania do Komunii świętej. Podobnie jak artysta urabiał małych Flamandów, którzy siedzieli oto przed
nim z wszystkimi swoimi dziecięcymi błędami i wadami, ale z sercami pałającymi dobrą wolą. Józef de Veuster przekonał się podczas tych lekcji, że nie tylko Bóg rzeźbi dusze swoich świętych, ale i samemu
trzeba się do tego przyłożyć. Toteż silną dłonią brał teraz dłuto i młotek i chętnie poddawał się wskazówkom kapłana pouczającego, gdzie należało przyłożyć ręki.
Twardy, nieokiełznany chłopak wiejski zadawał sobie gwałt. Naginał twardego karku nieustępliwemu uporowi chłopięcemu, opanowywał burzącą się niecierpliwość, dziecinną zarozumiałość. Kiełznał
swoją wybuchową, gorącą krew, która tak często gniewem zapalała mózg i podnosiła pięści. Trudne było to poskramianie, co zadawało rany własnemu sercu. Trzeba było rzeczywiście kłaść serce na
kowadle i kuć je w ogniu. Ale w młodej duszy rosły przy tym siły wewnętrzne. W sobotę przed Niedzielą Palmową ukląkł Józef de Veuster przed kapłanem w konfesjonale i wyznał swoje winy: z niewielką tylko skruchą drobne grzechy, przez które inni odnieśli guzy i szramy, natomiast z gorącym, szczerym żalem ciężkie grzechy, z powodu których jego matka płakała. Ale nie potrafił żałować należycie tego, że swego czasu pobił tak niemiłosiernie Susa Baala.
— Zamiast żalu dam mu jeszcze jedno jabłko — powiedział do księdza, który się na to zgodził. Józef nie obawiał się wyznania grzechów na spowiedzi. Od dawna ojciec nauczył go przyznawać się do złego postępku. W domu nie
wolno było niczego przemilczeć czy wybielać. Kiedy gospodarz spojrzał na swoje dzieci, trzeba było zacząć wyznawanie win.
— Przyznać się do winy, to jest po męsku! — mawiał ojciec.
— Tylko tchórz się tego boi.
Kiedy po wyznaniu grzechów ksiądz wypowiadał do duszy dziecka słowa serdecznych napomnień, Józef czuł, że klęczy przed tronem Boskiego Miłosierdzia, a gdy kapłan podniósł rękę do rozgrzeszenia, chłopak uczuł, że go dotknęła łaska Boża. Po serdecznej modlitwie dziękczynnej wyszedł Józef z kościoła. Na dworze słońce wyjrzało zza chmur i czar wiosny zawisł nad całą przyrodą. Józef na chwilę przysłonił ręką oczy, gdy je uderzył olśniewający
blask. Ale potem chciwie i radośnie wchłaniał to światło i to rozpłomienione życie zmartwychwstałej przyrody.
Boże drogi! Czyż to naprawdę jego wioska rodzinna! Czyż to te same stare, słomą kryte chaty, które bielą się poprzez zieleń lip i jodeł! Droga do domu wydała mu się nagle pełna kwiatów i barw, i słońca! Czy dlatego że była już wiosna? Czy też wszystko wydawało się takie, dlatego że w duszy było niebo i święty spokój, i nowa,
silna moc Boża?
Z okrzykiem radości rzucił się chłopak na łąkę, aby uścisnąć całą tę zieleń soczystą i barwną. Nigdy jeszcze jego wioska flandryjska nie była taka piękna. Nigdy jeszcze tak jej nie kochał. W domu biegał po wszystkich pokojach, a że matki zaraz nie znalazł, pobiegł do krowy Kasi, do wołu Tomka i do kozła Kobesa. Rzucał się tym niemym stworzeniom na szyję i krzyczał:
— Pęknę chyba za szczęścia!
— Ale nie tu w oborze — odezwał się jakiś głos — bo bym musiał sprzątać po tobie!
— Piet, Piet! — zawołał Józef i jednym susem wskoczył staremu, wiernemu słudze na plecy. — Piet, takim szczęśliwy! Chodź, pojadę na tobie naprzeciwko wiośnie!
— Powoli, chłopyszku, powoli! — zaśmiał się Piet Winkelmohlen. Ale potem ruszył jednak truchtem i wybiegł z chłopakiem na dwór, na słońce. Trzy rogate stwory w oborze beczały, mruczały i ryczały za nimi.
Wieczorem wszyscy jak zwykle odmówili różaniec i pacierz wieczorny. A kiedy Józef już się położył do łóżka, matka przyszła jeszcze raz do niego i powiedziała:
— Chłopcze, jutro Bóg przyjdzie do twego serca. Wówczas dziecko zadrżało świętym, cichym oczekiwaniem, owym niewysłowionym przeczuciem, jakie tylko odczuć potrafi dusza dziecięca, która gotuje się na spotkanie samego Boga. Tak drżą może drzewa, kiedy wiosna przychodzi.
Na drugi dzień niebo otworzyło się w duszy tego dziecka. Żaden z chłopców nie odnawiał swych obietnic ze chrztu takim jasnym, dobitnym głosem jak Józef de Veuster. Ręka jego mocnym chwytem miażdżyła prawie wosk płonącej świecy. A potem kapłan wzniósł nad złotym kielichem Hostię.
— Ecce Agnus Dei! „Oto Baranek Boży!”
Czy pamiętasz, Józefie, jak wyszedłeś szukać Boga na srebrzystej drodze? Teraz Bóg przychodzi do ciebie złotą drogą swej miłości. Serce bije gwałtownie, jakby za chwilę miało pęknąć. Zbawiciel już się zbliża. Teraz kapłan stanął przed Józefem, uniósł Ciało Pańskie z cyborium i złożył je w usta dziecka.
— Ciało Pana naszego Jezusa Chrystusa niechaj strzeże duszy twojej na żywot wieczny! Amen.
Tysiąc płomieni ogarnęło serce. W morzu ognia roztapia się całe życie.
Bóg z tobą! Bóg w twojej duszy! Jak we śnie odnalazł Józef swoje miejsce w ławce. Potem ukrył
twarz w dłoniach i całe jego jestestwo, cała istota, wszystkie pragnienia i myśli zatonęły w Bożej dobroci i wszechmocy. Dopiero po dłuższej chwili Józef zdolny był modlić się słowami.
— Daj mi umrzeć, daj mi umrzeć! —- a po chwili namysłu: — Nie, nie umrzeć, nie! Daj mi żyć dla Ciebie! Weź mnie, Panie! Weź mnie! Weź wszystko, co mam! Weź Kobesa koziołka, to najmilsze, co posiadam, weź go, jeśli chcesz! Ja ci go daruję! Wszystko Ci oddam! To serce chłopięce, z którego dobywały się słowa dziecinnej miłości, było w tej chwili raczej czystym płomieniem ofiarnym, który płonął tylko dla Boga. W tej też godzinie — po raz pierwszy jak błyskawica przeszyła mu serce myśl, żeby się Bogu całkowicie poświęcić jako kapłan lub zakonnik. Jeszcze nigdy przedtem o tym nie myślał. Czy to Pan go wzywał, teraz, kiedy tak przeogromne światło przepełniło mu duszę?
Bóg nie przemawia do nas słowami człowieczymi, a mimo to dusza czuje tchnienie Jego głosu.
Wówczas to wypowiedział Józef słowa, które później miał powtórzyć przy uroczystym oddaniu się Bogu:
— Jeżeli tego chcesz, Panie. Oto jestem.
— Żeby moje dziecko wyzdrowiało. Żeby moje dziecko wyzdrowiało
— szeptała bezustannie jakaś kobieta. A w oczach jej była i trwoga, i ufność.
Obok niej młoda wieśniaczka cicho modliła się o błogosławieństwo Boże dla swego łona.
— Pociesz mnie, Matko! Pociesz mnie! — błagała dziewczyna,
która utraciła ukochanego i w niedoli serdecznej nie widziała przed sobą innej drogi, jak tylko do Matki.
Na końcu tej procesji jakaś wieśniaczka wiozła na taczkach swego zreumatyzowanego męża. Pot spływał z niej strumieniami. Od czasu do czasu chłop jęczał z cicha. Po raz siódmy już pielgrzymowali w ten sposób do Matki Bożej. Może przecież stanie się cud, a jeśli nie — to nabierało się otuchy u serca Matki Bolesnej siedmioma mieczami przebitego, otuchy i nowej siły do niesienia krzyża. Ale nadzieja nigdy nie gasła. Jeżeli znikąd nie było już pomocy, jeżeli ani doktor, ani felczer żadnego już nie mieli środka, jeżeli rozpacz niby ptak czarny zlatywała na duszę, jedno tylko pozostawało: droga do Matki.
Niekiedy znajdował się w procesji udręczonych i człowiek radosny. Pielgrzymował do Scherpenheuvel, aby podziękować Matce Najświętszej za odebrane łaski i wysłuchane prośby. Chciał zawiesić srebrne serce przy Jej cudownym obrazie. Tego roku wielu gospodarzy brało udział w pielgrzymce; i oni także nieśli do Matki ciężkie utrapienie. Od wielu tygodni ani kropla deszczu nie spadła na ziemię. Młoda ruń więdła, a niezdolne do życia rośliny zwieszały liście. Ze smutkiem spoglądał gospodarz Franciszek de Veuster na rozprażone pola.
— Wszystko więdnie, wszystko się spali — mówił do kroczącego obok młodego, rosłego chłopca. — Nie będzie paszy dla bydła ani chleba dla ludzi. Będzie głód, Józefie!
— Idziemy do Matki — odparł chłopak. — Ona może nam zesłać
deszcz. Musimy się modlić, ojcze.
I głosy ich przyłączyły się znowu do ogólnego, równego zawsze rytmu różańca. Od dwóch lat Józef de Veuster wyrósł już z ławy szkolnej. Odtąd pomagał ojcu w gospodarstwie i w handlu nasionami, który ojciec również prowadził. Ręce jego stwardniały. Członki stały się mocne i prężne. Przerósł ojca i braci o głowę. Dwucetnarowe worki zboża
zarzucał sobie z łatwością na plecy.
Stał się wieśniakiem, ciałem i duszą wieśniakiem, chłopem, który nad wszystko kocha swoje pola, pielęgnuje je i ochrania, jak gdyby to było jego własne ciało.
Wrzosowiska to ziemia uboga. O chleb powszedni i o paszę dla bydła trzeba się z nią zmagać siłą olbrzyma. Nie ma piędzi ziemi, której by chłop swym potem nie użyźnił w ciężkim znoju roboczym,
której by ojciec i dziad nie uświęcili tak samo swoim potem. Dlatego ziemia ta jest święta i bliska. Człowiek zespolił się z nią i zapuścił w niej korzenie jak drzewo. Już się od niej nigdy nie oderwie. Tutaj będzie żył i umierał. W tej ziemi złożą kiedyś do wiecznego snu utrudzone ciało.
Chłopi z wrzosowisk Brabantu są twardymi i wytrwałymi ludźmi. A mimo to żadna matka nie czuwa troskliwiej nad dziećmi niż taki chłop nad swoją rolą. Od Gromnicznej rozpoczyna się praca, a z pracą kłopoty, i nie ustają one, dopóki ostatnie snopy nie zostaną zwiezione. Wrasta chłop w ziemię, ale wzrasta też i ku niebu.
Pośród pól stoją krzyże i bieleją kapliczki Najświętszej Panny. Na każdym kłosie spoczywa błogosławieństwo modłów. Nad złocistymi plonami unosi się jeszcze dźwięk dzwonków, snują się dymy ze srebrnej kadzielnicy i trwa jeszcze blask monstrancji od święta Bożego Ciała. Mozół chłopski zapuszcza korzenie w ziemię i wznosi twarze ku niebu.
Józef de Veuster stał się chłopem i dlatego serce jego krwawiło nad zwiędłymi, schnącymi z pragnienia zasiewami. Więc i jego też wielka groźba nieurodzaju pchała do Matki.
— Pójdę teraz i wyręczę kobietę przy taczkach z chorym mężem
— powiedział Józef de Veuster.
— Zrób tak, chłopcze — odpowiedział ojciec.
Kobieta wzbraniała się z początku. Wydawało jej się bowiem, że jej pielgrzymka nie będzie ważna, jeżeli ona sama własnoręcznie nie dopcha taczek z mężem do Scherpenheuvel. Ale Józef umiał ją tak przekonać, że mu je wreszcie z westchnieniem ulgi oddała.
Procesja szła dalej w kurzu i upale, a z nią troski i nadzieje. Tylko Tryna Kistemakers brała udział w pielgrzymce jedynie dla czystej przyjemności duchowej. Mówiono nawet, że nakłada sobie grochu do obuwia. Ale nikt tego z całą pewnością nie wiedział. I tacy ludzie są widać potrzebni, i oni wysługują sobie na swój sposób jakieś
miejsce w niebie. Wiele dróg prowadzi do Boga. Skończyła się wreszcie ta skwarna podróż. Pielgrzymi byli
u celu. Zmęczeni i kurzem pokryci wkraczali do Scherpenheuvel. Po długiej wędrówce doszli do Matki, której można będzie wszystko powiedzieć.
Z potężnej kopuły nad świętym miejscem dzwony biły na Anioł Pański. Nigdy nie uświadamiał sobie Józef de Veuster tak wyraziście, że idzie do tronu Matki Łaskawej, jak teraz właśnie, kiedy ujrzał przed sobą jarzący się kościół. Drobna postać Matki Bożej wiele miała do roboty, aby przyjąć wszystkich swoich gości. Bo i z innych miejscowości stawiły się pielgrzymki. Ona jednakże spoglądała łagodnie z wysokiego tronu na swoje dzieci, a na ustach miała uśmiech, jak gdyby chciała mówić: „Chodźcie, chodźcie, wiem, czego wam trzeba, ja wam pomogę. Nie na próżno trzymam berło łask w ręku, a pod płaszczem moim jest miejsca dość dla wszelkiej troski. Dobrze, że istnieją na świecie miejsca cudowne, w nich bowiem mieszka dla ludzi nadzieja.
Kobieta, która przyszła żebrać o ratunek dla swego chorego dziecka, wiedziała na pewno, że będzie uzdrowione. Opuszczonej dziewczynie po raz pierwszy przed cudownym obrazem Matki popłynęły znów z oczu łzy i orzeźwiły serce. Młoda kobieta, która prosiła o błogosławieństwo dla swego łona, wracała też z nową otuchą do domu. Zreumatyzowany gospodarz nie odczuwał już bólów.
U Matki Boskiej Pocieszenia wszyscy odzyskiwali nadzieję. Pątnicy tłoczyli się długim szeregiem do cudownego obrazu. Trzeba było czekać cierpliwie, by móc na chwilę przed nim przyklęknąć.
Ale nie było to przykre, bo był czas zastanowić się spokojnie nad tym, co się Matce Bożej powie.
Józef de Veuster wiedział, że ma poprosić o deszcz dla swej roli. Matka Boża w białobłękitnej szacie może zesłać kilka białych chmur na pogodne, błękitne niebo. Nie potrzebował dobierać słów.
Przyszła kolej na niego. Zgiął kolana przed Najświętszą Panną, przed którą płonęło wiele świec. Teraz będzie słuchała i jego przez chwilę.
— Maryjo Najświętsza! Pole! Nie daj mu wyschnąć! Nie daj zwiędnąć zasiewom! Ześlij deszcz, Maryjo, już czas! A potem zdało mu się, że wcale nie przyszedł tutaj, by prosić o deszcz dla roli, ale że inna troska przywiodła go do Matki. Czyż nie odezwał się w nim znowu ów głos zasłyszany w dniu pierwszej Komunii świętej, głos, który odtąd brzmiał mu nieraz w duszy jak dzwon i nawoływał: „Chodź, pójdź za Mną!” Józef nie zapomniał tego głosu. Ale kiedy od wczesnego ranka do ciemnej nocy robota wrzała na polu czy w podwórzu, wówczas śmiał się z tego i mówił:
— No cóż, jestem gospodarzem.
Lecz teraz przed cudownym obrazem Najświętszej Panny usłyszał znowu ten głos, który był niby jasna powódź światła. Wówczas splótł mocno dłonie i modlił się:
— Jeżeli chcesz tego, Matko, opuszczę ziemię i pójdę za Nim! Teraz jednak musiał już wstać z klęczek. Napierał nań szereg utrapionych, łańcuch ludzi rozmodlonych, który się nie przerywał aż do nocy. Józef poszedł razem z ojcem do gospody „Pod Świętym Ambrożym”, gdzie rozpakowali zabrany na drogę chleb i zapijali go piwem.
Kiedy pod wieczór wracali do domu, minął już największy żar. Lecz pod granatową kopułą nieba nie ukazywał się najmniejszy biały obłoczek. Po wieczerzy Piet Winkelmohlen wyskoczył nagle przed
drzwi, polizał palec, podniósł go w górę, chwilę tak potrzymał i zawołał radośnie:
— Wiatr obraca się ku zachodowi, gospodarzu, będzie deszcz!
— Daj to Boże i Najświętsza Panno — odparł gospodarz i zapalił
pod krzyżem i figurą Matki Boskiej Bolesnej grubą świecę, która miała się palić do rana. Mimo odbytej mozolnej pielgrzymki Józef de Veuster zapadł w sen niespokojny, męczący. Wciąż jeszcze płonęły przed nim świece z Scherpenheuveł i spoczywały na nim oczy Matki Bożej. A głos Jej wołał:
— Józefie, nie na tej roli stać powinieneś. Inne pole czeka na ciebie. Potem ujrzał ogromny łan zboża, wielki jak morze i dojrzały do żniwa. I usłyszał głos Boga:
— Żniwo jest wielkie, ale żeńców mało. Chodź i ty na moje pole!
I głos Boży stał się dźwiękiem tysiąca organów i dzwonów, stukiem młotów kujących w kowadło:
— Chodź i ty na moje pole!
I głos Boży stał się rykiem burzy, nawałnicy, szumiącym, huczącym morzem.
— Chodź i ty na moje pole!
Ogień spadł z nieba i zapalił ziemię, a głos Boży stał się przepotężnym grzmotem:
— Chodź i ty na moje pole!
Józef poderwał się nagle. Komora pełna już była szarego światła. Naraz błyskawica rozdarła blady świt. Grzmot wstrząsnął domem. Boże, jaka burza! I zaraz jęło bić i trzaskać o szyby. Deszcz! Deszcz!
Józef zerwał się z okrzykiem z łóżka, wciągnął spodnie. Deszcz! Deszcz! Boże, Ty w ręku masz burze dobroczynne, Twoje grzmoty są tchnieniem Twej dobroci, a błyskawice płomieniami Twej łaski. Józef wsuwał bose nogi w drewniaki. Deszcz! Ciebie, Boże, chwalimy! Wszystkie sny poszły w niepamięć. Bóg błogosławił pola! Krzycząc
z radości młody gospodarz wybiegł na dwór. Nad głową grzmiała burza, ale Józef de Veuster śmiał się, śmiał się i krzyczał. Pobiegł na pole. Oto ziemia nadstawiała zagony pod błogosławieństwo, które spływało z nieba. Oto prostowały się ich rośliny, a tchnienie nowego życia unosiło nad nimi. Józef biegł przezciemne bruzdy.
Mokra ziemia plaskała i kląskała mu pod stopami. Deszcz! Życie! Życie!
Zanurzył obydwie ręce w ziemi i śmiał się na widok szarego błota, które ściekało mu z palców.
Boże wielki! Uratowałeś mi pole! Zbudziłeś umierający plon do życia. Dzięki Ci! Nie, nie umiał dziękować słowami. Wykrzykiwał swoją radość hen, na pola. Wyciągał zabłocone ręce, głowę odrzucił w tył i otworzył usta, aby woda spływała mu do gardła. Chciwie pił błogosławieństwo nieba.
A pioruny trzaskały mu nad głową. Gdy chciał pobiec dalej, runął na ziemię. Drewniaki utknęły w grząskiej ziemi. Józef się roześmiał:
— Chcesz mię zatrzymać, przyjacielu! Ziemia nigdy mnie nie puści. Wszak to moje pole. Potem zerwał się znowu, gnał przez łąkę, potężnym susem przesadził żywopłot ogrodu wołając:
— Deszcz, deszcz! Bóg błogosławi moim polom! Nawałnica wstrząsnęła niebem i ziemią. Józef podniósł wieko studni, spuścił żuraw z wiadrem, wyciągnął je i pobiegł do stajni ponalewać koryta po brzegi.
— Pijcie, pijcie. Dosyć teraz mamy! — krzyknął. — Niebo daje deszcz ziemi! A troje rogatych stworzeń z rozkoszą zanurzyło spragnione pyski w wodę.
W domu także zbudzili się wszyscy. Bracia hałasowali w komorze. Matka wołała:
— Chodźcie do izby, zapalimy gromnice! Ale Józef odkrzyknął:
— Burza jest błogosławieństwem! Błyskawice Bożymi gromnicami! Gospodarz ukląkł tymczasem pod wielkim krzyżem w podwórzu. Nie mógł znaleźć słów modlitwy, ale łzy wraz z deszczem spływały
mu po twarzy. Kiedy Józef później odmawiał swój pacierz poranny, powiedział:
— Boże drogi! Ja i pole należymy do siebie! Ziemia mnie nie puści, trzyma mnie mocno. Sam widziałeś! Jestem gospodarzem!

ZŁOTY GARNIEC

Praca kos na polach Brabantu była ukończona. Zboża zżęte. Ostatni wóz z plonem wjechał do stodoły wśród głośnej radości. Nastało wytchnienie dla pól i po zagrodach. Następnej niedzieli organista w Tremelo wyciągając wszystkie rejestry zagrał „Te Deum”, wtórowali mu gospodarze, tak że Piet Kamerbeek, kalikant, pocił się z wysiłku i przejęcia. W srebrnych czaszach dymiło kadzidło. Ministranci z zapałem potrząsali dzwonkami, a ksiądz złocistą monstrancją dawał błogosławieństwo. Te Deum laudamus! Chleb jest zapewniony!
Wdzięczność i radość była we wszystkich sercach. Wszyscy mieli brać udział w powszechnej szczęśliwości, dlatego sytość żniwnego plonu spłynęła również do mis biedaków. W następnym tygodniu rozpoczęło się w Tremelo ogólne mordowanie. Wszędzie kwiczały prosięta i beczały cielaki prowadzone do rzeźni. Wszędzie rozpalano ogień w piekarnikach, bo dużo dobrych rzeczy trzeba było przygotować do jedzenia. A w sobotę całe Tremelo stało się jedną ogromną brytfanną, w której coś się piekło i skwierczało, jednym olbrzymim piekarnikiem pełnym ciast, tortów i chlebków z rodzynkami… Smugi smakowitej woni unosiły się ze wszystkich kominów.
Wieczorem zaś dzwony huczały radością nad tą wsią flandryjską. Dzisiaj serca dzwonów nie dzwoniły. Dziś starodawnym zwyczajem pięciu silnych mężczyzn stało u góry w dzwonnicy i uderzało w dzwony młotami w takt pradawny. Ze wszystkich bram wyskakiwała dzieciarnia, śpiewając z rytmem dzwonów: Bim bam, bim bam!
Jutro kiermasz będzie nam! Pobiegła na błonia podziwiać wszystkie owe cuda ukryte jeszcze pod szarymi płachtami. Jutro jednak wszelkie zasłony opadną, a błonia przemienią się w raj, w krainę zachwytów, blasku, woni, smaku
i odświętnych dźwięków. Lecz wszędzie jeszcze rozpościerały się szare płachty. Co najwyżej tylko przez szpary można było dostrzec gdzieniegdzie przebłysk niesłychanych wspaniałości.
Młodzież w Tremelo szeptała:
— Takiej wielkiej karuzeli jeszcze nigdy nie było. A na koniach
można się huśtać podobno — to wiedział Klas.
— Przyjechał prawdziwy czarodziej. Potrafi przemieniać ludzi w kury albo w lwy, na pewno tego nie wiem — tego znowu dowiedział się Janek i to było też ważne.
— A ja wiem na pewno, że przyjechał teatr kukiełek i Jan Snuff też tam jest — powiedziała Liza i to właśnie było najważniejsze. Teatr kukiełek jest zawsze najważniejszą rzeczą na kiermaszu. Wieczorem Józef de Veuster siedział na ławie przed zagrodą i grał na harmonijce. Nauczył się tego od szewca Jana Kuypersa.
Przechodziła właśnie Marynka Deselaers z wielką blachą placka i przystanęła, aby posłuchać.
— Ślicznie umiesz grać — powiedziała z podziwem.
— Muzykanci na placu tanecznym umieją jeszcze lepiej ode mnie, Marynko — roześmiał się Józef i oczy mu pojaśniały. — Marynko — dodał po chwili —jutro musisz wciąż ze mną tańczyć!
— Widzisz go! — odparła Marynka i chciała odejść, ale Józef pochwycił ją za rękę i przytrzymał:
— Marynko, dawno już chciałem ci coś powiedzieć.
— Co takiego? — zapytała dziewczyna.
— Taka jesteś ładna jak jabłonka kwitnąca, nie ma na świecie nic ładniejszego.
— Uważaj, żebyś od tej kwitnącej jabłonki nie oberwał! — roześmiała się Marynka i pogroziła mu ręką. Potem zerwała się i śpiewając poniosła blachę z plackami do domu. Józef de Veuster chwycił znowu harmonijkę i wtórował jej piosence.
Nazajutrz rozwarto wszystkie okna i cała wieś przystroiła się setkami chorągwi. Słońce świeciło nad Tremelo, był to bowiem dzień kiermaszu. Po sumie ruszyła najpierw uroczysta procesja polami pod wielką Bożą Mękę. Tam chłopi nabożnie złożyli spracowane ręce, a ksiądz przemówił:
— Zbawicielu nasz ukrzyżowany! Dziękujemy Ci, żeś dłońmi swymi ochronił nasze pola i błogosławił chleb nasz powszedni. Teraz i ja, duchowny siewca Twój w Tremelo, przychodzę do Ciebie i proszę:
Panie, racz wyciągnąć ręce swoje także i nad tym siewem, który widzialny i niewidzialny wzrasta na mojej roli. Daj, abym go dla Ciebie zachował, abym wszystkich, których postawiłeś na moim polu, ustrzegł
aż do dnia żniwa. Panie, pobłogosław mojemu posiewowi. Amen! Nic więcej ksiądz nie powiedział pod krzyżem. Ale słowa jego zapadły w serce głęboko. Później kapłan uśmiechnął się, spojrzał na gospodarzy i rzekł:
— Idźcie teraz i użyjcie kiermaszu. Cieszcie się i radujcie, zasłużyliście na to! Ksiądz był rozumnym człowiekiem. Przy następnym świniobiciu należy mu się za to długa kiełbasa.
Obiad trwał długo, bardzo długo. O ile bowiem w tej okolicy zwykło się poprzestawać na małym, to w dni kiermaszu należało jeść a jeść. Tymczasem opadły szare płachty na błoniach, gdzie się kiermasz odbywał. Zabrzmiały teraz organy ziemskiej uciechy, a wszyscy uczestnicy kiermaszu otworzyli im serca z taką samą ochotą, jak przedtem w kościele organom na sumie. Tacy już są Flamandowie, pobożni i weseli.
Wielki tłum tłoczył się w przejściach między budami. Karuzele zataczały srebrzyste kręgi. Właściciele bud głośno zachwalali swoje smakołyki. W namiocie tanecznym muzykanci stroili już dudniące basy i skrzypki i dęli w rogi, a karczmarz ze „Srebrnej Gęsi” odszpuntował beczkę. W jednym kącie łąki był teatr kukiełek. Tłoczyły się tu małe i duże dzieci. We Flandrii jest na szczęście sporo dużych dzieci.
Zabrzmiał dzwonek. Aa! podnosi się pstra kurtyna.
— Czy już są wszyscy? — zawołał wesołek.
— Tak! — odkrzyknęły dzieci.
— Dzień dobry tedy wszem wobec!
— Dzień dobry, Janie Snuff!
— Więc zaczynamy. Zobaczycie dzisiaj wielki dramat z duchami, przerażającą opowieść o kościotrupie i o złotym garncu. To jest okropnie straszne! Teraz zaczynamy! I rozpoczęło się rzeczywiście. Jan Snuff siedział sobie wesoło przy piecu i piekł placek świąteczny. Wtem spadła przez komin jedna kość i jeszcze jedna, a potem jeszcze wiele kości. A na końcu spadła trupia głowa. Wreszcie wszystkie kości się złączyły i prawdziwy kościotrup stanął na scenie.
— Dzień dobry, kumo Śmierci! Po coś tu przyszła? — zapytał Jan Snuff i spokojnie zajadał swój placek świąteczny. A Kostucha rzekła:
— Ja jestem upiorem, a ty możesz mnie wyzwolić. Zacznij kopać w tym miejscu, a znajdziesz wielki garniec pełen złotych pieniędzy. Daj z tych pieniędzy na kilka mszy za moją duszę, a będę wyzwolony. Bo ja jestem biednym kościotrupem i piekło mam w kościach. Spróbuj no!
I kościotrup dotknął go kościanym palcem, i zaraz wyskoczył Janowi wielki bąbel.
— Daj spokój z głupimi żartami, kumo Śmierci! — krzyknął Jan. —
Ale ponieważ cię lubię, będę tak uprzejmy i wykopię ten złoty garniec. I Jan Snuff uczynił tak rzeczywiście. Kości upiora od razu wystygły i był wyzwolony. Jan Snuff wziął pieniądze, dał księdzu dukata na kilka mszy żałobnych, a sam żył wesoło i wspaniale. Dwie dziurki w nosie i skończyło się!

Dzieci krzyczały z uciechy. Najmniejsze tylko piszczały ze strachu, ale strach minął prędko, skoro tylko znalazły się na pięknej, srebrzystej karuzeli. Józef de Veuster przyglądał się również ze śmiechem. Potem
podszedł do dziwacznie, tajemniczo pomalowanej budy, w której stał człowiek w turbanie i w długim, czarnym płaszczu. W ręku trzymał on różdżkę czarodziejską i z ważną miną wołał:
— Messieurs, dames! Vous voyez le plus… celebre illusioniste, eąuilibriste et le plus fameux prestidigitateur du siecle. Vous aller voir… *
Dalej nie mógł mówić, bo kilka mocnych głosów zawołało:
— Po flamandzku gadaj, durniu! Nie rozumiemy twego gęgania!
Czarodziej jednak zrobił minę pogardliwą i powiedział:
— On ne parle flamand qu’aux boeufs et cochons!
— Co on takiego powiedział? — krzyknęli chłopcy flamandzcy.
— Po flamandzku mówi się tylko do wołów i do świń — przetłumaczył ktoś z tłumu. Hej, w mig poleciały bluzy w kąt i chłopcy wpadli na estradę, Józef de Veuster na przodzie. Pochwycił czarodzieja i począł nim trząść jak gruszką.
— To tak? To po flamandzku gada się do wołów i do świń? — krzyczał w pasji. — My ci pokażemy, jak gadają chłopi flamandzcy z walońskimi czarownikami, którzy lżą ich mowę!
Biedny czarodziej nie byłby zapewne pozbierał swoich kości, gdyby z dołu nie odezwał się głos dziewczęcy:
— Puść go, Józefie!

* Panowie, panie! Oto widzicie najsławniejszego magika, linoskoczka i najsłynniejszego
kuglarza naszych czasów. Zobaczycie…

— Ponieważ ty tak chcesz, Marynko! — odkrzyknął Józef i puścił Walończyka, a ten umknął natychmiast za zasłonę swojego namiotu. Za to przed namiotem ukazał się, sapiąc, gruby żandarm waloński, którego zadaniem było czuwać nad porządkiem i spokojem w Tremelo, i wygrażał w powietrze przed siebie:
— Ah, je vais vous arreter, canaille… *
Ale chłopaki wiejskie odkrzyknęły mu tylko:
— Po flamandzku gadaj do nas, człowieku! Nic compris!
— Eh, c’est dróle! ** — oburzył się przedstawiciel prawa. — Ja już pięć lat jest tu, a wy wciąż nic comprenez franęais! ***
Kręcąc głową odszedł do namiotu tanecznego i wypił szklankę piwa w głębokim przeświadczeniu spełnionego obowiązku. Biedny czarodziej, który nie umiał ani słowa po flamandzku, musiał zamknąć swoją budę, bo żaden Flamandczyk nie chciał słuchać jego francuskich zachwalań. Józef de Veuster z Marynką Deselaers poszli tymczasem do wielkiego namiotu. Po chwili oboje tańczyli ochoczo i śmiali się z wielkiej uciechy. Przy stole w kącie siedzieli gospodarz Franciszek de Veuster, kowal Deselaers i nauczyciel z Werchtern. Twarze ich były poważne, poważna była również ich rozmowa.
— Z czarownikiem to był tylko żart bez znaczenia — powiedział gospodarz. — Ale że teraz nawet na flamandzkim kiermaszu nie słyszy się swojej mowy, to zastanawiające.
— Słusznie — przytaknął kowal. — Słusznie! Ale to jeszcze nie wszystko. Żaden Flamandczyk, który nie umie po francusku, nie może we Flandrii zostać nawet listonoszem czy stróżem nocnym. Jeżeli piszesz wniosek o podatki, trzeba go napisać w języku francuskim, inaczej zwrócą ci go. Jeżeli masz, człowieku, sprawę sądową, a nie umiesz po francusku, to — Boże zmiłuj się — już proces przegrałeś.
— Co to ma do rzeczy? — powiedział nauczyciel. — Byle tylko serce pozostało flamandzkie. Teraz jednak nie mamy już w szkole uczyć po flamandzku, lecz tylko po francusku. Tego mi już za wiele!
Kto zabiera naszym dzieciom język ojczysty, ten kradnie ich serca.

* Hołota! zaaresztuję was…
** To zabawne!
*** Rozumiecie po francusku

A najsmutniejsze jest to, że mamy Flamandów, którzy zatracają swoją narodowość, którzy zapominają, iż należą do wspaniałego narodu wojowników spod Kortryku, do narodu Rubensów i Janów Ruysbroeków, córki swoje posyłają na francuską pensję i dumni są z tego, że taka gąska przywiezie do domu trochę francuskiego poloru.
W ten sposób rodzice sami zagłuszają w duszach dzieci swoich głos ojczyzny; a gdy matki nasze raz zatracą w sobie serce flamandzkie, wówczas Flandria zginie i nikt jej już nie wskrzesi.
Nauczyciel spoglądał przez chwilę przed siebie osowiały i milczący. Potem gospodarz de Veuster powiedział:
— Wiecie, panie nauczycielu, że mój syn, Józef, kiedyś obejmie moje gospodarstwo i sprzedaż nasion. Nie umie on ani słowa po francusku. W handlu musi znać ten język koniecznie. Czy mam go
wobec tego posłać do takiej szkoły, gdzie by się go nauczył? Czy mi chłopak nie wróci pewnego dnia sfrancuziały?
— Gospodarzu — rzekł nauczyciel wzruszony. — Poślijcie chłopca w imię Boże do francuskiej szkoły! To jest Flamand do szpiku kości! On Flandrii nie zapomni, choćby był na końcu świata!
Właśnie Józef z Marynką śmiejąc się mijali w tańcu stół starszych.
— Ładna para — chrząknął kowal.
— Nie miałbym nic przeciw temu, gdyby nią zostali na całe życie — odpowiedział de Veuster. — Ale na to jeszcze czas, Józefowi dopiero siedemnaście lat.
Kowal w milczeniu uścisnął rękę gospodarza. Po chwili Józef i Marynka, którym za gorąco było w sali, stanęli przed kramem ze słodyczami. Józef kupił piękne, duże serce z piernika na czerwonej wstążeczce, na którym wypisane były słowa: „Z miłości”. Śmiejąc się zawiesił je na szyi dziewczęcia. Marynka jednak broniła się mówiąc:
— Ojej! Niechbym z tym przyszła do domu! Matka by to wyrzuciła oknem. Przecieżem jeszcze dziecko!
I oddała mu serce z powrotem.
— Co teraz z nim pocznę? — powiedział Józef zasmucony.
Właśnie przechodziła koło nich Tryna Kistemakers, która chciała przelotnie tylko rzucić okiem na kiermaszową wieżę Babel.
— Tryno, masz, to dla ciebie! — zawołał Józef i śmiejąc się wcisnął do jej ręki serce z piernika
— Dla mnie? — spytała stara panna niepewnie. Trwożnie, poruszona do głębi przeczytała słowa: „Z miłości”. Wzdychając zjadła potem serce z piernika w swej izdebce. Tymczasem Marynka zawieruszyła się gdzieś w tłumie. Józef powrócił do namiotu tanecznego. Tam jednak nie tańczono właśnie, bo przemawiał nauczyciel.
— Flamandowie! Widzieliście dzisiaj na kiermaszu teatr kukiełek, a w tej bajce biło serce flamandzkie. Widzieliście sztukę o zakopanym skarbie, który trzeba odnaleźć, aby dusza pokutująca znalazła spokój wieczny.
Flamandowie! I we Flandrii jest zakopany skarb, to nasza droga, szczera flamandzka narodowość, nasze obyczaje flamandzkie, nasza mowa, nasze pieśni, nasze flamandzkie serce. Dusza naszego ludu, dusza naszej świętej Flandrii zginie, jeśli tego skarbu nie wydobędziemy. Młodzieży flamandzka! Wydobądź skarb święty! Uczyń z waszego
ogniska rodzinnego świątynię, w której będziecie go strzegli. Zachowuj prawdziwe dobre zwyczaje i obyczaje flamandzkie i chroń je jako spuściznę po ojcach. Bądź prawdziwie lwami flandryjskimi,
które strzegą skarbu naszej narodowości. Młodzieży flamandzka! Waszym hasłem: „Flandria dla Lwa Flamandów!” Namiot zatrząsł się od radosnych okrzyków.
— Flandria dla Lwa Flamandów! — krzyczeli młodzi chłopcy i powstali na ławach. Muzykanci chwycili w garść instrumenty i po chwili zagrzmiała stara pieśń flamandzka:

Zij, zullen hem niet temmen
Den fieren Ylaamschen Leeuw!
Nie uda im się ujarzmić
Dumnego Flamandów Lwa!

Z zacięciem, z błyszczącymi oczami zaśpiewali końcową zwrotkę:

Nie uda się go ujarzmić,
Dopókiś Flamandzie żyw,
Dopóki Lew ma pazury
I groźne w boju kły!

EROICA

Nadeszła zima. Ziemia była biała i cicha. Lód rzucił krzepkie mosty przez rzekę Dijłe. Można by po niej przejechać zaprzęgiem wołów. Cicho było też w starej izbie chłopskiej, w której Józef de Veuster w milczeniu zasiadł naprzeciw ojca przy dębowym stole. Tylko zegar tykał, a w kominku trzaskały grube bukowe drwa.
— Ojcze — odezwał się Józef po długim milczeniu — nie mogę uczynić tego, czego ode mnie żądasz. Nie mogę pójść do szkoływalońskiej. Jestem Flamandem. Ale gospodarz rzekł stanowczo:
— Pójdziesz, ja tak chcę!
Twarz chłopaka zasępiła się, pięści zacisnęły. Milcząc patrzył w płomienie ogniska.
Oto spalał się flamandzki las. Czyż tak samo nie spalałoby się jego serce na obczyźnie, w szkole, w której pod karą nie wolno było użyć jednego słowa flamandzkiego? Chłopski syn miał zasiąść w jednej ławie obok paniczyków walońskich, miał się narażać na ich przycinki, bo mu gładkie francuskie słowa tak łatwo jak im z ust nie płyną. Głuchy upór tężał w młodym Flamandzie.
— Nie mogę, ojcze — jęknął.
— Ja tak chcę — odpowiedział gospodarz.
Józef wstał i podszedł do okna. Za oknem ścieliły się ośnieżone pola. Niedługo nadejdzie wiosna, życie znowu obudzi się w całej przyrodzie. I właśnie wtedy on nie wbije w ziemię błyszczącego, ostrego pługa, tylko gdzieś w dusznej izbie będzie ślęczał nad słówkami francuskimi! Nie będzie wdychać pełną piersią woni pól świeżo zoranych, serce jego będzie się dławiło w ciasnocie szkolnego więzienia.
— Nie, nie, nie! Tutaj moje miejsce. Jestem Flamandem. Jestem
chłopem!
— Chłopcze — powiedział ojciec poważnie. — Odepchnąłbym cię od progu, gdybyś kiedykolwiek miał zapomnieć, iż jesteś Flamandem. Przestałbyś być dzieckiem moim, gdybyś zaparł się krwi swoich dziadów.
Powiedziałem jednak moją wolę. Przy tym obstaję. Tak musi być. W milczeniu, z głową zwieszoną wyszedł Józef z izby. Wybiegł na dwór, w mroźny dzień zimowy. Z zaciętością gwizdał przez zęby:
Nie uda się go ujarzmić, Dopókiś Flamandzie żyw, Dopóki Lew ma pazury I groźne w boju kły! Nieświadomie prawie skierował się w stronę Werchtern. Nauczyciel chyba coś poradzi. Nie ma lepszego niż on Flamanda.
Kiedy Józef wchodził do domu, uderzyły go dźwięki muzyki. Nauczyciel siedział przy fortepianie i grał. Twarz miał skupioną i jakby od wewnątrz jaśniejącą. Józef nie śmiał odezwać się słowem, cicho przysiadł koło drzwi na krześle.
Boże! Cóż to była za muzyka!
To jakby pięść olbrzyma wstrząsała posadami ziemi, a nawet sklepieniem niebieskim. To znowu był huragan pędzący nocą przez step. A to była burza, w której przemawiał Bóg. A potem gdzieś rozwarła się brama i oto widać morze płomieni.
Józef widział kiedyś pożar lasu. Oto jest znów płonący las. Oto płomienie rosną pod niebo, dęby i chojary walą się z łoskotem w dziki żywioł. A teraz nadbiega huragan i jeszcze wyżej ciska iskry i płomienie.
Lecz skądś, z morza ognia wyrasta jakaś siła, przemożny opór, który wzrasta i wzrasta z płomieni jak skała, coraz wyżej i wyżej, aż do gwiazd. W Józefie odżyło wszystko, co przyniosły ostatnie godziny. Płomieniem wybuchło to, co żarem spoczywało dotąd w duszy. Wydawało mu się, że to, co płonie w tych dźwiękach, to ziemia flamandzka,
a jednocześnie własne jego krwawiące serce. Dzika zaciętość płomieniem uderzyła do głowy. Wstał, zacisnął pięści i wykrzyknął: Nie uda im się ujarzmić Dumnego Flamandów Lwa! Nauczyciel odwrócił się gwałtownie. Nie zauważył nawet, że chłopak wszedł do pokoju.
— Ty tutaj, Józefie?
— Panie nauczycielu, co to pan grał? To nie muzyka była, to czary!
— To Ludwik van Beethoven, chłopcze.
— Ludwik van Beethoven. Czy to Flamand?
— Beethoven był Niemcem. Ale dziad jego był Flamandem i pochodził z Antwerpii. W muzyce jego bije serce naszego narodu.
— O tak! Ta wielka flamandzka zaciętość przeciwko wszelkiemu gwałtowi i uciemiężeniu, którego doznajemy.
— Tak jest, wielka flamandzka zaciętość, ale nie ślepy, przekorny, dziecięcy upór! Upór, który wynika z niemocy. W tej muzyce natychmiast żyje siła, która stanęła u steru, krzepko go ujęła, a wzrok uniosła ku gwiazdom. Siła, co zwycięża wichry i burze i idzie swoim szlakiem na przekór wszystkim potęgom. Tak, chłopcze, to ta prawdziwa,
męska zaciętość, która rodzi się z siły, gotowej z losem brać się za bary, jak kiedyś powiedział Beethoven.
— A skąd pochodzi siła? — zapytał Józef de Veuster.
— Siła pochodzi z wiary. I z cierpienia! Dlatego wszelka prawdziwa siła rodzi się u stóp Krzyża. Tam, na Golgocie, z najgłębszego bólu zrodziła się owa Moc, która świat zbawiła. Moc, która rozerwała pęta śmierci i stała się Zmartwychwstaniem. Podniesienie Krzyża i Zmartwychwstanie
— oto odwieczne, nieśmiertelne tematy Beethovena. Chciałbym, abyś mógł usłyszeć „Missa solemnis”, najdoskonalsze dzieło tego mistrza; nie pytałbyś więcej, gdzie zrodziła się siła najwyższa.
Milcząc, błyszczącymi oczami patrzył Józef na nauczyciela. Ten spojrzał mu głęboko w oczy.
— I w twoim życiu, Józefie, nadejdzie dzień Podniesienia Krzyża. Okaże się wówczas, czy masz w sobie moc Wielkanocy, aby zmartwychwstać, czy posiadasz tę świętą zaciętość do nowego życia! Ale nie daj Boże, aby ci serce omroczył upór dziecinny. Wiem, co cię gnębi. Wiem, po coś do mnie przyszedł. Masz pójść do francuskiej szkoły
i jako Flamand buntujesz się przeciw temu. Ale to jest dziecinny upór. Czy stchórzysz przed czekającą cię w obcym świecie walką o kraj rodzinny? Czy boisz się narazić na kpiny walońskich paniczyków? Sądzisz, że mógłbyś zatracić w duszy Flandrię, dlatego że przez kilka dni nie będziesz żył na ziemi ojczystej? Czyż twoja flamandzka duma na piasku jest zbudowana?
— Przestańcie, panie nauczycielu! — wykrzyknął chłopak zdziwiony
i zawstydzony.
— Zapewne — mówił dalej nauczyciel — że niełatwe czeka cię zadanie na obczyźnie. Kraj rodzinny, wrzosowiska i rola stały się częścią ciebie samego i będą się odzywały w każdej kropli twojej krwi. Niejedna burza przejdzie przez ciebie w tych latach. W twoim własnym życiu doznasz zapewne, co to jest Podniesienie Krzyża. Ale ma w tobie rosnąć siła i wspaniała, zwycięska, zacięta moc wielkanocna do pełnego, czystego życia. I wtedy dopiero, przyjacielu, będziesz prawdziwym Flamandem. Józef de Veuster wzruszony pochwycił dłonie swego byłego nauczyciela:
— Pójdę zatem, jak sobie ojciec życzy. Teraz dopiero wiem, co znaczy być Flamandem. Nie ten jest Flamandem, co trwa na flamandzkiej ziemi, lecz ten, co ma siłę do życia…
— …która rodzi się z krwi ojców, z ziemi rodzinnej i z wiary w Krzyż — uzupełnił nauczyciel. — Tę wielką moc, którą tchnął w swoją muzykę potomek krwi flamandzkiej, Beethoven.
Ostatnim uściśnięciem ręki chciał się Józef pożegnać, ale nauczyciel jeszcze go zatrzymał:
— Mówiłem z twoim ojcem, Józefie. Zanim pójdziesz do szkoły francuskiej, musisz jeszcze raz odczuć pełne tętno flamandzkiej siły. Pojedziemy razem do Antwerpii.
Józef oniemiał ze zdziwienia i szczęścia. Zgniótł w uścisku dłoń nauczyciela i wypadł na dwór, w roziskrzony świat zimowy. Nauczyciel patrzył przez chwilę za chłopcem, spojrzał potem na swoją zmaltretowaną prawicę i mruknął:
— Krzepę ma chłopak nie byle jaką. Teraz już nie będę mógł dokończyć sonaty.

W kilka dni później. Ziemia wciąż jeszcze była biała. Zamiast do dyliżansu, założono konie pocztowe do sań. W ten sposób podróż po śnieżnych drogach odbywała się szybko i łatwo. W ciągu trzech godzin dotarli do Mechlinu, starej siedziby biskupiej, pełnej monumentalnych kościołów i domów begwińskich, owych silnych warowni prawdziwego ducha flamandzkiego. Tutaj zmieniono konie i po krótkim postoju południowym ruszyli w dalszą drogę, drogę przez śnieg, ciszę, drogę przez Flandrię. Obydwaj podróżni milczeli, tylko oczy ich upajały się blaskiem rodzinnej ziemi, a to, czym serca ich wzbierały podczas tej jazdy, nie dało się wyrazić słowami. Po dalszych trzech godzinach drogi wieże Antwerpii zarysowały się na białej równinie. Im, którzy z ciszy przybyli, miasto pełne gwaru
pracowita, niestrudzona, silna.
Ponad gwarem i ruchem wznosiła się potężna wieżyca kościoła Panny Maryi.
— Oto obraz flamandzkiej siły — powiedział nauczyciel. — To zaklęta w kamień „Bohaterska symfonia” Beethovena.
Przed zapadnięciem nocy obydwaj poszli do portu. Ostry mróz trzymał jeszcze na uwięzi dumne flamandzkie trójmasztowce i inne statki z całego świata. Ale już trzeszczały lody na wodach zatoki.
— Zaczyna już tajać — powiedział nauczyciel. — Brama świata się otwiera.
— Brama świata — powtórzył Józef powoli, z czcią i wpatrzył się
w dumne żaglowce, w długie, różnobarwne flagi powiewające na masztach.
— Dokąd popłyną te okręty? — zapytał towarzysza.
— Daleko w świat! Do Afryki, do Ameryki, do Indii, do Chin, wszędzie!
— A kto pływa na tych okrętach?
— Najrozmaitsi ludzie. Awanturnicy i kupcy, uczeni, żołnierze i misjonarze! Być może, że i brat twój August, który jest w Lowanium* u Ojców od Najświętszych Serc, pojedzie też kiedyś na takim okręcie w świat, aby poganom głosić dobrą nowinę i nieść moc i miłość Ewangelii.
— W takim razie nigdy już nie powróci do domu, nigdy już nie zobaczy Flandrii ani wrzosowisk i pól, ani omszałych dachów i głębokich studzien w Tremelo.
Józef patrzał teraz prawie ze zgrozą na barwne flagi statków. A jednak zdało mu się, że i jemu niosły one pozdrowienia z nieznanego, obcego świata.
— Kędyś w świecie Bóg postawi twego brata na swojej roli. Gdy Bóg zawoła, trzeba dla Niego ponieść każdą ofiarę, nawet ofiarę rozstania się z ziemią rodzinną.
Opuścić ziemię rodzinną. To najcięższa ofiara — rozmyślał chłopak. A potem zdało mu się, jak gdyby tu, u bramy świata, znowu zawołał na niego głos Boży: Chodź i ty na moje pole!

* Lowanium (flam. Leuven, franc. Louvain), Belgia, stolica Brabancji Flamandzkiej.

Na szerokiej Skaldzie pękały lody. W godzinę później znaleźli się obydwaj pod sklepieniem tumu, przed Rubensowskim „Podniesieniem Krzyża”. Wpośród nocnej grozy jaśniało tajemniczo ciało Pana. Z głębokiej ciemności Ukrzyżowany wyciągał ku niemu mocne ramiona i ręce kurczowo zaciśnięte. Nie była to bezradna ofiara w rękach swoich katów. To olbrzym, który wyrastał oto w górę na ciemnym tle Golgoty. Podniosła się Moc najwyższa, aby złożyć ofiarę za świat pogrążony w ciemności. — Oto powstaje bohater, który zwycięży śmierć — powiedział nauczyciel. Józef de Veuster stał oniemiały przed wstrząsającym obrazem.
Zdało mu się, że bije odeń jakaś siła, która odrywa go od ziemi i unosi w górę, tam, skąd wołał głos Boży. Chłopak rzucił się na kolana i błagał o światło. Czuł, jakby przed tym „Podniesieniem Krzyża” znikało wiele niepokojów i wątpliwości. Wieczorem obydwaj udali się do wielkiej, jasno oświetlonej sali, w której miano odegrać „Bohaterską symfonię” Beethovena.
Nauczyciel powiedział: — Wszystko to — to jeden dźwięk, jeden prąd, jedno tętno serca:
wieża katedry, port u bramy świata, Rubensa „Podniesienie Krzyża” i pieśń bohaterska, którą usłyszymy. Wszystko to razem — to tętno serca Flandrii. We Flandrii spoczywa moc. Moc pochodząca z krwi, z ziemi, z wiary w Krzyż.
— Komu poświęcił Beethoven „Bohaterską symfonię”? — zapytał Józef.
— Zrazu zdobywcy Napoleonowi. Lecz później mistrz podarł kartę tytułową i dedykował „Eroikę” pamięci wielkiego człowieka. Umilkli obaj, bo symfonia się rozpoczęła. I znowu ujawniła się owa moc niesłychana, która łamie wszelkie przeciwności. Owa promieniująca męska zaciętość, która z podniesionym czołem przechodzi przez
morze płomieni. I znowu owa zorza nowego zmartwychwstania. Józef miał jednak wciąż przed oczami obraz widziany w katedrze. Obraz Bohatera bosko-ludzkiego, który wstępował na tron cierpienia. I teraz dopiero Józef wiedział, komu Beethoven powinien był poświęcić swoją symfonię. Dźwięki „Eroiki” były płomieniami, które pierś na wskroś
przenikały, żarem rozpalały duszę. Przypomniały mu się słowa nauczyciela: I w twoim życiu nadejdzie dzień Podniesienia Krzyża. I wtedy będziesz musiał wykazać, że masz siłę dostateczną do zmartwychwstania.
Wydawało się Józefowi de Veuster, jakby raz jeszcze przeżywał ów dziwny sen, w którym kowal wyrwał mu serce z piersi i gorejące rzucił na kowadło, aby je przekuć na stal. Chłopak złożył ręce i modlił się: — Panie, oto jestem! Uczyń ze mną, co chcesz.

WOLA I SIŁA

Przerwa skończyła się. Po raz tysiączny chyba w swoim istnieniu przypomniał dzwonek uczniom szkoły handlowej w Braine-le-Comte o rozpoczęciu lekcji. Młoda, rozhukana zgraja rozbiegła się na podwórzu jak gromada spłoszonych wróbli.
— Miedź brząkająca! cymbał brzmiący — mruczał gniewnie pod nosem Marceli, ale czynił to godnie, jako że był uczniem wyższej klasy.
— Masz rację! — wtórował mu również poważnie Gaston. — Ten dzwonek właśnie musiał mieć na myśli święty Paweł mówiąc o cymbale brzmiącym. Nawołuje do mądrości, a sam głupi jak but.
— Jeszcze głupszy — uśmiechnął się złośliwie Marceli. — Głupi jak Flamand.
— Jak Flamand z Tremelo! — krzyknął falsetem Gaston.
— Ciszej! Idzie właśnie ten flamandzki tłumok.
— Popatrz, jak on chodzi! Zaraz widać, że całe życie chodził po gnoju i błocie! Unosi nogi, jakby miał przy każdym bucie, cetnar gliny! Nie ma strachu! I tak nie rozumie po francusku!
— Za to po flamandzku — powiedział dobrodusznie Józef de Veuster, który tymczasem podszedł ku nim. Chwycił potem obydwu uczonych za kark i posadził na ziemi. Z rzadkimi minami spojrzeli po sobie obaj walońscy panicze.
— Ale ma siłę ten chłop — wyjąkał Marceli zaskoczony.
— Pospolitą i ordynarną siłę! — przyznał Gaston. — Tyle siły to już nie jest w dobrym tonie!
— Za to jest praktyczne! — zaśmiał się Flamand i spokojnie wszedł do budynku szkolnego.

W tym samym czasie w niższej klasie stało kilku swawolnych paniczów walońskich przed tablicą ścienną i śmiali się do rozpuku, Jeden z nich z rozmachem narysował kredą na tablicy twarz, którą ozdobił wielkimi oślimi uszami. „Lew z Flandrii” — podpisał eleganckimi literami.
— Brawo! brawo! — krzyczała cała gromada wykonując taniec indiański dokoła portretu.
— Idzie! idzie — pisnął jeden z nich, stojący przed drzwiami na straży. Do klasy wszedł Józef de Veuster.
— Ty Flamandku! To twój portret! — zawołał genialny artysta.
Doskonale utrafiony, doskonale utrafiony! Z rękami w kieszeniach, powoli zbliżył się Józef do tablicy, przyglądał się chwilę spokojnie karykaturze, wreszcie powiedział:
— Naprawdę, doskonale utrafiony! Muszę się więc wobec tego zrewanżować i zapłacić honorarium.
Chwycił malarza za artystyczną czuprynę, ściągnął linijkę z najbliższego pulpitu, przełożył winowajcę przez ławę i począł dokładnie i z rozmachem obrabiać linijką siedzenie artysty, gwiżdżąc przez zęby do taktu:

Nie uda się go ujarzmić,
Dopókiś Flamandzie żyw,
Dopóki Lew ma pazury,
I groźne w boju kły!

Walońskie chłopię wierzgało i krzyczało wniebogłosy, lecz de Veuster nie puścił go, dopóki nie wyliczył mu ostatniego uderzenia według rytmu pieśni flamandzkiej.
— No, kolego — powiedział potem — zdaje mi się, że i to także było doskonale utrafione. Ciesz się, że wyliczyłem ci tylko refren na plecach. Ale na przyszłość uważaj, bo cała pieśń ma trzy zwrotki. Młody artysta spojrzał nań ogłupiały i chwycił się speszony za odwrotną część ciała. Ale łzy wściekłości stanęły mu w oczach, kiedy i reszta chłopców wy buchnęła śmiechem i krzyknęła:
— Parbleu,* Lambert! Doskonale utrafione!

* Dalibóg!

Potem jednak jeden z nich pośpiesznie wytarł tablicę, bo profesor Derue wszedł do klasy i wstępował na katedrę. Wieczorem podczas ciszy Józef zabrał się do napisania listu do rodziców. Co miał im napisać? Że strony rodzinne nie schodziły mu z myśli? Że bezustannie wołały go swymi głosami pola i wrzosowiska? Że dusza jego tu w szkole czuła się jak ptak w klatce? Że walońskie łobuzy dokuczały mu, gdzie się tylko dało?
Ech, co tam! Czy matka musi o tym wszystkim wiedzieć? Dosyć ma pracy i kłopotów. Po co ją jeszcze martwić? Samemu trzeba sobie jakoś dać radę! Energicznie umoczył Józef pióro w kałamarzu i pisał:

‚s Gravenbrakel, dnia 10 czerwca 1857

Kochani Rodzice!
Piszę do Was pierwszy list ze ‚s Gravenbrakel.
… Co za szczęście, że istnieje ta nazwa flamandzka. To jakby echo ze stron rodzinnych na obczyźnie.
 Już się przyzwyczaiłem do szkoły, bo rozmawiam już trochę z Walonami. Praca, nauka, koledzy, moja mała sypialnia stały mi się już bliskie. Wszystko w tym domu jest wykwintne i eleganckie. Codziennie otrzymujemy odpustowe jedzenie. Piwo jest doskonałe. Jeżeli się zdarzy, że Walonowie wyśmiewają się ze mnie, daję im linijką po portkach. Mój nauczyciel też jest Walonem. Ale jest dobry i bardzo uczony.
Mam z nim osobne lekcje. W niedzielę byliśmy na przechadzce. W poniedziałek byliśmy w Soignies na kiermaszu. Była nas czwórka Flamandów. Mój Boże! kiermasz waloński! Ale mimo wszystko o jednym warto napisać:
Widzieliśmy piękną procesję. Napiszcie też, jak się czuje Paulinka w klasztorze i co poza tym słychać u Was nowego!
Wasz oddany syn Józef de Veuster

Tak! Czy widać z tego listu tęsknotę? Nie, nie widać! Nie można nawet doczytać się między wierszami, jak bardzo tęskni za polami stron rodzinnych. Matka nie będzie musiała troskać się o niego.
Zamyślony, osuszył Józef powoli pióro, posypał piaskiem pismo i zakleił list.
— Chleb na obczyźnie jest gorzki, choćby to było ciastko kiermaszowe
— przeleciało mu przez myśl. Z jaką ochotą powróciłby do matczynych misek z maślanką. Chwilę Józef patrzył przed siebie, jakby w rozmarzeniu, ale potem twardym ruchem przesunął ręką po czole. Nie, nie zmogą go! Ani paniczyki walońskie z ich głupotą i złośliwymi figlami, ani ziemia ojczysta, która tak go woła, że słyszy ją we dnie i w nocy.
Zaciętość flamandzka rosła w tym dużym chłopcu. Nauczyciel nazwał ją kiedyś zaciętą mocą wielkanocną. O, już on sobie da radę. Ze wszystkimi! Najpierw z tymi drobnymi nieżyczliwościami i złośliwościami, które go co dzień spotykają.
— Powiedz o tym profesorowi Derue. On zrobi porządek — poradził mu kiedyś jeden z kolegów, Flamand, który już dłużej był w szkole.
-— Sam zrobię porządek! — odpowiedział zacięty chłopak. I rzeczywiście, okazało się, że miał słuszność. Najpierw wzrastał u kolegów walońskich podziw dla silnego chłopca o mocnych pięściach.
Hardziej jeszcze zdumiewało ich, że de Veuster nigdy ani jednym słowem nie poskarżył się nauczycielom. Z czasem zaś polubili go naprawdę, bo był dobrym kolegą jak żaden z nich.
Pewnego dnia przyszedł do niego Lambert Conrady i powiedział:
— Ty, Józek, podaj mi rękę. Chciałbym być twoim przyjacielem. A Józef z radością potrząsnął chłopięcą dłonią i roześmiał się:
— Pewnie dlatego, żem ci kiedyś Lwa z Flandrii wybębnił na tyłku?
— E, co tam — powiedział Lambert — bo widzisz… jesteś po prostu morowy. Inni też to mówią. Wszyscy uważają, że wart jesteś być Walonem.
— A ty Flamandem!
— Jestem Walonem i dumny jestem z tego — bronił się Lambert.
— A ja jestem Flamandem i rad z tego jestem — odparł Józef.
— Wiesz, mnie się zdaje, że tak właśnie być powinno — powiedział
Lambert po pewnym namyśle. — Myślę nawet, że nie mógłbym cię lubić, gdybyś nie kochał swej ziemi rodzinnej. Nie,
chybabym plunął na ciebie. I gdybyś mnie wtedy, kiedym namalował głowę osła jako Lwa z Flandrii , nie wytłukł porządnie, pogardzałbym tobą.
— Rozumiem — powiedział Józef de Veuster — i cieszę się, że chcesz być moim przyjacielem
— To dobrze! Wiesz, m u s i s z mi dużo opowiadać o Flandrii. Mnie się zdaje, że można nauczyć się kochać także ojczyznę innych ludzi. I będę ci pomagał we francuskim; nauczyłeś się już dużo, ale wymowę masz haniebną.
W ten sposób Flamand i Walończyk stali się przyjaciółmi.
O wiele trudniej natomiast było uporać się z tęsknotą za domem. Są ludzie, którzy twierdzą, że tęsknota za domem jest chorobą dziecięcą. To nieprawda. Kto nie słyszy już w sobie głosu stron rodzinnych,
ten nie ma męskiego, silnego serca, lecz chore i stępiałe albo nigdy nie posiadał ojczyzny.
Ale niezłomna wola i twarda zaciętość flamandzka Józefa opierały się temu, aby tęsknota za ojczyzną miała paraliżować jego siłę i odciągać go od obowiązku. Ten syn chłopski skoro już tutaj, na tym zagonie rozpoczął orkę, postanowił wytrwać na nim, iść za pługiem wciąż naprzód, nie patrząc ani w lewo, ani w prawo, byle do końca
równe i głębokie wyorywać bruzdy.
Był to ciężki okres próby dla młodego Flamanda, ale tu właśnie hartowała się jego wola i siła duchowa.
Kiedy po roku nadszedł czas wakacji i każde uderzenie serca domagało się wielkim głosem powrotu do domu, Józef de Veuster usiadł i napisał:

„Nierad jestem temu, że wakacje już tak blisko. Powrócę za wcześnie do domu i zapomnę podczas siedmiu tygodni wakacyjnych wszystkiego, czegom się nauczył we francuskim. Najchętniej pozostałbym tu jeszcze kilka tygodni, jeżeli znalazłby się drugi kolega, bo sam nie mógłbym naturalnie zostać”.

W domu kiwali głowami nad tym listem.
— Zapomina już o domu! ~ burknął gospodarz niezadowolony.
— Bzdury! Akurat kiedy żniwa za pasem! — mruczał Leon i wytarł nos ze złości.
— Co tam! — oświadczył Gerhard. — Oni tak muszą pisać. Ich tam tak uczą!
— Do diaska! — zaklął parobek Piet Winkelmohlen, wyjął fajkę
z, ust, splunął przez okno i poszedł do obory, żeby bydlętom poskarżyć się na swą niedolę. Tylko matka nic nie powiedziała. Ona jedna znała swego chłopca. Przeczuwała, z jakiej ciężkiej walki wyrosły słowa: „Najchętniej pozostałbym tu jeszcze kilka tygodni”. Przeczuwała, ile woli i siły było w tym wyrzeczeniu się ziemi ojczystej.
A woli i siły duchowej potrzeba, kiedy się ma siedemnaście lat i kiedy dzikie, gorące pożądanie zapala krew w żyłach młodego chłopca, kiedy burza w młodej piersi usiłuje rozbić wszystkie tamy i zerwać wszystkie kotwice. Nic z tego nie zostało oszczędzone zdrowemu, bujnemu Flamandowi. I w jego krwi także wrzało gorące życie. I w jego sercu były burze i nawałnice. I jego zmysły buchały żarem młodości. Ale żelazna, twarda wola ujarzmiała każdą burzę. Otwarty, szlachetny umysł zwalczał każdy odruch, który czyste czoło mógłby ściągnąć w błoto.
Józef de Veuster zadawał sobie gwałt. Już od wczesnej młodości odczuwał wstręt do wszystkiego, co zniewieściałe. Niejedną noc przespał na podłodze lub na desce włożonej do łóżka, bo nie chciał sypiać miękko i wygodnie. W Braine-le-Comte także wyrzucał poduszki. Pozostał tym samym chłopskim synem z twardej, mocnej gliny flamandzkiej. Wskakiwał do rzeki, kiedy kry jeszcze płynęły po wodzie.
Niejeden raz wiosną brał jakiemukolwiek chłopu pług do ręki i orał aż do zmierzchu: student przedzierzgał się na kilka godzin w chłopa, zapominał o lekcjach i godzinach ciszy. Ale inne jeszcze oparcie miał Józef de Veuster w burzach swych lat młodzieńczych. Zarzucał kotwicę swoją w morze wieczności. Czymże były walki, gdy serce płonęło w ogniu wielkiego Sakramentu! Czym były wszystkie burze zmysłów, ludzkich namiętności wobec wichru łaski Zielonych Świąt! Czym wszystkie kryzysy życiowe, gdy potoki życia boskiego zalewały młodą duszę!
Spracowane, twarde, szorstkie dłonie umiały się modlić. Wciąż na nowo stawał przed oczami młodego Flamanda obraz
Rubensowski z Antwerpii — „Podniesienie Krzyża”. Z tego obrazu zstępowała nań z wysoka moc, która silniejsza jest aniżeli krzyk zmysłów.

Kiedy upalny dzień letni miał się ku końcowi i cienie nocy padały na ziemię, Józef de Veuster klęczał w kaplicy przed obrazem Matki Najświętszej. Wokoło niego była cisza wielka. W czerwonej lampce płonęło światełko rzucając blask na czoło Niepokalanej. Przed tym obrazem chłopak prawie dorosły padał na kolana i modlił się jak dziecko.
Salve Regina, Mater misericordiae! W duszy jego była pokora, która zgina się przed Matką. I modlitwa
taka dawała pokój i siłę. W pokorze bowiem jest najwyższa siła.

CZEKAJ GODZINA TWOJA NADEJDZIE

Parobek Piet Winkelmohlen wyrzucał gnój z chlewa. Z kącika ust zwisała mu fajka, była jednak pusta i nie kopciła. Opary wznosiły się tylko z gnoju. Piet zgarniał widłami mokrą słomę i rozmawiał przy tym z maciorą, której przygotowywał świeżą podściółkę. Już taki miał zwyczaj. Należało rozmawiać ze zwierzętami, wtedy bardziej się do człowieka
przywiązywały. Piet więc mówił:
— Słyszałaś już, Amalio? Dzisiaj przyjeżdża nasz student ze ‚s Gravenbrakel! Jak myślisz, czy potrafi jeszcze mówić po flamandzku? Pisał, że najchętniej zostałby tam jeszcze parę tygodni.
Czy słyszałaś kiedy coś podobnego, Amalio?
— Rrrochch! — odparła Amalia i wzięła się do obgryzania nowego buraka.
— A widzisz! Tyś tego nie przypuszczała — z pasją żgnął widłami w słomę. — Potem przyjdzie tu i powie: „Pierre, Pierre*, jak wy nieprzyjemnie pachniecie”. Ale to ci mówię, Amalio, jeżeli powie do mnie „Pierre”, to go dźgnę widłami w brzuch.
— Rrrochch — chrząknęła maciora.
— Pamiętasz, jak niedawno przechodziła tędy Róża ze „Srebrnej Gęsi”, kiedym gnój ładował. Wróciła dopiero co z francuskiej pensji do domu. Jak mnie zobaczyła, zatkała sobie nos i powiedziała Fi donc *. Jeżeli Józef powie „fi donc”, to mu przyrżnę. A jeżeli powie „Pierre”, to go widłami dźgnę w brzuch!
W tej samej chwili mocna pięść spadła mu na ramię i głos jakiś zawołał:
— Chodź, Pierre, dźgnij mnie w brzuch!
— Józef! — krzyknął Piet. — Aleś mi stracha napędził!
A Józef porwał obie brudne łapy parobka, potrząsnął nimi mocno i śmiał się do rozpuku:
— Piet, głupi, kochany, stary Piet! Toś ty sądził, że ze mnie zrobią francuską pensjonarkę? Co sobie o mnie pomyśli Amalia?
— Och! — odpowiedział Piet. — Ona przecież jest tylko świnią! Ale ty naprawdę mówisz po dawnemu „Pierre” i „fi donc” też nie mówisz! A co, Amalio, nie mówiłem? Pozostał taki, jaki był. I staremu parobkowi z radości łzy stanęły w oczach.
— Więc co właściwie miał znaczyć list, któryś napisał? — zapytał po chwili podejrzliwie i podrapał się końcem fajki po głowie.
— A to znowu co innego, Piet. Widzisz, kiedy człowiek rozpocznie gdzie orać, to powinien najpierw skończyć, choćby go nie wiem jak ciągnęło to matczynych garnków.
— A więc to tak! Teraz rozumiem — odparł parobek i ostatni kamień spadł mu z serca.
— A tutaj co słychać? — zapytał Józef.
— O, tu wszystko dobrze! Świnie i bydło zdrowe. Amalia niedługo pójdzie pod nóż. Tę szynkę prawą dostaną wielebne siostry w Uden w Holandii, gdzie wstąpiła nasza Paulinka. To jest zatem, można powiedzieć,
szynka wielebna. A tę drugą… czekaj no, Amalio, obróć się trochę … ta druga szynka pójdzie do przewielebnych ojców w Lowanium, gdzie nasz August jest w klasztorze. Więc to jest szynka przewielebna…
— … można powiedzieć — zaśmiał się Józef.
— A właśnie! — Widzisz z tego, jak niejedno, co kiedyś było złączone,
rozchodzi się daleko, i to właściwie jest przeciw słowom Pisma Świętego. Albowiem co Bóg połączył, człowiek nie powinien rozłączać. Józef zaśmiał się serdecznie. Ach ten Piet! Człowiek czuje, że jest znów w domu.

* Pfe!

— A uszy i ryjek dostanie proboszcz — ciągnął dalej parobek — bo księża bardzo to lubią. A kaszanki pójdą do szkoły dla nauczyciela z Werchtern, bo z jego zdrowiem też nie najlepiej…
— No dobrze, Piet, a ja co dostanę? — zawołał Józef z wyrzutem.
— Ty, aha! Ty? — powiedział Piet drapiąc końcem fajki kłaczastą brodę. — Ty dostaniesz… no, wiesz, jeszcze o tym wcale nie pomyśleliśmy. No, to musimy Amalię n a nowo dzielić.
— Na to już nie mam teraz czasu — zaśmiał się student. — Powiedz lepiej, gdzie są wszyscy moi? Zagroda jak wymarła.
— No tak, są w polu. Dzisiaj koszą żyto. Gospodarz mówił, że jak przyjedziesz, powiada, i jakbyś nie był bardzo zmęczony, powiada, i jakbyś sobie trochę wypoczął, powiada…
— I jak mi zaraz nie dasz mojej kosy, to cię zabiję — krzyknął Józef, rzucił się do stodoły i porwał kosę z kołka. Doprawdy, przecież tu wiszą też jego spodnie i granatowa kurtka. Tak! Precz z modnymi fatałachami. Bierzmy przyodziewek wiejski! Jeszcze tylko drewniaki na nogi!
—- Jestem znowu chłopem! — zawołał Józef i pobiegł na pole.
— Marynka też tam jest! — krzyknął jeszcze za nim parobek,
a Józef roześmiał się radośnie. Piet coś sobie otarł z twarzy rękawem i zawołał w głąb chlewa:
— Taki jest jak był, Amalio! józef ciął ostrą kosą ścieżkę przed sobą w zbożu, a Marynka
odbierała je za nim i wiązała w snopy. Pot lał się z niego strumieniami,
ale chłopak śmiał się z niepohamowanej radości. Nadszedł dzień zwózki. Pod czystym sklepieniem nieba ostatni
wóz jechał do stodoły. Na wierzchu fury siedział Józef de Veuster. Żaden król dumniej nie zasiada na tronie, żaden skąpiec radośniej na swoich skarbach, jak chłop na wozie wiozącym ostatnie snopy z jego pola. Józef po prostu krzyczał ze szczęścia i zaczął śpiewać:
Gdy mnie matka usypiała, pieśń flamandzką mi śpiewała, Dzieckiem pieśni byłem rad, Ona droższa mi nad świat! Boże! Ziemia moja! Flandria! Szczęście!
Po dwóch tygodniach był znowu kiermasz w Tremelo. I znowu we wszystkich oknach powiewały chorągwie. Znowu kręciły się karuzele. Znowu rozkrzyczeli się znachorzy, czarodzieje i straganiarze zachwalając swoje sztuki i swoje towary. Znowu też wielki namiot koło oberży „Pod Srebrną Gęsią” pełen był tańca, uciechy i gorąca.
I znowu, jak przed rokiem, Józef z Marynka stanęli przed kramem ze słodyczami i chłopiec zapytał:
— No, Marynko, teraz jesteś już chyba dosyć duża? Chcesz serce piernika?
Ale dziewczyna energicznie potrząsnęła głową i odparła:
— Wiesz, Józef, wyjdźmy gdzieś dalej z tego gwaru. Muszę ci coś powiedzieć.
— Ależ z ochotą, panieneczko! — zaśmiał się Józef.
I oboje poszli powoli za wieś. Chłopiec pogwizdywał piosenkę, dziewczę natomiast dziwnie było ciche.
— No, o co chodzi? — zapytał wreszcie Józef. — Co chciałaś mi powiedzieć? Że mnie lubisz i że chcesz za mnie wyjść za mąż?
— Ty się nigdy nie ożenisz! — odpowiedziała dziewczyna poważnie.
— Dlaczegóż by nie? Chłop bez gospodyni — to żaden interes!
— Józefie — rzekła Marynka — czemu oszukujesz samego siebie? Ty przecież nigdy nie będziesz gospodarzem. Pan Bóg od dawna powołał cię na inną rolę. A ty zabijasz głos Boży w swoim sercu.
Chłopiec spojrzał na dziewczynę zdumionymi przerażonymi
oczami i twarz mu zbielała.
— Ależ, Marynko — wyjąkał — skądże ci to przyszło?
— Ach, zdaje mi się, że znam cię lepiej niż ty sam siebie. To wiem już od tego czasu, kiedyśmy się razem bawili w pustelników w lesie, że Pan Bóg powołał ciebie do czegoś zupełnie innego.
— Ależ to była dziecinna zabawa, Marynko! — roześmiał się Józef.
— Być może! Ale ja czułam także i później, że Bóg ciebie powołał.
Czy możesz temu zaprzeczyć? Chłopak milczał przez dłuższy czas. Wreszcie przemówił powoli:
— Masz słuszność, Marynko, jest tak, jakeś powiedziała. Ale potem znowu myślałem, że to ułuda. I wciąż na nowo przyzywała mnie ziemia i nie chciała puścić od siebie. Zawsze czułem, że jestem chłopem i miejsce moje na roli. To prawda, że głos, który wołał mnie na inną rolę, nigdy zupełnie nie ucichł. Boże mój! Ileż to razy żebrałem o światło, o pewność. Ale głos milczał ciągle i wszystko światło gasło. A teraz, kiedy nareszcie jestem znowu w domu, kiedy
się spracowałem w spiekocie przy żniwie, kiedy, jak nigdy przedtem, poczułem tętno serca ziemi ojczystej i teraz, kiedy pewien jestem, że znalazłem sobie gospodynię, która mi pomoże wykuć szczęście
na ojczystej ziemi, wtedy ty przychodzisz i powiadasz: Bóg woła cię na inną rolę…
— A ty zabijasz głos Boży w sobie — powiedziała dziewczyna poważnie. — Józefie, byłeś mi zawsze bratem! Bratem najmilszym i najlepszym! I jako takiego właśnie kochałam cię więcej niż kogokolwiek
innego. Ale nigdy żadna inna myśl nie przyszła mi do głowy, bo wiedziałem, że Bóg powołuje cię do swojej służby. A teraz zostań z Bogiem!
— i z tymi słowami dziewczyna pobiegła z powrotem do wsi. Józef de Veuster stał jak piorunem rażony. Dziewczyna rozdarła na nowo ranę, która od lat piekła w duszy, która nękała go także
ciągle w Braine-le-Comte, to ciągle, bolesne, krwawiące pytanie: Czy Bóg mnie powołał? A teraz właśnie zdawało się, że nastał spokój. Właśnie podczas tych siedmiu tygodni wakacyjnych, w czasie twardego znoju żniwnego, Józef bardziej niż kiedykolwiek poczuł się chłopem wrośniętym głęboko w ziemię ojczystą. I ta świadomość dała mu
szczęście ogromne. A teraz? Wszystko stało się znowu tak samo chwiejne, tak samo niepewne jak przedtem. Powróciły wszystkie wątpliwości i dawna rana piekła. Już nigdy nie zdoła strząsnąć z siebie
tych słów, które powiedziała Marynka: Zabijasz w sobie głos Boży!

Szybkim krokiem szedł Józef przez ogołocone pola. Coraz ciszej
dochodził go gwar i muzyka z kiermaszowego placu. W duszy młodzieńca zerwała się burza, jakiej dotąd jeszcze nie przeżywał, burza, która pędziła mu gorącą krew do serca, że mógłby krzyczeć z bólu. Boże! jakże doświadczasz tego, którego serce wykuwasz z siebie! Rozpostarły się przed nim wrzosowiska w krasie pierwszego kwiecia, ostatniego daru zamierającego lata. Setki razy napawały go szczęściem i spokojem te pierwsze brzaski jesieni. Dziś jednak
Józef widział przed sobą tylko wielką, palącą ranę, która krwawiła w łunie gasnącego słońca.
Oto srebrzysta droga, po której jako dziecko wyruszył na poszukiwanie Boga. Z jaką pewnością odnajdywał wówczas Jego ślady, a jak mgliste było wszystko dzisiaj. Dlaczego Bóg nie wskazał mu dokładniej drogi, którą chciał go prowadzić ku sobie? Dlaczego On, który rządzi gromami, co wstrząsają ziemią i niebem, nie wołał wyraźniej biednego, niepewnego serca, tak wyraźnie i głośno, żeby już żadnych nie było wątpliwości? A może to wszystko było tylko wielkim złudzeniem, okrutną grą wyobraźni? Jeżeliby tak było istotnie, jeśliby w tej niepewności wstąpił na drogę, która wkłada na barki najcięższe ofiary, na drogę, z której nie ma już powrotu ani nawet oglądania się wstecz — czy się nie załamie? Czy ciężar nad siły nie powali o ziemię niepowołanego? Któż mógłby ważyć się na tę drogę bez łaski wybrania?
Podświadomie skierował się Józef w stronę łaskami słynącej kapliczki, stojącej pośród pól. Tutaj królowała Matka Boża, której ongiś dzieci zanosiły w ofierze mnóstwo kwiatów. Do tego miejsca często przybywali z dziećmi ojciec lub matka, gdy troska jakaś przygniatała duszę, gdy chorowało bydło lub zwłaszcza któreś z dzieci, gdy żniwa
źle się zapowiadały, gdy susza pożerała zasiewy lub deszcze niszczyły zboże na pniu. Tutaj widział Józef modlącą się matkę, kiedy z klasztoru w Uden przyszła wiadomość, że Maria Eugenia zmarła na tyfus.
Matka nie wyrzekła wtedy ani słowa. W milczeniu zdjęła fartuch, sięgnęła po stary, gruby różaniec wiszący na ścianie i ścieżką przez wrzosowiska poszła do Matki Boskiej. A Józef wyślizgnął się za nią i widział, jak się modliła. Kiedy potem matka powróciła, mogła wreszcie płakać. Tutaj też żegnała się z Paulinką, gdy ta w sześć lat
później wstępowała do tego samego klasztoru. Tutaj klęczała, gdy August poszedł do Ojców w Lowanium. A teraz Józef stanął przed tą samą Madonną i rzucił się na kolana w ogromnej męce serca.
Czerwone blaski wieczorne okalały wysokie czoło Matki Bożej. Tutaj był spokój. Tutaj uderzenia umęczonego serca stawały się cichsze i równiejsze. Matka Dobrej Rady musi pomóc.
— Matko Najświętsza! — wołał Józef do cudownego obrazu. — Matko, oświeć! Rzuć Twe przeczyste światło na moje serce, abym rozeznał drogę, którą Bóg mnie chce poprowadzić! Wszystko oddam, wszystko rozdaruję i wszystko złożę w ofierze, i ogołocony zupełnie pójdę za Synem Twoim, jeśli mnie zawoła! Matko, oświeć mnie!
Zachodzące słońce rzuciło blask na twarz Madonny, zamigotało w nim Jej berło łaskawości. A proszącemu wydało się, że skądś spłynęły ku niemu słowa, które żarem w duszę zapadły: — Czekaj, godzina twoja nadejdzie!
W tym samym czasie klęczała Marynka Deselaers przed obrazem Matki Bożej Nieustającej Pomocy i składała Jej swoje serce w ofierze za tego, który był powołany. I tutaj tak samo Matka Boża obdarzyła pociechą i pokojem udręczoną duszę.

Bóg bije na alarm

Wicher miotał się po placu kościelnym w Braine-le-Comte. Zdzierał liście z drzew, aż prastare buki i dęby gniewnie trzęsły głowami i niby rózgą groziły nagimi gałęziami. Ale wicher śmiał się z ich bezsilnej złości i wył: — Huiii! To ja, jesień! Pozrywam wam korony z czubów! To moje kolorowe piłki do zabawy! O, patrzcie! Huiii! W opętańczym wirze pędził przed sobą liście i pełną garścią sypnął nimi prosto w twarz księdza staruszka, który właśnie szedł do kościoła.
— Sic transit gloria mundi * — kiwnął głową ksiądz. — Wiosna rozwiesiła wieńce, a jesień je zdziera.
Mimo woli sięgnął przy tym do własnej głowy, którą burze życiowe również ogołociły już niemal zupełnie.
— Nadmij no policzki, bracie wichrze! — zaśmiał się ksiądz. — U mnie nie ma już co wziąć! Ale poczekaj, zaraz i my razem z tobą pomuzykujemy! Po czym wszedł do kruchty i zawołał do mężczyzn stojących przy sznurach: — Dalej, chłopcy, spluńcie w garście i do roboty! Choćby i dzwony miały pospadać! I za chwilę poleciały z wieży ciężkie, twarde dźwięki. Wicher skowycząc porywał je z sobą i toczył w powietrzu — miał teraz do zabawy tysiące nowych, śpiewających piłek.
— Pan Bóg bije na alarm! — mówili ludzie w mieście i, rzeczywiście, nie było to zwykłe dzwonienie, lecz raczej Boży, spiżowy werbel, budzący serca.
Surowo, jak strażnica grodu, spoglądała harda, warowna wieża kościelna w Braine-le-Comte na dachy i ulice miasta.

* Tak przemija chwała świata.

— Chodźcie, u mnie jesteście bezpieczni w każdej przygodzie! — zdawała się wołać w dół. Kościół wyglądał jak warownia Boża, zwłaszcza teraz, kiedy głosy dzwonów wybiegały z kanciastej wieżycy, jakby biły na trwogę czasu wspólnej jakiejś niedoli. Wicher niósł alarm dzwonów daleko przez ścierniska do wiejskich chat.
— Pan Bóg pozwolił nam żniwować — mówili chłopi. — Teraz On sam rozpoczyna żniwa. Bóg przysłał swych żniwiarzy, którzy nam dzisiaj ostrzem przejadą po łbach. A przyda nam się to po kiermaszu.
Po czym maczali palce w kropielnicy u drzwi chaty i z wielkim modlitewnikiem w rękach ruszali w drogę do kościoła, jako że odbywały się misje. Misje, okres żniw Bożych! Najpierw jednak trzeba rolę odpowiednio uprawić. Trzeba najpierw ostrym pługiem przeorać serca. Potem rozpoczną się siewy. A potem trzeba wszystko pozostawić
działaniu łaski Bożej, by zasiew rósł wśród spiekoty, burz i deszczów. Wreszcie w sobotę będzie żniwo, a w niedzielę radosna zwózka plonu. To są misje.
— Nie ustawać, chłopcy! — napominał ksiądz. — Z wichrem w zawody wołajcie. To przecież misje. I wieża kościelna huczała dźwiękami jak trąba spiżowa. Kamienny diabeł pod chrzcielnicą kurczył się w bezsilnej złości, jak w Wielką
Sobotę, kiedy się paschał zanurza w święconej wodzie. Misje! Tego diabeł nie odrobi nawet w ciągu trzech kiermaszów.
A w dodatku przybyli tym razem ojcowie redemptoryści! Uczniowie wielkiego świętego Alfonsa — złotouści misjonarze ludowi! Wołanie dzwonów dotarło do małej izdebki studenckiej. Józef de Veuster siedział tu nad książkami. Zatkał sobie palcami uszy, aby mu nic nie przeszkadzało.
Co mi pomoże głos z zewnątrz, jeśli nie słyszę odzewu w sobie samym. Przez cały dzień dręczyły go znowu wątpliwości, niejasność i niepewność co do własnego powołania. Na próżno całymi tygodniami modlił się, aby
Bóg wyraźniej objawił mu swoją wolę. Wszystko pozostało po dawnemu.
Często w nocy, gdy wichry jesienne targały okiennicami, nasłuchiwał w ciemności, czy nie odezwie się skądś głos Boży. A przecież wiedział, że Bóg woła tylko w głębi duszy. Nie nadeszła jeszcze godzina ostatecznych rozstrzygnięć. Jeszcze toczyła się walka między jego krwią chłopską, co go ciągnęła z powrotem do ziemi rodzinnej, a głosem powołania.
Walka ta zrobiła go surowym, zamkniętym w sobie i bardzo drażliwym. Koledzy szkolni stali mu się obcy. W wolnych chwilach błądził samotny po polach. Nie mógł znieść, aby mu ktokolwiek towarzyszył.
Józefie! — przemówił do niego w południe Lambert Conrady
dziś mamy wolne do wieczora. Proszę cię, chodź ze mną!
Ale Józef odburknął przyjacielowi:
Idź, chcę być sam!
A kiedy Lambert zdziwiony spytał go o powód, krzyknął rozgniewany:
Chcę być sam! Idź sobie!
Głęboko urażony Walończyk odwrócił się, Józef zaś wybiegł wzburzony i przez całe popołudnie błądził po polach, nie zważając na drogę.
Teraz drzwi się otworzyły i do pokoju wszedł drobny, czarny Walończyk, Józef de Veuster wstał, podszedł do niego i powiedział:
Daruj, Lambercie, nie chciałem cię urazić, ale musiałem być sam.
W oczach jego tyle było szczerego bólu i rozterki wewnętrznej, że przyjaciel, wstrząśnięty, zapomniał urazy.
Co ci jest, Józefie? — zapytał nieśmiało. — My cię po prostu poznać nie możemy.
Muszę rozeznać się w pewnej sprawie, o której teraz nie mogę mówić z tobą — odparł Józef poważnie.
A może jednak mógłbym ci pomóc? — powiedział Walończyk.
Zaszedłem tu tylko, aby cię zapytać, czy nie poszedłbyś ze mną na misję, naukę będzie miał ojciec redemptorysta.
Dobrze, idę z tobą! — zdecydował się Józef po chwilowym wahaniu.
W kwadrans później stali obydwaj w ogromnej nawie kościoła, nabitej ludźmi do ostatniego miejsca. Organista zaintonował pieśń do Ducha Świętego i po chwili cały kościół zabrzmiał potężnym śpiewem, owym świętym wzywaniem Ducha, który ongiś w postaci wichru i ognia spadł na ludzi.
— Veni, Sancte Spiritus! — wołała teraz także dusza młodego Flamanda. — Przyjdź, Duchu Święty! Rzuć Twoje światło jak ogień w głąb mego serca, abym rozpoznał wolę Bożą! Ozwij się w duszy
mojej grzmotem i piorunami, ale pozwól mi dojrzeć drogę, którą chcesz mnie poprowadzić! Może oto staję już u progu moich własnych Zielonych Świąt, a Ty, Duchu Święty, rozewrzesz przede mną bramę Łaski.
Kapłan w habicie redemptorystów wszedł na ambonę. Postać jego była potężna, a oczy pałały żarem wewnętrznym. W kościele była cisza. I kapłan rozpoczął stanowczym, mocnym głosem: „Dziś, gdy głos Jego usłyszycie, nie zatwardzajcie serc waszych!” Józef de Veuster drgnął jakby pod dotknięciem płomienia.
Jeszcze raz kapłan zawołał: „Dziś, gdy głos Jego usłyszycie, nie zatwardzajcie serc waszych! Bóg woła was podczas tych świętych misyj. Bóg puka do waszych serc. Biada temu, który nie otworzy i nie przyjmie głosu Bożego, jak ziemia przyjmuje siew! Bóg może też przejść mimo ze swoim błogosławieństwem”. Kazanie ojca redemptorysty było młotem, który bił w serca ludzkie. Na koniec zakonnik mówił o powołaniu szczególnym, o owej
nadzwyczajnej łasce wybrania, której Bóg udziela swoim apostołom. Wezwanie takie to najwyższa łaska i miłość, ale zarazem także nakaz spiżowy, który przenika duszę niby miecz.
„Wezwanie to oderwało niegdyś dwunastu wybrańców od sieci ich nad jeziorem, od ziemi ojczystej i rodziny. Wezwanie to skruszyło wszystkie więzy łączące ich ze światem i wyzwoliło całkowicie do służby najwyższej.
Wezwanie to ogniem pada na duszę. Kogo dotknie ów płomień, ten może tylko paść na kolana i rzec: Oto jestem, Panie! Ten może tylko powtórzyć słowa całkowitego oddania, słowa Najświętszej Panny w chwili Zwiastowania: Oto ja, służebnica Pańska, niech mi się stanie według słowa Twego! Wówczas Bóg wyciśnie pieczęć święceń na duszy takiego człowieka. I wskaże wybrańcowi swemu kędyś w świecie rolę, wciśnie mu pług do ręki, aby orał i uprawiał tę ziemię. A powołanemu Bożym rozkazem nie wolno już spojrzeć w tył, za siebie, na skrawek ziemi, kędy się urodził,
ani na ludzi, z którymi go łączą więzy krwi, albowiem kto przyłoży rękę do pługa i ogląda się wstecz, ten nie jest zdatny do królestwa Bożego.
A kędyś w świecie, być może na dalekiej jakiejś wyspie, są ludzie, którzy umęczone ręce wyciągają po miłość, skrwawionymi usty wzywają pomocy, zmartwiałymi od bólu i nędzy oczami wypatrują wybawiciela, który by pochylił się nad ich niedolą i jarzmo ich podjął na własne ramiona. I Bóg weźmie wybrańca za rękę i zaprowadzi
go do tych utrapionych i obciążonych, a owi biedacy, uciśnieni i nieszczęśliwi będą mu bratem i siostrą, ojcem i matką — a wyspa najdalsza, odludna ziemia stanie się mu krajem rodzinnym, bo tam
czekają ludzie na jego miłość”.
Raz jeszcze kapłan zebrał wszystkie siły. Zacisnął ręce mocno: „Dziś gdy głos Jego usłyszycie, nie zatwardzajcie serc waszych!” Józef de Veuster uczuł, jak palec Boży dotknął jego serca. Ta chwila unicestwiła wszystkie wątpliwości, jak błyskawica przedarła wszystkie mgły i zasłony i dała jasność zupełną i pewność. Jakże mógł wątpić kiedykolwiek? Czyż głos Boży nie wzywał go bezustannie: to cicho, spokojnie, to znów potężnie i twardo jak
grom druzgocący? Czyż wszystek ból ostatnich tygodni, męka, która w ciemną noc pogrążyła duszę, nie były tylko echem wezwania, przeciw któremu się buntował? Teraz jednak wszystko było jasne i wyraźne, wszystko było pewnością niewzruszalną. I wezbrało w nim szczęście, radość człowieka, który po długim, rozpaczliwym błądzeniu ujrzy wreszcie światła ziemi rodzinnej.
Jak pijany wyszedł Józef de Veuster z kościoła. I znowu dzwony rozbrzmiewały z wieży. Tylko że teraz głos ich nie był już dla niego wołaniem i wzywaniem, lecz potężnym, spiżowym, świętym „Magnificat”, które z duszy obdarowanej łaską wybrania wznosiło się w radosnym dziękczynieniu.
— Jak ci się podobało kazanie? — zapytał Lambert Conrady. A Józef de Veuster pochwycił rękę przyjaciela, uścisnął ją mocno i odparł:
— Wiesz, teraz już wszystko dobrze! Teraz wiem, jaka moja droga. W milczeniu szli potem obydwaj obok siebie.

— Spójrz, Józefie — powiedział po chwili Walończyk — niebo pełne jest gwiazd.
— Niebo pełne jest gwiazd — powtórzył Józef powoli. — Tak, przyjacielu, światło przedarło się przez chmury i niebo jest pełne gwiazd!
Tej nocy Józef nie mógł zasnąć. Ale już nie męka niepewności spędzała mu sen z powiek, lecz szczęście, które zalewało mu serce, i światło, które płonęło w duszy. Czymże były teraz wszystkie przeszkody — na pozór nie do pokonania. Oczywiście, zdawał sobie z tego w tej chwili sprawę, że nie zapomni nigdy ojczyzny. Flandria pozostanie na zawsze w jego duszy. I moc jego ziemi ojczystej będzie przy nim, gdy Bóg wskaże mu nową ojczyznę, w której ludzie czekają na jego miłość. I wydawało się Józefowi, że widzi już przed sobą owych ludzi, którzy wyciągają do niego ramiona, którzy żądają jego miłości, że widzi krainę nędzy, która stanie się jego ojczyzną. Jak to powiedział zakonnik? „Biedni, uciśnieni i nieszczęśliwi będą mu bratem i siostrą, ojcem i matką”.
— Oto jestem, Panie! — wołał Józef de Veuster tej nocy. — Oto jestem, Panie! Dodaj mi tylko Twojej siły! Oto jestem, biedni moi, nieszczęśliwi bracia! Idę już! I ręce splotły się kurczowo, a błaganie gorące wezbrało w głębi jego duszy: — Panie, daj mi miłość!
A potem nic już innego nie było, tylko szczęście i pokój, i święty hymn dziękczynienia: Magnificat anima mea Dominum! Na dworze ucichł wicher jesienny. I niebo było pełne gwiazd.

W KRAINIE WULKANÓW

Bóg rzeźbi sobie naczynie

Miasto Lowanium pokryte było śniegiem. Święci na rogach ulic i ponad drzwiami zajazdów mieli na głowach białe czapy a wieże kościołów wyglądały jak głowy cukru. Na wieży kościoła św. Piotra wybiła godzina druga. Św. Piotr zawsze pierwszy się odzywa, gdyż najwyższy jest w królestwie Bożym. Druga godzina — potwierdził skwapliwie Św. Michał, patron kościoła jezuitów, bo jezuici są w dobrych stosunkach z Klucznikiem Niebieskim.
Godzina druga — oznajmił z odpowiednim dystansem św. Jakub, a potem wywołała drugą godzinę również strzelista św. Gertruda. Odzywała się zawsze ostatnia, bo jest kobietą, musiwięc mieć ostatnie słowo. Widać z tego, że święci mają każdy własne zdanie i można brać z tego przykład.
Druga godzina! — powiedział też gospodarz Franciszek de Veuster, który z synem swoim Józefem wchodził właśnie w bramę miasta.
Najlepiej chodźmy najpierw do klasztoru, bo mają tamteraz czas wolny.
— Dobrze — odpowiedział młodzieniec. Po drodze ledwie słowo do siebie rzekli, bo przy mówieniu nabierało
się w usta pełno śniegu. Poza tym dosyć już było gadaniny przedtem, zanim nareszcie zapadło ostateczne postanowienie co do tej drogi. Jeszcze w czasie tygodnia misyjnego w Braine-le-Comte pisał Józef listy do domu, prosząc o zgodę rodziców na wstąpienie do klasztoru w Lowanium. Potem listy stawały się coraz bardziej naglące i twardsze, zarówno co do treści, jak i charakteru pisma. Wreszcie Józef już nie prosił, lecz w imię Boga żądał.
Ojciec sprzeciwiał się temu z prawdziwie chłopskim uporem. Chciał zatrzymać chłopaka na własnej roli. Ale młodzieniec był wytrwały i nie ustępował. Na Nowy Rok 1859 sam przybył niespodzianie do Tremelo, aby domagać się swoich praw. Po dwóch dniach, w dniu urodzin Józefa, wieśniak ustąpił i powiedział:
— W imię Boże, idziemy dziś do Lowanium. I tak mam coś do załatwienia w mieście. Odwiedzimy potem Augusta, a ty możesz zapytać ojca superiora, co myśli o tej sprawie.
— Zabierzcie zaraz szynkę, tę przewielebną od naszej Amalii! — powiedział Piet Winkelmohlen. Matka zaś uświadomiła sobie, że w tej oto godzinie musi ofiarować swego najmłodszego.
— Idź z Bogiem, Józefie — powiedziała — i czyń, co ci serce każe! Potem otuliła się chustką i mimo zawiei śnieżnej poszła do małej Madonny wśród pól, aby otworzyć serce swoje przed Matką. Józef pociągnął mocno za dzwonek przy furcie klasztornej. Brat Kalikst, furtian, chciał już groźnie twarz nachmurzyć otwierając bramę, lecz poznawszy przybyłych zawołał przyjaźnie:
— Ach, goście do brata Pamfiliusza! Wejdźcie, gwiazdory, prosimy, wejdźcie! Zaraz go pójdę poszukać. Zaprowadził potem obydwóch do ładnego, małego pokoju, w którym porozwieszane były obrazki klasztorów, ojców i świętych. Z zadowoleniem przyjął także szynkę i powiedział:
— Braciszkiem zakonnym tylko jestem. Niemniej jednak szynka jest pięknym darem Bożym. Bóg zapłać!
Pobiegł potem, śmiejąc się, do kuchni. Obydwaj znali już od dawna poczciwego brata furtiana. Pamiętali, że zawsze był wesoły i cieszył się, zarówno kiedy sam dawał, jak i kiedy przyjmował dary. Mimo to chłop roześmiał się również i powiedział:
— Teraz on nazywa się Kalikst, a cieszy się z szynki. Niebiańskie mają imiona, a serca ziemskie. Dobrze jednak, że braciszek nie ukrywa swojej radości nad szynką pod pokrywką świętości. I wieśniak miał słuszność; kiedy bowiem ludzie pobożni zaczynają patrzeć ponuro, to znak, że świętość w ich sercach skwaśniała.
Ale w klasztorach nie ma wielu skwaszonych świętoszków. Czasami tylko zdarzy się taki, który się tu właściwie nie nadaje. Poza tym rzadko kiedy znajdzie się tylu wesołych i pogodnych ludzi w gromadzie, jak właśnie za furtą klasztorną. Oczywiście, że rygor panuje w tych murach, ale radość wygląda wszystkimi oknami.
Właśnie otworzyły się drzwi i wszedł brat Pamfiliusz. Miał czerwone policzki i okrągłe białe placki na całym habicie, bo furtian przywołał go z ogrodu, gdzie między uczniami odbywała się walka na kule śnieżne. Po przywitaniu przyniósł brat Kalikst duży dzban dymiącej kawy i całą górę białego chleba. Taki był zwyczaj w klasztorze.
— Zostaniesz tu, Józefie? — zapytał Pamfiliusz.
— Musimy się najpierw rozmówić z ojcem superiorem — powiedział ojciec. W pół godziny później siedzieli w pokoju superiora, ojca Wacława Vinckego.
— Czy dobrze rozważył pan swój krok przed Bogiem i własnym sumieniem? Czy nie popchnął pana do nas nastrój jakiś, fantazja lub rozczarowanie ?
Dobrotliwe oczy superiora przenikliwie wpatrywały się w Józefa. Lecz on śmiało wytrzymał to spojrzenie, a głos jego brzmiał niby przysięga.
— Przed Bogiem i własnym sumieniem! Wiem, że mnie Bóg wzywa.
— To jest odpowiedź mocna i stanowcza — rzekł z zadowoleniem stary superior.
Potem wypytał o wiek i wykształcenie. Chwilę milczał, smutno pokiwał głową i powiedział:
— Szkoda, na studia jużeś pan za stary. Nie możesz zatem liczyć na kapłaństwo.
Józef de Veuster pobladł. Spojrzał na przełożonego rozszerzonymi, przelękłymi oczami. Potem wyjąkał:
— Za stary? Ja jestem za stary? Dlatego że jestem za stary, nie mogę zostać kapłanem? — Zerwał się w nim flamandzki, chłopski upór. — Ojcze superiorze! — krzyknął — nie mam jeszcze dwudziestu lat. Czuję, że Bóg mnie powołał! Dosyć walk kosztowało mnie to poznanie! I teraz, kiedy jaśniej niż kiedykolwiek widzę przed sobą cel, teraz słyszę: Jesteś za stary! Słowa te przekreślają wszystko, nie pozostawiają żadnej nadziei.
— Trzeba by wielu lat na to, by się nauczyć koniecznej łaciny — odpowiedział przełożony spokojnie i cierpliwie. — Nie ma na to rady. Trzeba się z tym pogodzić. Mógłby pan jednak zostać braciszkiem.
Stan braci jest także świętą służbą przed Bogiem i ludźmi. Cisza zaległa nad trzema mężczyznami w celi klasztornej. Tylko mały zegar tykał na ścianie. Te minuty miały rozstrzygnąć o całym życiu.
Ojciec przełożony oparł głowę na dłoni. Stary wieśniak złożył ręce, jak gdyby się modlił. Józef de Veuster milcząc patrzał przed siebie. Zdawało mu się nagle, że widzi przed sobą wiatrak w Tremelo z rozwianymi skrzydłami. Tam była jego wieś rodzinna, jej studnie i dachy słomiane. Pola i wrzosowiska, i dobra, czarna ziemia, w którą kiedyś z radością zanurzał ręce podczas burzy nocnej. Matka, która poświęciła już pięcioro dzieci, i Marynka Deselaers. Tam była jego
ziemia ojczysta i wzywała go.
„Za stary!” — powiedział ojciec superior. Zamknęły się wrota do celu najwyższego. Nikt już nie odemknie zasuwy, żelaznej zasuwy, którą stały się dla niego te dwa słówka: „za stary”. Dlaczego więc nie miałby powrócić do domu? Czy praca na roli nie była także zbożną służbą przed Bogiem i ludźmi?
— Oświeć mnie, Boże! — zawołał w duszy. A potem zabrzmiały mu w uszach słowa misjonarza: „Dziś, gdy usłyszycie głos Jego, nie zatwardzajcie serc waszych!” I głos ten mówił: „A moje żniwo? Jeżeli nie możesz być żeńcem, to możesz
przynajmniej wiązać snopy. Chodź więc na moją rolę!”
Mały zegar na ścianie uderzył trzy razy. Józef de Veuster powstał i patrząc na ojca superiora, spokojnie i stanowczo rzekł:
— Proszę o przyjęcie do nowicjatu braci. Starzec lekko skinął głową.
— A co na to powie ojciec?
— Ojcze superiorze — odpowiedział wieśniak niepewnym głosem. — Od wielu lat żyłem tą myślą, że on będzie moim następcą, gdy przyjdzie mi odpocząć, bo Józef był gospodarzem na schwał.
Więc opierałem się jego woli, aż do tej godziny odmawiałem swego przyzwolenia. Ale teraz, teraz i ja myślę, że Bóg go woła. Niech więc tak będzie, w imię Boże. Ale to ofiara, wielka ofiara! Wówczas superior wstał, uścisnął rękę gospodarza i powiedział:
— Dla ofiar naszych będziemy kiedyś błogosławili nasze życie, gospodarzu de Veuster. Twardemu chłopu łzy stanęły w oczach. Otarł je wierzchem dłoni i odrzekł potem z uśmiechem:
— W imię Boże tedy! Nie chcę być jak faraon, co to Mojżesza nie chciał wypuścić z Egiptu; boję się dziesięciu plag dla mojej
obory i pola. I tak Józef de Veuster pozostał w klasztorze w Lowanium. Wieśniak sam powrócił do domu.
Następnego dnia Piet Winkelmohlen przywiózł na taczce kosz z bielizną i odzież. Poczciwemu staremu chłopu łzy stanęły w oczach, gdy oddawał rzeczy bratu Kalikstowi, i dopiero kiedy furtian pokazał mu oborę z bydłem klasztornym, lżej mu się zrobiło na sercu.
I znowu Józef de Veuster dostał się do prawdziwej kuźni. Kiedy słuchał wykładów mistrza nowicjatu, ojca Kaprazjusza Verhaege, przychodził mu na myśl stary kowal Deselaers. I tutaj bowiem płonął jasny, silny ogień pochodzący z żaru najszlachetniejszych serc. I tutaj był człowiek, który umiał wykuwać męskie serca. Nie świętoszków pragnął dokoła siebie, lecz twardych, pewnych mężów, mężów modlitwy, pracy i miłości. W młodych duszach budził
heroizm wielkiego kapłana, Józefa Coudrin*. Ojciec Verhaege spostrzegł rychło, gdzie należy przyłożyć dłuto u nowicjusza. Wiejski młodzian w Tremelo był jeszcze niewyrobiony, miał swoje wady; trzeba więc go było urabiać, przekuwać. Ale mistrz nowicjatuwystrzegał się zgubnej metody, która rugując błędy podważa charakteri gasi ogień dlatego tylko, że raz po raz dymi. Zaciętości chłopskieji gorącej krwi flamandzkiej nie należało niszczyć, tylko skierować ją ku służbie dobru. Ta sama siła, która burzy, może też budować. Nie wolno jej łamać dla zewnętrznego poloru. Ojciec Verhaege szanował charakter i właściwości każdego nowicjusza. Niechaj każdy w surowej pracy nad sobą rozwija się według własnych prawideł. Mistrz nowicjatu nie miał przekonania do świętych polerowanych. Każdy dzień był dla braciszków ciężkim brzemieniem. Nawet
noc wołała ich na godzinę do kaplicy, bo w Lowanium nie gasły nigdy świece przed tabernakulum.

* Piotr Józef Coudrin, założyciel Zgromadzenia Najświętszych Serc.

W samo święto Matki Boskiej Gromnicznej otrzymał Józef czarny habit brata i imię Damian jako imię zakonne. Stał się odtąd członkiem wielkiej rodziny, a Zgromadzenie stało się jego domem. Dzień święcenia gromnic był dla niego dniem wielkiej radości. Martwiło go tylko to, że droga do kapłaństwa wydawała się ostatecznie przed nim zamknięta. Nie dlatego, że zajęcia służebnych braci były mu zbyt poziome! Nikt inny w klasztorze tak wesoło i dzielnie nie przykładał się do pracy. Nikt z taką radością nie zanurzał łopaty w budzącą się ziemię klasztornego ogrodu. Wszakże był zarazem braciszkiem i chłopem, mógł znowu nawozić i kopać, i sadzić aż miło. Mimo to nowicjusz wiedział, że stanowisko brata nie
było tym, do czego go Bóg powołał.
Czyż jednak pozostawała mu jeszcze jakaś nadzieja? „Za stary!” orzekł superior. To był brak, który z każdym dniem się zwiększał. „Trzeba by wielu lat, aby pan się nauczył koniecznej łaciny”. Tak wyraził się ojciec Vincke.
Czy istotnie było to takie trudne? Ostatecznie nie musiały to być przecież żadne czary, jeżeli mali chłopcy w szkole klasztornej dawali sobie z tym radę. Trzeba by tylko spróbować. I chłopski syn flamandzki zabrał się chytrze i z niesłychaną energią do dzieła. Nieznacznie jął się wypytywać brata Pamfiliusza podczas rekreacji o znaczenie tego lub owego słowa łacińskiego, które pochwycił w kościele, a tamten skwapliwie udzielał mu wyjaśnień. Potrafił się także Damian wystarać o gramatykę.
W następnych tygodniach widziało się często w klasztorze lowańskim brata zakonnego, który podczas zajęć w domu i na polu mruczał słówka i reguły łacińskie, a po nocnej godzinie modlitwy nie szedł już na spoczynek, tylko zasiadał z gramatyką łacińską na kolanach pod lampką przed świętym obrazem. Niezadługo doczekali się także uczniowie klasztoru czegoś niezwykłego. Któregoś dnia brat Damian sadził w ogrodzie fasolę. Wtem na ścieżce pojawiło się kilku sekstanerów* toczących nader poważną rozmowę. Ponieważ chcieli zaimponować bratu swoją nową wiedzę, zaczęli rozmawiać po łacinie.

* Sekstaner — uczeń seksty, to jest najniższej klasy gimnazjum starego typu.

— Frater Damianus agricola est — powiedział jeden z nich swoją łaciną sekstanera, co znaczy: „Brat Damian jest rolnikiem”. Dotychczas wszystko było w porządku. Następnie jednak inny dodał mniej klasyczną łaciną:
— Agricolae stultae sunt. Miało to znaczyć, że „chłopi są głupi”. A tu chłop ze swego zagonu zawołał:
— Powiedz przynajmniej „stulti”! Inaczej jesteś sam głupcem,
jeżeli robisz takie byki! Doskonały łacinnik zaczerwienił się jak burak i czmychnął prędzej, niż się to dało pogodzić z godnością przyszłego uczonego. W sekście szkoły klasztornej rozeszła się jednak pogłoska, że brat Damian mówi płynnie po łacinie. Sława jego dotarła wkrótce nawet do wyższych klas. Odtąd zdarzało się dość często, że ten i ów kwartaner *, a nawet tercjaner ** skradał się cichaczem do brata Damiana w ogrodzie i prosił:
— Braciszku, pomóż mi, proszę! — Bracie Damianie, przejrzyj no, czy są jeszcze błędy w tym ćwiczeniu! — Bracie Damianie, pomóż mi w tłumaczeniu, ani rusz nie mogę sobie dać rady z tym Neposem. Wtedy braciszek zatykał łopatę w ziemi, marszczył czoło i — rzeczywiście — jakoś dawał wszystkiemu radę. Łacinę przekładał na zrozumiały flamandzki. Któregoś dnia przełożony niespodzianie naszedł brata Damiana przy takiej korepetycji. Właśnie braciszek tłumaczył jakiemuś leniuchowi z kwarty cały rozdział z Neposa, gdy nagle zjawił się przed nimi superior. Obaj przestępcy wystraszyli się porządnie. Ale ojciec Vincke roześmiał się tylko i powiedział:
— Wy obaj zamieńcie najlepiej swoje role. Brat pójdzie za ciebie do szkoły, a ty, łobuzie, skopiesz ogród do końca. Z twarzą rozjaśnioną chłopak od razu pochwycił łopatę.
— Doskonale! — zawołał ucieszony. — Wolę skopać cały ogród
niż przeorać jeden rozdział łaciński!
Ów kwartaner został później bardzo zacnym i dzielnym bratem zakonnym. Brata Damiana zaś przełożony zabrał od razu do swojej celi.

* Uczeń kwarty, to jest czwartej klasy gimnazjum.
** Uczeń tercji, to jest trzeciej klasy gimnazjum.

Tam wziął go na egzamin, a wyniki były tak zadziwiające, że superior kazał mu odtąd dawać porządne lekcje i już po sześciu miesiącach przyjął go do nowicjatu kleryków. Chłopski upór flamandzki przezwyciężył wszystkie przeszkody. Teraz nareszcie Damian był na drodze, która musiała go doprowadzić prosto do celu.
Radość nowicjusza była nieopisana. Nikt tak poważnie jak on nie pojmował nowicjatu. Był to przecież czas, w którym łaska w cichości działa w duszy. Musi w niej uróść moc, która kiedyś ma ją uzdolnić do wysiłków najwyższych, do największych ofiar i największej miłości.
A jednak w całym Lowanium nie było radośniejszego odeń nowicjusza. Teraz, kiedy zostały przezwyciężone wszystkie wątpliwości i przeszkody i kiedy w duszy była już tylko jasność i pewność wybrania, serce jego przepełnione szczęściem wybuchało czasami takim nadmiarem swawolnej, iście flamandzkiej wesołości, że brat Pamfiliusz brał go nieraz na stronę i mówił po cichu.
— Wiesz, Józefie, za dużo się śmiejemy! To zastanowiło nowicjusza, chciał przecież ten rok zasiewu łaski Bożej wykorzystać jak najlepiej. Przypomniał sobie teraz, co ojciec Verhaege powiedział wczoraj podczas wieczornego wykładu: „Trzy rzeczy przede wszystkim są niezbędne dla dobrego nowicjusza: milczenie, skupienie i modlitwa!” Przez cały ranek słowa te odzywały się w duszy Józefa. Ale podczas rekreacji wszystko poszło w zapomnienie i takie znowu wyprawiał swawolne harce, jak Jan Snuff w teatrze kukiełek podczas kiermaszu.
— Dziękuję ci, Auguście! — odpowiedział Damian na braterskie napomnienie.
Poszedł potem do sali wykładowej na swoje miejsce, wyjął nóż z kieszeni i wyrył przez całą długość pulpitu słowa: Milczenie! Skupienie! Modlitwa! No, teraz już o tym nie zapomni. Co z tego, że ojciec później porządnie go wyłajał za niszczenie własności klasztornej, jeżeli tylko drewno z napisem dopomoże przebyć dobrze rok nowicjatu. Mimo to jednak zachował Damian i w klasztorze rubaszną wesołość flamandzką, która później, na Molokai, była dla niego niemałą pomocą. Przy tym mistrz nowicjatu wcale sobie nie życzył melancholików: „Lepiej za wesoło niż za smutno” — pouczał często braci.
Tak minął święty rok w klasztorze w Lowanium. Duch Święty rzeźbił sobie naczynie, do którego chciał wlać ognisty strumień swej łaski.
Kiedy jesień roku 1860 zabarwiła purpurą wrzosowiska Brabancji, wyruszył Damian de Veuster w podróż do domu macierzystego w Paryżu na uroczystość ślubów zakonnych.

Sensacja paryskiego reportera

Reporter Henri Crayon stanął drżący przed wszechwładnym redaktorem naczelnym sławnej gazety „Paris Nuit”, który z pasją żuł czarne cygaro i od czasu do czasu puszczał chmurę dymu prosto w twarz nieszczęsnego młodzieńca.
— Po raz ostatni więc mówię panu, monsieur Crayon — krzyczał szef — jeżeli mi pan dziś nie dostarczy sensacji, ale sensacji, powtarzam, od której tchu zabraknie Paryżowi, sensacji, która potrzebna nam jest jak chleb powszedni, wyrzucę pana, może pan być tego pewny.
— Będę się starał wszelkimi siłami — jęczał besztany reporter
— wszelkimi możliwymi siłami.
— Będzie się starał! Będzie się starał! — przedrzeźniał go potentat prasowy. — Otóż właśnie. To samo może mi opowiadać stara polewaczka, że się będzie starała. A nic z niej nie wyjdzie prócz wody.
A mnie potrzeba szampana. Można doprawdy zwariować! — wymyślał dalej, chodząc ciężkimi krokami wzdłuż biura. — Nic się na świecie nie dzieje! Garibaldi spoczywa na laurach, odkąd zajął Neapol. Bismarck karmi wróble i traci resztę włosów na głowie. Żeby przynajmniej sułtan zarządził rzeź jeszcze kilku tysięcy chrześcijan,
jak tego lata w Damaszku, oczywiście taką rzeź powolną i możliwie z całym okrucieństwem, to mielibyśmy przynajmniej porządną sensację. Ale ten idiota nawet o tym nie myśli. Wściec się można doprawdy!
— Istotnie, panie redaktorze! — przytaknął uniżenie reporter.
— Co, pan jeszcze tutaj? — fuknął władca „Paris Nuit”. — Wynoś się pan natychmiast!
— Do usług, panie redaktorze — wyszeptał nieszczęśnik i skierował się do drzwi. Ale szef ryknął za nim:
— Stój no pan! Dokąd się pan tak śpieszy? Co właściwie dzieje się dziś w Paryżu? Crayon skwapliwie wydobył notes z kieszeni:
— Dziś wieczorem tańczy Rosjanka Aleksandra Aleksandrowna w Theatre Franęais — wyjąkał.
— To żadna sensacja! Niemniej jednak niech pan o tym coś pieprznego napisze. Napisze pan tak: Nie był to taniec, lecz orgia zawrotna, burza rozpętanych zmysłów, tajfun namiętności, chwiejny płomień nad otchłanią wulkanu. Frenetyczne oklaski sklepiły się niby katedra gotycka nad wężowym ciałem artystki, która z trudem wyzwoliła się z magicznego
omotu ekstazy i powróciła do rzeczywistości, aby z boskim uśmiechem wycofać się do swej garderoby. Tak się pisze! To jest szampan! Ale u pana będzie to oczywiście ciurkanie wody z polewaczki. Henri Crayon odważył się na znak protestu podnieść do wysokości twarzy palec wskazujący prawej ręki. Lecz redaktor naczelny nie dopuścił go do słowa.
— Co jeszcze mamy dziś w Paryżu?
— Niemiecki cyrk na Polach Elizejskich.
— To może pan iść podsłuchiwać małpy. Nic więcej?
— Moja posługaczka zwróciła mi uwagę — rozpoczął nieśmiało reporter…
— Co powiedziała posługaczka? — nalegał niecierpliwie naczelny redaktor. — To, o czym gadają posługaczki, zawsze jest ważne. Posługaczka wyraża, że tak powiem, instynkty szerokich mas. W rozmowie
z posługaczką przykłada pan ucho do serca ludu. Więc co ostatecznie z tą posługaczką?
— Wspominała, że w klasztorze przy ulicy Picpus jest dzisiaj profesja nowicjuszy. Krewny jej przyjaciółki też tam będzie…
— No, więc dalej! Niech się pan wybierze do tych braci picpusowych!
Historie klasztorne w oprawie romantycznej, dreszczem przejmujące są znowu bardzo pożądane. To może być wielka rzecz! Ale niech pan z tego zrobi sensację!
W ten sposób wyruszył Henri Crayon, poszukiwacz sensacji, rankiem, 7 października, przez zamglone ulice Paryża do klasztoru Najświętszych Serc na uroczystą profesję, równocześnie powtarzając sobie w pamięci sensacyjne zwroty o burzach i orgiastycznych tajfunach do sprawozdania z występu tancerki.
Kaplica klasztorna przy ulicy Picpus jarzy się światłem mnóstwa świec. Chwila profesji nadeszła. Nowicjusze, niby żołnierze, złożyli przysięgę wierności. Stanowcza wola nadała młodym rysom wyraz męskości i powagi, ale z każdego czoła bije blask. Nie są to ludzie, co zmęczeni i złamani chylą się pod jarzmo, lecz mężowie, którzy z promienną twarzą w najgłębszym szczęściu składają swoją ofiarę. Każdy z nich mocnym spojrzeniem wpatrzył się w ojca generała Rouchouze i na każde z trzech ślubowań odpowiedział równym, mocnym „tak”!
Tak! — co do ubóstwa. Ludzie ci wyrzekną się ochotnie wszystkich bogactw świata i stają się żebrakami jak Święty z Asyżu.
Tak! — co do czystości. Czystym naczyniem Bożym niech będzie każde ciało, a każde uderzenie serca gotowe do Bożej służby w dziewictwie.
Tak! — co do posłuszeństwa. Obietnica wierności sztandarowi, wierności wspólnocie. To ostatnie „tak” zwiera szeregi w mocny, niezwyciężony front. Nie o to chodzi, aby złamać wolę osobistą, lecz o to, by ta wola, zwarta w sobie i zahartowana, porwana została przez tę siłę płomienną, która tkwi w społeczeństwie.
Trzykrotne „tak” jest trzykrotnym jakby uderzeniem młota, który wykuwa serca do twardej, odważnej służby żołnierskiej w gwardii Króla nad królami.
Lecz w zakonie Najświętszych Serc uroczysta profesja jest czymś więcej jeszcze. Jest namaszczeniem na cierpienia i śmierć. Coś osobliwego dzieje się u stopni ołtarza. Nowicjusze padają na ziemię. Potem rozpościera się na nich wielką zasłonę, czarną zasłonę żałobną, całun, którym okrywa się trumnę podczas uroczystego „Requiem”. Reporter Henryk Crayon, drżąc z przejęcia, chwyta ołówek. Oto nareszcie wielka sensacja, która Paryżowi zatamuje dech w piersiach. Można dać nagłówek wielkimi czcionkami: Ludzie pod całunem!
Żywcem pogrzebani! Woń stęchlizny w kościele klasztornym! Requiem dla młodości i urody!
To mi tytuły! Oto groza czająca się za murami klasztornymi. Tak, oto sensacja, której żąda Paryż i naczelny redaktor „Paris Nuit”. Będzie można snuć wieloszpaltowe jeremiady na temat młodych sił, które się łamie, na temat czającej się za murami klasztornymi śmierci, która porywa kwiat młodzieży francuskiej. Z najwyższym
patosem, w dobrze opłaconych, tłusto drukowanych wierszach będzie się piętnowało uciemiężenie dusz, a wychwalało pod niebiosa ducha bohaterskiego, w którym wielki naród wychowuje
swoje dzieci.
Dzielny reporter Henri Crayon widzi już, jak wszechwładny pan gazety „Paris Nuit” klepie go z uznaniem po ramieniu i mieni najzdolniejszym reporterem Francji. Tymczasem neoprofesi podnieśli się. Stoją teraz przed ojcem generałem, który odwrócony od ołtarza rozpoczyna przemówienie. W głosie jego wyczuwa się siłę, radość i wielką miłość. Mówi o ofierze, którą oto złożyli, o wielkości i mocy ślubów zakonnych, o dobrowolnym oddaniu się, za które Bóg obdarza całym bogactwem swych łask. Potem ojciec generał ciągnie dalej, a słowa jego dźwięczą głębokim przejęciem:
„Bracia moi! Ciałami waszymi dotykaliście kamiennej posadzkitego kościoła, miejsca uświęconego, w którym snem wiecznym śpią męczennicy, tej ziemi, w której spoczywa nasz Ojciec. Krzyżem legliście na świętych grobach, a potem rozpostarto nad wami całun śmiertelny. Nad grobami męczenników zostaliście poświęceni na mękę i zgon. Przed oczami naszymi staje wizja przeszłości. Przed wiekami przynoszono do kościoła tych, których Bóg nawiedził największym, jakie wówczas znano, cierpieniem — trędowatych i kładziono ich u stopni ołtarza. Potem nakrywano ich całunem śmiertelnym i dawano uroczyste błogosławieństwo na tę ostatnią trudną drogę, która wyprowadzała
ich ze społeczności żywych do samotności umierających,błogosławieństwo na mękę i mężną śmierć.
To samo błogosławieństwo Ojciec nasz, Józef Coudrin, nakazuje dawać wszystkim swoim dzieciom. Mąż ów bowiem, który w cieniu gilotyny przewędrował całą Francję, który co dzień niósł na szaniec swoje życie za Chrystusa i bliźnich, mąż ów, nieznający co to lęk śmiertelny, chciał wyplenić także z dusz wszelki strach. Chciał, aby
i oni bez trwogi spoglądali śmierci w oczy, aby w ich sercach była ta sama gotowość do ofiar i cierpienia.
Dlatego, bracia moi, rozpostarto nad wami całun śmiertelny, aby umarło w was wszelkie tchórzostwo i słabość ducha, wszelki lęk i trwoga i byście powstali do nowego życia w mocy i łasce Bożej, do życia, które gotowe jest co dnia samo siebie ofiarować. To właśnie jest życie w najwyższej wolności dzieci Bożych.
Bracia, wiem, że nie na próżno poświęcono was na cierpienie i niedolę. Już teraz widzę i was odchodzących w samotność tą trudną drogą cierpienia, drogą ku gorzkiej śmierci. Bracia! Weźcie na drogę ową moc, którą wam dała ta godzina świętej profesji! Idźcie zbrojni siłą serc waszych, gotowych do ofiar! Bo w ofierze jest moc najwyższa i najwyższa też radość!
W tej godzinie waszej ofiary błagam dla was gorącym sercem o błogosławieństwo Boże, o moc i ogień, i wicher łaski niebieskiej! I pokój Pana naszego niechaj zawsze będzie z wami. Amen”. Teraz zahuczały organy, aż wszystkie serca zadrżały. A potem z taką siłą buchnęło w niebo „Te Deum”, że zatrzęsły się sklepienia domu Bożego. „Te Deum” ludzi, którzy tej godziny poświęcili i oddali wszystko i gotowi są przyjąć z ręki Bożej cierpienie i śmierć.
A jednak w hymnie pochwalnym ofiarników dźwięczy radość najwyższa, do jakiej zdolne jest serce ludzkie.
Przez mgły Paryża przedarło się słońce. Złoty jego blask spływa przez okna do wnętrza i stapia wszystkich świętych w jeden płomienny żar. I z dusz nowych profesów bije w dniu ich ślubowań jeden jasny płomień radości. Dość niepewnym krokiem opuszcza Henri Crayon miejsce ślubów zakonnych. Od dawna już plączą mu się wszystkie jego sensacyjne tytuły. Dawno już ze zdumieniem uświadomił sobie, że młodość i tężyzna duchowa otrzymały tu święcenie na najwyższe bohaterstwo. Ale co robić? Trzeba przecież żyć, a Paryż domaga się sensacji.
Tak więc w najbliższym numerze pisma „Paris Nuit” ponad burzami i tajfunami tancerki widnieje tytuł:
ZADUCH GROBOWY W KOŚCIELE KLASZTORNYM! ŻYWCEM POGRZEBANI!
Paryż otrzymał żądaną sensację, dzielny Henri Crayon specjalne odznaczenie od swego naczelnego redaktora, a brat Damian de Veuster klęczał nocną godziną znów na stopniach ołtarza i prosił Boga o kielich cierpienia, bo w duszy jego była gotowość do ofiar bez granic.
Nie należy jednak mniemać, aby dzień uroczystej profesji zaczarował w jakikolwiek sposób brata Damiana, iżby mu odtąd wyrosła nagle wielka jak talerz aureola dokoła głowy Damian pozostał nadal prawdziwym, szorstkim i prostym Flamandem, z usposobieniem wesołym i szczerym, a pod habitem zakonnym biło zawsze dzielne serce młodego wieśniaka z Tremelo. Nawet wad jego wszystkich profesja nie usunęła i subtelniejszym towarzyszom
francuskim dała się nieraz we znaki pierwotna chłopska szczerość i szorstkość młodego Flamanda.
Od dnia ślubów jednak uderzała w braciszku zakonnym męska stanowczość, która coraz bardziej stawała się zasadniczą cechą całej jego istoty i działania.
Wielkie miasto Paryż ukazywało tysiące dziwów synowi chłopskiemu z Tremelo, któremu początkowo gorączkowy ruch i życie na ulicach i placach wydawały się jakby objawieniem innego świata. Wkrótce jednak zdrowa natura flamandzka odczuła wstręt do bezmyślnego zgiełku i wewnętrznego ubóstwa całego życia stolicy. Cieszył
się zawsze na popołudnia środowe, w które wolno było wyruszyć dalej, poza duszący obręb domów i murów i wybrać się w świat, gdzie rosły jeszcze drzewa i kwiaty.
Często szedł do wielkiego parku w Vincennes, który mu jednak wkrótce uprzykrzyło pretensjonalne zachowanie się miejskich wycieczkowiczów. Ogarniała go wtenczas tęsknota za skromnymi, prostymi ludźmi jego wsi rodzinnej, za rubasznymi chłopami, za szorstkimkowalem, poetycznym pastuchem i za Pietem Winkelmohlenem, który umiał rozmawiać ze zwierzętami.
Latem wychodził najchętniej w okolice Paryża między wysokowyrośnięte zboża. Zanurzał ręce w morzu złotych kłosów i uważnie badał dojrzewające ziarno. I zdawało mu się, że przesuwa w palcach plon żniwny ziemi rodzinnej. I nagle dopadała go znowu tęsknotaza Flandrią, za krajem ojczystym z jego głębokimi lasami i dalekimi
przestrzeniami pól, i cichymi, zadumanymi wrzosowiskami. Przychodziły wówczas do brabanckiej zagrody listy przepełnione echem tej tęsknoty: „Według tego, co widziałem dziś podczas spaceru,
żniwa zaczną się u Was niedługo. Jeżeli będą równie obfite, jak na polach wokoło Paryża, wówczas obawiam się, że stodoła Wasza okaże się za ciasna i część zbioru trzeba będzie zostawić w polu.
Wydaje mi się często, że widzę Was przy pracy pod palącym słońcem sierpniowym. A Ojciec z pewnością znowu się nie oszczędza. Musisz nareszcie, Ojcze, odpocząć i pozostawić robotę tym, którym jeszcze służą lata”. Ale że na Boże żniwa powinien się ojciec przygotować, o tym pisze syn w mocnych, stanowczych słowach.
Rok przygotowawczy w Picpus jest rokiem studiów. W programie nauki jest język grecki, łacina i filozofia. Damian zabiera się do pracy z ogromnym zapałem, aby nadrobić to, w czym wyprzedzili go inni. Klasztor w Paryżu jest sercem Zgromadzenia. Tu przychodzą sprawozdania z całego świata. Listy misjonarzy czyta się młodym
studentom; budzą one tęsknotę za najodleglejszą i najbardziej kamienistą rolą Bożą.
Któregoś dnia zjawia się w klasztorze Najświętszych Serc wikariusz apostolski z Tahiti monsignore Tepanu Jaussen. Opowiada seminarzystom o dalekich wyspach na bezkresnym oceanie, o wyspach, na których trwa wieczysta wiosna i żyją weseli i rozśpiewani ludzie-dzieci. Lecz mówi także o wulkanach buchających ogniem pośród tych rajskich ogrodów, o okropnościach pogańskich obrzędów, o pracy i rozczarowaniach, o cichych, samotnych grobach męczenników,o które biją odwieczne fale morskie. Pełne blasku wyrastają w opowiadaniu prałata dalekie krainy; wszelkie jednak romantyczne bujanie po obłokach otrzymuje cios bezlitosny. W kraju misyjnym bowiem nie ma miejsca dla obieżyświatów, łowców przygód, lecz tylko dla mężów o najczystszym heroizmie.
W tych to godzinach czuje Damiana, że misja jest tą rolą, na którą Bóg chce go posłać. Tutaj i on kiedyś dołoży wszystkich sił, by wykarczować kamienistą glebę pod obfite żniwa. Będzie to walka z ziemią, walka, jakiej jeszcze żaden chłop nie stoczył. A w tej walce będzie szczęście i spokój.
Do domu napisał:
„Sądzę, że gorliwy misjonarz niedługo już odjedzie z powrotem do swojej misji na oceanie. Może niektórych z nas zabierze z sobą. Czy nie ucieszylibyście się, gdybym i ja był między nimi?”.
W młodym bracie Damianie de Veuster płonął duch zdobywcy Józefa Coudrin.

Śmierć, tyfus i ciężkie rozstanie

Głos dzwonów żałobnych brzmiał nad Lowanium. W każdym kościele przed wielkim ołtarzem stał kirem okryty katafalk, dokoła którego żółte woskowe świece błyskały posępnym płomieniem. Z wszystkich organów płynęła wielka pieśń pokutna świata: „Dies irae, dies illa”.
Śmierć szła ulicami Lowanium. Wiele grobów kopał co dnia grabarz ze swymi pomocnikami. Drżały mu już ręce, kiedy zanurzał łopatę w poświęconej ziemi, bo nigdy ziemia nie wydawała mu się tak ciężka, jak tej nieszczęsnej
jesieni 1863 roku, która tyle młodego życia wpędziła do grobu. Ciężka była łopata pełna ziemi. Najcięższa —- kiedy przyszło kopać grób dla dziecka! Wówczas grabarzowi wydawało się, że to z jego winy
rodzice musieli składać na cmentarzu swoje szczęście. Z lękiem, nieśmiało spoglądał na nich, jakby chciał ich przeprosić, że w ogóle ten grób przygotował.
— Zasadzam tylko drzewko w ogrodzie Bożym — starał się ich wtedy pocieszyć.
— Na pewno znowu kiedyś zakwitnie.
Dies irae, dies illa. Śmierć szła ulicami Lowanium. Lekarze i siostry przy łóżkach chorych upadali ze zmęczenia. Ich miejsca zajmowali dobrowolni pomocnicy, dopóki również ich nie chwyciła ta straszna gorączka, bo w mieście szalał tyfus. Śmierć szła ulicami Lowanium.
I w kościele klasztornym pod wezwaniem Najświętszych Serc śpiewano „Requiem”. Brat Kalikst, furtian, leżał na marach. Biedny, gorączkujący czeladnik, którego brat znalazł zemdlonego u bramy klasztornej i doprowadził do zdrowia, pozostawił mu jako „Bóg zapłać” własny swój krzyż, co wkrótce stało się dlań krzyżem śmiertelnym.
Requiem aeternam dona ei, Domine! Nigdy nie zmęczony furtian doczekał się teraz odpoczynku. Ale on przecież wcale spoczynku nie pragnął!
Jeszcze krótko przed zgonem powiedział, nie wiadomo, czy w gorączce, czy przy zdrowych zmysłach: — Gdybym tylko tam w niebie mógł też choć trochę otwierać drzwi wszelkiej biedocie… Teraz brat spoczywa pod czarnym całunem jak w dniu ślubów. Tibi reddetur votum in Ierusalem – „ Iw Jeruzalem wypełni się ślubowanie Tobie”.

— Poszedł do nieba na uroczystą profesję — mruknął brat Damian, który od dwóch lat był znowu z powrotem w klasztorze flamandzkim. Potem jednak przeszyła go myśl, od której serce w nim zamarło: Bracie Damianie, a gdybyś i ty jutro spocząć miał pod całunem śmiertelnym, czy byłbyś gotowy? Tuba mirum spargens sonum…
„Trąba dziwnym grzmiąca tonem”…
— Nie, och nie! — bronił się Damian. — Nie teraz, nie teraz, tak blisko celu! Za rok odbędą się święcenia kapłańskie. A potem brama świata rozewrze się przede mną szeroko i Bóg uczyni mnie robotnikiem na swoim polu, na kamienistej roli misyjnej, podobnie jak brata Pamfiliusza, który w dzień Wszystkich Świętych wyruszy okrętem w podróż do Wysp Sandwich.
Spojrzał ku ławie ojców, w której klęczał Pamfiliusz. Przed kilkoma zaledwie miesiącami został wyświęcony.
— Jaki blady! — pomyślał Damian o bracie. Ale w gruncie rzeczy nie było się czemu dziwić. Noc w noc stał u łoża chorych. Noc w noc czuwał w dobrowolnej służbie samarytańskiej przy barłogach największej nędzy.
Twarz ojca Pamfiliusza wyglądała istotnie jak twarz umierającego. Co to było? Czy zmogło go teraz nagle zwalczane od dawna wyczerpanie? Czy przemęczone ciało zbuntowało się przeciw dalszej ciężkiej służbie?
— Boże, dodaj mi sił! Dodaj mi sił! — modlił się kapłan. Potem wydało mu się, jak gdyby tańczyły mu przed oczyma wielkie, białe żagle na bezkresnym oceanie. Wołała go misja.
— Misja! — jęknął kapłan. — Boże, dodaj mi sił! Nie dozwól mi teraz właśnie się załamać! Z organów zabrzmiało „Ofertorium”:

Libera eas de ore leonis,
Ne absorbeat eas tartarus,
Ne cadant in obscurum!
Wybaw je z paszczęki lwa,
Niech nie pochłonie ich piekło,
Niech nie wpadnę w ciemności!

— Boże, nie daj mi wpaść w ciemności! — błagał kapłan. — W przepaść beznadziejności teraz, kiedy już mam wstąpić na Twój statek! Ale wtedy odezwał się w nim głos:
— A jeżeli odtrącę cię j e d n a k w ostatniej chwili od burty statku, jeżeli zamiast ciebie ktoś inny pojedzie, jeżeli pogrążę cię w najcięższe cierpienia? Czy jesteś gotowy ponieść i tę ofiarę?
Dreszcz przebiegł po ciele umęczonego. Zimny pot wystąpił na czoło. Celebrans przy ołtarzu podnosił właśnie kielich na ofiarowanie. Ojciec Pamfiliusz w zmaganiu zacisnął ręce i w duszy wołał:
— Ojcze, oddal ode mnie ten kielich!

Przy ołtarzu zadźwięczał dzwonek na Podniesienie. Bóg składał swoją ofiarę. Kielich cierpienia jaśniał jako kielich łaski nad wszystkimi pochylonymi głowami i rzucał plaski złociste na trumnę brata Kaliksta.
A głos ów nastawał na ojca Pamfiliusza:
— Bóg nie oszczędził nawet własnego Syna. Jeżeli teraz tobie zsyła kielich cierpienia, czy go odtrącisz? Kim jesteś, że chcesz Mu przeszkodzić?
Ciężko jęknął młody kapłan w podwójnej męce duszy i ciała. Krew łomotała mu w skroniach. Czerwone koła tańczyły przed oczami. Całe ciało przeniknęła fala ognia. Ale wargi z trudem wyjąkały:
— Ojcze! — niech się stanie wola Twoja! Potem runął bezprzytomny na swoje miejsce w chórze. Brat Damian chwycił go w silne ramiona i zaniósł do celi.
— Tyfus! — orzekł lekarz. Z głębokim przerażeniem -patrzył się weń Damian.
— Czy bardzo z nim źle? – wybełkotał.
— Chory ma dobrą konstytucję i zdrową, odporną krew. Ale jest osłabiony, mocno osłabiony przez nadmierne czuwania nocne. Zobaczymy.
— Czy może wyzdrowieć za cztery tygodnie? — wykrztusił Damian. — Czy będzie mógł stanąć pierwszego listopada na statku, aby pojechać na misję?
— To całkiem niemożliwe — oświadczył lekarz stanowczo. Damian spuścił smutno głowę.
— Będzie nad tym bardzo bolał — powiedział cicho.
Dniami całymi życie kapłana wisiało na włosku. Dniami całymi leżał w gorączce bez przytomności. Gdy po dwóch tygodniach brat wspomniał mu ostrożnie, iż nie może być mowy o wyjeździe na misję, zdziwiony był jego spokojem i poddaniem. Pamfiliusz pokiwał tylko smutno głową i szepnął:
— Tak, tak, wiem, nie może to być…
Pewnego dnia ojciec Pamfiliusz zapytał brata:
— Kto właściwie zamiast mnie pojedzie na misję?
— Nie wiadomo jeszcze — odparł Damian. — Wielu się spodziewa. Gdybym był wyświęcony, prosiłbym tak długo, ażby mnie posłali zamiast ciebie.
— Dlaczego dopiero wtedy, kiedy byłbyś wyświęcony? — powiedział Pamfiliusz powoli. — Wszakże i tam jest biskup, który może cię wyświęcić.
Wówczas Damian uchwycił mocno rękę chorego w swoje dłonie i krzyknął podniecony.
— Uważasz, że mógłbym poprosić superiora?
— Spróbuj przynajmniej! — odrzekł chory. — Wiem, że to twoje= najgorętsze życzenie, a dla mnie byłaby pociechą myśl, że jesteś na moim miejscu! W kilka minut później zapukał Damian do drzwi ojca Wacława Vinckego…
Ojciec Pamfiliusz tymczasem złożył ręce i modlił się:
— Wszystkie moje cierpienia i ten wielki zawód ofiaruję Ci, Panie Boże, abyś jemu za mnie pozwolił jechać na misję!
Modlitwa chorego nie była daremna. Wprawdzie superior miał pewne zastrzeżenia. Poza tym musiał dać swoje przyzwolenie ojciec generał. Ale ojciec Vincke poparł prośbę brata Damiana i rzeczywiście po kilku dniach przyszło pozwolenia z Paryża. Brat Damian de Veuster miał zamiast swego brata pojechać na Wyspy Sandwich.
Radość nowo mianowanego misjonarza była tak nieokiełznana, że wpadł jak bomba w „silentium” sali naukowej i wykonał tam na ławkach i stołach istny taniec indiański. Przez chwilę seminarzyści myśleli, że młody Flamandczyk postradał zmysły. Kiedy jednak dowiedzieli się o powodzie tej szalonej radości, wszyscy poczęli mu ściskać ręce z uciechy. Damian popędził zaraz do pokoju chorego.
— Jadę, jadę! — krzyczał, Pamfiliusz uścisnął mu rękę w milczeniu, a oczy miał pełne łez.
Teraz czekała jeszcze Damiana rzecz najcięższa, pożegnanie ze swoimi w domu.
Październik odzierał liście z drzew i kładł je jak dywan na ziemię, bo bliski już był dzień Wszystkich Świętych, kiedy niebo schodzi na ziemię. Na najbardziej nawet opuszczonych grobach położy Dzień Zaduszny barwne wieńce. Pod koniec miesiąca wyruszył Damian do Tremelo. Dwa dni tylko mógł pozostać w domu, a potem czekało go pożegnanie na całe życie.
Wieczorem w zagrodzie cle Veusterów zasiedli wszyscy dokoła wielkiego dębowego stołu. W milczeniu poddali się woli Bożej, bo i cóż można było przeciw niej powiedzieć? Rozmawiano o ostatnich żniwach i o kiermaszu. Robiono plany na przyszłość. Gerhard chciał na wiosnę poślubić Dorkę Vermeylen, córkę młynarza z Tremelo. Opowiadał z dumą, że przerobi tamtejszy młyn na parowy. Marynka Deselaers wstąpiła podobno do klasztoru. Leon zaś w domu przejmie gospodarstwo i handel nasionami. Ożeniony był od kilku lat z Marynką Feyaert i miał już dwóch małych, silnych chłopaków.
— Wasi chłopcy muszą zostać misjonarzami! — żartował Damian.
— Przyślecie mi ich potem wszystkich na Wyspy Sandwich.
— Wszystkich to byłoby trochę za dużo — zaśmiał się Leon. — Bo my będziemy ich mieli z tuzin co najmniej, prawda Marynko?
Nie odpowiedziała nic, ale mocno zaczerwieniona pochyliła głowę nad pończochą, którą właśnie robiła.
— Co właściwie ma oznaczać ta nazwa: Wyspy Sandwich? — pragnął dowiedzieć się Piet Winkelmohlen.
— Sandwich jest słowem angielskim i znaczy „kanapka” — wytłumaczył śmiejąc się brat Damian. — Nazwano tak te wyspy, bo leżą na oceanie jak kromki chleba na talerzu.
— To poślemy ci szynkę do tego chleba! — obiecywał parobek.
— Wefcia będzie niedługo gotowa do zabicia.
Potem znowu wszyscy zamilkli. Mężczyźni pykali fajki, Marynka lekko trzaskała drutami. Matka złożyła ręce i wpatrywała się bezustannie w swego najmłodszego. Gospodarz bębnił lekko palcami po stole. Przemyśliwał nad zdaniem, które kiedyś wyrzekł do niego ojciec superior w Lowanium: „Dla ofiar naszych, gospodarzu de Veuster, będziemy kiedyś błogosławili nasze życie!” Po chwili Damian powstał, wyjął z szafy stare „Żywoty Świętych”,
otworzył je na dzień 23 października i położył przed matką na stole.
— Matko — powiedział — poczytajcie nam raz jeszcze z tej świętej księgi.
Wówczas matka założyła okulary i jęła czytać dzieje wielkiego bojownika Bożego, franciszkańskiego brata, Jana Kapistrana, który z krzyżem i z mieczem wpadł do obozu tureckiego.
Matka czytała wolno i głos jej drżał. Brat Damian zaś całą duszą zasłuchał się w ten głos, najsłodszy na ziemi, którego już nigdy, przenigdy nie usłyszy… Nazajutrz wybrał się Damian razem z ojcem w pole. Gospodarz
prawie nic nie mówił. Wiedział, że i tutaj synowi ciężko było żegnać się na zawsze.
— W tym miejscu po raz pierwszy wziąłeś się do pługa, Józefie
— rzekł nagle gospodarz. — Przypominasz sobie?
Damian w milczeniu skinął głową. O tak, doskonale sobie przypomniał. Pamiętał jeszcze wszystko. Jakże często przeorywał tę rolę! Nie było skiby, która by nie napiła się jego potu. Tu było miejsce, gdzie zanurzył ręce w rozmokłą ziemię owej nocy burzliwej po pielgrzymce. Tak, znał tu każdy kamień, każdą piędź tej roli brunatnej. W pewnej chwili stanął, pochylił się i nabrał garść ziemi, której długo się przyglądał, a potem w zamyśleniu przepuścił między palcami.
— Dobra tu rola, ojcze — powiedział cicho.
— Tak, dobra rola, bardzo dobra — odrzekł chłop powoli.
Gdy wrócili na podwórze, Damian stanął przed krzyżem.
— Często musiałem tu klęczeć, ojcze! — przyglądał się długo klęcznikowi, którego deski mocno już były wyżłobione.
— Wszyscy de Veusterzy tu klęczeli w swoim czasie, wszyscy — odpowiedział ojciec. — I Bóg im z góry błogosławił. Leonowi chłopcy też tu będą klęczeli.
— No, to będzie musiał poszerzyć nieco tę ławę dla dwunastu łobuzów! — uśmiechnął się brat Damian. Poszedł też do proboszcza i do nauczyciela.
— Chłopcze, nie zrób wstydu naszej wiosce! — powiedział proboszcz i mocnym wzrokiem spojrzał na brata.
— Chłopcze, pamiętaj o ojczyźnie! — mówił nauczyciel. — Zabierz Flandrię z sobą w świat. Nie jako grudkę ziemi schowaną w woreczku, lecz jako moc żywą zamkniętą w sercu na zawsze!
Droga powrotna wiodła go brzegiem lasu. Czarne i nieruchome stały jodły, wśród których ongiś był pustelnikiem. Dalej ciągnęły się wrzosowiska. Dawno już przekwitły późną jesienią, ale droga
srebrzysta, na której kiedyś poszukiwał Boga, pozostała ta sama. Tak, to była ziemia rodzinna!
Po południu Damian jął się żegnać z najbliższymi. Gospodarz długo ściskał mu rękę w milczeniu. „Szczęść ci Boże!” mówili bracia i coś ocierali z oczu. Potem przyszło najtrudniejsze: pożegnanie z matką.
Kobieta owinęła ręce różańcem, jak gdyby ten sznur pereł drewnianych był liną ratunkową, której można się uczepić w najcięższej niedoli. W ramionach syna polały się z jej oczu długo z trudem tłumione łzy.
— Nie płacz, matko — mówił Damian. — Przybądź jutro do Scherpenheuvel. Piet Winkelmohlen przywiezie cię powózką. U Matki Bożej jest pocieszenie. Tam się pożegnamy!
Nazajutrz klęczeli gospodyni Anna Katarzyna de Veuster, Marynka Feyaert i brat Damian przed ołtarzem Najświętszej Maryi Panny z Scherpenheuvel. Nie zamienili z sobą ani słowa, ale Matce Najświętszej powiedzieli wszystko. Wreszcie podniosła się gospodyni z klęczek, wydobyła z kieszeni srebrne serce i zawiesiła je obok tronu Najświętszej Panny.
— Żeś uzdrowiła Augusta! — szepnęła cicho.
A potem wyjęła jeszcze jedno serce srebrne i zawiesiła je obok pierwszego.
— Żeś powołała Józefa na misjonarza — westchnęła, ale uśmiech przemknął po jej pooranej zmarszczkami twarzy.
Marynka Feyaert płakała. Brat Damian zaś zaciskał ręce i modlił
się bezustannie:
— Panno Najświętsza, dodaj matce sił i weź też moje serce pod swoją opiekę! Ponad ich trojgiem uśmiechała się z wyżyn swego tronu Najświętsza Panna z Scherpenheuvel i lekko skłaniała swe berło. Kiedy opuścili kościół, szli c>bok siebie w milczeniu do pojazdu, którym Damian przyjechał z Lowanium. Obok stał Piet Winkelmohlen ze swoim wiejskim wozem. Stary parobek nieustannie trzaskał z bata, aby nie rozryczeć się na dobre, a mimo to łzy kapały mu na brodę.
Co parę kroków Damian przystawał i spoglądał w tył na ogromną, gwiazdami nabijaną kopułę, pod którą zamieszkała Matka Boża.
— Jakoś ci się nie spieszy! — uśmiechnęła się matka. A syn odpowiedział półgłosem:
— Przecież po raz ostatni to widzę. Niechże się moje oczy jeszcze napatrzą! Wreszcie stanęli przed otwartym powozem.
— A więc pożegnajmy się teraz! — powiedziała matka. Po raz
ostatni wzięła w swoje ramiona syna, którego nigdy już na ziemi nie miała zobaczyć.
Marynka płacząc uścisnęła Damianowi rękę, a stary Piet Winkelmohlen również żegnał go bez słowa. Nie mógł wcale głosu z siebie wydobyć.
— Bywajcie zdrowi na zawsze! — zawołał Damian jeszcze raz i szybko wskoczył do klasztornego pojazdu. Szarpnęły konie. Jeszcze ostatnie pozdrowienie ręką, ostatnie spojrzenie. I już było po wszystkim. Kobiety pozostały same przed kościołem Matki Bożej.
— Panno Najświętsza — wyszeptała drżącymi wargami matka.
— Teraz wiem, coś wycierpiała w czwartej stacji Drogi Krzyżowej.
Wsiadły obie na wóz. Pięt Winkelmohlen wdrapał się na kozioł i mruczał pod nosem:
— A ja, bałwan, zapomniałem się dopytać, dokąd mamy posłać szynkę z Wefci. Teraz już za późno! Ho, Fryda, ruszaj! — i parobek siarczyście trzasnął z bata. Fryda wstrząsnęła głową, rozdęła chrapy i wolnym truchtem ruszyła z powrotem do Tremelo. W dzień Wszystkich Świętych roku 1863 stanął brat Damian na pokładzie zgrabnego trójmasztowca »R.W. Wood”, który miał zawieźć misjonarzy na Wyspy Hawajskie.

PŁYWAJĄCY KLASZTOR

Od tygodnia dął niepomyślny wiatr. Wciąż jeszcze tkwił „R.W. Wood” na Wezerze. Bez żagli wyglądał z daleka jak oskubany ptak. Gołe maszty podobne były do szubienic, bandera hawajska smutno zwisała z drzewca masztu, a łańcuch kotwiczny skrzypiał melancholijnie.
Wszędzie na pokładzie rozłożyli się marynarze i wystawiali plecy na blade jesienne słońce. Pitt Larsen, pierwszy mat, siedział na beczce od śledzi, patrzył nieruchomo za burtę i spluwał w Wezerę.
— Dziesięć węzłów robi — mruczał pod nosem. — Robi dziesięć węzłów…
— Kto robi dziesięć węzłów? ~ zapytał cieśla, który przykucnął na zwoju lin okrętowych i przeciągał się ziewając.
— Moja ślina! — odpowiedział mat i odgryzł kawałek prymki.
— Wolałbym, żeby nasza stara krypa robiła tych dziesięć węzłów!
— gderał cieśla. — Od tygodnia już tkwimy w tej przeklętej słodkiej
wodzie. Przed Gwiazdką nie wypłyniemy na Wielki Staw.
— Diabli nadali! Psiakrew! — warknął Pitt.
— Nie klnij, Larsen! — zawołał Jack Verhaalen, leciwy żaglomistrz, który ze starą zatłuszczoną Biblią w ręku siedział pod głównym masztem.
— Tylko mi nie rozpoczynaj kazania, „zmartwychwstały Kubo!”
— pokpiwał pierwszy mat. — Zostaw to lepiej kapucynom i mniszkom,
kpłtyónryęcłoh pmrzaemz yW niae lknia sSzteajw k! rypie. Tyle pobożności nigdy jeszcze nie
— Nie mają, niestety, p r a w d z i w e j wiary „oświeconych” — ubolewał
żaglomistrz. — Nie wiedzą nic o Sądnym Dniu i o zmartwychwstaniu.
„Zmartwychwstały Kuba” zagłębił się znowu w swojej księdze.
— „R.W. Wood” przemienił się w istny klasztor — gderał dalej mat. — Otworzysz gębę i chcesz zakląć tak, ażby diabła brzuch od tego zabolał, a tu akurat mniszeczka pędzi przez pokład i już „Ojcze nasz” wylatuje ci z gardła.
— Powiedz, co też oni za dwa serca mają z przodu na sukni? — zapytał cieśla.
— Dwa serca, a to dobre! — wmieszał się do rozmowy drugi mat, Fritz Krause z Berlina. — Dwa serca tyż sobie kazałem wytatuować na piersi, żebym go nie zapomniał, tego kwiatuszka mojego w Berlinie. Dwa serca, a to dobre!
— Stul pysk z twoimi głupimi żartami, Krause! — krzyknął nań drugi sternik, który kołysząc się szeroko na nogach zbliżał się ku nim przez pokład. — Z rzeczy religijnych nie ma co żartów stroić!
A w ogóle to ci ojcowie i mniszki zupełnie są inni niż myślałem. Myślałem, że tacy to z nosami na kwintę spuszczonymi chodzą i ze świątobliwości ani na kogo spojrzą. A tu zupełnie jest inaczej!
— Prawda, prawda! — przyznał cieśla. — Mniszki są poczciwe z kościami i wcale do rzeczy. Nawet śmiać się umieją.
— A ojcowie też morowe chłopy, trzeba przyznać! — potwierdził Pitt Larsen. — Jeden z nich wylazł wczoraj aż na bocianie gniazdo, by wypatrzeć, jak mówił, lepszą pogodę. Mówię wam,wdrapał się jak kot! To tam nie ma nic fałszywej pobożności i nie są też wcale tacy pomyleni jak nasz „zmartwychwstały Kuba”.
— Zostaw go w spokoju! W sprawach religijnych nie ma żartów!
— powtórzył drugi sternik.
— A po co tyż oni jadą przez Wielki Staw? — śmiał się szydliwie Fritz Krause. — Niechby zostawili w spokoju tych biednych Kanaków. Niechby się tam kanibale same w puszczy pozjadały — co komu do tego? Niech im będzie na zdrowie! Ale Smutje, kucharz okrętowy, który dopiero co wtoczył się na pokład, innego był zdania.
— Ty tak mówisz, Fritz Krause! — zaczął. — A ja bym ci na to mógł opowiedzieć długą historię. Więc to było tak: Przed pięciu może laty jechałem taką zakazaną krypą przez wielką wodę. Ja wciąż mówiłem: to się źle skończy, to się źle skończy, bo upiór jest na pokładzie! Ale wszyscy mnie wyśmiali. No i na Morzach Południowych przy Salomonach nasza krypa wpadła na coś i rozleciała się na drobne kawałki jak beczka od śledzi. Wszyscy poszli na dno jak szczury, od kapitana aż do chłopca okrętowego. Ja sam ino dostałem się szczęśliwie na ląd.
— Pewno, tłuszcz zawsze pływa na wierzchu! — pokpiwał Pitt Larsen.
— Nic w tym nie było do śmiechu, Picie Larsen — powiedział Smutje obrażony. — Więc wyrzuciło mnie wtedy na jakąś wyspę.
Jakem przyszedł do siebie, stało dokoła mnie paru krajowców, czarnych jak smarowidło do butów. Jeden z tych draniów wciąż mnie szczypał po żebrach i głaskał po brzuchu i mówił łamaną angielszczyzną: „Twoja tłusta za bardzo. Moja ojciec, wielki fella wódz, ciebie widzieć, ciebie zjeść prędko za bardzo. Moja ciebie nie kai kai pożreć, bo moja fella chrześcijanin za bardzo! Sawee! Moja zjeść ciebie kai, kai, to fella misjonarzy gniewać za bardzo na moja. Ale ciebie fella dobra kai kai pieczeń!”
No, i nie zjedli mnie, tylko zaprowadzili do stacji misyjnej, a ojcowie tamtejsi dobrze mnie pielęgnowali. Toteż pozwól misjonarzom jechać spokojnie do dzikusów, Fritzu Krause, bo jak cię przypadkiem taki pogański ludożerca zje na śniadanie, nie powiesz już: „Niech mu będzie na zdrowie!”
Marynarze pokiwali głowami z uznaniem. Tylko Fritz Krause roześmiał się wzgardliwie:
— Ja se poradzę choćby z tuzinem takich kanibalów. Do tego nie potrza mi misjonarzy. A niech no który z klechów spróbuje prawić mi kazanie, to go lunę, aż się nogami nakryje. W tejże chwili odezwał się za nim ktoś łamaną niemczyzną:
— Co tak wymyślacie, przyjacielu! Weźcie lepiej niuch tabaki, odda wam tę samą przysługę.
Berlińczyk wściekły obrócił się i ujrzał przed sobą brata Damiana de Veuster. Załoga patrzała drwiąco na drugiego mata. Powoli, ociężale podnieśli się jeden za drugim i zaciekawieni obstąpili obydwóch. Krausemu krew uderzyła do głowy. Z krzykiem podniósł na braciszka zaciśniętą pięść. Zanim jednak zdołał uderzyć, Damian chwycił go błyskawicznie za ramię i ścisnął z taką siłą, że mat stęknął głośno z bólu. Ale brat uśmiechnął się tylko i powiedział:
— Nie tak ostro, przyjacielu! No, weź szczyptę! Przy tym tak mocno spojrzał w oczy zawadiace, że tamten mimo woli sięgnął do tabakierki i wziął ofiarowaną szczyptę.
Marynarze ze zdziwieniem wpatrzyli się w mocarnego Flamanda. Od berlińczyka odwrócili się plecami. Pitt Larsen wypluł mu nawet pod nogi prymkę. A drugi sternik powiedział:
— Fritzu Krause, gdybyś go był uderzył, to cisnęlibyśmy ciebie do Wezery! Czerwony ze złości i wstydu odszedł drugi mat gdzieś na stronę. W tym momencie krzyknął Hein Kliiters, chłopiec okrętowy, który wdrapał się na wanty, aby stamtąd wypatrywać wieży kościelnej swojej wioski rodzinnej:
— Ahoj! Wiatr się zmienia! Wiatr się zmienia! Już też kapitan i pierwszy sternik weszli na pokład. Ozwał się
ostry gwizdek bosmana. Zabrzmiały słowa komendy. Załoga rozbiegła się po pokładzie, jęła wdrapywać się po takielunku, stanęła przy linach. Zazgrzytała winda kotwiczna. Kotwicę wciągnięto, a na wszystkich masztach zakwitły białe żagle. „R.W. Wood” wypływał na pełne morze.
— Bogu dzięki! — powiedział ojciec Krystyn Willemsen, zwierzchnik pływającego klasztoru. — Podróż się zaczyna!
— Otwiera się brama — rzekł Damian de Veuster. — Brama
świata się otwiera! Rozpromieniony patrzał na wielkie, białe żagle, które trójmasztowiec rozwinął niby olbrzymie skrzydła.
Białe mewy okrążały statek. Postrzępione chmury przelatywały na niebie.
Brzegi Europy zapadały w siną mgłę… „R.W. Wood” był w drodze. Dzielnie przebijał się trójmasztowiec przez Kanał. Ale cały miesiąc umarłych pełen był wiatrów przeciwnych, które uparcie zamykały wrota na Ocean Atlantycki. Marynarze, którzy butów z nóg nie zdejmowali, wymyślali i klęli, „że aż diabła brzuch od tego bolał”, pobożni pasażerowie snuli się pobladli po deskach pokładu i jeden po drugim kładli się do koi, gdyż chwytał ich blady strach, morska choroba. Najgorzej znęcała się nad przełożonym pływającego klasztoru, ojcem Willemsenem. Kiedy brat
Damian po raz dziesiąty tego dnia ukazał się w kajucie z wiaderkiem w ręku i z niewinną miną oświadczył, iż słuszną jest rzeczą, aby kierownik ekspedycji złożył Neptunowi najwyższy haracz, rzucił mu ojciec przełożony całkiem zasłużenie poduszkę na głowę.
Kapitan wściekły był z powodu powolnej jazdy. Zakonnicy niecierpliwili się serdecznie. Mimo to trójmasztowiec robił ledwie dziesięć mil na dobę. Dopiero w grudniu udobruchały snadź starego Neptuna złożone
ofiary. Zesłał on wiatr pomyślny i „R.W. Wood” gnany świeżą bryzą pędził odtąd przez Ocean Atlantycki stałym, niezmiennym kursem w kierunku południowym, wzdłuż zachodnioafrykańskich wybrzeży.
Co dnia klimat stawał się łagodniejszy. Była to najdziwniejsza zima, jaką Damian dotąd przeżył.
Powoli urządzono się na statku jak w domu. Pływający klasztor mógł już bez mała według reguły zakonnej ułożyć swoje życie codzienne. Rano ojciec Willemsen odprawiał mszę świętą. Razem odbywano ćwiczenia duchowe. Siostry robiły pończochy dla misjonarzy. Damian i dwaj inni seminarzyści, którzy również odbywali podróż do Wysp Sandwich, obracali codziennie wyznaczone godziny na gorliwe studia.
Wkrótce brat de Veuster czuł się na statku całkiem w swoim żywiole. Stał się ekonomem, zakrystianem i pielęgniarzem w jednej osobie. Znajdował wyjście z każdej trudności. Pokazał siostrom, w jaki sposób można wypiekać opłatki na hostie bez żelazek. Wynalazł pomysłowe urządzenie, za pomocą którego można było nadać kielichowi
mszalnemu pozycję niewzruszoną podczas Świętej Ofiary, tak że kołysanie statku już mu nie zagrażało. Każdemu pomagał w przykrych okolicznościach życia okrętowego. Na wszystko znajdował dobrą radę.
Kiedy pewnego dnia zauważył, że ojciec przełożony w dalszym ciągu źle się miewa, poradził mu:
— Musicie, ojcze, zacząć palić i od czasu do czasu zażyć tabaki, zaraz będzie lepiej. Zwierzchnik zastosował się do tej rady i wkrótce zdrowie jego się poprawiło. Z załogą był Damian w jak najlepszej przyjaźni. Na wyścigi z marynarzami wdrapywał się po wantach, nauczył się refować i brasować żagle i poruszał się po pokładzie jak stary wilk morski.
Na jego życzenie wprowadził go kapitan we wszystkie arkana sztuki nawigacyjnej, objaśnił mu sekstans, kompas, mapy i tabele. Zdarzało się odtąd, że brat zjawiał się w południe na pokładzie, aby „łapać słońce”. Marynarze i pasażerowie otwierali oczy ze zdziwienia, kiedy Damian po chwili uroczyście oznajmiał położenie „R.W. Wood”, na przykład: 36° 12′ 38″ szerokości północnej, 21° 7′ 28″ długości zachodniej. Zapoznał się wkrótce z wszystkimi stosowanymi na żaglowcu nazwami, których sam dźwięk budzi w laiku pełne szacunku dreszcze.
Znał każdą bomreję i stengę, każdy żagiel i każdą reję. Rozumiał także wszystkie znaki kodu. Słowem, zadomowił się na „R.W. Wood” całkowicie. Bawił się nawet raz po raz w sternika i cieszył się jak
dziecko, gdy mógł pomóc przy kierowaniu statku do owego portu, do kraju, gdzie czekała nań rola Boża.
W dniu 22 grudnia statek przekraczał równik. Dwaj marynarze i chłopiec okrętowy otrzymali „chrzest”, od którego pasażerowie zdołali się wykupić. Nowicjuszy, którzy po raz pierwszy mijali pas świata, posadzono na brzegu beczki i rozpoczęto uroczystą ceremonię. Najpierw „namydlono” ich smołą i węglem, potem ogolono obręczą z beczki, zanurzono cztery czy pięć razy w ogromnej beczce wody, wreszcie przewieszono nieszczęsnych przez linkę, którą jako „linię równika” rozpięto wzdłuż pokładu, a w końcu ochrzczono jeszcze kilkoma wiadrami wody. Smutje jako bożek morski Neptun i miał przemowę tak szumną, że wszyscy śmiali się do łez. Załoga szalała z radości. Cieszyli się nawet pasażerowie, a szczególnie siostrzyczki, które śmiały się tak serdecznie, jak to tylko flamandzkie dziewczęta potrafią. Tylko „zmartwychwstały Kuba”, stary żaglomistrz, siedział samotny przy burcie ze swoją zatłuszczoną Biblią i obliczał, kiedy będzie koniec świata.
W dwa dni później. Ocean spoczął w głębokim, spokojnym śnie. Na pokładzie trójmasztowca była dziwna cisza. Pitt Larsen, pierwszy mat, wygrywał na harmonijce smutne melodie, a chłopiec okrętowy w bocianim gnieździe wtórował mu cichym gwizdaniem. Starszy majtek wędrował dużymi krokami wzdłuż pokładu tam i z powrotem mrucząc coś bezustannie pod nosem. A żaglomistrz siedział, jak zwykle, pod głównym masztem z Biblią na kolanach.
W milczeniu stal Damian de Veuster z kolegą swoim Klemensem Evrardem przy burcie. Promieniejącymi oczyma chłonął Damian bezmierne piękno świata. Niby lśniący jedwab ciągnęło się morze pod lazurowym niebem, po którym daleko płynęło parę białych obłoków. Na zachodzie słońce powoli zanurzało się w morze, rzucając snopy purpurowego światła na mierzchnącą, fioletową toń.
— Piękny jest świat Boży — westchnął z cicha Damian. I bezwiednie prawie popłynęły mu z ust wersety psałterza:

„Głos Boży nad wodami,
Bóg majestatu zagrzmiał,
Pan nad wodami wielkimi,
Pan da moc ludowi swemu,
Pan błogosławić będzie ludowi swemu w pokoju”.

Klemens milcząco potakiwał głową, a kiedy Damian spojrzał nań, zauważył, że przyjaciel ma oczy pełne łez.
— Co tobie, Klemensie? — zapytał przestraszony.
— Toć to Gwiazdka dzisiaj… ciągle muszę myśleć o domu — mówił szeptem brat. — Tam teraz poprzez zaśnieżone pola wołają dzwony na Pasterkę. Widzę, jak matka i ojciec sięgają po swoje książki do nabożeństwa. Z czerwonym światełkiem w ręku wyruszają w drogę do kościoła. Tam ojczyzna, bracie!
— Tak, ojczyzna — powiedział Damian powoli. — Nie będziemy mogli jej nigdy zapomnieć!
Potem zapadła między nimi długa cisza. Wreszcie Klemens pochwycił dłoń Damiana i powiedział:
— To jednak wielka ofiara — opuszczenie ojczyzny!
— Syn Boży złożył ją także, kiedy zszedł z nieba na ziemię! — odparł Damian. — Więc i my złożymy tę ofiarę radośnie. Pamiętasz, jaki byłeś szczęśliwy, kiedy cię superior wyznaczył do tej podróży?
— J a też wcale nie chciałbym się cofnąć! — zaprzeczył Klemens.
— Mimo to jednak pozostanie rana, która nigdy się nie zagoi.
Teraz bosman przysunął się do obu zakonników. Chwilę stał z nimi w milczeniu przy burcie, potem począł mówić jakby do siebie.
— Dawno już chciałem pożegnać się z tą krypą i z morzem. Mam żonę i czworo dzieci. Wybudowałbym sobie gdzie bądź domek z ogrodem, z dużym ogrodem, i założyłbym hodowlę kur. I na Gwiazdkę byłbym w domu. Śnieg leżałby wysoko w całym ogrodzie, a w izbie paliłaby się choinka… i… Ech! Wszystko to głupstwo! W najbliższym porcie o wszystkim się zapomni, pieniądze przepuści się w najbliższej knajpie i nigdy się człowiek nie dorobi własnego kąta.
Niech diabli wezmą! Z wody poderwała się z szumem srebrzysta ryba, skierowała się
w stronę wielkiego białego żagla i trzepocąc spadła na pokład.
Damian chwycił rybę i rzucił ją z powrotem w morze.
— Idź tam, pozostań w swoim żywiole! — uśmiechnął się. — Widzicie? — zwrócił się potem do bosmana. — Tak samo będzie z wami. Morze to wasz żywioł. Nie możecie się od niego oderwać. Ładne to, co mówicie o domku, o kurzej fermie, ale wkrótce zatęsknilibyście za morzem, chorowalibyście z tęsknoty. Nie będziecie mogli się od niego oderwać!
— Prawda, nie mogę się od tego oderwać — potwierdził zamyślony bosman. — Naszą ojczyzną jest morze.
— Ojczyzną naszą jest Bóg! — powiedział Damian. Powoli słońce zanurzało się w morzu. Nad masztami zabłysnął
Krzyż Południa. Bezszelestnie pruł dziób żaglowca czarną, aksamitną toń, zostawiając za sobą srebrzystą bruzdę; z głębin morza z furkotem wylatywały niczym komety tajemniczo świecące ryby.
— Pan króluje nad wszystkimi wodami — powtórzył Damian.
— A dziś oto mamy Wigilię Bożego Narodzenia.
Cała załoga zgromadziła się na pokładzie. Wszyscy trwali w głębokim milczeniu. Damian wziął do ręki Ewangelię i przy świetle lampy pokładowej przeczytał wesołą nowinę o Bożym Narodzeniu.
Głęboka cisza spłynęła na pokład. Gdzieś w dali mignęła gwiazda spadająca, zostawiając przez chwilę na niebie złocistą koleinę. Wtem przemówił powoli Pitt Larsen.
— Czy wy naprawdę w to wierzycie, bracie? Czy wierzycie w to tak mocno i z taką pewnością, jak się wierzy w swoje oko czy rękę? Że kiedyś Bóg sam zstąpił na ziemię, aby nas uszczęśliwić?
— Wierzę w to bardziej niż w moje własne życie! — odpowiedział Damian uroczyście.
— I dlatego objeżdża brat na tym statku pół świata, aby nauczyć Kanaków tej wiary, wiary w Dzieciątko Betlejemskie? Dlatego opuścił brat wszystko, rodziców, ojczyznę, wszystko? Tylko dlatego?
— Tylko dlatego! — odpowiedział brat. — Dla tej Ewangelii o Bożym Narodzeniu.
— Bracie — powiedział cicho marynarz — jakim szczęśliwym musicie być człowiekiem z taką wiarą. Żebym ja mógł w to wierzyć!
Żebym ja mógł w to wierzyć! Zupełnie innym byłoby się człowiekiem, zupełnie innym!
— Trzeba się modlić, przyjacielu! — rzekł Damian de Veuster. — Wiara jest również łaską.
— Dajcie spokój sentymentalnym bzdurom! — zaśmiał się w tej chwili Fritz Krause, drugi mat. — Do czego to gadanie z klechami! Chodźcie! Mam jeszcze flachę wódki, przestańcie pleść te duby smalone! — i z hałasem zbiegł na dół po schodach.
Nikt jednak nie poszedł w jego ślady. Pitt Larsen zagrał naharmonijce kolędę, a marynarze wtórowali mu cicho, nieśmiało: „Cicha noc, święta noc!”
Wysoko nad masztami płonął Krzyż Południa. Takie było Boże Narodzenie na Oceanie Atlantyckim.
Pokój zapanował na morzu i na statku. Tylko stary żaglomistrz mruczał coś o końcu świata…
W pierwszych dniach nowego roku „R.W. Wood” okrążył przy słonecznej pogodzie Przylądek Dobrej Nadziei. OjciecWillemsen odprawił mszę żałobną za owych misjonarzy, którzy przed dwudziestu laty rozbili się tutaj wśród burzy morskiej. Koniec stycznia natomiast przyniósł z sobą dni pełne grozy.
Przez dziesięć długich dni szalała burza na morzu. Ocean wydał się nagle jednym ryczącym, rozbałwanionym, kipiącym piekłem. Fale rzucały statkiem tu i tam jak łupiną orzecha. Dolne reje zanurzały się końcami w wodzie. Ale żelazna wola kapitana uratowała statek. A może też stało się to dzięki modłom pasażerów, którzy odprawili nowennę do Maryi, patronki żeglarzy, bo właśnie w święto Gromnicznej ucichła burza i morze wreszcie się uspokoiło.
Ledwie odetchnięto po jednym niebezpieczeństwie, gdy nagle w dniu 5 lutego zdało się, że przyszedł koniec. Statek dostał się w sam środek orkanu. Niebo było brudnożółte, koloru siarki, potem stało się nagle czarne jak noc. Dokoła masztów zapalały się błyskawice. Fale wysokości wielopiętrowego domu biły o statek i huczały niby armaty. Maszty stękały i trzeszczały. Obawiano się, że lada chwila się złamią. Marynarze stanęli z toporami w ręku, gotowi do przecięcia olinowania, gdyby maszty miały pójść za burtę. Nagle olbrzymia fala porwała statek w przepaść. Woda rycząc
zamknęła się nad pokładem. Krzyki, przekleństwa, modły przedzierały
się przez grzmiące zwały wód. Zdawało się, że to już koniec. Ale dzielny trójmasztowiec sapiąc wygrzebał się z wodnego grobu.
I już nawałnica z nową wściekłością runęła na statek. Chłopiec okrętowy trzymał się kurczowo olinowania i zanosił od płaczu. Tylko stary żaglomistrz śmiał się przeraźliwie i krzyczał: — Świat ginie!
Niebo i morze sprzęgły się w jedno kipiące, ryczące piekło. A przecież był w tym wszystkim głos Boży przemawiający do ludzi. Damian mimo woli wykrzykiwał słowa psalmisty:

Głos Boży nad wodami,
Bóg majestatu zagrzmiał,
Pan nad wodami wielkimi.
Głos Pański w mocy,
Głos Pański w wielmożności.

Sztormowa fala porwała nagle drugiego mata i cisnęła go ze straszną siłą na pokład. Krzyk jego przedarł się nawet poprzez nawałnicę. Brat Damian przyczołgał się pod osłoną nadburcia do rannego i zniósł go po schodach do koi. Ramię majtka zdawało się złamane. Przez cały dzień szalała nawałnica. Dopiero pod wieczór wściekłość jej załamała się. Zagniewane morze wygładziło powoli swe oblicze. Gwiazdy jęły się przedzierać przez chmury i wkrótce niebo
zajaśniało znowu nad masztami. Odtąd ustaliła się pogoda. Żagle zakwitły na wszystkich masztach. Trójmasztowiec rozpiął swoje białe skrzydła i znowu leciał jak ptak przy dobrym wietrze ku równikowi.
Brat Damian cierpliwie pielęgnował chorego berlińczyka, nie dając się odstraszyć ani jego plugawymi klątwami, ani bluźnierstwami. Pacjent natomiast z każdym dniem stawał się cichszy i uprzejmiejszy, wreszcie wyciągnął pewnego dnia rękę do swego pielęgniarza i powiedział:
— Bracie, częstom was przezywał. Nie zasłużyliście na to. Jesteście morowym chłopem! Przebaczcie mi!
A w kilka dni później wyjąkał Fritz Krause pierwsze po wielu, wielu latach „Ojcze nasz”.
W dniu 17 marca wynurzyły się z toni błękitne góry Hawajów. Wkrótce potem minęli drugą wyspę, która wznosiła ku niebu olbrzymie skały.
Kapale Gulch— Co to za wyspa? — zapytał Damian sternika.
— To Molokai — odparł tenże.
— Molokai — powtórzył Damian powoli.

W dniu 19 marca ujrzeli wreszcie wyspę Oahu. W południe okrążyli Przylądek Diamentowy, a nad wieczorem zabrzęczał łańcuch kotwiczny w porcie Honolulu. Dotarli do celu. Dzień świętego Józefa przywiódł statek do portu. Po stu czterdziestu dniach podróży. Gdy spuszczano kotwicę, na pokładzie „R.W. Wood” zabrzmiało „Te Deum”.

Krzew gorejący

Port w Honolulu.
Damian de Veuster stał na przednim pomoście i przyglądał się skrawkowi ziemi, ku któremu płynął „R.W. Wood”. To więc był cel podróży. Urocza wyspa, która jak klejnot wychylała się z morza, zdobna w tysiące barw wiosennych. Więc to była nowa jego ojczyzna! Po stu czterdziestu dniach podróży zarzucił trójmasztowiec kotwicę u brzegów wyspy, o której Bóg snadź zapomniał w dniu, kiedy stwarzał osty i ciernie. To była kraina nie z tego świata! To chyba był raj. „R.W. Wood” musiał wśród bezmiernego, błękitnego oceanu natrafić na raj. W tyle, poza białym wybrzeżem, rozpostarło się miasto błyszczące w przepychu tysiąca kwitnących ogrodów. Olbrzymie palmy sklepiły się ku niebu, zielone plantacje wznosiły u podnóża gór, poza którymi rysowały się na ciemnym błękicie dalsze, poszarpane szczyty.
Tam na prawo wynurzała się śnieżnobiała rafa koralowa, o którą rozbijało się morze i toczyło potem ciemnozielone, pieniste fale ku brzegowi.
A to — co to jest? Sen? Czy też bajka stała się rzeczywistością?
Z szumiącej i grzmiącej kipieli wyłoniła się jakaś postać — młody człowiek złotobrązowy w promieniach słońca. Stał na wodzie, na najwyższej fali, jak król na stopniach kryształowego tronu, z ramionami wzniesionymi ku niebu i z okrzykiem szczęścia na ustach. Teraz zanurzył się w kipiących odmętach, a w chwilę potem znowu
z nich wypłynął i wznosił się na nich wyżej, coraz wyżej wraz z falą, która pieniąc się pędziła w dal. I znowu ów krzyk szczęścia i siły radosnej.
— Co to jest, co to jest? — dopytywał się Damian prawie przestraszony.
— To jest jeździec wodny — objaśnił kapitan. — Pod nogami ma deskę, którą fala porywa z sobą. Wcale to niełatwe. Proszę spojrzeć, tam dalej wynurza się jeszcze jeden, i tam, i tam!
Czy to wyspa z tego świata i zwykli ziemscy ludzie, którzy jak bogowie morza mogą stać na falach? A może to są ludzie innego rodzaju? Od portu dolatywał miękki, melodyjny śpiew i dźwięki dziwnie tęsknego instrumentu. Na wybrzeżu stali ludzie z wieńcami kwiatów na głowie, dokoła szyi i bioder. Czy to wszystko rzeczywistość?
Czy też sen piękny? Damian przypomniał sobie bańkę mydlaną, o której matka swego czasu powiedziała, że rozpryskuje się nagle i spada na nas jako kropla mydlin.
De Veuster szedł przez pomost jak pijany. Zaledwie jednak zakonnicy zeszli na wybrzeże tej rozśpiewanej, słonecznej wyspy, otoczyli ich ze wszystkich stron brunatni ludzie w barwnej, jaskrawej odzieży, którzy krzycząc i śpiewając poczęli ich stroić w kwietnewieńce. Ojcowie i bracia w białych i czarnych szalach synów ojca Coudrin ściskali im ręce. Potem ustawili się wszyscy jak do uroczystej procesji. Ruszono drogą przez drobny, śnieżnobiały piasek. Po obu stronach wznosiły się ku niebu palmy królewskie, skłaniając pozłociste wachlarze przed nowymi mieszkańcami szczęśliwej wyspy. Barwne ptaki przelatywały między gałęziami. Brunatne dzieci o wielkich, błyszczących oczach rzucały kwiaty na drogę i powiewały olbrzymimi liśćmi palmowymi. I naprawdę — radosne głosy
dziecięce zaśpiewały: „Hosanna, błogosławiony, który idzie w imię Pańskie!”
— Oto mamy prawdziwą Niedzielę Palmową! Niczego nie brak prócz osła! — zaśmiał się brat Damian.
— Tak, prócz niego niczego nie brak — odparł jeden z ojców poważnie. — Nawet faryzeusze stoją na ulicach i tylko czekają sposobności, aby Niedzielę Palmową przemienić w Wielki Piątek. Niech brat spojrzy na tamtych dwóch panów!
— Mają miny, jakby się octu napili — przytaknął Damian. — Co to za smętne typki?
— To purytańscy kaznodzieje. Nie przypadło im do gustu powitanie nowych papistycznych misjonarzy. Tymczasem procesja dotarła przed portal wspaniałego białego kościoła.
— Katedra Honolulu! — wskazał jeden z zakonników z dumą.
— Katedra Honolulu! — powtórzył Damian zdziwiony. — Jedzie człowiek przez wielki ocean, żeby nawracać tutaj dzikusów i ludożerców, a tymczasem witają go na wstępie chóry kościelne śpiewając: Hosanna!, a potem prowadzą go zaraz do katedry Honolulu. Wydaje mu się, jakbym był misjonarzem, którego wysłano do raju.
— Drogi przyjacielu, aż nazbyt wcześnie poznacie odwrotną stronę medalu. Nie co dzień jest Niedziela Palmowa. — powiedział zakonnik bardzo poważnie.
Tymczasem rozwarły się bramy kościoła. Na wielkim ołtarzu, w morzu przepysznego kwiecia, płonęło mnóstwo świec. Długie, barwne chorągwie zwisały ze sklepień. Wnętrze ogromnej nawy rozbrzmiewało
muzyką i śpiewem. Szumiały palmy, cały zaś kościół zahuczał radością, kiedy wprowadzono doń nowych misjonarzy. U stopni ołtarza czekał w szatach pontyfikalnych wikariusz apostolski Wysp Sandwich msgr Maigret, sędziwy bojownik Chrystusowy, który od lat trzydziestu walczył o królestwo Boże na tym gorącym skrawku ziemi. Rysy jego twarzy ostre były i twarde, a oczy, głęboko zapadnięte od cierpień przebytych, bardzo poważne, ale zarazem i ogromnie dobrotliwe. Z dumą i radością spoglądał teraz sędziwy biskup na młodych
misjonarzy, którzy z promieniejącymi twarzami wkraczali do katedry wśród okrzyków radości, w blasku tego wspaniałego dnia. Myślał o dniu, kiedy on sam przybył na tę wyspę po długiej, straszliwej podróży morskiej. Nie było wtedy ani okrzyków radości, ani sztandarów, ani blasku, ani uroczystego pochodu do przyozdobionej katedry. Ojciec Bachełot uścisnął mu wówczas po prostu rękę i rzekł:
— Witam was u progu katakumb!
I rzeczywiście, prowadzili tutaj żywot katakumbowy z pierwszym katolickim misjonarzem tych wysp, ojcem Bachelotem, którego purytańsko nastrojony rząd wciąż prześladował, a który mimo to zawsze powracał na ten kawałek ziemi, gdzie zatknął był kiedyś krzyż Chrystusowy. Zaprawdę, były to lata katakumbowe. W ukryciu, w odległej chacie trzcinowej, odprawiali ojcowie wśród milczącej nocy mszę świętą. Okrutne ustawy zmuszały katolików do brania
udziału w nabożeństwach innowierców i do posyłania dzieci do szkół purytańskich. Setki szły w owe czasy do więzień, setki karano ciężkimi robotami przymusowymi.
Wreszcie nadszedł ów dzień roku 1837, kiedy znowu wypędzono misjonarzy z wyspy. Ciężko chorego ojca Bachelota zawleczono na statek, a wraz z nim także innych misjonarzy. Płacząc klęczeli katolicy z Honolulu na wybrzeżu i spoglądali ku białym żaglom, które unosiły od nich kapłanów. Na pełnym morzu umarł ojciec Bachełot
na rękach Maigreta.
— Oddaję życie swoje za misję na wyspach — to były jego ostatnie słowa.
I Bóg przyjął ofiarę umierającego. Po dwóch latach bowiem ojciec Maigret mógł powrócić do Honolulu, witany tam z ogromną radością przez wiernych katolików. A potem rozwinęło się wszędzie inne, nowe życie. Tysiące pragnęły chrztu. Tysiące odwracały się od posępnej nauki sekty purytańskiej i przychodziły do katedry, którą
Maigret teraz zbudował. Bezduszne nabożeństwa sekciarzy, pozbawione blasku świec, dźwięku muzyki i śpiewu, pozbawione radości, niedorzeczna surowość, z jaką zmuszano do udziału w praktykach religijnych, a wreszcie ponure jarzmo przykazań sabatowych nieznośnie przygniatały dusze pogodnych wyspiarzy. Natomiast u ojców „z dwoma sercami” było zupełnie inaczej. Piękna, jasna świątynia, pełna światła i blasku, kwiatów i śpiewu — wszystko to było wyrazem wiary, która dla łagodnych, wesołych i marzycielskich mieszkańców owego czarownego zakątka była również źródłem radości.
Dopiero w katolicyzmie odnajdywali wyspiarze całe bogactwo i pełnię szczęścia chrześcijaństwa.
Kamehameha III, król wyspiarzy, otwarcie sprzyjał katolikom. Powstały setki szkół katolickich, na samej tylko wyspie Hawai wzniesiono 40 kaplic. Założono też szkołę wyższą, kolegium w Ahuimanu. Kamehameha IV poprosił nawet o przysłanie sióstr misjonarek dla wychowywania cór tych wysp. Biskup Maigret zażądał nowego narybku, misjonarzy i misjonarek, którzy mieli współpracować dla królestwa Bożego na tej gorącej ziemi.
No i przybyli nareszcie. Klęczeli teraz przed nim u stopni ołtarza. Drżąc z głębokiego przejęcia uniósł sędziwy biskup dłonie, aby ich wszystkich pobłogosławić.
— Witam was u ołtarza, na którym Pan nasz codziennie wstępuje na krzyż. Witam was w świetle wiecznej lampki. Droga do misji i dla was także jest drogą do ołtarza, drogą do ofiary całkowitej i ustawicznej.
Przeżyliście dzisiaj Niedzielę Palmową i ja cieszę się wraz z wami tym dniem pełnym radości. Ale droga do misji to droga na Kalwarię. Pozdrawiam was u stopni wiecznotrwałego krzyża.
Młode twarze klęczących spoważniały, ale zarazem jaśniały odblaskiem wielkiej, świętej radości. W chwili tej każdy z tych nowych misjonarzy odnawiał w sercu przysięgę ofiary całkowitej, złożoną w dniu ślubów zakonnych.
— A teraz zaśpiewamy „Te Deum”! — zakończył biskup głosem
wzruszonym. I teraz rozbrzmiewał odwieczny, wspaniały hymn dzieci Bożych na ziemi.
— Jesteście bardzo młodzi — powiedział później biskup Maigret, kiedy witał każdego z osobna. Gdy jednak młode dłonie spoczęły silne i spokojne w uchwycie jego rąk, poczuł, że i w tych rekrutach zakonu bije jeszcze dawna siła jego Założyciela.
— Wyruszycie niedługo na front, przyjaciele! — zwrócił się później do trzech seminarzystów. — Za dwa miesiące wyświęcę was na kapłanów, a potem udacie się natychmiast na swoje posterunki, zupełnie sami i samotni, każdy zdany tylko na siebie. Daję wam dwa miesiące czasu do przygotowania się. Pójdziecie do kolegium w Ahuimanu. Wykorzystajcie dobrze ten czas! Walczcie z Bogiem o łaskę. Będziecie jej bardzo potrzebowali.
Rozpoczęły się tedy tygodnie ostatnich przygotowań, tygodnie ciszy, spokoju i wielkiego, świętego oczekiwania. Biskup dał im tylko dwa miesiące. Dwa miesiące na górze Tabor. Potem włoży im na barki krzyż misyjny i wyśle ich w drogę na Kalwarię.
— Trzem apostołom swoim udzielił Chrystus jednej tylko nocy i jednego poranka na górze Przemienienia — pocieszał się Damian. Należało więc wykorzystać czas. Każdy dzień miał być dniem pełnego dojrzewania, dniem wzrastania w łasce. Wybrańcy otrzymali święcenia subdiakonatu i diakonatu. Wyżej
i wyżej wstępowali po stopniach ołtarza, wznosili się w krąg światła wiekuistego.
Nadszedł przejasny miesiąc Maryi, który zarzucał kwiatami flamandzką ojczyznę, a na tej wyspie rajskiej roztoczył niesłychany przepych barw kwietnych. W klasztorze w Ahuimanu odprawiano
ćwiczenia duchowne przed święceniami kapłańskimi. Damian de Veuster przechadzał się po ścieżkach ogrodu klasztornego, który ciągnął się u podnóża wulkanu Pali. Powietrze było pełne radosnego śpiewu ptaków, a ziemia pełna barw przepysznych. Kolorowe i białe lilie, olśniewające klematisy, tysiączne kwiaty wyrastały jak gwiazdy z pokrytej zielenią ziemi. Na małym, błękitnym stawie pływały różowe kwiaty lotosu. Wielkie palmy królewskie pochylały
gałęzie nad wodą, w której odbijały się srebrzyste pnie eukaliptusów. Upajające, słodkie wonie odurzały przechadzającego się brata, opadała go nieraz wielka tęsknota za wrzosowiskami Brabantu. Wydawało mu się, jak gdyby ojczysta ziemia była czystsza, bardziej niepokalana, świętsza aniżeli tu, w bujnym, oszałamiającym ogrodzie tej wyspy.
— Nigdy nie zapomnę ojczyzny — wracała uporczywa myśl podczas rozważań. — Oddałbym cały ten przepych kwietny za jeden pęk naszego wrzosu lub jedną jedyną gałązkę jodły.
Ponuro i widmowo odcinała się od tych barw kwitnących góra Pali, wulkan, w którego leju spoczywały kości niezliczonych ofiar.
— To jest moja góra Tabor — pomyślał Damian żałośnie. — Wulkan! Raj i piekło sąsiadują tutaj z sobą.
A potem ogarnęło go nagle przerażenie na myśl, że za cztery dni ma otrzymać święcenia kapłańskie. Za cztery dni Bóg złoży w to ziemskie serce zarzewie najwyższych łask Ducha Świętego. Potem te ręce zostaną namaszczone do służby Bożej. Potem pochyli się to czoło, aby przyjąć błogosławieństwo i modlitwę biskupa, który naznaczy duszę jego wiekuistą pieczęcią Bożą.
— Boże mój, nie jestem godzien! Nie jestem godzien! Jeszcze nie! — wyrywał się okrzyk z duszy młodego misjonarza.
Jakże to? Czy dzień święceń kapłańskich nie był celem wielu lat tęsknoty? Czyż każde włókno serca nie płonęło oczekiwaniem tego dnia? Dlaczego zatem myśl o kapłaństwie teraz, tak krótko przed
dojściem do celu, przejmowała grozą duszę? Wydawało się de Veusterowi, że grunt zachwiał mu się pod nogami. Byłżeby to żar wstrząsający posadami ziemi czy tylko drżenie własnego serca, które wzdragało się trwożnie przed straszliwym cudem?
Damian zatrzymał się teraz przed wielkim wizerunkiem Ukrzyżowanego,
który wśród palm wznosił do nieba ramiona. Tak, krzyż, to właśnie była droga wszystkich misjonarzy! — A moje serce ziemskie tęskni za gałązką wrzosu — uśmiechnął się diakon smutno. — Czy znajdzie w sobie siłę, aby pójść Twoją drogą, Panie? Nie, nie, teraz jeszcze nie. Poprosi biskupa, aby dał mu jeszcze rok do przygotowania, jeszcze choć pół roku. Może przez ten czas łaska Boża ukuje zeńgodne narzędzie. Biskup zrozumie, że on nie jest jeszcze godny, by objąć urząd tak straszliwy.
De Veuster rzucił się przed krzyżem na kolana i zawołał do Ukrzyżowanego:
— Odejdź ode mnie, Panie, bom jest człowiek grzeszny! Wtem ręka jakaś spoczęła na jego ramieniu. Damian wzdrygnął się przerażony i obejrzawszy się dokoła, spostrzegł przed sobą kierownika rekolekcji.
— Nie mogę, ojcze! Jeszcze nie — jęknął diakon.
Ale sędziwy kapłan spojrzał na niego poważnie i dobrotliwie i powiedział:
— Pan mówi: „Nie wyście Mnie wybrali, ale Ja was wybrałem, abyście poszli i owoc przynieśli i aby owoc wasz trwał!”
— Ale ja jeszcze nie mogę! — trwał przy swoim Damian. — Moje serce jest jak ciernisty krzak.
— Bóg pokazał wahającemu się Mojżeszowi, że mocen jest przemienić krzak cierniowy w płomień wiecznie gorejący. Módlcie się, bracie, pokornie, aby Bóg odnowił w was cud z góry Horeb!
W ostatnich dniach przed święceniami modlił się Damian z całego serca o cud krzewu cierniowego. I modlitwa ta dała jego sercu pokój. Kiedy w cztery dni później klęczał w katedrze przed biskupem, zniknęła w nim wszelka niepewność, obawa i przerażenie. Przepełniała go ufność, miłość i przeogromna radość. Ciężko spoczęły
dłonie biskupa na głowie wybrańca, któremu się zdało, że czuje, jak słodkie jarzmo Chrystusowe osuwa się na jego duszę.
Po udzieleniu święceń przemówił biskup Maigret: „W tej godzinie, bracia moi, Bóg wywyższa was ponad wszystkie chóry anielskie. Chwila ta obleka was w złociste szaty i stawia na najwyższym
stopniu ołtarzy. Bóg sam podniósł ramiona wasze, abyście nimi sięgali nieba. Ustom waszym udzielił słów, a rękom mocy błogosławieństwa i działania cudów boskich. A jednak chwila ta nakazuje wam pochylać się nisko do ziemi, aby nogi umywać utrudzonym, zstępować do nor trędowatych i odepchniętych, kłaść ręce na czole nieczystych i brać jarzmo uciemiężonych na swoje barki, a wszystkim strapionym nieść radosną nowinę zbawienia.
Każdy biedak, którego widzicie, to wasz brat. Gdzie nędzarz wyciągnie do was ramiona, tam macie przed sobą Pana. Czekają was ciemności tego świata i nienawiść ludzka! Oto was posyłam jak owce między wilki. Będą was lżyli i pogardzali wami, będą wam złorzeczyć i zniesławiać was! Wy natomiast błogosławcie, gdy was będą prześladować, uzdrawiajcie, gdy was bić będą. Może czeka was męczeństwo. Wiele już krwi błogosławionej popłynęło na tych wyspach dla Chrystusa! Ale pamiętajcie: »Kto by chciał życie swoje zachować, straci je; a kto by stracił życie swe dla Mnie, zachowa je. Większej miłości nikt nie ma nad tego, który życie swe kładzie za przyjaciół swoich«”.
Nad głowami wybrańców jaśniała wieczna lampka w srebrnej czaszy, rzucając purpurowy blask na białe szaty liturgiczne, jak gdyby już teraz zanurzone w barwie męczeństwa i w ogniu miłości. A w duszach ich była wielka, radosna gotowość życia i umierania za Ewangelię Chrystusową. Biskup powtórzył: „Oto słowa, które wam daję na drogę, bracia moi: Większej miłości nikt nie ma nad tego, który życie swe kładzie za przyjaciół swoich. Amen”.
— Amen. Amen — powtórzyły mu wszystkie serca.
Amen! wobec łaski tej godziny. Amen wobec wszystkich ofiar poniesionych dotychczas. Cóż znaczyły one na wadze dnia, kiedy Bóg złożył na swojej szali całe niebo.
Amen na wszystkie krzyże i ciężary, które będzie się podobało Panu złożyć na ich ramiona. Amen na życie w samotności! Amen na mękę wielu lat! Amen na śmierć w opuszczeniu. Amen z całego serca! Niech się stanie! Amen!
„Magnificat”, hymn Błogosławionej, zabrzmiał w kościele. Wielbidusza moja Pana.
Przed ołtarzem Królowej Apostołów płonęły świece, jaśniały kwiaty, którymi tubylcy obsypali stopnie Jej tronu. A Maryja, łaski pełna, spoglądała z uśmiechem na przepych kwietny, na płonące ofiary i gromadzie wyświęconych dawała macierzyńskie błogosławieństwo.
Następnego dnia ojciec Damian podniósł jaśniejące białościąCiało Pańskie i złoty kielich w promienne światło poranka, wlewające się przez wszystkie okna katedry. Któż zdoła opisać szczęścia powołanego, który po raz pierwszy odprawia najświętszą Ofiarę Nowego Przymierza! Po mszy świętej tylu ludzi cisnęło się dokoła nowo wyświęconego
z prośbą o błogosławieństwo prymicyjne, że młodemu kapłanowi aż ręce drżały. Obcy brunatni ludzie, Kanakowie, którzy może jeszcze przed kilkoma miesiącami składali ofiary bożkom, skłaniali teraz głowę przed znakiem Krzyża. Sami obcy ludzie! Nie było wśród nich nikogo, nikogo, kogo by znał. A prymicjantowi zdawało się, jakby
właśnie teraz mieli z tego obcego tłumu wyjść jego rodzice. Damian uśmiechnął się boleśnie, kiedy sobie uświadomił, że szuka ich twarzy. Jakżeby chętnie położył teraz dłonie na ich głowy i pobłogosławił tych, którzy go tak obficie błogosławili swoją miłością. Zaraz jednak zdobył się na silne, mężne „amen” także wobec tej ofiary.
Stary, obdarty krajowiec i niewidoma, utykająca staruszka przyklękli teraz u jego stóp. Kiedy Damian ogarnął ich spojrzeniem, zdało mu się, że słyszy głos:
— Patrz, oto ojciec twój! — oto matka twoja!
I młody kapłan włożył na ich głowy ręce z taką miłością i z tak gorącą modlitwą, jak gdyby istotnie jego rodzice klęczeli przed nim na kamiennej posadzce…

Taniec upiorów

Statek przybrzeżny „Liholiho” posuwał się w takt ciężko pracujących maszyn wzdłuż Kanału Hawajskiego. Niebo jak rozpalony dach ołowiany sklepiło się nad wodami, powietrze było niczym płynny metal.
Przy burcie przykucnął brunatny człowiek, Syn Żółwia, jak gopo kanacku nazywano. Jego pan, biskup Maigret, wołał go jednak jego imieniem chrzestnym: Petero. A jakże, Syn Żółwia był służącym biskupa. Obecnie udawał się wraz ze swoim panem i dwoma młodymi misjonarzami do Hawai, gdzie msgr Maigret zamierzał wprowadzić osobiście nowo wyświęconych na pierwsze ich placówki duszpasterskie.
Ze strachem wsłuchiwał się Petero w dudnienie i stękanie maszyn.
— Statek pełno ma złych duchów w swoim brzuchu — jęczał i spoglądał z wyrzutem na swego pana, który z dwoma ojcami, Damianem de Veuster i Klemensem Evrardem, stał na rufie statku. Oczy misjonarzy obejmowały ostatnim spojrzeniem ogromne grzbiety górskie wyspy Maui, które powoli ginęły w szarym oparze podnoszącym się z morza.
— Szkoda! — odezwał się właśnie ojciec Damian. — Byłbym chętnie pozostał jeszcze czas jakiś u ojców na Maui, aby nas nauczyli abecadła pracy misjonarskiej.
— Przynajmniej bylibyśmy się mogli nauczyć z ich pomocą języka Kanaków — dopowiedział ojciec Evrard. Ale biskup odparł z uśmiechem:
— Kanak mówi: „Rzuć dziecko twoje do wody, jeśli ma się nauczyć pływać”. Bądźcie zadowoleni, że podczas godzinnego postoju mogliśmy odprawić Mszę świętą. Ponadto nie wiadomo, kiedy by odszedł następny statek.
Syn Żółwia cicho postękiwał w swoim kącie, gdyż za parowcem jęły wyłaniać się z morza grzbiety rekinów. Podróż ta żadną miarą nie mogła się dobrze skończyć. Wczorajszej nocy widział Petero, jak na niebie długi, pożerający chmury rekin (Droga Mleczna) zrzucał wiele złotych gwiazd do wody. To był zły znak. A w brzuchu statku roztańczyły się upiory. Na domiar wszystkiego znajdowało się na dole parowca ogromne palenisko. A to przecież nie wróżyło nic
dobrego, albowiem Maui, bóg ognia, oraz Kane, bóg morza, są sobie wrogami, odkąd istnieją wyspy na wielkiej wodzie. Rekiny na pewno będą miały śniadanie. Powietrze stawało się coraz bardziej parne i duszne. Nagle ojciec
Damian wskazał na czubek przedniego masztu i zawołał.
— Spójrzcie tam, ognie świętego Elma! Rzeczywiście, na czubkach wszystkich masztów zabłysły małe,
niebieskawe płomyki. Zaledwie jednak Kanak je dojrzał, porwał się z krzykiem i rycząc wniebogłosy zbiegł pędem po schodach statku do kambuza, o mało nie przewrócił się w drzwiach o chińskiego kucharza i wołał:
— Prędko, żółty człowieku, prędko! Daj mi nóż, duży, ostry nóż!
Statek tonie! Maui wszedł do środka! Niebieskie płomienie już na masztach!
— Jak na sługę biskupa jesteś właściwie bardzo kiepskim chrześcijaninem, Petero — roześmiał się kucharz, który znał tubylca z Honolulu.
— O dobry, dobry chrześcijanin! — bronił się Syn Żółwia gorąco.
— W imię Ojca i Syna… — przeżegnał się zamaszyście. — Ale mimo to Maui jest już na statku, a upiory tańczą w jego brzuchu. Więc daj mi teraz nóż.
— Po co ci nóż?
—- O, wiele, wiele rekinów ze statkiem! Daj mi nóż, a Petero wydłubie cię z brzucha każdego rekina, gdyby cię pożarł.
W tej samej chwili jeden z marynarzy wybiegł na pokład wołając:
— Pożar! Pożar pod pokładem w ładowni! I równocześnie wytrysnął jasny płomień z jednego luku. Zabrzmiały
krzyki, marynarze i pasażerowie w dzikim zamieszaniu biegali po pokładzie wrzeszcząc z przerażenia na widok rekinów, które ze wszystkich stron rzuciły się ku płonącemu okrętowi.
— Wszyscy do pomp i wiader! — krzyknął kapitan, ale dopiero gdy zagroził pistoletem, zdołał przywrócić pewien ład.
Wkrótce z wężów i wiader zaszumiała woda skierowana na ogień. Gęsta, biała chmura dymu, z której wytryskiwały niesamowicie czerwone języki ognia, osnuła cały statek. Wtem wyskoczył spod pokładu Syn Żółwia z długim nożem
kuchennym w ręku.
— Toniemy! — krzyczał. — Ale nie bójcie się, Petero wykroi cię z brzucha rekina — uspokajał biskupa. — Ciebie, kucharza i wszystkich. Wszystek lęk opadł z syna Mórz Południowych. Z myśliwską pożądliwością przyglądał się ostrym płetwom, które wszędzie przecinały powierzchnię morza.
— Na łów, na łów! — wykrzykiwał z płonącymi oczami. — Petero ma dobry, ostry nóż i łowy będą znakomite! Heia kikikiki! Heia kikikiki!
Najchętniej byłby zaraz skoczył z pokładu do morza. Jednocześnie jednak pochłaniały jego uwagę zarówno dramatyczna walka, jakąstaczali na pokładzie „Liholiho” bogowie Maui i Kane, jak i taniec upiorów, które wirowały teraz w białych kłębach pary i unosiły się w przestworza. Petero wykrzykiwał głośno i klaskał w dłonie, ile razy poprzez widmowe zasłony dymu dostrzegał czerwone języki ognistego boga:
— Aloha, Maui! Aloha! Dobry płomień, czerwony płomień, Maui! Heia kikikiki!
Trzej misjonarze nie mieli czasu zajmować się sługą biskupim. Dawno już rzucili się do pomocy przy gaszeniu ognia. Ojciec Damian stał jak olbrzym w duszących oparach przy pompach i pracował na wyścigi z resztą marynarzy. Nawet sędziwy biskup stanął do pomocy razem z innymi. Przyłączył się do utworzonego
łańcucha pasażerów, którzy z rąk do rąk podawali skórzane wiadra pożarne.W tej chwili bosman dał wyraz nowej, poważnej obawie:
— Ogień przeżera ścianę zewnętrzną. Zaraz będzie dziura. Wobec tego kapitan zarządził przygotowanie łodzi ratunkowych. Jednakże w końcu udało się pożar opanować i ugasić.
-— W sam czas! — powiedział kapitan. — ale i tak mamy parę porządnych dziur. Pompy muszą dalej pracować. Tym razem jeszcze wymknęliśmy się rekinom. Mimo wszystko jednak trzeba było przerwać dalszą podróż i powrócić na wyspę Maui.
— A więc spełniło się wasze gorące życzenie! — zwrócił się biskup do ojca Damiana, który, umorusany sadzami, właśnie wrócił na pokład.
— Będziemy musieli pozostać jakiś czas na Maui. Bóg wie, kiedy wyruszymy na Hawai.
— Na Maui także możemy być pożyteczni — odpowiedział Damian i sięgnął po wiadro, w którym obmył twarz i ręce.

Powoli rozpraszały się kłęby dymu z brzucha „Liholiho”.
— Maui przegrał — orzekł Petero zmartwiony i ze smutkiem spoglądał na płetwy rekinów, które wciąż jeszcze migały za okrętem. Zszedł potem mrucząc do kuchni i oddał nóż kucharzowi.
— Petero byłby chętnie wykroił żółtego człowieka z brzucha rekina! — powiedział gniewnie. -— Szkoda, wielka szkoda!
— Nie, Petero, dziękuję, już lepiej tak — uśmiechnął się Chińczyk.
— Oczywiście, że roboty znajdziemy dosyć na wyspie Maui — przyznał biskup młodemu misjonarzowi. — I ściśle rzecz biorąc powinniśmy od razu zacząć od Petero Jest on wprawdzie pobożnym chrześcijaninem, ale bożki i upiory jeszcze go nie opuściły. Niestety, tak jest prawie wszędzie na Morzach Południowych. Przekonacie się o tym, ojcze.
Wielka była radość na stacji misyjnej wyspy Maui, kiedy biskup i obydwaj ojcowie zjawili się z powrotem. Ba, na wszystkich twarzach pojawił się nawet jakby dobroduszno-złośliwy uśmiech zadowolenia, kiedy wszyscy trzej księża, którzy rankiem z takim pośpiechem się pożegnali, teraz powrócili na wpół spalonym okrętem.
Tydzień za tygodniem mijał bez jakiejkolwiek możności przeprawienia się przez kanał. Biskup z trudem tylko opanowywał zniecierpliwienie, tym bardziej że z okazji uroczystości świętych
Piotra i Pawła zamierzał poświęcić nowy kościół na wyspie Hawai. Ojciec Damian natomiast przyjmował każdy dzień spędzony na Maui jako dar łaskawy z rąk Opatrzności. Starzy weterani misyjni udzielali mu najlepszych wskazówek dotyczących duszpasterstwa na Wyspach Hawajskich. Przedzierzgnął się znowu w cierpliwego ucznia doświadczonych konfratrów. Petero, sługa biskupi, był jego nauczycielem narzeczy wyspiarzy, a młody misjonarz, posiadający niezwykłe zdolności językowe, i tutaj robił szybkie postępy. Po upływie dwóch tygodni mógł się już niezgorzej porozumieć z brunatnym Synem Żółwia. Wspólnie przebiegali obydwaj dziką, wspaniałą krainę. Wulkany wycisnęły na niej swoje piętno. Wszędzie stąpało się po ostrych, kanciastych grudach lawy, tak że ojciec Damian stęknął zmartwiony:
— Misja pożre moc butów!
— Zrób tak jak ja — śmiał się Syn Żółwia, który boso maszerował po chropowatym gruncie.

Spośród rumowisk lawy wyrastał las. Był to las dziewiczy ze wspaniałymi, prastarymi drzewami o potężnych konarach, z których zwisały pnącza w fantastycznych girlandach, z wysokimi jak drzewa, odbijającymi się w wodzie paprociami. Barwne ptactwo darło się ze wszystkich gałęzi tego zielonego praświata.
— Tutaj rośnie bajka! — wołał Damian.
Niekiedy napotykali drobne osady z kilkoma tuzinami chat uplecionych z trzciny. Brunatni wyspiarze wybiegali wówczas często naprzeciw ojca, ściskali mu radośnie rękę lub znaczyli się krzyżem na znak swej prawdziwej wiary. Matki podnosiły ku niemu małe, nagie, wierzgające dzieci, które Damian musiał błogosławić. Nawet poganie wykrzykiwali w stronę obu wędrowców wesołe „Aloha!” i częstowali ich pięknymi, barwnymi owocami. Jedynie w tych wsiach, które zostały nawrócone przez purytanów, spoglądano na ojca nieufnie, a często nawet wprost wrogo.
Na poganach Maui wypróbował de Veuster swoje pierwsze wysiłki misjonarskie. Jego zasób słów nie był jeszcze zbyt wielki, mimo to jednak mówił z wielkim zapałem i serdeczną miłością do tych brunatnych
ludzi o Bogu, o Chrystusie i o Najświętszej Pannie Maryi. A Kanakowie przyglądali mu się roześmianymi oczami i powtarzali skwapliwie: — Ae, pele paha! To może być!
Bardzo chętnie nawet uczyli się wszyscy znaku krzyża. Gdy jednak później ojciec Damian rozpromieniony opowiadał
o powodzeniu swojej podróży misyjnej, starzy ojcowie uśmiechali się i mówili:
— Ludek ten zbyt jest uprzejmy czy zbyt wygodny, aby wam zaprzeczać. Gdy jutro zjawi się czarownik albo misjonarz purytański, odpowiedzą mu tak samo: „Ae, pele paha! — Pewnie masz rację!”
Nigdy się nie wie dokładnie, co sądzić o tych Kanakach. To właśnie jest zasadniczym zagadnieniem naszej misji. Wkrótce przekonacie się także, ojcze, że istnieje jeszcze jedno, nie mniej ważne, a mianowicie
wychowanie Kanaków w moralnej czystości. Jest to zadanie bodaj najtrudniejsze, bowiem nasi wyspiarze pod względem obyczajów nie znają żadnych hamulców. Często droga obu wędrowców wiodła przez ciasne wąwozy między ścianami skalnymi, które niby olbrzymie bastiony wznosiły się pod ciemnym sklepieniem dziewiczego lasu. Cienkie, srebrne strużki wody ściekały po szarych kamieniach. W szczelinach głazów zwisały
śpiące nietoperze.
— Las pełen jest upiorów! — mówił Syn Żółwia.
— Las pełen jest obecności Boga! — poprawił ojciec Damian. — Jesteś wciąż poganinem, Petero!
— O nie, nie! — bronił się wówczas Kanak i rozkładał na znak protestu wszystkie palce. — Petero jest dobry chrześcijanin. W imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Ale jest tyle duchów i upiorów. Petero może ci je pokazać.
— A gdzież one są? — spytał misjonarz.
— W Domu Słońca! — odpowiedział Petero tajemniczo.
Nazajutrz, w przededniu uroczystości św. Jana, powędrował Damian razem ze sługą biskupim do Domu Słońca, jak nazywano wielki wulkan Haleakala, który wnosi swój wierzchołek ponad trzy
tysiące metrów ku niebu.
Wspinaczka po twardym, chropowatym gruncie skalistym była uciążliwa. Ściemniło się, gdy dotarli do brzegu krateru. Zatrzymali się na wypoczynek nocny przy jakimś gorącym, dymiącym parą źródle.
Następnego poranka wspięli się na sam szczyt. O świcie stanęli u paszczy potężnego wulkanu. Cała jednak gardziel krateru pełna była gęstej mgły, która rozpościerała się niby białe morze, ciche i nieporuszone.
— Upiory śpią — szeptał Petero. — Ale niedługo rozpoczną taniec. I rzeczywiście, zaledwie pierwszy promień dnia wspiął się po skałach, mgły ożyły. Białawe zwały jęły falować, tłoczyć się i przeć, tak że utworzył się wściekły jakiś wir, istotnie podobny do tańca duchów. Kiedy wreszcie słońce wzniosło się wyżej i stanęło ponad kraterem, rozpoczęła się ucieczka duchów, których fantastyczne kształty kłębiąc się i falując umykały z tego czartowskiego kotła.
Po upływie pół godziny kocioł był pusty i niby zastygłe kamienne morze widoczne było kilkaset metrów głęboko dno tej paszczy piekielnej.
— La, bóg światła, rozpędził duchy! — powiedział z ulgą Petero.
— Chrystus jest Bogiem światła, Petero. Wypędzi On duchy z tych wysp wspaniałych i z waszych dusz.
Nagle Damian aż krzyknął z podziwu. Kiedy bowiem rozpłynęły się ostatnie mgły, morze za zielonymi lasami zalśniło niby roztopione srebro. Nie, tego nie można było nazwać lśnieniem, morze płonęło po prostu w promiennym ogniu słońca.
— Morze! Morze! Złociste morze! — wykrzyknął ojciec. — Co za święto! Cóż to za ognie świętojańskie! Niebo spoczęło na ziemi! Spójrz, Petero! — zawołał w stronę wyspiarza. — Oto stoimy tutaj
u brzegu czeluści piekielnej. Ale patrz, ona wygasła. Bóg zgasił ognie, rozpędził duchy i teraz niebo zeszło na ziemię i na morze.
Wielkanoc jest na świecie!
Damian patrzył jak urzeczony na złocistą toń. Krzepił się pięknem i jasnością tego dnia. Potem złożył dłonie i modlił się:
— Ześlij, Panie, światło Twoje na tych ludzi, którzy jeszcze pozostają w ciemnościach. Daj, abym ja mógł je rozniecić w ich sercach. Wtem zakrzyknął Syn Żółwia i wskazał ręką jakiś punkt na złocistym morzu.
— Statek, piękny statek z żaglami, Makua Kamiano! — tak wymawiali wyspiarze imię Damiana.
Teraz ojciec dostrzegł także jasne żagle, które płynęły od wyspy Maui w kierunku Hawai. Zrazu radował się widokiem wielkiego, błyszczącego ptaka, ale potem zawołał przerażony:
— Petero, dobry, kochany brunatny wyspiarzu, Synu Żółwia,
wnuku ludożerców! Straszne przeczucie mnie ogarnia! Petero przybrał swój najgłupszy wyraz twarzy.
— Czy domyślasz się, kto jest na statku? Twarz Petera przybrała jeszcze głupszy wyraz.
— Tam jest biskup i ojciec Klemens, możesz mi wierzyć.
Petero ciągle jeszcze uśmiechał się głupawo i dopiero teraz uświadomił sobie Damian, że w podnieceniu przemawiał do niego najczystszym flamandzkim językiem. Ale nie było już teraz czasu przetłumaczyć mu jeszcze raz wszystko na kanacki, chwycił więc tylko brunatnego towarzysza za rękę i począł zbiegać z nim takim pędem z góry, że Petero miał wrażenie, iż jednak gonią ich upiory.
Kiedy wieczorem dotarli do stacji misyjnej, dowiedzieli się, że biskup i ojciec Evrard istotnie skorzystali z okazji do przeprawy. Damian i Petero mieli podążyć za nimi, skoro „Liholiho”, który wciąż jeszcze był w naprawie, gotów będzie do podróży. Gorzkie to było rozczarowanie. Jednak konfratrzy z Maui okazywali
Damianowi tyle szczerej miłości braterskiej, że wkrótce pogodził się ze swoim losem. W dniu święta Apostołów Piotra i Pawła pozwolono młodemu misjonarzowi wygłosić w małej kapliczce sąsiedniej pierwsze kazanie w języku wyspiarzy które wypadło nadspodziewanie dobrze.
W tydzień później statek był gotowy do drogi i Damian wraz ze sługą biskupim udali się po raz drugi na pokład ku wielkiemu ubolewaniu Kanaka, który byłby wolał odbyć podróż na żaglowcu niż na takim parowcu, w którego brzuchu tańcowały upiory. Tym razem nie pojawiły się jednak ani ogniki błękitne na czubach masztów, ani
czerwone płomienie w głębi okrętu. Obaj wędrowcy przybyli cało i zdrowo na Hawai. Jednakże musieli jeszcze przebyć dziesięć dni uciążliwej podróży konno, na ośle i piechotą, zanim wreszcie spotkali się z biskupem.
Syn Żółwia był u celu i pożegnał się serdecznie z Makuą Kamiano. Damian zaś musiał odbyć jeszcze cztery dni wyczerpującego marszu, zanim dotarł do obwodu Puna na południowo-wschodnim krańcu
wyspy Hawai, który monsignor Maigret wyznaczył mu jako okręg misyjny.
— Będziesz musiał rozpocząć od samego początku — powiedział biskup błogosławiąc go na pożegnanie.
Zdanie to przypomniał sobie Damian, kiedy dotarł do starej, opuszczonej stacji misyjnej, w której nie znalazł ani kościoła, ani kapliczki nawet, tylko walącą się, pochyloną chatę drewnianą, bez drzwi i okien.
— Nareszcie jestem w domu — uśmiechnął się młody misjonarz, kiedy całkiem sam, w obcym kraju i wśród samych obcych ludzi wszedł do chaty. — A więc stoję wreszcie na roli, na którą Bóg mnie powołał! Tutaj będę gospodarzem i zaraz jutro rozpocznę orkę! Potem złożył ręce do modlitwy za owczarnię i pasterza i położył się na brudnej macie do smacznego snu.

Jazda do piekła

Bum! Bum! Bum!
Bębny krajowców huczą w ostępach Puny. Brunatni chłopcy z zapałem wybijają werbel grubymi pałkami, dumni, bo wiedzą, że są heroldami Pańskimi w święto Niepokalanego Poczęcia.
Bum! bum! bum!
Są to dzwony białego ojca, wzywającego dzieci swoje do nowo wybudowanego domu. Dzisiaj stanie się coś nadzwyczajnego, otworzą się drzwi, za którymi mieszka Bóg.
Bum! bum! bum!
Brunatne dzieci wyspy wybiegają z chat trzcinowych od stóp do głów uwieńczone kwiatami. Dumnie stąpają mężczyźni.
— Pomagaliśmy budować to cudo — przypominają sobie wzajemnie i śmieją się radośnie.
Istotnie, w całym swym życiu nie napracowali się jeszcze tak ciężko, jak podczas ostatnich tygodni, kiedy biały ojciec ładował im na ramiona potężne pnie drzew; dobrotliwa przyroda udziela bowiem dzieciom swoim na tych wyspach czarodziejskich wszystkiego za darmo. Kanakowie nie mają nawet w swym języku słowa „praca”. Ale teraz pracowali tak, że na dłoniach porobiły się im grube, twarde odciski, które pokazują sobie nawzajem
z dumą i zadowoleniem. Tu i t am zdarzyło się, że jakiś leniuch albo spryciarz chciał się wymigać od roboty, ale Damian wyciągał takiego za uszy z kryjówki i zaprzęgał z powrotem do świętej
pańszczyzny. W końcu wszyscy chętnie pomagali ojcu; on sam bowiem pracował
jak olbrzym, który ma ramiona z żelaza, a dłonie ze stali. Z zachwytem pełnym podziwu przyglądali się, gdy piła warczała w rękach białego człowieka, a drewno krwawiło białą mąką, a potem i oni pomagali w budowie i wznieśli domostwo, jakiego na wszystkich wyspach nie miał żaden władca szczepu.
Wciąż jeszcze warczą bębny z drewna. Wciąż jeszcze napływają zewsząd grupy odświętnie przybranych ludzi i ze śmiechem tłoczą się wokoło małego drewnianego kościoła. Dwanaście pni eukaliptusowych niby srebrne kolumny podpierają dach, na którego szczycie wznosi się delikatna, wdzięczna wieżyczka. Na jej wierzchołku bieleje
krzyż z jasnego drewna. Wreszcie otwierają się podwoje. Uwieńczeni wyspiarze tłoczą się do środka. Zaledwie jednak rzucili okiem do wnętrza świątyni, zatrzymują się krzycząc z uciechy i poczynają klaskać w dłonie.
— Niebo, niebo! — odzywają się głosy.
Istotnie, takiego przejasnego domu nie oglądały dotąd ich oczy. Wieńce z kwiatów zwisają z dwunastu srebrzystych filarów. W odurzającej woni i gorącej krasie kwiecia stoi w głębi ołtarz. Otacza go blask
płonących świec i czerwonych ampli. Nawet stopnie ołtarza pokryte są kobiercem z kwiatów.
Na ołtarzu zaś wznosi się na wysokim cokole posąg Matki Bożej. Najświętsza Panna Łaskawa siedzi na złocistym tronie, wieniec z gwiazd otacza Jej głowę. Błękitnobiały płaszcz spływa w miękkich
fałdach aż do Jej stóp. Z wyżyn swego tronu wyciąga ramiona do
ludzi. Czuje się, że to Matka woła swoje dzieci.
— Aloha, Maria! — wołają wyspiarze i składają dłonie. Wiedzą już teraz, co mieściło się w wielkich skrzyniach, przywiezionych przed kilku dniami statkiem z Honolulu, których zawartość młody misjonarz przede wszystkim starannie ukrywał. „Aloha, Maria!” — Nie ma na świecie narodu, który by nie
rozumiał wymowy obrazu Matki-Królowej. „Aloha, Maria!” — Jaką radością obdarzasz swoje dziatki!
Zadźwięczał srebrny dzwonek. Oto biały ojciec w błyszczącym ornacie idzie do ołtarza, a przed nim kroczy dwóch brunatnych chłopców w szatach czerwonych i śnieżnobiałych, ze złożonymirękami. I rozpoczyna się święta Ofiara, o której Kanakowie wiedzą już tyle, że pod postacią białego chleba Bóg sam oddaje swe Ciało,
a w złotym kielichu Krew swoją za zbawienie ich dusz. I pięciuset wyspiarzy, którzy tłoczą się wewnątrz i zewnątrz
kościoła, pada na kolana i cisza panuje nad ich głowami; a potem rozbrzmiewa pieśń do Bogarodzicy i wznosi się do Matki Najmilszej na ołtarzu.
Niedaleko od rozśpiewanego tłumu Kanaków stoi nieśmiało kilku pogan i kilku purytańskich chrześcijan. Poganie patrzą z podziwem, że Bóg, którego zwykli widzieć tylko otoczonego grozą, przebywa
tu w takim pięknie i uroku; sekciarzom zaś przychodzi na myśl ponury smutek, tchnący z ich ciemnego i niczym nie ozdobionego domu Bożego.
— Oni mają Matkę — szepcze jeden purytanin do drugiego. Teraz ojciec Damian odwraca się i rozpoczyna naukę w języku swych brunatnych dzieci. Mówi o tych czasach, kiedy był zmuszony odprawiać mszę świętą w jednej z ciasnych chat trzcinowych.
— A teraz Bóg posiadać będzie swój własny dom, piękny, wspaniałydom, który Mu wzniosły Jego dzieci, i zamieszka pośród was na zawsze, a Jego światło czerwone nigdy już nie zgaśnie w waszym lesie. Matka nasza mieszka także wśród nas. Na ołtarzu stoi tylko Jej posąg. Ale Maryja, Matka Najmilsza, jest zawsze z wami.
Ciepłym blaskiem błyszczą oczy wyspiarzy. Kiedy jednak misjonarz mówi potem o Najczystszej Dziewicy, o Niepokalanej, której uroczystość dzisiaj się święci, kto mógłby to pojąć? Daremnie usiłuje biały ojciec wyjaśnić swoim dzieciom czystość i dziewictwo, ukazać niebiański ich blask. Nie udaje mu się. Nie rozumieją go, bo nie ma
czystego dziewictwa na tych wyspach. Dopiero kiedy misjonarz znowu mówi o Matce, rozjaśniają się oczy i głowy potakują skwapliwie.
Matka — to słowo zrozumiałe na całym świecie. Tak już jest, jedne ziarna padają na grunt miękki i urodzajny, inne zaś rzuca się jak gdyby na skalistą ławę. Jakże ziarno może zapuścić korzenie w kamieniu? Może gdybym był tak pobożny i żarliwy jak proboszcz z Ars — myśli Damian. — Miłość świętego stopiłaby najtwardszy kamień. Po Mszy świętej tłoczą się brunatni ludzie do ołtarza; dotykają wyciągniętych rąk Matki Bożej, kładą kwiaty na Jej łono. Jedna
z matek przyniosła dziecko do chrztu. Jest to dziewczynka i ma otrzymać imię Maria. Źródło żywej wody spływa na jej czoło. Potem wyspiarze śpiewają jeszcze pieśń swojej Matce.
Nagle wszyscy drgnęli ze strachu. Co to? Głuchy pomruk jakby nadciągającej burzy odzywa się z daleka, upiornie, niesamowicie. Ziemia zatrzęsła się lekko. Niespokojnie migocą płomyki w purpurowych
szkłach.
— Pele! Pele! —jęknęło kilka wystraszonych głosów.
— Halemaumau! Dom wieczystego ognia! — krzyczą inni.
— To Bóg, Bóg przemawia! — woła podniesionym głosem ojciec Damian. — Bóg dotyka gór i poczynają dymić! Bóg spogląda na ziemię, a ona chwieje się w posadach! I w wulkanach żarzy się ogień Boży i bez Jego woli żadna iskra nie wyskoczy poza ich brzeg. Głos Boży przemawia w pomruku gór i w trzęsieniu ziemi!
Ale głos białego ojca nie dociera już do świadomości brunatnych wyspiarzy. Spłoszeni i przerażeni śmiertelnie pchają się biedacy do wyjścia.
— Pele! Pele! Bogini się gniewa, że zbudowaliśmy dom Bogu białych ludzi. Biada! Biada! Bogini ześle na nas swój płynny ogień.
Grzmot w oddali wzmaga się, a ziemia drży coraz gwałtowniej. Wówczas wyspiarze zrywają kwietne wieńce, którymi przystroili się na cześć Boga chrześcijańskiego. Wystraszeni uciekają do swych chat.
Kobieta przyciska nowo ochrzczone dziecko do serca. W oczach jej pali się strach, ale wargi szepczą odważnie: Aloha, Maria! Przed opuszczonym ołtarzem klęczy ojciec de Veuster. Oczy ma pełne łez. Czyż dzień rozpoczęty tak wspaniałe musi kończyć się wśród takiej grozy? Kto zdejmie z tych nieszczęsnych ludzi strach, który zaciemnia ich dusze i zmienia w piekło tę wyspę kwitnącą?
— Powiedz mi, Matko, co mam robić? — modli się misjonarz załamawszy ręce. — Tutaj ziarno Boże musi siać święty. Daj mi, Maryjo, serce święte.
Przez cały dzień góra pomrukiwała. Czarny szczyt wulkanu Kilauea, w którego gardzieli kipiał Halemaumau, kocioł ognia piekielnego, odcinał się ponuro na niebie. Czarne płaty chmur, niby upiorne ptaki, przelatywały nad wyspą.
Ojciec Damian poszedł do chat, aby uspokajać wystraszonych; wszędzie widział twarze spłoszone albo zgoła wrogie. Poganie i sekciarze spoglądali nań drwiąco lub z otwartą nienawiścią. Nierzadko zamykano mu drzwi przed nosem.
— To koniec —jęknął misjonarz powróciwszy z bezowocnego obchodu. Jeszcze nigdy nie czuł się tak zmęczony i rozbity. Czy teraz dopiero odzywają się owe tygodnie nadmiernej pracy i trosk, owe sześć miesięcy uciążliwego duszpasterzowania na wyspie, wśród lasów i pól lawy? Czyż nie znosił dotąd wszystkiego z uśmiechem?
Ciało i dusza pragnęły odpoczynku. Podczas ostatnich dwóch nocy misjonarz czuwał przy łożu
chorego dziecka. Kiedy dzisiaj chciał znowu tam wstąpić, zastał drzwi zamknięte.
Spokoju, spokoju. Snu.
Gdybyż to można na tej trzęsącej się ziemi…
Nagle zerwał się przerażony. Za drzwiami, na dworze wołał człowiek jakiś, kobieta przyciśnięta chyba okropnym nieszczęściem. Oszalałe pięści łomotały o drzwi. Kiedy Damian otworzył, ujrzał przed sobą kobietę z rozwianymi włosami, z oczami, w których płonął obłęd, tę samą, która rankiem przyniosła dziecko swoje do chrztu.
— Makua Kamiano! — krzyczała dziko i rzuciła się przed kapłanem na ziemię chwyciwszy kraj jego sutanny. — Moje dziecko! Ojciec odjechał z nim do Halemaumau! Na ofiarę dla Pele!
Misjonarz zrozumiał ją w mgnieniu oka. Groza ścisnęła mu serce. Własny ojciec porwał dziecię z kołyski, aby złożyć je w ofierze bogini Pele w domu wieczystego ognia. Chciał przebłagać gniew tego potwora rzucając nowo ochrzczone dziecko w ziejącą ogniem paszczę. Oczywiście, to sprawka Czarnego Hai, starego czarownika wioskowego.
— Przyniosę ci je z powrotem! — krzyknął misjonarz do matki. Potem pobiegł do stajni, wyprowadził swego konia, narzucił siodło i pognał w dzikim galopie w kierunku Kilauea. O sześć godzin wyprzedził go straszliwy jeździec, który własne dziecko chciał rzucić do piekła. Damian bił piętami w boki konia. Na miłość boską, byłe nie przybyć za późno! Wówczas wszystko byłoby stracone, dziecko, misja, wszystko.
Powoli zapadała noc. W bladym świetle wznoszącego się księżyca jeździec z trudem tylko odnajdywał drogę. Gałęzie w lesie biły go po twarzy. Cóż to szkodzi! Dalej, dalej! Idzie o życie dziecka. Droga wiodła teraz przez niesamowite, skamieniałe pola lawy. Spod kopyt konia pryskają iskry. Tutaj piekło zalało ziemię. Rozżarzone
masy zastygły w bazalt. Ostatnie fale tężały płynąc, głębokie szczeliny ziały w kamiennym morzu. Jeden nieostrożny krok teraz to koniec! Potknięcie na tym bazalcie to pewna śmierć! Dalej, dalej!
Misjonarzowi nie wolno o tym myśleć. Po tysiąc razy naraża swe życie dla swoich dzieci. Dalej, dalej!
Albowiem Aniołom swoim rozkazał o tobie, aby cię strzegli na wszystkich drogach twoich. Na rękach będą cię nosić, byś snadź nie obraził o kamień nogi twojej.
— Teraz Aniele Stróżu wspomóż! Pokaż, co umiesz! — modlił się misjonarz.
I dalej tętniły kopyta końskie po twardym gruncie. Pędź, kapłanie, pędź do piekła!
Szaleńcza jazda wiedzie coraz wyżej. Koń dyszy ciężko, ale ksiądz nie może go oszczędzać. Ostro uderza go piętami po bokach i koń sadzi w górę. Ale teraz nie sposób jechać dalej, góra staje się zbyt stroma. De Veuster zeskakuje z siodła i zarzuca cugle na pień drzewa. Piana spada z końskiego pyska. Zwierzę ciężko robi bokami. Damian widzi niedaleko
uwiązanego drugiego konia. Boże! Byleby nie było za późno! Stękając wspina się Damian po stożku krateru. Ostre jak nóż kamienie rozdzierają obuwie, tną nogi. Często musi rękami i kolanami czepiać się głazów bazaltowych. Ręce krwawią. To nic! Dalej, dalej!
Słońce wschodzi powoli. Godzina za godziną mija, żar nowego dnia staje się nieznośny. Ale dalej, tylko dalej!
Kapłan stoi teraz u brzegu krateru. Sto metrów pod nim leży szerokie skamieniałe morze — gardziel krateru — pośrodku którego kipi Halemaumau, kocioł piekielny. Czarne chmury zwisają nad głazami.
Misjonarz jeszcze nigdzie nie widzi nieszczęsnego człowieka, który własne dziecko chce wrzucić do piekła.
Więc Damian rozpoczyna znowu „wspinaczkę”. Tym razem w dół, sto metrów w głąb krateru. Ze zdartymi kolanami i krwawiącymi rękami dociera misjonarz na dół. Ze szczelin skalnych wydobywają
się gorące opary, cuchnące siarką. Pod tą skorupą kipi ogień i prze do wybuchu. Może cienka jest powłoka, może popęka pod następnym krokiem? Tą samą drogą szła raz przed czterema dziesiątkami lat dzielna królowa Kapiolani, pierwsza chrześcijańska królowa tych wysp. Pragnęła zwalczyć strach przed Pele w sercach swoich poddanych
i zdobyć ich dla Chrystusa. Zeszła tedy na sam brzeg Halemaumau i drwiła z bogini. Na brzegu krateru stał lud pełen grozy i lęku i oczekiwał chwili, kiedy bogini porwie zuchwałą królową w głąb swej ognistej gardzieli. Gdy jednak królowa powróciła cała i zdrowa, wyspiarze powiedli dzielną swoją władczynię w prawdziwym pochodzie
triumfalnym do domu.
Tą samą drogą szedł teraz misjonarz. Nareszcie stanął u brzegu piekła. Tuż blisko siebie dostrzega
poprzez opary dymu nieszczęsnego ojca, który zamierza wrzucić swe dziecko w gorejące morze.
— Co robisz, Johe? — krzyczy misjonarz. W kilku susach jest już przy nim i wyrywa mu dziecko z rąk.
— Pele żąda ofiary… mojego dziecka… ochrzczonego, powiada Czarny Hai! — zgroza, strach i męka migocą w oczach Kanaka. — Bo inaczej ogień pożre nas wszystkich, wszystkich! Wszystkie moje dzieci!
Lepiej poświęcić jedno dziecko niż stracić wszystkie! Tak powiada Hai. U nóg ich — w dole — kipi morze płonące. Prychając podnosi się maź ognista aż do brzegu kotła, przelewa się aż do ich stóp. W straszliwej gardzieli Halemaumau syczą, kipią i kotłują się ogniste fale. Płomieniste fontanny strzelają z sykiem w górę. Rozżarzone do białości
kule unoszą się nad płynnym ogniem. Małe płomyki migocą wszędzie nad piekielną otchłanią.
Damian chwyta brunatnego człowieka za ramię i mówi:
— Chodź, przyjacielu, pójdziemy do domu!
— A Pele, Pele? — bełkocze Kanak jęcząc.
— Pele nigdy nie żyła. Pele nie istnieje. Nawet ten ogień stworzył Ojciec Niebieski!
Kanak pozwala się prowadzić jak dziecko. Ogląda się wprawdzie co chwila za siebie, czy płonące ramiona bogini jednak go nie pochwycą. Ale piekło trwa w swych pętach i góra pomrukuje tylko jeszcze z cicha.
W drodze powrotnej obydwaj prowadzą swoje konie ostrożnie przez spękaną ziemię. Dopiero gdy grunt stał się pewniejszy, dosiadają obaj koni. Misjonarz gasi pragnienie małej dziewczynki
mlekiem orzecha kokosowego. Kanak zna jeszcze inny sposób. Pożuwszy dobrze trzcinę cukrową wypluwa na dłoń papkę i podaje dzieciątku, które z ochotą połyka słodką potrawę. Teraz, kiedy minął strach, Kanak z miłością i czułością troska się o dziecko.
— Pele nie żyje — szepce pod nosem i uśmiecha się; tego że bogini ognia nigdy nie było, oczywiście nie rozumie. — Pele nie żyje i Bóg oddał mi moje dziecko, Bóg i Maryja! Po upływie dwóch dni powracają obydwaj jeźdźcy razem z dzieckiem do stacji misyjnej. Z krzykiem wybiega im naprzeciw matka. Z wszystkich chat wysypują się wyspiarze i otaczają ich wkoło.
— Pele nie żyje! — woła Johe. — Makua Kamiano porwał jej dziecko, a ona go nie zabiła. Bóg i Maryja uratowali mi dziecko! Pele nie żyje!
— Pele nie żyje! — rozbrzmiewa radosnym echem po całej wsi.
Jak w pochodzie triumfalnym kroczy Damian de Veuster z dzieckiem na ręku do nowego kościoła. Przy ołtarzu odwraca się i trzymając dziecko w wyciągniętych rękach woła do swoich brunatnych wyspiarzy:
— Spójrzcie, dzieci moje! Tę dziewczynkę wyrwałem z domu= wieczystego ognia. Pele mi w tym nie przeszkodziła. Pele nie istnieje!
— Pele nie żyje! — rozbrzmiewa radośnie w kościele.
— Ale Matka Maryja żyje! — ciągnie dalej kapłan. — Ona jest Dobrocią, Miłością i Pokojem, nasza najświętsza i najlepsza Mateczka — Maryja!
— Aloha, Maria! — wraca echem radosnym.
— Zbłąkany ojciec chciał rzucić w objęcia ognistego potwora swoje dziecko, ja natomiast składam je oto w ramiona najlepszej Matki. I Damian niesie dziecko ku wyciągniętym rękom Madonny na tronie. Potem dopiero oddaje je rodzonej matce.
— Aloha, Maria! — rozbrzrmiewa od nowa w kościele. I wyspiarze rozpromienieni tłoczą się ku ołtarzowi, rzucając kwiaty do stóp Matki Bożej.
Rozbity, poobdzierany, krwawiący wraca ojciec Damian do domuutrudzony śmiertelnie. Ale szczęście niewypowiedziane rozsadza mu piersi. Przed posłaniem swoim składa ręce i modli się:
— Boże, dziękuję Ci za to dziecko! Matko Boża, misję mi uratowałaś! Obdarzyłaś mnie niebem u wrót piekła! Tobie chcę ufać w życiu i śmierci. Aloha, Maria! — mówią teraz także i wargi kapłana, gdy bez czucia pada na swoje posłanie i długo jeszcze dzwoni mu w uszach radosne wołanie szczęśliwych ludzi:
— Aloha, Maria!

Król dyskobolów

Nowy Rok 1865.
Śnieg i troski przywaliły starą Europę. Z westchnieniem maczali kupcy gęsie pióra w inkauście i mozolnie wypisywali na czystej stronicy swych ksiąg pierwsze „ma” j „winien” w nowym roku. Marynka Kuypers w Tremelo czyściła mężowi koronę na kolędowanie z gwiazdą trzykrólową, ale i to mieszało się ze zmartwieniem, gdyż
Piet Kamerbeek, o nic się nie troszcząc, zmarł przed trzema dniami, a skąd tu w takim pośpiechu wynaleźć nowego trzeciego króla?
Dyplomaci i ministrowie obmyślali, czym można by w rozpoczynającym się roku „uszczęśliwić” narody, ludy zaś spoglądały w niebo, czy nie dojrzą tam żagwi nowej wojny lub złowróżbnej komety, wieszczącej głód, nieurodzaj lub pomór bydła. Stara Europa miała swoje troski. W lesie Puny natomiast śmiała się wieczna wiosna. Równie
piękne jak w dniu stworzenia, wyciągały drzewa ku niebu swoje gałęzie, a niebo niby olbrzymia, szklana kopuła sklepiło się nad bogactwem barw, którymi nowy rok wszystko umalował. Noc rzucała na ziemię swoje gwiazdy, a w porannej rosie wyrastały promienne kwiaty. Na lianach, wieńczących las niby girlandy, kołysały się barwne, śpiewające ptaki.
A w nowym kościółku misyjnym ojciec Damian podnosił po mszy złocistą monstrancję, błogosławiąc swoje dzieci i ich nowy rok. Zadźwięczały srebrzyście dzwonki, wzbiły się kłęby wonnego kadzidła.
We wszystkich sercach była wielka radość. Królująca na ołtarzu Madonna wyciągała ręce do swego brunatnego ludu.
Dusza młodego misjonarza wzbierała wdzięcznością i szczęściem, bo rok ten zakończył się pomyślnie. Boże Narodzenie obdarzyło go obfitym żniwem. Wielu odnalazło drogę do nowo narodzonego Króla.
— Dziękuję Ci, Boże — szeptał. — Darowałeś mi nową ojczyznę.
Resztę dnia poświęcono ziemskim uciechom. Część Kanaków wybrała się lekkimi łódkami na połów żółwi. Wiosła cięły wodę aż biała piana pryskała. Wtem rozległ się przeraźliwy okrzyk: „Heia! —
żółw-olbrzym!”. Rozpoczął się więc pościg szalony za zwierzęciem,
które mimo swych stu pięćdziesięciu lat bynajmniej nie było znużone życiem. Ucieczka i pościg ciągnęły się kilometrami. Ale w końcu myśliwi dogonili zwierza. Z błyskawiczną szybkością
brunatni łowcy skoczyli do morza. Dzielny żółw bronił się ostrymi pazurami drąc niejedną brunatną skórę. Wreszcie udało się komuś chwycić go za kark i z pomocą innych obrócić na grzbiet. Walka była skończona. Wielki pancerzowiec poddał się losowi z właściwą podeszłemu wiekowi rezygancją.
— Haia kikikiki! — wrzasnęli pływacy i wpakowali starucha do największej łodzi.
Skończyło się polowanie! Był smakowity kąsek na wieczerzę noworoczną. Niedługo potem smażyła się sędziwa zwierzyna we własnym tłuszczu na rozpalonych kamieniach prymitywnej kuchni.
Teraz piszczałki i flety trzcinowe oraz bębny wzywały do tańca, który przybrany kwiatami ludek wykonał z wdziękiem i elegancją.
Wyścigi konne i zawody stanowiły program zabawy popołudniowej.Jednak punktem kulminacyjnym uroczystości była gra „lala”, polegająca na rzucaniu kamienia w kształcie dysku, zwanego maiką.
Obecnie ta gra była spokojną zabawą. Ale jeszcze dziadowie uczestników dzisiejszej uroczystości, opanowani namiętnością, przegrywali w szalonych zakładach o najdalszy rzut całe swe mienie, żonę i dzieci,
nierzadko nawet własną skórę.
Kiedy ojciec Damian nie przeczuwając niczego wchodził na „plac zabaw”, wielki kamienny dysk o mały włos nie rozpłatał mu głowy. Kanakowie wrzasnęli z przerażenia, ale misjonarz odezwał się z uśmiechem:
— To był świetny rzut! Brawo, Kekela!
— Makua Kamiano, rzuć i ty! — krzyknął jakiś głos, a setka innych potworzyła radośnie.
Kekela wcisnął maikę w ręce misjonarza, a wszyscy oczekiwali z zapartym oddechem. Czy uda się białemu ojcu zwyciężyćKekelę, sławetnego króla „lali” w Punie? Szeptem zaczęto robić zakłady:
— Łokieć muszli na Kekelę!
— Topór żelazny na Makuę Kamiano.
— Wędkę na Kekelę!
— Rękę i nogę na białego ojca! — krzyknął jakiś starzec machając z zapałem rękoma.
Uśmiechnięty stał ojciec Damian wśród brunatnych swoich dzieci ważąc kamień w ręku.
— Dzieci! — wykrzyknął. — Nie mam nic na zakład. Bo przyszedłem do was biedny, a wszystko, co mam, należy tak samo do was, to wiecie. A więc stawiam na ten rzut to, co już dawno posiadacie, całe moje serce. Gdybym jednak wygrał, pomożecie mi postawić nowy kościół na wybrzeżu, zgoda?

Ogłuszające okrzyki potakiwania podniosły się wkoło ojca. Nowy kościół! To była stawka warta zachodu. Powoli gwar ucichał, potem zapadła cisza zupełna.
O, kościół — pomyślał Damian, zacisnął zęby, zaczerpnął głębok oddechu i zebrał wszystkie siły do tego rzutu. Wreszcie poderwał kamień w górę, cofnął go w tył na wysokość barków i począł nimwirować dokoła głowy. Teraz kamień wyskoczył mu z dłoni, szerokim łukiem wyleciał w powietrze i plasnął w biały piach. Zerwały się radosne okrzyki. Maika poleciała o dobre dwa metry dalej niż najlepszy rzut z ręki Kanaków.
— Aloha, Makua Kamiano! — krzyczeli wyspiarze i z triumfem ściskali ręce swego duszpasterza. — Wybudujemy ci kościół. Duży, nowy kościół!
Nawet pobity Kekela z wesołym uśmiechem winszował mu wspaniałego rzutu.
— Dumny jestem, że tylko mój biały ojciec mnie pobił — zawołał. Potem chwycił wieniec z kwiatów, którym miano ozdobić zwycięzcę, uroczyście wsadził go na głowę misjonarza i powiedział: — Koronuję cię na króla miotaczy kamieni w Punie! A wszystek lud wykrzyknął:
— Aloha, Makua Kamiano!
Takiego zaszczytu na pewno nie spodziewał się Damian de Veuster, kiedy objeżdżał pół świata, by dotrzeć do tych wysp.
— Jutro machamy toporami w lesie! — zawołał wesoło. — A potem zbudujemy Bogu nowy dom nad morzem.
— Nogę i rękę stawiłem na ojca! — krzyknął staruszek i począł tańcować z uciechy.
To była najlepsza rozrywka noworoczna. Ale już zaczynała się nowa. Głucho huczał bęben nawołując do uczty świątecznej. Rozerwano doły kuchenne. Gorąca para i smakowite wonie rozniosły się wokoło. Ukazały się pieczone prosiaki, a także główny przysmak uczty, pieczony żółw, wyłonił się ze swego parującego grobu. Znoszono wielkie kalebasy z napojem „poi”, sporządzonym z korzeni taro, słodkie ziemniaki i inne smakołyki podzwrotnikowe.
Stoły były niepotrzebne, bo dobry Bóg dał wszakże dosyć wysoką i miękką trawę, a braku sztućców nikt nie odczuwał. Oczywiście ojciec Damian musiał wziąć udział w ogólnej uczcie świątecznej z wieńcem na głowie. Zaczęto podawać potrawy, przy czym de Veuster zauważył, że flamandzkie kiermaszowe jedzenie w porównaniu z tutejszą ucztą wydawało się wielkopostnym posiłkiem. Naraz głowy ucztujących obróciły się. Jeździec jakiś głośnym okrzykiem wzywał Makuę Kamiano. Tuż przed ojcem zsiadł ze spoconego konia, po którym widać było, że miał za sobą jazdę szaloną, i podał mu pismo:
— Od Makui! Klemente z Kohali!

Damian z pośpiechem rozerwał kopertę i przeczytał:
„Piszę ten list z wielkim trudem. Jestem chory. Może umrę. To byłoby dobrze. Bo jestem bezużyteczny na tej wyspie. Proszę Cię, przyjedź do mnie. Czekam na Ciebie!”
Misjonarz zerwał się pobladły. List drżał w jego silnych rękach. Oto brat zakonny w wielkiej niedoli wołał o pomoc braterską i ojciec Damian wyczuwał, że tu nie tylko ciało chore wzywało ratunku, lecz i dusza, na którą padł cień najgłębszego osamotnienia i beznadziejności.
— Konia, Joane! — krzyknął Damian do brunatnego wyrostka, który spełniał przy nim funkcje kucharza i zakrystiana. Ale Joann wykrzywił twarz w głupkowatym uśmiechu: — Nie pojedziesz, zaraz będzie noc, a jutro mamy rąbać drzewo w lesie!
— Konia mi zaraz! — zagrzmiał misjonarz tak niecierpliwie i gwałtownie, że Joane długimi susami pognał na łąkę, gdzie pasł się siwek jego pana.
— Rozpoczniemy budowę za dwa tygodnie, kiedy powrócę! — zawołał Damian do swoich brunatnych parafian. Potem skoczył na konia i pognał galopem.
Damian de Veuster jechał podobnie jak owej nocy, kiedy musiał wyrwać dziecię z paszczy piekielnej.
W Kohali w chacie trzcinowej spoczywał na matach ojciec Klemens Evrard. Oczy jego płonęły gorączką. Policzki poszarzały i zapadły się, za to czoło gorzało jak w ogniu. Obok posłania stał dzban wody i miska z papką o kwaśnawym zapachu, którą jakaś litościwa kobieta przyniosła po południu. Ale misjonarz nie ruszył wcale jedzenia; nie miał nawet tyle siły, aby dzban z wodą podnieść do spieczonych warg.
Na dworze poganie obchodzili jedną ze swych szalonych uroczystości i na pewno jego parafianie także brali w niej udział. Z napięciem wsłuchiwał się ojciec Evrard w dochodzący go hałas i zgiełk. Brunatna gromada spiła się znowu do nieprzytomności samogonem i rycząc zataczała się w odurzeniu. Gdyby Kahuna, czarownik
wioskowy, skorzystał ze sposobności i podburzył ich, byliby zdolni zamordować misjonarza.
Myśl ta jednak wcale go nie przerażała. Czyż śmierć taka nie byłaby wybawieniem z męki?
Może ktoś inny doczekałby się żniwa tam, gdzie on siał we łzach i krwi? Ogłuszające hałasy przybliżyły się. Na dworze szalała zabawa i pijatyka. A w chacie trzcinowej była samotność i opuszczenie. Tylko szary szczur przeleciał raz po kołdrze. Na ścianach olbrzymie pająki polowały na karaluchy. I moskity brzęczały jednostajnie.
Z niesłychanym trudem opędzała się zmęczona dłoń przed kłującą plagą. Oto największa niedola misjonarzy: zupełna samotność! Drżące dłonie poczęły szukać krzyża misyjnego i uchwyciły jego drzewo w rozpaczliwej męce, a usta jęknęły:
— Boże mój, Boże mój, jakżeś mnie opuścił. Potem myśli chorego poszły za posłańcem wysłanym do Damiana,
jedynego człowieka, który w tym obcym kraju był mu wiernie oddany. W Nowy Rok mógł dotrzeć do Puny, jeśli ostro jechał. Dzisiaj Trzech Króli, a więc jutro mógłby Damian zjawić się u niego.
— Boże miłosierny, prowadź go w drodze — modlił się kapłan załamując ręce. Hałas na dworze przybliżał się coraz bardziej. Ogień pod czaszką płonął jak samo piekło. Coraz mocniej i prędzej tętniły skronie.
Zimny pot wystąpił wszystkimi porami. Strach pochwycił serce jak w szpony:
— Boże mój, Boże mój, jakżeś mnie opuścił! Wtem drzwi się rozwarły. Kapłan zerwał się gwałtownie i przerażony
patrzał na postać, która weszła do chaty. Teraz, teraz już koniec. Boże, bądź wola Twoja! Dygocąc wyciągnął Klemens Evrard ręce w kierunku drzwi.
— Na miłosierdzie Boże, pozwól mi umrzeć! — wykrzyknął.
— Uspokój się, przyjacielu, zostanę przy tobie! — zawołał na to głos drżący z przejęcia i serdecznego współczucia.
— Damian — szepnął chory i osunął się z westchnieniem na
twarde posłanie. Przyjaciel zbliżył się doń i położył chłodną dłoń na rozgorączkowane czoło.
— Bądź spokojny, bracie, teraz wszystko będzie dobrze.
— Teraz wszystko będzie dobrze — odetchnął z ulgą chory.
Na dworze zapadła noc, ale krzyki pijanych rozlegały się dalej bez przerwy. Chory jęczał we wzrastającej męce. Płomienne kręgi jęły wirować mu przed oczami. Wargi szeptały urywane słowa. Chwilami dochodził krzyk z posłania, na którym Klemens Evrard nagle się podnosił. Damian łagodnie układał go z powrotem na łóżku i wciąż chłodził
rozpalone czoło, i zwilżał popękane usta.
Tak. To była dola misjonarza, jego Ogrójec i jego Kalwaria. Dola bezdomnego. Cierpienie w samotności. Śmierć w opuszczeniu. Praca, często znojna, nadludzka, bez widomego skutku, bez żadnej pociechy. To było najcięższe. To był krzyż misjonarza. Mimo woli ręce Damiana sięgnęły po krzyż chorego. Jakże twarde było to drewno, jakże ostre jego brzegi. Co wycierpiał w tej chacie, wśród tych ludzi młody misjonarz, który teraz jęczał w gorączce. Jakimż brzemieniem legł krzyż na jego ramionach, a jak niewiele tego cierpienia zaznał dotąd Damian w Punie. Czyż tam każda niedola nie zamieniała się w radość? Każda praca czyż nie dawała wyniku, każdy zasiew — dojrzałych, pięknych owoców? Brunatni wyspiarze kochali go jak ojca i teraz z radością pomogą mu wybudować nowy kościół. Coraz ich więcej przychodziło na mszę świętą i przystępowało do sakramentów. Coraz więcej zbłąkanych znajdowało właściwą drogę z ciemności do światła i na łono Kościoła. Oczywiście, że nie wszystko jeszcze było jak należy, ale plon rozrastał się przecież na pięknej, żyznej niwie Bożej. Jakże mało odczuwał dotąd Damian ciężar krzyża misjonarskiego.
— Boże drogi — modlił się czuwający przy chorym Damian. — Pozwól mi nieść jego krzyż. Mam silniejsze niż on ramiona.
Tej właśnie nocy przyszło de Veusterowi na myśl, że mógłby zamienić się z ojcem Evrardem. Swój piękny i urodzajny teren misyjny na pole cierniowe, na którym Klemens rozdzierał sobie ręce i duszę nadaremnie. Punę na Kohalę. Lecz potem wydało się znów Damianowi, jakby wyłaniały się przed nim twarze katolików z Puny, których kochał jak własne dzieci. I stanął mu przed oczyma kościół wybudowany i królująca na ołtarzu Madonna. Wszystko to miałby teraz opuścić, wszystko, co mu było miłe i drogie jak nowa ojczyzna? To rozstanie byłoby jeszcze boleśniejsze niż pożegnanie z Flandrią.
De Veuster, znużony, ukrył twarz w dłoniach. Nie, taka ofiara byłaby zbyt wielka. Może w inny sposób będzie można pomóc choremu przyjacielowi. Najlepiej byłoby, gdyby następnym statkiem powrócił do ojczyzny. Jest po prostu za słaby i wewnętrznie zbyt miękki na te gorące wyspy. Ale co potem? Jeśli Klemens powróci do ojczyzny, czy nie będzie do końca życia cierpiał z powodu tego niepowodzenia? Jak by mnie samemu było na duszy, gdybym musiał powrócić? — zapytywał siebie Damian. — Czułbym się jak dezerter. To złamałoby człowieka
duchowo i fizycznie i musiałoby mu odebrać wszelką wiarę w siebie.
A to jest bodaj największe nieszczęście. Chory stęknął głucho. Spieczone wargi łaknęły wody. Wstrząśnięty
do głębi patrzał de Veuster w te pałające oczy, w których widział nadludzką mękę. Nie, i ten kapłan musi odzyskać radość duszy. Nie powróci do domu usunięty jako niezdatny do pracy misyjnej. Niech i on ujrzy dojrzewające plony na własnej niwie i doczeka się żniw obfitych. Damian złożył ręce w cichej modlitwie:
— Boże, przyjmij tę ofiarę. Daj mi jego krzyż. Punę za Kohalę.
Aż do rana trwały pogańskie hałasy. Dopiero gdy słońce wzeszło, uciszyły się z wolna i chory także począł się uspokajać i zapadł w głęboki sen. Po wielu dopiero dniach przyszło wyzdrowienie. Ciało przezwyciężyło gorączkę, ale na duszy ciążył wielki smutek.
— Nie mogę sobie tutaj dać rady, przyjacielu — skarżył się pewnego dnia.— Byłoby lepiej, gdybym był umarł. Jestem niezdatnym pasterzem. Podczas tych wielu miesięcy nie zdołałem nawet odwiedzić całej mej parafii. Kraj ten pełen jest gór niedostępnych. Zdarłem sobie kolana i ręce tam w górach. Ale zawsze musiałem zawrócić. Nie udało mi się nigdy przejść na tamtą stronę. A przecież i tam mieszkają ludzie, którzy pragną dobrego pasterza. Nie mam nawet kościoła,
tylko parę chat trzcinowych, na wpół rozpadłych. Gdzie zasiewam miłość, tam zbieram niewdzięczność. Nienawiść pogan, wrogie nastawienie podszczuwanych purytanów doprowadzają mnie do choroby i rozpaczy. Nie mogę już dalej… jestem u kresu!…
Evrard z płaczem zasłonił twarz rękami. Młody misjonarz szlochał jak dziecko. Ból kapłana, który zbiera tylko niewdzięczność i niepowodzenie tam, gdzie siał pełen miłości, ostatnim wysiłkiem, jest ciężki ponad miarę. Wtedy Damian położył współbratu rękę na ramieniu.
— Słuchaj, Klemensie! — powiedział spokojnie. — Jesteś tutaj na niewłaściwym miejscu. Ten klimat, ci ludzie, te góry — wszystko to nie dla ciebie. A wiesz, kto by się tu nadawał? No? Otóż taki flamandzki chłop, twardy i na wszystko wytrzymały. Więc co trzeba zrobić? Zamienimy się! W Punie znajdziesz odpowiedniejsze dla siebie pole działania. Ludzie tamtejsi są poczciwsi, delikatniejsi niż w Kohali. Oni cię pokochają, bo ty masz takie dobre, złote serce! Klemens spojrzał na przyjaciela szeroko rozwartymi oczami.
— Chcesz się poświęcić — powiedział potem smutno.
— Ależ nie — odparł Damian. — Trochę za szorstko obchodziłem się z tym brunatnym ludkiem, więc dobrze będzie, jeśli mnie teraz zastąpisz. Będziesz dla tej trzódki lepszym pasterzem, niżbym ja mógł być kiedykolwiek.
— Jeżeli tak uważasz — powiedział Klemens z wahaniem.
— Oczywiście, że tak! — gorliwie potwierdził de Veuster. — Zaraz dziś napiszemy do monsignora Maigreta i zaproponujemy mu zamianę. Idź, przynieś prędko atrament i papier! W dwa tygodnie później obaj misjonarze otrzymali zezwolenie biskupa. Damian wybudował jeszcze ze swymi parafianami piękny,nowy kościół na wybrzeżu i w dzień Św. Józefa dokonał uroczystego poświęcenia. Ale dzień ten okrył się smutkiem. Po mszy świętej Damian pożegnał się z gromadką swoich brunatnych dzieci. Przybrał wesołą minę i gorąco polecał nowego białego ojca, który przybędzie
z Kohali. Potem spakował skromny swój dobytek na konia, wskoczył na siodło i odjechał nie oglądając się za siebie. Nikt nie przypuszczał nawet, jak boleśnie ta ofiara rozdarła mu serce.

W głąb dziewiczego lasu

Niebo przypiekało ziemię niby placek. Ludzie prażyli się i pocili w rozżarzonym powietrzu, każdy kamień był rozpalony jak płyta kuchenna. W lesie Kohali było gorąco jak pod pokrywą kotła — i obu wędrowcom, którzy przedzierali się przez splątaną gęstwinę lian i zarośli, pot ściekał strumieniami po policzkach. Damian de Veuster, nowy misjonarz Kohali, i brunatny jego służący Joane, zwany przez tubylców Białym Kormoranem, odbywali jedną ze swych wypraw odkrywczych w głąb parafii.
— Joane jest suszoną śliwką! — stękał wyspiarz. — Joann wypocił już cztery kalebasy wody!
— Woda to nie krew — pocieszał go ojciec. — Bóg zaś pocił się krwią za ludzi.
Ale misjonarz też ocierał twarz rękawem, bo jeśli Biały Kormoran wypacał z siebie cztery kalebasy wody w przewiewnym swoim stroju, to Damian wypocił ich co najmniej ze sześć. Przeprawa przez las dziewiczy w taki dzień nie jest drobnostką.
— Joane jest zmęczony na śmierć —jęczał Biały Kormoran. — Zobaczysz, jak się zaraz przewróci i koniec z życiem!
— Trzymaj się, człowieku! — strofował Damian krajowca, który, jak wszyscy wyspiarze, nie był zwolennikiem długich pieszych marszów.
— Wracajmy! — zaproponował Joane.
— Nie, pójdziemy dalej! Za lasem mieszkają ludzie, którzy na nas czekają. Od lat nie widzieli kapłana, a przecież byli kiedyś ochrzczeni wodą żywota. Musimy iść dalej! Moje dzieci czekają na ojca.
I przedzierali się dalej przez niezmierzony las. Kapłan wielkimi, zamaszystymi krokami, a za nim Kanak mrucząc i potykając się. Od wielu już tygodni znajdował się Damian w drodze, obchodząc nowy swój rozległy okręg misyjny. Od wsi do wsi, od chaty do chaty, przedzierał się coraz dalej. Jadł z jednej misy z krajowcami i sypiał razem z nimi pod jednym dachem. Gdzie znajdował katolików, tam udzielał sakramentów świętych, chrzcił dzieci i dorosłych, wspomagał chorych i umierających, w chatach trzcinowych odprawiał mszę świętą, napominał, chwalił, ganił, gromił, rozgrzeszał i podawał wszystkim Chleb Żywota. W worku gumowym nosił na plecach święte naczynia i paramenta. Wszędzie był lekarzem ciała i duszy. Dziś rano odprawił mszę świętą przy łożu umierającej kobiety i przygotował ją na drogę do nieba. Stamtąd skierowano go dalej, objaśniając, że u podnóża gór mieszkają także chrześcijanie. Jest to aż cała wieś, którą swego czasu ochrzcił ojciec Euzebiusz. Od sześciu jednak
lat nie dotarł tam żaden kapłan. Droga co prawda była bardzo uciążliwa: spory kawałek trzeba maszerować przez las dziewiczy. Lecz Damian w pośpiechu kazał sobie tylko ogólnie określić kierunek i wyruszył w drogę razem z mamroczącym Białym Kormoranem, który byłby oczywiście wolał dołożyć kilka dni odpoczynku i pozostać jakiś czas u gościnnych mieszkańców tej wioski. Wyspiarze osłodzili mu nieco pożegnanie, bo zapakowali do worka podróżnego szynkę i dwa pieczone kurczaki.
Godzina za godziną posuwali się wędrowcy dalej. Był to istny marsz przez czyściec. Z drzew spadały na nich czerwone mrówki, które wciskały się pod ubranie i gryzły jak diabli. Podczas postoju południowego skorpion ugryzł ojca Damiana w rękę. Rana napuchła w duży guz i paliła niby ogień piekielny.
— Pozwól mi znaleźć choć jedną duszę ludzką i przyprowadzić do Ciebie, Panie, a będę obficie nagrodzony — modlił się kapłan.
Kanak, który pozostał nieco w tyle, pocieszał się w inny sposób. Zjadł obydwa pieczone kurczaki, a tą samą drogą poszła reszta szynki. Wygodniej było nieść to wszystko w brzuchu niż na plecach. Właśnie wyrzucił kość od szynki i spojrzał z westchnieniem w niebo, czy Bóg nie ześle mu jeszcze na deser trochę manny. Ale tam w górze
aniołowie zaciągali właśnie czarną jak smoła zasłonę na przejrzysty dotąd firmament.
— Deszcz idzie! — krzyknął podniecony Biały Kormoran.
— Chwała Bogu — westchnął Damian. — Zagasi chyba to piekło.

Wkrótce jednak przekonał się, że istnieje także mokre piekło, zwłaszcza podczas nocy w lesie dziewiczym.
Z zadziwiającą szybkością rozpostarła się czarna chmura po całym niebie. Spadły pierwsze krople, a potem rozwarły się w górze wszystkie śluzy i całe morze spadło na ziemię. Za każdym krokiem niebo bluzgało wiadrami wody na głowy wędrowców. Grunt leśny, jeszcze przed chwilą suchy jak popiół, w kilka minut zamienił się w same bajora i kałuże, a woda sięgała im do kostek.
— Noc spada na dół! Słońce umiera —jęczał teraz Kanak. I rzeczywiście, w pół godziny później noc zapadła ciemna choć oko wykol. Potykali się o zwisające pnącza i korzenie, uderzali głowami o pnie drzewne. Błyskawice przeszywały dach lasu, a grzmiało tak, że aż Biały Kormoran ryczał głośno ze strachu.
— Przestań ryczeć, Joane! — strofował go Damian. — Kiedy grzmi, piorun już uderzył. Gdyby ciebie ugryzł, nie słyszałbyś już grzmotu!
— Marna pociecha — pomyślał syn Mórz Południowych. Wiedział,że w taką noc jak ta wszystkie diabły i upiory mogłyby go napaść. W łunie błyskawic posuwali się obaj nadal. Ale nogi grzęzły wciąż w błocie i w plątaninie pnączy. Wreszcie Damian upadł jak długi na mokrą ziemię.
— Nie ma celu iść dalej — powiedział, kiedy się podniósł na nogi. — Nie wyjdziemy już z lasu. Musimy noc tu przeczekać. Usiedli na powalonym pniu platanu, a z nieba tymczasem lało bez przerwy.
Damian przesuwał w dłoniach paciorki różańca. Ale Kanak obok niego stękał żałośnie. Obiema rękami przyciskał brzuch, w którym zapewne duchy pieczonych kurcząt i szynki wyprawiały harce. Nagle z głośnym wrzaskiem porwał ojca za ramię. Drżąc na całym ciele, wskazywał na wszystkie strony, gdzie błyskały setki i tysiące małych iskierek.
— Duszki ogniowe — szepnął przerażony.
Damian jednak roześmiał się tylko:
— Te nie są groźne, przyjacielu. Miliony drobnych świecących chrząszczyków pełzały w podszyciu leśnym. Wyspiarz skomlał ze strachu i z powodu bólu brzucha. Strachy na zewnątrz, strachy w brzuchu, a ponadto jeszcze co chwila wiadro zimnej wody na głowę — było to doprawdy za wiele dla Białego Kormorana. Podparł rękami głowę i zamierzał umrzeć.
W pół godziny później spał jak zabity. Damian de Veuster czuwał przez całą noc. I on nie był bynajmniej w radosnym nastroju. I jego gnębiła ta straszna, niekończąca się noc. Całe ciało piekło niemiłosiernie od ukąszeń czerwonych mrówek, a mimo to zaczęły go po całodziennym upale przenikać lodowate dreszcze. Ukąszona ręka puchła coraz bardziej i bolała nieznośnie. Niełatwo w taką noc zapanować nad niecierpliwością i rozgoryczeniem.

W tym samym czasie jechał o dwoje dzieci w zielonym jak trawa powoziku, zaprzężonym w białego kozła, z Werchtern do Tremelo.Stary nauczyciel znowu rozpalił umysły i serca młodych Flamandczyków bohaterskimi legendami o Janie Breydelu, Piotrze de Conincku i Lwie z Flandrii. Tak więc myśli obojga dzieci przepełnione były
tymi wspaniałymi rzeczami. W milczeniu siedziały obok siebie, ale policzki ich płonęły i błyszczały oczy.
— Stryj Józef także jest bohaterem! — powiedział Jaś, najstarszy syn gospodarza Leona de Veuster, do Marynki Vermeylen, swojej małej krewniaczki z jasnymi warkoczykami. — Jest misjonarzem!
— dodał z dumą.
— A co on robi jako misjonarz? — zapytała Marynka.
— Jako misjonarz chrzci oczywiście i prawi kazania, no i walczy
z tygrysami i lwami. Myślę, że miażdży je na śmierć pięściami.
— Gołą pięścią? — zdziwiła się Marynka.
— Na pewno gołą ręką! I wciąż przychodzą czarni poganie. Mają ogromne, grube maczugi i chcą pozabijać misjonarzy. A wtedy stryj Józef pokazuje im krzyż, a oni wypuszczają pałki z rąk i pozwalają się
ochrzcić. Tak to jest z misjonarzami. Ja też będę misjonarzem! Marynka nie posiadała się ze zdziwienia. A Jan de Veuster trzasnął z bata i krzyknął:
— Hej, Kobes, prędzej! Głodny jestem…
O tej samej godzinie stryj Józef przetrząsał ubranie i koszulę szukając czerwonych mrówek. Kiedy udało mu się w ciemności jaką złapać, rozgniatał ją gołą ręką. A z nieba wciąż jeszcze lała się na niego zimna woda.
— Ot, dola misjonarza — westchnął Damian. — Walki z mrówkami i moskitami, pająkami i karaluchami, ze słońcem i deszczem, skwarem i chłodem. Wszystko to, co tak co dzień gryzie i kłuje, wierci, pali i kaleczy,
mogłoby zadręczyć duszę i ciało. Codzienne drobne upokorzenia bardziej nam dokuczają niż wielkie cierpienia szczególnych doświadczeń.
Kanak zajęczał cicho przez sen. Śnił o upiorach.
— Biedaczysko! — uśmiechnął się ojciec. — I z tobą dzieje się podobnie jak ze mną. Odważnie rzucasz się z nożem w ręku na rekina, ale kilka świetlików wyprowadza cię z równowagi. Nędznymi, słabymi stworzeniami jesteśmy! Daj, nam, Panie, siłę, byśmy umieli znosić małe krzyże dnia powszedniego!

Deszcz padał przez całą noc. Dopiero nad ranem słońce przebiło promiennymi palcami chmury i deszcz ustał. Czarne chmury rozeszły się i niebawem błękitne niebo śmiało się przekornie i niewinnie do obu wędrowców puszczańskich, którzy nie mieli na sobie suchej nitki i dygocąc z zimna wyruszyli w dalszą drogę.
Powoli słońce wysuszyło na nich odzienie i z rozkoszą poczuli ciepło przepływające przez na wpół skostniałe ciało. W południe żar wzmógł się znowu. Puszcza dymiła oparami i pot na nowo spływał
strumieniami z wędrowców.
— Zjemy teraz — powiedział Damian po kilku godzinach uciążliwego marszu. — Ty pewnie też jesteś już głodny, Joane. Spożyjemy kurczaki, wypakuj je. Biały Kormoran długo grzebał w plecaku. Naraz krzyknął bardzo przerażony:
— Duchy porwały dzisiaj w nocy kurczaki i zżarły je!
— Niech ci jeszcze wygryzą dziurę w brzuchu! — beształ gniewnie misjonarz. Zaledwie jednak wypowiedział to straszne złorzeczenie, Kanak począł żałośnie zawodzić, trzymając się za brzuch z boleści już niemal zapomnianych, które mu przypomniano teraz tak bezwzględnie.
— Zamknij buzię, Joane! — burknął ojciec. — Duchy w twoim brzuchu mogą się zaziębić!
Kanak od razu zaprzestał krzyków, zamknął usta i ograniczył się do kilku ciężkich westchnień. Co to jednak pomogło. Co znikło, to znikło. Szynka i kurczaki przepadły. Zegnajcie. Trzeba dalej wędrować o głodzie. Zmęczeni i zniechęceni wlekli się dalej. Ojciec Damian nie był pewny, czy nie oddalili się zbytnio od właściwego szlaku. Mijała godzina za godziną. Biały Kormoran czuł wyraźnie, jak dziura w jego brzuchu staje się coraz większa, a i ojciec wypatrywał daremnie drzew owocowych. W dziczy tej nie było co zbierać.
Godzina za godziną mijała. Czerwone mrówki okazywały głód nieposkromiony. Zmrok zapadał w lesie, a wiadomo, że pod zwrotnikiem trwa ona niedługo. Trzeba będzie jeszcze jedną noc spędzić w lesie na pniu drzewa. Nerwy misjonarza napięte były do ostateczności. Czuł, że siły go opuszczają. Ale co to pomoże? Dalej, byle dalej! I ten las musi się gdzieś kończyć. Kanak u jego boku cicho skomlał.
Nagle krzyknął uradowany: — Pies szczeka! Pies! Gdzie są psy tam są i ludzie, którzy jedzą i piją, i mają chatę!
Istotnie! Z daleka dolatywało szczekanie i w kwadrans później kilka kosmatych kundlów obskakiwało ich dokoła. Znużonym wędrowcom wydały się posłańcami z lepszego świata. Ukazało się kilka chat trzcinowych. Byli u celu! To była poszukiwana wieś. Ze zdziwieniem przyglądali się Kanakowie białemu mężowi i jego towarzyszowi, którzy stali przed nimi zabrudzeni, obdarci, z pokrwawionymi i opuchniętymi twarzami.
— Kai, kai! — zawołał Biały Kormoran. — Jeść, jeść!
Ojciec Damian słaniał się z głodu i zmęczenia.
— Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus! — zdołał jeszcze wyjąkać.
— Na wieki wieków! — odpowiedzieli chórem Kanakowie. Bogu dzięki! To była poszukiwana wioska. Skoro tylko wyspiarze poznali w Damianie misjonarza, zaprowadzili go wraz z jego sługą gościnnie
do chaty i jęli znosić całe góry orzechów kokosowych i bananów, i wielkie kalebasy pełne „poi”.
Joane pochłaniał łapczywie wszystkie te smakołyki tak, że sok ściekał mu po brodzie. Ojciec Damian był nazbyt znużony, ledwie mógł jeść. Po posiłku gościnni wyspiarze poczęstowali obydwóch wędrowców
jakiś mętnym płynem w czaszy z orzecha kokosowego. Biały Kormoran chciwie pociągnął łyk, ojciec Damian pił też, wprawdzie z pewnym niedowierzaniem. Ale Kanak, który podał napój orzeźwiający, powiedział:
— Niech biały ojciec pije bez obawy. Babka zaraz nawarzy nam więcej „kawy”.
Wskazał przy tym na brunatną starą kobietę, która siedziała przykucnięta w kącie izby. Ręce i nogi miała poobwijane w stare szmaty.
— Rany nie chcą się jej zgoić — objaśnił gospodarz chaty. Żujące szczęki staruchy mełły korzenie taro, które potem jako papkę wypluwała do naczynia. Od czasu do czasu dolewała nieco wody. Rano wystawi to wszystko na słońce i „piwo” będzie gotowe. Starucha była browarem tych niewymagających ludzi. Damian stracił nagle całą ochotę do picia. Poczuł takie nudności, że musiał wybiec czym prędzej z chaty, zostawiając za sobą uprzejmego gospodarza
na pół rozgniewanego, na pół zdumionego. Biały Kormoran za to tym obficiej raczył się piwem „kawa”.
— Jestem zbyt wrażliwy jak na misjonarza — ganił siebie
Damian powróciwszy do chaty. — Pewnie uraziłem tego poczciwego człowieka.
Tego wieczoru Damian obszedł wszystkie chaty. Dla wszystkich był lekarzem ciała i duszy. Pewnej kobiecie chorującej na febrę zaaplikował dawkę chininy, a jednocześnie przygotował ją na śmierć. Ochrzcił kilkoro dzieci. Wszędzie odnajdywał jeszcze ślady wiary. Z dumą pokazywali mu Kanakowie krzyżyki, niezdarnie z surowego drewna sklecone, wiszące w każdej niemal chacie. Ten i ów posiadał nawet wizerunek Madonny podarowany jeszcze ongiś przez ojca
Euzebiusza.
— Maria! — mówili przy tym, a oczy im błyszczały. Radość wszystkich mieszkańców wsi z posiadania znowu pośród
siebie białego zakonnika była nie do opisania. Szybko opróżniono chatę, w której misjonarz miał następnego dnia odprawić Najświętszą Ofiarę. Do późnej nocy ozdabiano święty przybytek.
W nocy położył się Damian w chacie trzcinowej, w której go podejmowano, na macie. Był śmiertelnie zmęczony. Mimo to długo nie mógł zasnąć. Moskity brzęczały i cięły go w twarz.
Jaszczurka przemknęła mu po ręce. Stara piwowarka chrapała i chrząkała przez sen. Damian złożył ręce i modlił się: — Boże, dziękuję Ci za wszystkie udręki tych dni i nocy, bo pozwoliłeś mi odnaleźć ludzi. — I pokornie dodał: — Przebacz mi zniechęcenie i niecierpliwość. Następnego dnia wcześnie rano słuchał Damian spowiedzi wielu Kanaków. Niektórzy z nich dzielnie walczyli z sobą w ciągu tych lat, kiedy byli pozbawieni duszpasterza. U innych za to kapłan stawał wobec prawdziwej otchłani zdziczenia moralnego. Pohańbienie małżeństwa, zbrodnie popełnione na nie urodzonych dzieciach, najstraszniejszy nierząd już nawet w wieku dziecięcym — wszystkie owe dawne pogańskie występki Mórz Południowych przedkładano białemu ojcu na spowiedzi z uśmiechem i te brunatne dzieci dziwiły się, że misjonarz wszystko to nazywa ciężkim grzechem. Jedna z kobiet wyznała, że według starego obyczaju zabiła jedno ze swych nowo urodzonych bliźniąt.

— Och, szkoda mi go było, bo takie było ładne i silne — ubolewała.
— Ale gdybym nie złożyła go w ofierze, byłabym na pewno straciła oboje.
— Tu brak kapłana — jęczał misjonarz. — Trudno się dziwić, że na tej świeżo uprawionej, a potem niedoglądanej roli wyrastają wraz z pszenicą i chwasty.
A jednak ludzie ci szczerze opłakiwali swoje grzechy, kiedy ksiądz z całą powagą i miłością przedstawiał im ogrom ich win. Po spowiedzi odprawił Damian mszę świętą w chacie, którą krajowcy zamienili w istny ogród kwiatowy. Czasami chrząszcz jakiś albo pająk przebiegł po mensie ołtarza, ale jednak widać było, że miłość nakryła tu stół Bogu, a w pieśniach i modłach Kanaków brzmiała taka radość, taki szczery zapał, że kapłanowi przy ołtarzu łzy cisnęły się do oczu.
— Parce, Domine, parce populo Tuo — szeptał przejęty. — Przebacz, Panie, przebacz ludowi Twojemu. Nie pozwól im zginąć w otchłani grzechów. Przebacz im, Panie, bo nie wiedzą, co czynią.
Po mszy świętej Damian ponownie wstąpił do chaty gościnnej. Zastał tam starą piwowarkę skuloną w swoim kącie. Jęczała cicho.
— Co cię boli, mateczko? — zapytał kapłan. — Pozwól obejrzeć twoje poranione ręce.
Ale starucha broniła się uparcie. Trwożnie ukryła ręce za plecami; dygotała przy tym na całym ciele.
— Pozwólcie, matko, nie zrobię wam nic złego! Damian łagodnie, lecz stanowczo pochwycił jej rękę i odwinął
brudne szmaty. Zaledwie jednak usunął opatrunek, odskoczył zataczając się. Zimny pot wystąpił mu na czoło, oczy wyszły z orbit. Silny mężczyzna zbladł aż po wargi.
— Trąd!!! Boże, trąd — wyjąkał zasłaniając twarz rękoma. Palce staruchy były już tylko białymi, obrzmiałymi kikutami, bez paznokci, z obgniłymi czubkami. Z kilku otwartych ran sączyła się gęsta, lepka
ropa, która napełniła całą chatę zaraźliwym fetorem.
Trąd! Trąd! Nigdy dotychczas Damian nie widział trądu, znał go jedynie z opisów innych misjonarzy. Wiedział, że trąd jest czymś strasznym. Ale to? To już nie była choroba, to była groza, śmierć
i rozkład za życia! Starucha jęczała cicho i usiłowała owinąć z powrotem palce w te same brudne szmaty.
— Nie na Molokai! — lamentowała. — Nie na Molokai!
— Nie, nie na Molokai! — wrzasnął na nią Damian. — Ale siedzieć tu i żuć korzenie taro, by inni potem zapijali się tą wyplutą przez ciebie papką! Pozabijasz ich wszystkich!
Z odrazą wspomniał, że i on oraz Joane, jego brunatny pomocnik, pili ten piekielny napój.
— Wszystkich nas pozabijasz, wszystkich! — krzyknął ponownie.
Jak urzeczony wpatrywał się w odrażający, ropiejący kikut ręki. Czy nie wyciągały się już owe zniekształcone, gnijące palce po jego własne serce? Silny misjonarz drżał z przerażenia. Kurczowo chwycił się zaserce, bo zdawało mu się, że czuje już uścisk śmierci. Ale ręce jego natrafiły na krzyż zatknięty za pas. Krzyż misjonarski.
Kapłan wydobył go i długo wpatrywał się w wizerunek umęczonego Zbawiciela. Czy wzrok umierającego Boga-Człowieka nie spoczywa ze smutkiem na swoim kapłanie? Czy usta Ukrzyżowanego nie poczynają mówić: — Dlaczego jesteś dla niej okrutny? Ja kładłem im dłonie na czoło i leczyłem ich rany. A ty?
— Przebacz mi, Panie! Wiem, że jesteś w utrudzonych i obciążonych, że jesteś w trędowatych, Panie. A przecież Cię nie poznałem. Staruszka przyczołgała się tymczasem na kolanach do nóg księdza. Jej okaleczałe ręce wczepiały się w jego odzienie.
— Nie na Molokai! Biały ojcze! Nie na Molokai! — stękała, a lęk i zgroza widniały w jej oczach.
Wówczas kapłan pochylił się ku niej, podniósł klęczącą i ucałował jej zbrużdżone czoło. Potem zrzucił z siebie sutannę, zdjął koszulę i udarł z niej kawał płótna, zanurzył w czarce z wodą i począł zmywać ropę z rąk i nóg trędowatej. Na czoło wystąpił mu pot, obrzydzenie dławiło w gardle. Ale kapłan nie ustąpił, póki nie obandażował starannie chorych członków szmatami z własnej koszuli.
— Bóg was kocha, matko — szepnął potem staruszce — bo ciężko was doświadczył.
A potem wstał i zataczając się wyszedł z chaty. Na dworze poczęła go dręczyć myśl, co stanie się z tą kobietą.
Zgodnie z obowiązującymi przepisami winno się ją przenieść natychmiast na Molokai, wyspę trędowatych. Jakże łatwo może ona wciągnąć swoich najbliższych, ba, osadę całą, w otchłań tej strasznej choroby. A jednak — czy nie można by pozwolić staruszce umrzeć spokojnie wśród swoich, tu, gdzie ją wszyscy znali i kochali. Okrucieństwem byłoby wydzierać ją z objęć dzieci.
— Nie na Molokai, biały ojcze, nie na Molokai — błagali teraz z płaczem również i krewni staruszki, którzy tymczasem dowiedzieli się w chacie o wszystkim i tłoczyli się dokoła misjonarza. — Molokai to piekło!
— Nie jestem policjantem rządu — powiedział Damian. — Ostatecznie niech u was zostanie. Ale nie wolno jej mieszkać pod jednym dachem razem z wami. Postawcie jej osobną chatę! Nie jedzcie z tej samej miski, co ona! Nie pijcie ze wspólnego kubka. Przede wszystkim nie wolno jej więcej żuć dla was korzeni! Inaczej wszyscy pomrzecie!
— Żadna niewiasta we wsi tak dobrze nie żuje „kawy” jak ona — frasowali się szczerze Kanakowie. — Ale niech już tak będzie, byleby nie zabrali jej na Molokai.
Jeszcze tego samego dnia zbudowali osobną chatę trzcinową dla trędowatej. Ojciec Damian zaś podjął dalszą podróż misyjną, tym razem jednak bez swego brunatnego sługi, którego zostawił w gościnnej osadzie, nazbyt wyczerpanego męczarnią ubiegłych dni. Kiedy Damian po kilku tygodniach powrócił do tej samej wsi, nie zastał tam już swego sługi. Dokąd się udał, misjonarz nie mógł się dowiedzieć.

WIELKI PIĄTEK W KOHALI

Minęły lata.
Damian de Veuster trudził się jak olbrzym na roli swego nowego okręgu misyjnego. Tygodniami i miesiącami wędrował wzdłuż i wszerz swej niezmierzonej parafii, aby odnaleźć każdą owieczkę. Bywały to wędrówki przez puszczę, marsze przez zamarłe, niesamowite pola lawy, przez piachy i pustkowia. Często droga wiodła przez olbrzymie grzbiety górskie. Rękoma, stopami i kolanami trzeba było obejmować skalne ściany, wpierać się w nie całym ciałem. Często wędrowiec apostolski docierał do celu obdrapany i okrwawiony. Ileż trudu kosztowała taka wędrówka w skwarze lub deszczu, ile wyrzeczeń, ile nocy pełnych grozy i zupełnego osamotnienia — nocy w lesie
dziewiczym, nocy w jaskiniach górskich, nocy na chłodzie i na deszczu. Ale jakże szczęśliwym czuł się misjonarz, jeśli po pokonaniu wszelkich trudów znalazł choćby jednego tylko człowieka,
którego mógł przyprowadzić do Boga.
Jak posępny cień szła za nim podczas wszystkich wędrówek nienawiść pogańskich czarowników, wrogość i zawiść sekciarzy.
— Szatan! Bałwochwalca! Oszust! — wołali za nim często w osadach niby podbuntowane dzieci purytańscy chrześcijanie. Jakże często stwierdzał z bólem serca, że w czasie jego nieobecności nieprzyjaciel nasiał kąkolu na jego polu. I chwasty zakorzeniały się na równi z dobrym ziarnem. Jakże często rozbijano mu na nowo to, co z takim trudem zbudował. Krok za krokiem, bardzo powoli zdobywał Damian własną parafię. Z niewypowiedzianym mozołem udało mu się wyniszczyć najgorsze nałogi i zaszczepić miękkiemu, zmiennemu Kanakowi trochę „żelaza do krwi”, jak się wyrażał. Jakże męcząca była ta nieustanna walka z zakorzenionym zabobonem, który swoim odrębnym światem grozy i przerażenia wciąż od nowa wdzierał się w radosną jasność chrześcijańskiej wiary. Samotny zakonnik nieraz uginał się pod brzmieniem rozpaczy, gdy znowu i znowu widział, jak wali się wszystko, co wzniósł kosztem najwyższego wysiłku. Jakże często stawał przed ruinami. Ojciec Damian de Veuster zaciskał wtedy zęby
i zaczynał od nowa. I powoli zasiew począł wystrzelać w kłosy.
Damian przeżywał znowu największą radość gospodarza: patrzał, jak na wiosnę wschodzi zasiew na roli. Z pomocą Kanaków budował po całej rozległej parafii kościoły. Silny Flamandczyk chwycił znowu za siekierę, rąbał w lasach i dźwigał na własnych barkach co najcięższe pnie. Był równocześnie budowniczym i cieślą.
W czasie Wielkiego Postu 1868 roku wznosił misjonarz Panu wysoko w górach nową świątynię. Tygodniami całymi Kanakowie razem z nim ścinali drzewa i dźwigali je jak krzyże na górę. W Niedzielę Palmową biskup uroczyście poświęcił kościół. Radość była ogromna.
— Idziemy naprzód — powiedział ojciec Damian do arcypasterza, a oczy mu promieniały.
— Niech Bóg strzeże twego dzieła — odpowiedział poważnie biskup Maigret. Smutek brzmiał w jego głosie. Widział już niejedno wspaniałe dzieło w tym państwie wyspiarskim rozsypujące się gruzy.
Nadszedł Wielki Piątek. W tym roku zamierzał Damian przeżyć Wielki Tydzień i Wielkanoc tutaj właśnie, wysoko w górach. Tutaj miała być jego własna Góra Oliwna, jego Golgota i Góra Zmartwychwstania. Skończyła się właśnie Męka Pańska według słów świętego Jana.
— Ecce lignum Crucis! — śpiewał teraz ojciec Damian i jął zdejmować fioletową osłonę z prawego ramienia krzyża. — „Oto drzewo Krzyża, na którym zawisło zbawienie świata!” Zza ciemnej zasłony jawiła się oczom przebita, skurczona ręka Pana.
— Venite, adoremus! — zabrzmiała odpowiedź. — „Pójdźcie, pokłońmy się!”
Wyspiarze padli na kolana przed odsłoniętym znakiem Męki. W tej samej chwili straszliwe uderzenie wstrząsnęło kościołem tak, że jęknęło drewniane belkowanie i dach zadrżał. Stłumiony okrzyk rozniósł się po świątyni. Pobladł kapłan przed ołtarzem. Ale potem zdjął osłonę z lewego ramienia krzyża i zaśpiewał silnym głosem:
— Ecce lignum Crucis!
Zza fioletowego welonu wyłoniła się druga zraniona ręka.
— Venite, adoremus!
I znowu rzucili się wierni na kolana, ale jednocześnie ponowne drżenie wstrząsnęło posadami kościoła. Grzmotem podziemnym zadudniło w fundamentach. Potężne pnie trzeszczały i dygotały. Dzwon na wieży zaczął dzwonić w sam Wielki Piątek. Znowu zerwały się krzyki strachu i przerażenia. Kapłan zaś przy ołtarzu zdjął zasłonę z cierniem uwieńczonej głowy Umęczonego i zaśpiewał potężnym głosem, zmagającym się z grzmotem podziemnym:
— Ecce lignum Crucis!
I jeszcze raz chrześcijanie kohalańscy rzucili się na kolana. Uroczyście zaniósł de Veuster krucyfiks przed stopnie ołtarza, sam się nad nim wyprężył i całował święte rany. Zdało mu się, jakby sam miał być ukrzyżowany razem z Panem, jakby gwoździe przenikały jego własne dłonie i stopy, jakby włócznia przebijała jego własne serce.
— Ojcze, jeżeli to możliwe, oddal ten kielich od nas — błagał. — Lecz nie moja, jeno Twoja wola niech się stanie!

Przez cały czas obrzędów wielkopiątkowych trwały podziemne grzmoty. Rozpoczęła się msza z darów uprzednio poświęconych. Naraz zatrzęsła się góra i ciemne chmury zgasiły blask słońca.
Obrzęd liturgiczny dobiegał końca. Pozostawało tylko ogołocenie ołtarza. Zaledwie kapłan wstąpił na stopnie, by zdjąć poświęcane obrusy, nowe straszliwe uderzenie podziemne zatrzęsło całym domem Bożym. Potem nastąpiło drugie, jeszcze silniejsze, z towarzyszącym mu głuchym, gniewnym grzmotem. Na ołtarzu wywróciły się lichtarze. Tutaj nic już nie było do zrobienia, w ten Wielki Piątek Bóg sam ogołocił swój ołtarz. Oto trzeci wstrząs, potężniejszy od poprzednich.
Dwa czy trzy filary drewniane wyrwały się z budowli. Wiązania dachu pękły i chwiały się, grożąc w każdej chwili zawaleniem. Zerwały się krzyki, wycia grozy i przerażenia. W dzikim popłochu jedni Kanakowie pchali się do wyjścia, inni z jękiem rzucali się na ziemię i zasłaniali twarze. Lada chwila wybuchnie panika. Ale oto silny głos sprzed ołtarza opanowuje chaos i poskramia obłęd. Opuszczanie kościoła odbywa się w zupełnym porządku. Jako
ostatni wychodzi z niego kapłan, trzymając w wysoko wzniesionych rękach odsłonięty krzyż. Za nim z trzaskiem wali się dach świątyni.
Bóg sam ogołaca swój ołtarz. Na dworze Damian widzi grozę i zniszczenie. Olbrzymy leśne na wzgórzach dokoła chwieją się niby maszty okrętowe. Trzęsienie ziemi łamie najmocniejsze pnie. W dolinach chaty zdruzgotane, płonące wsie, rozbiegani, wrzeszczący, obłąkani ludzie. Wielu spośród wiernych zbiega w dół do chat, aby ratować swoje dzieci z pożaru i zwalisk. Tam na stoku stado kóz wspina się w górę otoczywszy ciasnym kręgiem pasterza. W górze jest się pewniejszym swego życia.
— Prędzej, na Boga! prędzej! — krzyczy ojciec Damian i pędzi naprzeciw pastuchowi. Ale wtem… okrzyk powszechnego przerażenia. Ściana skalna naprzeciwko poruszyła się, chwieje się w tę i w tamtą stronę, pochyla się do przodu. Teraz runęła! Ogromne bloki odrywają się i pędzą z łoskotem, jak lawina, tuż przed stopami
kapłana. Patrzcie! Kamienny potok stacza się i wali z hukiem na wspinające się stado. Straszliwe zderzenie! Dzikie kłębowisko głazów, pni, zwierząt i ludzi! Dymiąca chmura kurzu i kamieni! Potem wszystko razem zapada w przepaść! Gromada ludzka na górze tłoczy się krzycząc, jęcząc i płacząc. Damian jest śmiertelnie blady. Ręce jego kurczowo ściskają krzyż wielkopiątkowy. Oczy płoną jak w obłędzie, a wargi bezdźwięcznie powtarzają:
— Boże mój, Boże mój, czemuś nas opuścił?
Nowy cios uderza w kościół. Chwieje się wieża. Filary trzaskają, wszystko się załamuje! Z walącej się wieżycy wylatuje dzwon, z jękiem uderza o skałę i toczy się w dół. Za chwilę leży rozbity u podnóża ściany skalnej.
— Wszystko runęło — jęczy misjonarz i zgaszonym wzrokiem obejmuje grozę zniszczenia. Istotnie, wszystko runęło. Jeden jedyny filar ostał się jeszcze, podtrzymując grubą belkę poprzeczną. Wznoszą
się te drewna spośród ruin i zniszczenia niby krzyż na Golgocie. Pod tym krzyżem stoi z pochyloną głową Damian de Veuster. Ból jego nie znajduje łez. Taki jest Wielki Piątek w Kohali…

Dopiero w południe w Wielką Sobotę drżenie ziemi nagle ustało.
Przed owym wielkim krzyżem — jedyną pozostałością z kościoła
— w smutku wznosi misjonarz z gruzów ołtarz na uroczystość wielkanocną. W Niedzielę Wielkanocną wzeszło olśniewające słońce, jaskrawo oświetlając ogrom zniszczenia. Nie ma dzwonu, który by zwoływał wiernych na nabożeństwo. Miast niego dudnią głucho bębny z pni drzewnych, a ze zniszczonych wsi, z na wpół zwęglonych chat wędrują ludzie ku krzyżowi na górze, przed którym przygotowano ołtarz. Wielu jest między nimi rannych, którzy kuśtykając, wsparci na towarzyszach, dążą na Świętą Ofiarę. We wszystkich oczach odbija się beznadziejny
smutek i przepastny ból. Nędza ludzka dąży do krzyża wielkanocnego, który szeroko rozpościera ramiona ponad rumowiskiem.
— Terra tremuit et quievit — modli się ojciec Damian podczas Mszy wielkanocnej. — „Ziemia zadrżała i umilkła, kiedy Bóg powstał sądzić”… Boże mój, cóż za sąd straszliwy! Ukarałeś ich ciężko za
występki i grzechy, Panie. Zniszczyłeś także moje dzieło, bom Ci ja sługa za mało święty. Lecz jeśli sądem tym rozorzesz ich serca pod nowy zasiew, będę Ci dziękował, Panie, żeś zniszczył moje dzieło.
Dozwól mi z pomocą Twoją zbudować je na nowo! W następnych tygodniach Damian podejmuje ponowny obchód swej olbrzymiej parafii. Wszędzie znajduje nędzę, śmierć i zniszczenie. W wąwozach górskich łeżą zabite stada wraz z pasterzami.
Zbiory wszędzie całkowicie zniszczone. Głód nawiedzi wyspę, głód i śmierć. Misjonarz dociera aż do morza, aby odwiedzić osadę rybacką. Szuka jej jednak na próżno. Wybrzeże jest puste, nagie zupełnie.
Urągliwie uderzają fale o puste brzegi. Jakiś człowiek wychodzi mu naprzeciw, jest nagi od stóp do głów.
— Kililano! — woła kapłan. — Kililano co stało się z waszą wsią? Gdzie chaty wasze, gdzie kościół? Kanak wybuchnął przeraźliwym śmiechem.
— Wszystko w wodzie! Wszystko w wodzie! Ha, ha, ha, ha!
— Mój Boże, ten człowiek zwariował — stwierdza kapłan i stara się go uspokoić. Ale nieszczęśliwy aż się zatacza ze śmiechu, tańczy i krzyczy: — Wszystko w wodzie! Wszystko w wodzie!
Wtedy Damian de Veuster głośno zapłakał…
Misjonarz postanawia odwiedzić jedną z bardziej oddalonychosad. Ponieważ droga przez góry jest niezmiernie uciążliwa, obiera drogę morską. Dwóch Kanaków pcha kanu ku grzmiącej kipieli.
Kanu jest wydrążonym pniem drzewnym o szerokości zaledwie półmetrowej. Morze dziko wali o łódź, w którą wsiada Damian. Wiosła zanurzają się w wodzie. Kanu pędzi przez grzmiącą kipiel podrzucane przez nią wysoko —- staje prawie prostopadle, przez chwilę unosi się niemal w powietrzu, aby w następnej chwili runąć w dół.
Kipiąca piana wlewa się ze wszystkich stron do środka. Nareszcie odetchnęli! Zwyciężona kipiel pozostaje za nimi. Przed nimi ciche, jasne morze, przejrzyste aż do dna, z którego wybłyskują ku górze czarowne kształty różowych i białych korali. Rytmicznie, szerokimi pociągnięciami wioseł kierują Kanakowie łódź, śpiewając do wtóru pieśń o sławetnym wodzu Rata z zaczarowanego kraju Kupolu, który przy pomocy białych ptaków wybudował łódź na podróż dokoła świata:

Droga dla kanu! Droga dla kanu!
Droga w wonnych kwiatach!
Cała rodzina ptaków z Kupolu
Ciebie, dzielny wodzu Rata,
Sławi ponad wszystkich śmiertelników!
Oo!

— Boże, jakże piękny jest Twój świat! — woła rozmiłowany w barwach Flamandczyk i chłonie oczyma świetliste morze i barwne głębie, przez które śmigają błyszczące ciała ryb. Po raz pierwszy od czasu Wielkiego Piątku w Kohali Damian odczuwa znowu radość. Po straszliwych przejściach minionych dni jazda ta da mu wytchnienie
i spokój. Kapłan wyjmuje z kieszeni brewiarz i do odwiecznego rytmu psalmów szumi potężnym akompaniamentem ocean wieczysty i uderzają w takt wiosła, i dzwoni pieśń Kanaków:

Droga dla kanu! Droga dla kanu!
Droga w wonnych kwiatach!
Oo!

Nagle okrzyk przerażenia: Toniemy! Pośród raf koralowych łódź znienacka dostała się w wir. Jedno wiosło pęka z trzaskiem. Kanu uderza w rafę i przewraca się. Damian i Kanakowie wpadają do morza. Nie ma możności odwrócenia
łodzi. Udaje się tylko Damianowi pochwycić worek gumowy ze świętymi naczyniami. Wszystko inne tonie… Szczególnie mu żal miłego sercu małego brewiarza. Nie ma już czasu, by go wyłowić!
Teraz chodzi tylko o to, aby dopłynąć… Ale woda obciąża ubranie Damiana, święty ciężar w rękach utrudnia ruchy, ciągnie w głąb jak ołów… A tu już kipiel. Boże, ratuj! Następna fala może go roztrzaskać o rafy. Ostre, spiczaste skały koralowe, po których rzucają nim fale, tną go w twarz, w ręce, drą w strzępy ubranie. Czoło broczy krwią. Niczym olbrzym toruje sobie zakonnik drogę przez kipiące, grzmiące morze. Teraz! Ogromna fala porywa go, ciska wysoko
i rzuca z łomotem na ląd.
Kapłan stracił przytomność. Dopiero na rękach troskliwych Kanaków przychodzi do siebie.
Chwała Bogu, wyszedł cało! Tylko kilka skaleczeń i głębszych obrażeń. Misjonarz nic sobie z tego nie robi. Lata na wyspie przebyte nie oszczędziły mu szkód na ciele. Już następnego dnia wędruje Damian w kierunku gór, za którymi czeka na niego niedola… Niewypowiedziane są trudy tej wędrówki. Góry piętrzą się przed nim jak mury nie do zdobycia. Całym ciałem pełznie misjonarz po niedostępnych skałach, przeciska się przez wąskie kominy, posuwa
ostrożnie piarżystymi ścieżkami na zawrotnej wysokości. Wreszcie wejście dokonane, zejście będzie łatwiejsze.
Nagle dobiegły Damiana głosy z głębi. Głosy, w których słychać strach i przerażenie. A wśród tego śmiech, straszliwy, obłędny śmiech. Kapłan szybko zaczyna schodzić po piargach i wśród bloków skalnych. Coraz głośniej dochodzi do niego krzyk, coraz przeraźliwiej jazgocze śmiech. Przed nim nagle rozwiera się jar. W tym jarze
z tuzin ludzi. Na ich widok Damian ze zgrozą odskakuje w tył. Chwyta go przerażenie. Zdaje mu się, jakby spojrzał w piekło.
Ludzie w jarze są wszyscy prawie zupełnie nadzy. Ciała ich i członki okaleczałe, zżarte, na wpółzgniłe, twarze zniekształcone niby maski piekielne. To jar trędowatych, którzy się tu ukryli przed agentami Komisji Zdrowia, aby ich nie odtransportowali na Molokai. Trzęsienie ziemi i tu poruszyło skały w ów Wielki Piątek. Niektórzy z trędowatych mają ledwo zasklepione rany. Jeden z nich pełza jak robak po ziemi. Spadające głazy połamały mu nogi. Inni szalejąz bólu. Od czasu do czasu rozlega się przeraźliwy śmiech obłąkańca. To istne piekło.
Wykrzywione złością twarze trędowatych wpatrują się w obcego, który znalazł drogę do ich straszliwej samotni. Kilku podnosi kamienie. Wtem jeden z gromady straceńców rzuca się z płaczem naprzeciw kapłanowi i krzyczy:
— Makua Kamiano! Makua Kamiano!
— Ktoś ty? Ja ciebie nie znam.
— Nie znasz mnie? Nie znasz mnie? — krzyczy trędowaty. — Nie poznajesz Joane, Białego Kormorana, który był twoim sługą, aż dopóki nie pozostał w tamtej wsi, gdzie trędowata baba warzyła nam „kawę”? I wtedy Biały Kormoran stał się trędowaty jak ona. I teraz biały ojciec już mnie nie poznaje… — dodał ze smutkiem.
— Joane, mój biedny, kochany Joane — mówi Damian wstrząśnięty i kładzie rękę na ramieniu chorego. — Oczywiście, że cię znam. Doskonale sobie ciebie przypominam.
— Dobry ojciec — uśmiecha się radośnie trędowaty. Ale uśmiech na zniekształconej twarzy wydawał się grymasem iście szatańskim. — Jesteśmy głodni, Makua Kamiano, bardzo głodni — dodaje z jękiem. — Od tygodnia nikt do nas tu w góry nie zachodził, a zejść w dolinę już nie możemy. Trzęsienie ziemi zawaliło naszą drogę.
— Ja się teraz wami zaopiekuję! Ja się wami zaopiekuję, moje dzieci — mówi kapłan. Cały swój prowiant podróżny rozdziela między zgłodniałych, którzy rzucają się jak psy na jedzenie. Potem zajął się rannymi. Znowu drze na strzępy swoją koszulę i opatruje rany. Promień światła pada w otchłań przeklętych.
Po długim i mozolnym wspinaniu się dotarł Damian wieczorem do poszukiwanej osady. I tutaj zastał biedę. Umiał wszakże w tak przejmujących słowach przedstawić biedakom nędzę tamtych najbiedniejszych
z rozpadliny górskiej, że już następnego dnia wybrała się tam gromada Kanaków — nadłożywszy szmat drogi — aby
dostarczyć trędowatym odzieży, posiłku i pomocy.
Kiedy jednak misjonarz po kilku tygodniach powrócił ponownie do jaru trędowatych, nie znalazł tam już nikogo, prócz jednego z połamanymi członkami, który właśnie w jaskini dogorywał. Resztę
wytropili agenci Komisji Zdrowia i odwieźli na Molokai. Damian mógł już tylko zamknąć oczy umierającemu.
— Gdyby mieli chociaż księdza na Molokai — westchnął misjonarz smutno.

KAPŁAN NA WYSPIE ŚMIERCI
u bram piekła

Kohala kąpie się w słońcu, nadszedł bowiem maj, miesiąc Najświętszej Panny. Powietrze pełne jest brzęczenia pszczół i śpiewu ptaków. Ogromne, barwne motyle tańczą nad morzem kwiatów. Tego poranka przechadza się po ogrodzie ojciec Damian w towarzystwie małego, grubego brata Kaspra, który już od lat jest przy nim. Obydwaj tak zapamiętale pykają z białych glinianych fajek, że głowy ich toną w kłębach dymu. Przystają nad zielonym zagonem.
— Obrodzi nam tego roku fasola, bracie Kasprze — mówi ojciec
Damian. — Bób! Można go jeść ze słoniną albo z szynką! Jest towcale niezłe jedzenie, bracie Kasprze!
Poczciwemu braciszkowi aż oczka się zaświeciły z radości. Końcem języka przesunął z lubością po wargach i obydwiema rękami gładzi się po wcale okrągłym brzuszku.
— Bób ze słoninką — powtarza w zachwycie i wznosi oczy ku niebu, jakby stamtąd chciał uprosić sił do tego rajskiego ucztowania.
— Bób ze słoninką… Jakbyśmy byli we Flandrii. Kapłan położył rękę na ramieniu braciszka:
— Tak, przyjacielu, jesteśmy znowu we Flandrii. To tutaj — to moja Flandria, moje Tremelo, ojczyzna! Czasami wydaje mi się, że tam z kościoła wyjdzie matka — moje stare, kochane matczysko, wsparte na kiju; albo że ojciec przejdzie tam między grządkami, tu, tą ścieżką. A kiedy wieczorami zasiądę na werandzie,
to słyszę wyraźnie głos matki, jak czyta ze starych „Żywotów Świętych” o Piotrze Pustelniku albo o jakimś innym bohaterze Bożym. I wiesz, kiedy potem stanie u mego progu para staruszków Kanaków i przedkłada mi jakąś tam swoją troskę, wtedy wiem, że to oni są mi ojcem i matką. Bóg obdarzył mnie nową, kochaną ojczyzną!
Poczciwy brat Kasper słuchając misjonarza ma pełne oczy łez. W milczeniu wracają obaj do domu, tonącego w zieleni, oplecionego aż po sam dach lśniącymi, błękitnymi gwiazdami klematisu.
— Dom w słońcu — uśmiecha się ojciec Damian radośnie. — To nie to, co szałas ojca Klemensa, pełen pająków i karaluchów. Ale w Punie jest on zupełnie szczęśliwy. Kanakowie przywiązali się doń jak do ojca. Bóg wszystko obrócił ku dobremu od czasu owego strasznego trzęsienia ziemi przed pięciu laty. Wszystko zostało piękniej odbudowane. Bóg daje nam dobre żniwo.
— Aha, będziemy mieli wspaniałe ziemniaki tego roku — potwierdza z zapałem brat Kasper, a oczka jego z zadowoleniem biegają po zielonych zagonach. — A grochu i fasoli moc!
— Nie myślałem, co prawda, o ziemniakach i fasoli, lecz o żniwie na roli Bożej… Ale masz słuszność, braciszku. Ojciec Damian przemienił się znów w gospodarza.
— „Gospodarz” to niewłaściwe nazwanie — protestuje brat Kasper. — Staliście się, ojcze, raczej farmerem, plantatorem. Załóżmy się, że tego roku zbierzemy po sześć funtów z każdego krzewu kawowego.
— Misjonarz jako plantator kawy — śmieje się de Veuster. — W Europie kiwaliby głowami. Ale moja dziatwa brązowa zdobywa w tej sposób zatrudnienie, a to idzie jej na zdrowie zarówno ciała, jak duszy. Właśnie nieróbstwo jest powodem zepsucia na tych wyspach. Amerykańscy farmerzy nie pozwalają jednak krajowcom pracować na swoich plantacjach trzciny cukrowej, tytoniu czy kawy.
— Ba, wolą sprowadzać sobie kosookich żółtków, kitajców.
— Właśnie! Japończycy i Chińczycy odbierają Kanakom pracę.
Oczywiście za garść ryżu robią trzykrotnie tyle, ale wyspiarze skazani są w ten sposób na nieróbstwo, jeśli misjonarz nie da im pracy. Tak więc dla dobra ich dusz nieśmiertelnych muszę uprawiać
kawę. Wtem z daleka dochodzi wspaniały, kilkugłosowy śpiew.
— Moje dzieci śpiewają, bracie Kasprze — mówi ojciec z zadowoleniem.
— A jakże, to tam, na plantacji kawy. Cały dzień śpiewają.
Wesołe macie dzieci, ojcze. Obeszli dom i stanęli przed pasieką. Niespokojny szum dochodzi z wszystkich uli.
— Uważaj dobrze, bracie! — mówi Damian. — Pszczoły szykują się do weselnego lotu, jutro pewnie się wyroją. Uważaj! Wyroją się z pewnością na drzewa bananowe. Nowe ule stoją tam już w pogotowiu. Tylko niech cię nie użądlą!
— Za łyżkę miodu dam się chętnie użądlić — śmieje się braciszek.
— Ale dla pewności włożę grube rękawice, mogą potem żądlić, ile wlezie.
— Przecież nie dla miodu założyłem pasiekę, łakomczuchu.
— Więc po co?
— Po to, aby mi dostarczały świec woskowych. Moje dzieci lubią świece, bracie Kasprze. Cały ten ludek na Hawajach lubi światło. No, dosyć gadania! Przecież wiesz, że muszę być na poświęceniu kościoła w Maui. Ojciec Fouesnel pisze mi, że prosięta z całego Weiluku pieką się już na nasze przyjęcie.
— Ojcze Damianie, przywieziecie mi maleńką szyneczkę? — żebrze brat Kasper.
— A jakże! Jeśli w ogóle powrócę… — uśmiecha się misjonarz. Ale na te słowa obruszył się poczciwy braciszek.
— Co to znowu ma znaczyć? „Jeśli w ogóle powrócę!” Przecież chyba nie każe się ojciec przenieść gdzie indziej? Chyba ojciec… At! Nie żartujcie tak, ojcze! Teraz właśnie, kiedy tu wszystko w rozkwicie
— ogród i pola, i ludzie! Teraz, kiedy pszczoły się roją i bób dojrzewa, ojciec chciałby… Ale przecież ojciec wcale tego nie chce. Ojcze Damianie, niech mi ojciec obieca, że wróci! Musi ojciec
obiecać! Musi…
Braciszkowi aż łzy stanęły w oczach na samą myśl, że ojciec mógłby nie powrócić.
— Muszę czynić wolę Bożą, bracie Kasprze — odpowiada mu kapłan poważnie. — Dokąd mnie biskup pośle, tam muszę iść… Ale jeśli Bóg da, wrócę i będę razem z tobą zajadał bób ze szperką. No,
idź teraz i przyprowadź mi konia, muszę pojechać do portu. Podczas gdy braciszek, trzęsąc głową, rusza do stajni, misjonarz idzie na pożegnanie do kościoła, który sam zbudował.
— Panie, pobłogosław na drogę… — modli się z serca. — Pobłogosław dziatwie mojej — dodaje wzruszony i oczy jego zatrzymują się na złoconych drzwiczkach tabernakulum.
I nagle słyszy jak gdyby wołający nań stamtąd głos: — Damianie de Veuster, klęczysz tu po raz ostatni! Ty posiałeś,
kto inny będzie zbierał…
Kapłanowi wydaje się, jakoby ręka żelazna, nielitościwa ścisnęła mu serce.
— Panie — jęknął — Panie, chcesz mi znowu zabrać ojczyznę? I taką otrzymuje odpowiedź:
— Gdziekolwiek cię postawię, tam twoja ojczyzna!
Wówczas misjonarz zaciska splecione dłonie, aż stawy trzeszczą i skóra na kościach bieleje:
— Bądź wola Twoja!
Kiedy opuszcza kościół, zanurza po raz ostatni rękę w kropielnicy i wodą święconą znaczy krzyż na czole, piersi i ramionach. Na dworze wskakuje na siodło. Długo ściska dłoń braciszka.
— Wracajcie, ojcze Damianie! — mówi brat Kasper. — Proszę pamiętać o bobie! — dodaje żartobliwie, ale wargi mu drżą niespokojnie.
— Jak Bóg zechce, Kasprze — mówi kapłan spokojnie. Potem zgarnął cugle, cmoknął i ruszył z miejsca galopem.

Droga wiedzie przez plantacje kawy.
— Aloha, Makua Kamiano! — pozdrawiają go Kanakowie i tłoczą się, aby białemu ojcu przed podróżą uścisnąć rękę. — Wróć do nas!
— błagają wpatrując się w niego szeroko otwartymi oczami.
— Jak się Bogu spodoba, moje dzieci! — mówi Damian znowu.
Potem jedzie dalej. Na skraju lasu zatrzymuje jeszcze raz konia i obraca się w siodle. Oto jego kościół, który sam zbudował, i drewniana, mała plebanijka, opleciona kwiatami. Tam zieleni się jego ogród i urodzajne pola, na których pracował jak gospodarz. Tam stoją chaty trzcinowe, w którym mieszkają ludzie mili mu jak własne życie. To jego ojczyzna! Jego Kohala! Przez chwilę oczy piją chciwie urok tego wszystkiego. Potem odwraca się i wjeżdża do lasu.
— Żeby tylko nie zapomniał o bobie — mruczy pod nosem brat Kasper i udaje się do pasieki.

Uroczystość poświęcenia kościoła w Weiluku na wyspie Maui odbyła się wspaniale. Obaj bracia, którzy zbudowali nowy dom Boży, dokonali arcydzieła. Na pięknej wieży kościelnej widać nawet zegar, którego tarcze wskazują godzinę na wszystkie strony świata.
— Kościół wasz jest ładniejszy niż wszystkie moje w Kohali — przyznaje ojciec Damian bez zazdrości. Przywiózł z sobą dużą paczkę świec woskowych. — To dla was od moich pszczół — mówi wesoło.
Już stoją świece na kształt płonącego wieńca przed obrazem Królowej Niebieskiej w nowym domu Bożym i blask ich przenika do serca Matki i Jej brunatnych dzieci. Wieczorem biskup i jego misjonarze zebrali się w domu misyjnym
Weiluku. Są to ludzie o twarzach spalonych słońcem, naznaczeni stygmatem wyrzeczeń i cierpienia. Bóg na misjach używa twardego rylca i dłuta. Zgodnie z życzeniem biskupa zebrali się tu dzisiaj ojcowie ze wszystkich wysp archipelagu. Na wszystkich twarzach jaśnieje wielka radość ze spotkania z miłymi współbraćmi po tak długim osamotnieniu. Wielu ojców przybyło konno, jadąc niekiedy przez cały dzień ze swych stacji misyjnych.
Klemens Evrard podchodzi z błyszczącymi oczyma do Damiana.
— Twoja dziatwa z Puny każe cię pozdrowić. Nie zapomnieli o tobie!
— Ale ciebie kochają — odpowiada Damian ciepło i ściska serdecznie dłoń przyjaciela.
Tu znów ojciec Gulstan Ropert, najbliższy sąsiad Damiana, wyciąga dużą paczkę z kieszeni. Z namaszczeniem rozwiązuje opakowanie.
— A la bonne heure!* — wykrzykuje mały Francuz wesoło.
— Napchajcie no wasze fajki tytoniem mojej hodowli, „Kwiatem Hawai”… Wprawdzie szkoda go trochę na te wasze kominy, bo to istotnie, parole d’honneur,** tytoń dla prałatów!
— Daj no tu tę swoją machorkę — śmieje się ojciec Bonifacy
Schaefer, Niemiec z Trewiru. — Jak uważasz, Rupercie — zwraca

* Na zdrowie!
** Słowo honoru!

się do swego rodaka Lautera, który siedzi obok niego — gdyby nam teraz podano jeszcze szklaneczkę wietzu lub mozelskiego, to mielibyśmy raj na ziemi.
— To zależy wyłącznie od rocznika — odpowiada mu ojciec Rupert cmokając językiem i równocześnie przebiega myślą wszystkie owe urodzajne lata, gdy słońce szczególnie łaskawie przyświecało winnicom nad Mozelą.
— Rola nasza dobrze uprawiona, na wszystkich wyspach widać postęp — mówi biskup z dumą, a wszyscy ojcowie radośnie potakują.
Tylko przy końcu stołu zgrzybiały, chudy starzec z pooranym obliczem potrząsa głową.
— Nie zgadzacie się z tym, ojcze Rajmundzie? — pyta biskup Maigret.
— O jednej wyspie zapomnieliście, przewielebny księże biskupie
— odpowiada poważnie zapytany. — O Molokai. Molokai to piekło. Byłem tam kilkakrotnie po parę tygodni. Zbudowałem tam nawet w zeszłym roku kościół, jak wszyscy wiecie. Ale cóż to wszystko
znaczy? Są oni jak owce bez pasterza, a przecież najbliżej stoją bram niebieskich. Na Molokai brakuje kapłana.
Wśród zebranych zaległo milczenie. Biskup ze smutkiem kiwa głową. Potem wstaje ojciec Bonifacy Schaefer.
— Przewielebny księże biskupie — mówi spokojnie i stanowczo.
— Jedno słowo z waszej strony, a gotów jestem tam pójść.
— Bracia! — powoli padają słowa z ust biskupa. — Wszyscy znacie trąd. Straszny jest! Jest największym dopustem Bożym. Jakże ja mógłbym kogokolwiek z was posłać tam, gdzie byłby zmuszony mieszkać jak żywy pośród umarłych?
— Przewielebny księże biskupie! — odzywa się teraz Flamandczyk Damian de Veuster — w dniu składania ślubów zakonnych nakryto mnie całunem śmiertelnym na znak, że śmierć dobrowolna jest początkiem nowego życia. Jestem gotów zakopać się żywcem wśród tych nieszczęśliwych, spośród których kilkoro znam osobiście.
— Każdy z nas jest gotów tam pójść! — dodaje ojciec Gulstan, Francuz.
Wszyscy mu przyklaskują. I znowu cisza zalega pokój. Tylko zegar tyka cicho. Najbliższe minuty rozstrzygają o życiu i śmierci.

Oczy biskupa przenoszą się kolejno z jednego na drugiego. Wszyscy misjonarze dawno już zerwali się ze swoich miejsc. Twarze ich są twarde, stężałe, jak wykute z żelaza, wyrażają gotowość śmierci. W końcu wzrok biskupa zatrzymał się na Damianie de Veuster. Twarz młodego misjonarza jest spalona na ciemny brąz, jego postać przewyższa wzrostem wszystkich, szerokie ramiona są mocne, garście chłopskie potężne, a oczy śmiałe i stanowcze.
— Ile masz lat, ojcze Damianie? — zapytuje biskup.
— Trzydzieści trzy.
— Tyle co Pan nasz, kiedy wziął krzyż na siebie — mówi
biskup Maigret w zamyśleniu. — Czy znasz trąd, ojcze Damianie de Veuster?
— Twarzą w twarz.
— Jeśli się cofniesz, bynajmniej nie zwątpię o twej gorliwości. Wiem, jak bardzo jesteś przywiązany do Kohali.
— Proszę mnie tam posłać, Ekscelencjo, a pójdę dobrowolnie z radosnym sercem — odpowiada Flamandczyk stanowczo.
— Idź więc, w imię Boże! — postanawia biskup ostatecznie. Przez chwilę jeszcze trwa cisza. Płomień radości nagłym rumieńcem zalewa czoło wybranego.
— Dziękuję, Ekscelencjo!
Potem konfratrzy otaczają Damiana i ściskają mu ręce życząc szczęścia w tej najcięższej bodaj ofierze, jaką złożyć może misjonarz.
— Jestem przekonany, że każdy z was z taką samą ochotą poszedłby na Molokai — broni się Flamandczyk.
— To najpiękniejszy dzień w moim życiu. — Stwierdza wzruszony biskup ze łzami w oczach. — Jestem dumny z moich misjonarzy.
I znowu oczy jego wędrują po twarzach obecnych.
— Ojcze Schaefer, wy pójdziecie na miejsce de Veustera do Kohali — postanawia.
— Bób już dojrzał i moje pszczoły się roją — zapewnia Damian wesoło. — Pozdrów ode mnie brata Kaspra i zawieź mu tę oto szyneczkę, którą buchnąłem przy uroczystym obiedzie. Śmiejąc się podaje trewirczykowi dość pokaźną paczkę. A potem dodaje cicho:
— I pozdrów moje dzieci w Kohali. Już nigdy ich nie zobaczę…

W kilka dni później statek „Kilauea” wychodzi na morze. Na pokładzie znajduje się wielu trędowatych, którzy płaczą albo w milczącej rozpaczy siedzą przy burcie i zgasłymi oczami wypatrują owej wyspy ponurej, ku której płyną. Pośród nich znajduje się biskup Maigret i Damian de Veuster, który dobrowolnie udaje się do piekła trędowatych.
Coraz bliżej przysuwają się czarne, niebotyczne góry Molokai. Już Damian rozróżnia na wybrzeżu ludzi, którzy krzycząc i gwałtownie gestykulując oczekują statku. Nareszcie zaskrzypiał pomost w piasku
nadbrzeża. W milczeniu, jak zwierzęta na rzeź prowadzone, przechodzą trędowaci przez kładkę na ląd. Niektórych trzeba znosić, inni kuśtykają z trudnością wsparci na towarzyszach niedoli. Tamci na wyspie chciwie wpatrują się w twarze nowo przybyłych, czy nie dojrzą wśród nich znajomego lub krewniaka. Niekiedy zdarza się rozpoznanie, przy tym krzyk, szloch… Jeden z tych na wybrzeżu wybucha głośnym śmiechem i woła do przybyłych:
— Dalej, dalej! Aole kanawai ma keia vahi! Tu nie ma żadnego prawa! Dalej! Dalej! Aloha! Okolekao! Miłość i wódka! — chichocząc bije się po gołych udach.
Czy to wariat? — pyta Damian przerażony. — Może tylko pijany
— odpowiada biskup. — A może jedno i drugie — obłąkany i pijany.
— Mój Boże — jęknął Flamandczyk.
— Statek stoi jeszcze na kotwicy, Damianie de Veuster — mówi biskup powoli. — Jeszcze możesz wrócić.
— Zostaję! — odpowiada kapłan mocnym głosem. Tymczasem niektórzy chorzy poznają biskupa. Radośnie podbiegają albo wloką się do niego.
— Eia no! To on! — wykrzykują z uciechą. Wtem okrzyk radości:
— Makua Kamiano! — woła jeden z trędowatych ze straszliwymi ranami na rękach i twarzy. — Makua Kamiano, czy mnie poznajesz teraz?
Przez chwilę Damian wpatruje się w nieszczęsnego, a potem mówi:
— Toż to Joane, Biały Kormoran!
— Poznał mnie, poznał! — śmieje się dawny sługa misjonarza i tańczy uszczęśliwiony. Teraz i inni cisną się do zakonnika, wyciągając do niego okaleczałe ręce i wołają:
— A nas czy poznajesz, Makua Kamiano?
Ale on smutno potrząsa głową. Nie sposób rozpoznać owych zniekształconych twarzy. Kilku trędowatych płacze z zawodu.
— Wyście moje dzieci z Kohali — pociesza ich kapłan. Nagle podnosi się dziki wrzask. Gromada trędowatych przedziera się przez szeregi stojących wokoło. Z twarzami wykrzywionymi wściekłością stają krzycząc przed misjonarzami. Straszliwe maszkary zieją stekiem przekleństw i złorzeczeń. Jeden z nich wyje jak pies.
Groźnie podnoszą okaleczałe dłonie, które daremnie usiłują zacisnąć w pięść. Skądś nadlatuje z furkotem kamień i drasnąwszy kapłana w czoło pozostawia na nim krwawą smugę.
— To jest powitanie piekła — szepcze biskup.
— To nic — mówi Damian ścierając krew. — Zresztą uczynił to ów wariat. Zostawcie go w spokoju — zwraca się do kilku trędowatych, którzy chcą rzucić się na obłąkanego.
— Niedola wielu z nich uczyniła złymi — wyjaśnia biskup Maigret.
— Wielu stało się podobnymi do zwierząt.
— Poświęcę życie moje, aby z powrotem przemienić ich w ludzi
— mówi de Veuster stanowczo.
Misjonarze doszli potem, otoczeni gromadą Kanaków-katolików, do kościoła św. Filomeny. Kiedy weszli do środka, cisną się za nimi zarówno katolicy, jak i sekciarze, chrześcijanie i poganie — jedni z przywiązania, drudzy z nieprzyjaznej ciekawości. U ołtarza biskup odwraca się i podnosi rękę. Powoli na poświęconym miejscu zapada cisza.
— Dzieci moje! — rozpoczyna sędziwy biskup drżącym głosem.
— Dzieci moje! Dotąd byliście sami na tej wyspie, z dala od waszej ojczyzny, od tych, którzy was kochają. Teraz przywiozłem wam kapłana, który pragnie być waszym ojcem. Chce on pozostać między
wami, z wami razem żyć i umrzeć, tak was miłuje.
Cisza grobowa zalega kościół. A potem podnosi się szept, rośnie i coraz głośniejszy idzie przez dom Boży, tak że biskup nie może dalej mówić. Jakże to? Ten człowiek o kwitnącej twarzy i wysokiej, silnej
postawie chce pozostać między nimi? Ten człowiek, biały człowiek, zdrowy, chce dobrowolnie pozostać między żywymi trupami? Trędowaci cisną się do ołtarza, dotykają rąk misjonarza, badawczo wpatrują się w jego oblicze, czy nie dostrzegą jakichś śladów straszliwej choroby. Ale nie, nie! On jest zdrowy. Przybywa tu sam dobrowolnie, bez przymusu. Przychodzi z miłości.
— Aloha, Makua Kamiano! — wołają radośnie trędowaci z Kohali.
— Makua Kamiano — bełkocąc powtarzają to imię inni. Niektórzy wybuchają niepohamowanym płaczem.

Oto Molokai przestanie być piekłem na ziemi, bo znalazł się człowiek, który dobrowolnie wszedł między potępieńców. Przyszedł z miłości! Czuje to każdy z tych biednych, odrażających ludzi. Cicho! Ojciec chce mówić.
— Moje dzieci — wolno padają słowa z jego ust. — Przychodzę, aby dzielić z wami dolę waszą. Moje życie odtąd wam oddaję. Wasz chleb będzie moim chlebem. Wasz jestem całym sercem i wszystkimi moimi siłami. Wasz na życie i śmierć! I jeżeli Bóg zechce, iżbym się stał jako wy… jeżeli i na moje ramiona złoży wasz krzyż, to jestem gotów… stać się jednym z was, moje dzieci, trędowatym pośród trędowatych na Molokai…
Przez chwilę panuje cisza, głęboka cisza. A potem zrywa się radość, zachwyt nieopisany, i rosnąc, hucząc niesie się ku ołtarzowi, przed którym właśnie kapłan złożył ślubowanie, że gotów jest do
największej z siebie ofiary. Radość ta brzmi ochryple z niejednego chorobą zżartego gardła, tu i tam wyciu raczej podobna — ale jest to przecież radość wyrzutków, którym po raz pierwszy zajaśniał promyk światła.
— Aloha, Makua Kamiano! — krzyczą trędowaci, chrześcijanie pospołu z poganami, nawet ci, którzy dopiero co stawali przed nim z zaciśniętymi pięściami. Tak wołali, być może, ongiś trędowaci w Galilei, kiedy spotkali Pana…
Po południu odprowadza kapłan biskupa do przystani. Jeszcze raz chyli się przed błogosławiącą go ręką, jeszcze ostatnie pozdrowienie, ostatnie pożegnanie — i Damian pozostaje sam pośród trędowatych na Molokai. Samotnie powraca do domu, do wsi trędowatych Kalawao. Do domu? Czyż misjonarz na Molokai ma swój własny dom? A jakże! Obok kościoła stoi nędzna chata dla niego przeznaczona. Tam na plecionej macie będzie mógł rozprostować śmiertelnie znużone ciało.

U wejścia do kolonii trędowatych poczuł Damian nagle, że coś go szarpie za sutannę. Przy drodze leży człowiek. Twarz w ranach cała, obrośnięta brudem. Zaognione oczy żałośnie wpatrzone w kapłana. Wychudzone, zniekształcone ręce wznoszą się błagalnie.
— Jeść! jeść! — skrzeczy ochrypły głos.
Kapłan oddaje mu ostatni kawałek chleba. Zachłannie wbijają się weń zęby trędowatego, z ust pozbawionych warg cieknie obficie ślina.
— Gdzie mieszkasz? — pyta misjonarz. Na to chory śmieje się głośno i głucho jak obłąkany.
— Miałem chatę — chichocze. — Ale przyszli inni i wyrzucili mnie z niej. Powiedzieli, że nie potrza mi chaty do umierania.
Groza ogarnia duszę kapłana. Tak, to jest piekło, piekło na Molokai! Potem chyli się sam ku owemu odrażającemu, brudnemu i cuchnącemu człowiekowi, bierze go w swe mocne, zdrowe ramiona i niesie do własnej chaty.
— Nie potrzebuję dachu nad głową, dopóki tacy ludzie pozbawieni są schronienia — powiedział sobie. Teraz jest biedny, wyzuty ze wszystkiego, jak był Zbawiciel na ziemi. Nie ma nawet gdzie głowy
złożyć. Nie przyniósł na tę wyspę nic prócz brewiarza, krucyfiksu i najpotrzebniejszego sprzętu kościelnego. Teraz układa się do snu pod drzewem pandanowym obok kościoła. Z chaty słychać pojękiwania i chichot trędowatego. Skądś dobiega niesamowity warkot bębna. Dokoła wysoko bijącego płomienia tańczą pijani trędowaci
na cześć pogańskiej bogini Laki. Do połowy nocy trwają krzyki i hałasy. Dopiero kiedy blady świt rozciąga się nad ziemią, owe straszne, roztańczone postacie słaniając się padają jedna za drugą obok gasnącego ogniska. Takie jest Molokai.
— Boże, daj mi sił! — modli się misjonarz żarliwie.

Chusta Weronki

Następnego dnia Damian w czerwonym ornacie przystąpił do ołtarza, aby po raz pierwszy w piekle Molokai odprawić ofiarę pokoju. Była właśnie uroczystość św. Pankracego, owego młodzieniaszka, który z oczyma promieniejącymi wstąpił na arenę cezara, aby purpurą własnej krwi przyodziać się jak szatą godową. Na cześć tego bohaterskiego chłopca ubrał się dziś kapłan w szatę męczennika.
— Jakże wspaniałe jest królestwo Boże, w którym już dzieci nawet są bohaterami — myśli misjonarz. Potem modli się: — Drogi święty Pankracy, oto włożyłem dziś szatę twoją, daj mi godnie ją nosić!
Ofiara się rozpoczęła.
— Introibo ad altare Dei, „Przystąpię do ołtarza Bożego” — szepcze kapłan.
— Ad Deum, qui laetificat iuventutem meam! — „Do Boga, który uwesela młodość moją!” — odpowiadają z trudem, kalecząc słowa, wargi ministranta. Joane, Biały Kormoran, płakał z radości, że po tak długim czasie mógł znowu służyć białemu ojcu do mszy. „Do Boga, który uwesela młodość moją!” — tak radował się zapewne Św. Pankracy, młodziutki męczennik, kiedy wstępował na arenę. A teraz on, kapłan odziany w szaty mężnego świadka Bożego,
stanął u stopni ołtarza, aby złożyć Ofiarę Pańską. Ofiarę Pańską? Czyż nie była to także jego własna ofiara? Czy owe ponure skały Molokai nie stały się oto twoją Golgotą, Damianie de Veuster, na którą codziennie odtąd będziesz musiał dźwigać swój własny krzyż w całopalnej ofierze, aż póki kiedyś nie nadejdzie twój Wielki Piątek, w którym będziesz mógł rzec: Consummatum est! „Dokonało się!” — Introibo ad altare Dei! — powtarza kapłan jeszcze raz głosem
donośnym i stanowczym, tak że ministrant u jego boku spojrzał nań z zadziwieniem, a trędowaci w kościele zdumieni podnosili głowy.
— Ad Deum, qui laetificat iuventutem meam! — zabrzmiała znów ochrypła odpowiedź trędowatego. Lecz zakonnikowi słowa te przynoszą radość i pocieszenie. Przy ołtarzu Bożym każda ofiara zamienia się w radość.
Coraz więcej trędowatych ciśnie się do ołtarza. U wielu oddech wydobywa się ciężko, ze świstem. Od rozkładających się członków i ropiejących ran kościół począł się napełniać odorem nie do zniesienia.
Zdawało się zakonnikowi, jakby tchnienie śmierci niczym pięść sięgnęło ku gardłu, aby go zadławić. Wlał kroplę wody do wina w świętym kielichu.
— Weź, Panie, moją krew i całe moje życie do Twego kielicha — modli się z głębi duszy — Niech moja własna ofiara będzie tą kropelką wody w morzu Krwi Twojej!
Coraz szczelniej napełniał się kościół, coraz trudniejszy był do zniesienia zabójczy zaduch rozkładu.
— Gdyby choć raz, dwa razy odetchnąć świeżym powietrzem — pomyślał zakonnik. — Tylko na jedną chwilę na świeże powietrze!
To przecież ponad siły!… — Ale zaraz opanował się nadludzkim wysiłkiem woli. Nie, nie zamierzał uciekać z Golgoty nawet na jedną sekundę. Trędowaci mogliby zwątpić w jego miłość, gdyby teraz opuścił ołtarz. Czyż Zbawiciel nie zniósł również tchnienia śmierci przy otwartym grobie Łazarza? Czyż Pan nie wycierpiał do końca wszystkich mąk konania? Nie, nie podda się słabości.
I Damian de Veuster pochylił się nisko i wypowiedział słowa przeistoczenia. Potem podniósł Ciało Pańskie, podniósł kielich Krwi Pańskiej wysoko, w światło jasnego poranka. Głowa bolała go tak, jak gdyby była opleciona koroną cierniową. Czerwony ornat wydawał się płomieniem, który przepalał na wskroś ciało. Dłonie z drżeniem
unosiły kielich, jak gdyby z Krwią Zbawiciela ofiarowywał krew własnego serca, mękę owej godziny i wszystkie cierpienia, którymi go ta wyspa ubłogosławi…
Dalej ciągnęła się godzina Golgoty. Ciało Pańskie leżało przełamane na złotej patenie i lnianym korporale. Kapłan pochylił się nisko nad złamanymi postaciami chleba. W bielejącej powłoce chleba ukrywa się Ukrzyżowany. W to
wierzy mocno i niewzruszenie. Ale co to? Przed wzrokiem kapłana poczęły płonąć purpurowe kręgi,
zawirowały ogniste mgławice. Postać chleba zniknęła mu sprzed oczu, znikła patena i kielich. Widział już tylko białą chustę, korporał.
A z mgławic wirujących mu przed oczami wyłoniło się na tej chuście oblicze: zbite, zniekształcone, pełne guzów i straszliwych ran. Boże, co za twarz! Wszakże to trąd! To oblicze trądu! Oczy płonące męką! Wstrętne, obrzmiałe usta, otwarte do krzyku boleści bezmiernej.
— Chusta Weroniki —jęknął kapłan. A głos, ów głos z wszystkich przełomowych momentów jego życia mówił do niego:Damianie de Veuster, poznajesz Mnie? Znasz Mnie pod jasną i czystą postacią chleba i wina… Czy poznajesz Mnie także i teraz? Poznajesz Mnie w twoich trądem dotkniętych, okaleczanych i zrozpaczonych dzieciach? Czy Mnie poznajesz w trędowatych z Molokai?
— Agnus Dei! Baranku Boży — bełkoczą pobladłe wargi misjonarza.
— Baranku Boży, obdarz nas pokojem…
Słaniając się opuścił kapłan po Świętej Ofierze świątynię, ale godzina ta dała mu siłę, której potrzebował dla podjęcia walki z grozą owej „wyspy potępienia”. Jeszcze tego samego dnia obszedł Damian de Veuster po raz pierwszy całe Kalawao, osadę trędowatych. Rozpoczął od własnej chaty, w której wyszczerzył się do niego trędowaty znaleziony wczoraj przy drodze. Usta bez warg, wklęśnięte policzki i głęboko zapadnięte oczy nadawały twarzy jego wygląd trupiej czaszki.
— Łazarzu! — zawołał mimo woli zakonnik. — Łazarzu, chodź, niech cię opatrzę!
Joane, Biały Kormoran, przyniósł ze szpitala całą paczkę bandaży, z którą kapłan rozpoczyna samarytańską wędrówkę.
Wyjąc wyciągnął Kanak swoje ropiejące i gnijące kikuty, a Damian ukląkł na brudnej, poplamionej macie i starannie zabandażował rany chorego, spowinął go całego, jak matka swoje dzieciątko. Nieludzko ciężka była ta czynność. Wstręt i groza dławiły misjonarza.
— Chusta Pana! — musiał sobie wciąż powtarzać. — Chusta Weroniki, w której utajone jest oblicze Pańskie!
Nareszcie skończył. Trędowaty chrząknął zadowolony, zakonnik zaś, pomimo własnej męki, zaśmiał się:
— No, Łazarzu, teraz jesteś dobrze zapakowany! Paczka do nieba gotowa.
— On poganin jeszcze — zaszeptał mu w ucho Joane. — Taki do nieba nie pójdzie.
— Joane — odparł z oburzeniem misjonarz — przecież on nosi oblicze Jezusa.
Damian wędrował od chaty do chaty. Wszędzie znajdował niewysłowiony brud, wszędzie nędzę i grozę, śmierć i rozkład za życia, ropiejące rany, okaleczałe członki, zniekształcone twarze, ludzi o kulach, ludzi czołgających się po ziemi jak robaki. Ośmiuset ludzi mieszkało na tej wyspie, poganie i chrześcijanie, purytanie i katolicy — tylko dwustu katolików. Ale zakonnik był sługą wszystkich. Wszędzie pochylał się aż do ziemi, obmywał rany, opatrywał, nakładał
maści, pocieszał i śmiał się do wszystkich. Była to droga krzyżowa bez końca, droga krzyżowa o stu stacjach.
I wszędzie odnajdywał Damian Zbawiciela, osiemset razy dotykał chusty Weroniki, chusty, za którą taił się Chrystus.
Straszliwe były rany, które kapłan oglądał, ale patrzył głębiej w te istoty ludzkie i widział trąd i rany ich dusz. I ogarniało go przerażenie bez granic. Oto napotkał niewiastę, którą jakiś trędowaty wypędzał właśnie ze swojej chaty wymyślając i przeklinając. Nieszczęsna nie miała już rąk, którymi mogłaby się bronić.
— Litości!… — krzyczała przeraźliwie — litości! Pięć lat ci służyłam jak niewolnica, robiłam wszystko, co kazałeś, a teraz mnie za drzwi wypędzasz? Z czego będę żyła? Jakże będę jadła, kiedy nie mam obu rąk?
— Na co ci życie? — odszczeknął mężczyzna. — Nie mam już dla ciebie miejsca.
Obok niego stała uśmiechając się triumfująco inna kobieta, mało jeszcze trądem zniszczona, i przyglądała się obojętnie, jak tłuczono jej rywalkę. Za kilka lat ten sam mężczyzna może i ją w ten sposób wypędzi za drzwi… Pełna rozpaczy rozglądała się pobita za pomocą. Ujrzała kapłana.
Z jękiem rzuciła się przed nim na ziemię, resztkami okaleczałych ramion objęła fałdy sutanny.
— Chodź, córko — powiedział Damian wstrząśnięty. — W szpitalu będzie miejsce dla ciebie.
— Osada wariatów — wskazał Joane na kilka chat, które stały ciasno skupione. — Wczoraj tańczono tam do późna w noc. Oni co noc tańczą i piją!
Damian zobaczył teraz miejsce, w którym nocy wczorajszej pijani skakali dokoła ogniska. Niektórzy jeszcze leżeli nieprzytomni na ziemi. Jeden z nich runął był twarzą w żarzące się popielisko i poparzył się dotkliwie.
— Żyją jak zwierzęta — zauważył Joane.
— Pragną zapomnieć o swej niedoli — zrozumiał kapłan i oczy miał pełne łez. Tu była chyba największa niedola, najniższy krąg w piekle molokajskim. Po południu Damian poszedł odwiedzić szpital.
Słowo „szpital” wywołuje obraz czystej pościeli, wygodnych łóżek, troskliwej opieki. I istotnie, kto ujrzał ładny budynek kamienny opleciony kwiatami, mógł przypuszczać, że tutaj znajdzie schronienie, pomoc i opiekę w każdej niedoli. Ale na Molokai nawet szpital był miejscem zgrozy. Tutaj mieszczą się ciężko chorzy — wyjaśni! Biały Kormoran. A Damian wpatrzył się w niego pełen zdumienia i wyjąkał: — To myśmy dotąd odwiedzali tylko lżej chorych?
Joane z przekonaniem potaknął głową. 1 okazało się, że Biały Kormoran miał rację. Tutaj groza przechodziła wszelkie wyobrażenie. Tu nie było ludzi, jeno żywe, czołgające się, jęczące i skamlące trupy. Wielu z nich o pustych, ślepych oczodołach, wielu zżartych na wpół przez robaki. I ci ludzie byli bez żadnej pomocy. W szpitalu na Molokai nie było ani lekarza, ani sanitariusza, ani pielęgniarki. Rząd troszczył się o dostarczanie żywności; co tydzień statek „Kslauea” przywoził razem z nowymi trędowatymi także potrzebne prowianty. Ale poza tym brakowało wszystkiego. Nie było lekarstw, za mało; było koców dla chorych, którzy przy naturalnym w ich stanie zahamowaniu obiegu krwi marzli niemiłosiernie podczas chłodnych nocy. Nawet wody brakowało. Trzeba ją było przynosić z daleka. Niektórzy trędowaci umierali wprost z pragnienia, a wszystko pełne było brudu i robactwa, ł w całej tej niedoli, w gnoju, chorzy byli: pozostawieni swemu losowi. Biedacy musieli pomagać biedniejszym od siebie. Kto nie znajdował pomocy — ginął.
W największym przerażeniu Damian zakrył twarz rękami.
Gdzieś w kącie rzęził konający. Damian dojrzał szkaplerz na jego pier si i udzielił mu ostatniego namaszczenia. Ciało umierającego było od stóp do głów jedną straszliwą raną. Kapłan zaledwie mógł znaleźć zdrowe miejsca, na których naznaczył krzyże ostatniego sakramentu.
— Wody! Wody! — skandal na brudnej macie ślepiec, którego nogi były już ty lko gnijącymi kikutami. — Wody… wody!
Był to głos ginącego z pragnienia.
Na Boga! Gdzież tu jest woda? Damian szukał na próżno. Wszystkie naczynia były puste albo pełne nieczystości. Szpital bez wody! To było piekło!
Teraz i inni poczęli dopraszać się wody, wołaniem ślepca zbudzeni z tępego bezczucia.
Wody! Wody! Gdzież jest woda?
Czekajcie, wszak tam stoją dwa dzbany gliniane.. ,puste. Oczywiście, że są puste! A jęki skamlania chorych wzbierają, stają się rykiem iście zwierzęcym.
— Przyniosę wody! Przyniosę wody! — woła zakonnik zduszonym głosem. I wybiega porwawszy dwa dzbany; biegnie, biegnie, jakby go kto gonił. Biegnie daleko, poza osadę, w górę, gdzie Joane z rana pokazał mu źródło. Czysta wóda z bulgotem napełniła dzbany. Z napełnionymi po brzegi dzbanami na obydwu ramionach powraca Damian, krocząc ostrożnie. Kroczy, bo wszakże — mój Boże! — nie można biec, kiedy się niesie wodę. A droga niestety jest długa, bardzo długa. Nareszcie jest z powrotem w szpitalu. Bogu dzięki! I każdy z tych nieszczęsnych może pić, pić, ile zapragnie. Bo kapłan zaraz znowu nawraca, podejmuje uciążliwą drogę kilkakrotnie, biegnąc pod; górę z pustymi dzbanami i krocząc powoli z pełnymi na ramionach. Teraz nareszcie ma dosyć wody, aby napoić pragnących, ochłodzić płonące, rozgorączkowane czoła i obmyć rany.
Szpital na Molokai nie jest już zupełnym piekłem; po raz pierwszy od długiego, bardzo długiego czasu ludzie uśmiechali się tutaj uszczęśliwieni, bo doznali miłości dobrego Samarytanina.
Dawno już noc zapadła, kiedy Damian de Veuster, śmiertelnie znużony, ułożył się znowu pod gałęziami pandami.
W osadzie wariatów znowu dudni bęben – hula, znowu wrzeszczą i tańczą pijani. Wysoko strzela płomień w kręgu zataczających się ludzi. Upiornie czernią się skały Pali rozjaśnione płomieniem. Niesamowicie bije morze o skaliste: wybrzeże. Pohukują sowy, moskity brzęcząc krążą wkoło twarzy misjonarza. Gdzieś jęczy z bólu trędowaty.
Kapłan, który; w ciągu: dnia: oglądał: całą grożę tej wyspy, jest śmiertelnie smutny. Czyż nie szepce mu jakiś okrutny, urągliwy głos: — Damianie de Veuster, co ty tu robisz? Sarn jeden chcesz pokonać całą tę nędzę, sam jeden chcesz, obmyć z brudu ich ciała i dusze? Chcesz codziennie dźwigać wodę dla nich wszystkich i opatrywać wszystkie gnijące rany i członki? Czy słyszysz, jak jęczą ci, którym nie zdołałeś dziś pomóc? Cóż ty jeden, mizerny człowiecze, zamierzasz przeciw piekłu na Molokai?
Głowa udręczonego plonie, serce bije miotem. Jęcząc zaciska Damian dłonie i modli się, krzyczy do Boga. Czoło oblewa się polem. Godziny mijają. Sowy pohukują. Wyją pijani szaleńcy. Strzela płomień ogniska. Morze bije o skały. A Damian modli się, modli, krzyczy do Boga…
Naraz — rozpościera się znowu przed jego oczami owa chusta, chusta, która z rana leżała na ołtarzu. A z niej spogląda na kapłana; oblicze zniekształcone, zbite, pełne wrzodów i ran — chusta Weroniki. Znowu otwierają się wargi i mówią:
Poznajesz Mnie, Damianie de Veuster? Wówczas kaptan zaciska kurczowo palce i wola: — Tak, Panie — poznaję Cię. Panie, dodaj mi sił! Obraz rozpływa się w ciemnościach nocy. W górze na niebie: ciemności się przetarły. Nad widnokręgiem zajaśniał Krzyż Południa. Kapłanowi zaś wydaje się jakby z niebios wołał ów głos: — Ufaj! Ja jestem przy tobie!

OMYŁKA JEGO EKSCELENCJI

Królewski minister spraw wewnętrznych wyspiarskiego obszaru administracyjnego Hawajów, E.O. Walie, jednocześnie prezydent Komisji Zdrowia, rozparł się wygodnie w fotelu, którego oparcie odpowiadało wysokości piastowanego przezeń urzędu. W tej chwili palce jego nerwowo wybijały jakieś zawadiackie tempo marsza na dębowej płycie biurka. Przed nim stał w służbistej postawie pierwszy sekretarz Komisji Zdrowia, który tak samo jak i minister pełnił jako Amerykanin służbę u boku brunatnego króla Lunalilo. Sekretarz trzymał w ręku ostatni numer „Nuhou”, protestanckiego dziennika w Honolulu.
Właśnie kończył czytać na głos ostatnie zdanie artykułu, którego nagłówek, podany tłustymi czcionkami, brzmiał: „Bohater chrześcijański”. „Pater Damian przeprowadził swój zamiar i pozostał wśród trędowatych, bez dachu nad głową, bez możności zdobycia innej odzieży poza tą, którą mogliby mu ofiarować trędowaci. Do jakiegokolwiek
wyznania należałby ów człowiek, przyznać musimy, że jest to prawdziwy bohater chrześcijański!”.
— Bohater chrześcijański! Bohater chrześcijański! — zawołał minister, chwytając powietrze jak karp wyciągnięty z wody. — Toż to skandal! I to w protestanckiej gazecie… Hańba! Toż to nieprawdopodobna wprost propaganda dla całej misji katolickiej, z którą my, purytanie, od kilkudziesięciu lat przecież walczymy! Wprawdzie nie zawsze znajdowaliśmy właściwe zrozumienie dla naszej akcji u władz najwyższych. Obydwaj poprzednicy naszego króla darzyli katolickich misjonarzy, jak pan wie, niezrozumiałą sympatią. Za to jednak obecny król stoi całkowicie po naszej stronie. Można by żywić nadzieję, że właśnie teraz zada się misji katolickiej cios ostateczny, a tymczasem nasza własna prasa wywołuje wśród ludności tak przychylne nastroje dla „rzymskich”, że wszelkie przeciwdziałanie jest niemożliwe. Podobno niewiasty z Honolulu są po prostu zachwycone tym… tym… ojcem Damianem.
— Nie tylko niewiasty, Ekscelencjo — wtrącił sekretarz. — Także mężczyźni, i to zarówno purytanie, jak i katolicy.
— Skandal — westchnął ponownie minister. — Nie możemy tego dłużej tolerować!
— Podobno widziano dziś ojca Damiana de Veuster w Honolulu
— poinformował sekretarz.
— Zapewne pragnie zbierać laury — zaśmiał się minister złośliwie.
— Zdaje się, że nie tylko laury, ekscelencjo! Podobno zbiera i inne rzeczy.
— Skandal! — ministrowi nie przyszło na myśl inne słowo. Nerwowym ruchem przetarł łysinę, która z góry wyglądała jak strusie jajo. Jak łatwo mógłby przenieść tutaj zarazki z Molokai. Będziemy musieli na przyszłość zabronić mu surowo tego rodzaju odwiedzin. To w ogóle zmieni zasadniczo całą sytuację.
Ekscelencja zerwał się nagle żywo z fotela i począł przemierzać pokój dużymi krokami, przy czym sekretarz bezustannie musiał obracać się w miejscu, tak aby zawsze być zwróconym twarzą do swego przełożonego.
— To zmieni zasadniczo całą sytuację — powtórzył minister.
— Jak to? — zapytał sekretarz.
— Ależ, mój drogi, czy pan tego nie rozumie? Jeżeli postawimy go przed alternatywą: albo nigdy nie wyjeżdżać z Molokai, albo więcej tam nie wrócić, to oczywiście zdecyduje się bez namysłu na tę drugą
ewentualność. Chyba nie przypuszcza pan na serio, aby istniał na świecie człowiek, który by pozwolił pogrzebać się żywcem wśród tamtych trupów chodzących? Minister zatarł ręce z zadowoleniem.
— Ojciec Damian nie powróci zatem na Molokai i misja katolicka będzie ośmieszona!
— Niech pan nie będzie tego pewny zbyt, ekscelencjo! — zauważył sekretarz. — Z tymi księżmi katolickimi nigdy nic nie wiadomo. To są ludzie nieobliczalni.
W tej chwili zapukano do drzwi. Służący zameldował Damiana de Veuster.
— Doskonale, doskonale! — zachichotał ekscelencja. — Zaraz pan się przekona, czy miałem rację, czy nie… Poproś tego pana. Ekscelencja zajął znowu miejsce za biurkiem, a w drzwiach
ukazała się ogromna postać misjonarza trędowatych.
— Pan przybywa z Molokai? — zapytał minister, nieco zaskoczony jego potężną postacią.
— Tak, przybywam z Molokai — odparł zakonnik spokojnie. — Przychodzę prosić o pomoc dla moich trędowatych, brak im wszystkiego.
— Jedno pytanie: zapewne pan zajmuje się wyłącznie katolikami, którzy, według tego, co wiem, stanowią tylko mały odsetek?
— Panie ministrze! Miłość bliźniego nie zna granic. Jestem tam dla wszystkich.
— To dziwne, bardzo dziwne! Ale przejdźmy do rzeczy. Znalazł pan zapewne na Molokai wszystko w najlepszym porządku. Troszczymy się bardzo o tę wyspę. Gubernator Molokai nadsyła nam bardzo pozytywne sprawozdania.
— Gubernator mieszka po tamtej stronie gór. Bardzo rzadko zjawia się w kolonii trędowatych. Jeżeli chodzi o zaopatrzenie trędowatych w żywność, to oczywiście jest ono wystarczające, ale wszystkiego innego brak. Nawet lekarstw nie mamy.
— Zapewne pan wie, że nie ma lekarstwa przeciw trądowi?
— Istnieją jednak medykamenty uśmierzające bóle i środki zasklepiające okropne rany.
— Nie mamy pieniędzy na tego rodzaju luksusowe lekarstwa — powiedział prezydent Komisji Zdrowia.
Ojciec Damian poczuł gwałtownie wzbierający gniew, lecz opanował się z wysiłkiem i rzekł:
— Potrzebuję drewna na budowę, cieślów, murarzy, rzemieślników. Mieszkania trędowatych to brudne, zapluskwione nory. Musimy popalić stare chaty trzcinowe i budować z drewna lub kamieni.
Potrzeba mi poza tym lekarza i sanitariusza do szpitala, porządnych łóżek i ciepłych koców.
— To wszystko przekroczyłoby znacznie wyznaczony budżet
— odpowiedział ekscelencja uważnie obserwując czubki swoich wypielęgnowanych palców.
— A więc niech pan, do pioruna, przekroczy ten swój budżet!
— zagrzmiał nagle misjonarz, podczas gdy minister, wytrącony całkowicie z równowagi łapał powietrze.
Ale misjonarz jeszcze raz zdołał się opanować.
— Ekscelencjo, niechże pan każe chociaż założyć wodociągi na Molokai. Chociaż to przynajmniej! Wody, ekselencjo! Trędowaci giną bez wody. Brud i nędza nie do opisania. Niech pan każe założyć wodociąg — to moja ostatnia prośba.
Ale minister roześmiał się nerwowo.
— Wodociąg! wodociąg na Molokai! Wodociągi dla dzikusów! Wspaniale… Panie, jesteś pan nierealny. To, czego się pan tu domaga, jest po prostu śmieszne.
— W takim razie nie mam tu już co robić — powiedział Damian głucho pobladłszy. — Cierpienia trędowatych z Molokai spadną na pana głowę, panie ministrze!
Z tym misjonarz odwrócił się, by odejść. Teraz jednak minister podniósł się do ostatecznego ciosu.
— Uważam ostatnie oświadczenie pana za niebyłe, panie ojcze
-— powiedział spokojnie. — Muszę jednak jeszcze inną sprawę poruszyć. Nie może tak być, aby pan z Molokai przyjeżdżał tutaj. Mógłby pan przenieść zarazki także i na naszą wyspę. Ku największej naszej przykrości nie możemy panu na przyszłość pozwolić na opuszczenie pańskiej kolonii trędowatych. Gdyby pan mimo to zdecydował się tam powrócić, to już raz na zawsze. Formalnie zakazuję panu kiedykolwiek opuścić Molokai!
Przez chwilę ojciec Damian stał jak skamieniały.
— A więc nie wolno mi już nigdy więcej opuścić Molokai — powtórzył bezdźwięcznie. — A w jaki sposób utrzymam kontakt z moimi władzami? Panie ministrze, potrzeba mi od czasu do czasu możności wypowiedzenia się, potrzeba mi dobrej rady, pomocy dla mnie samego, potrzeba mi także sakramentu pokuty. Jak się to wszystko ma załatwić, jeśli pan zamierza uwięzić mnie na zawsze na Molokai?
— Ależ, panie ojcze! Nikt pana nie zmusza przecież do powrotu na Molokai. My wszyscy najzupełniej zrozumiemy, jeśli pan w tych warunkach zrezygnuje z dalszego wykonywania tam swych czynności.
— Ach, pan to tak rozumie — odparł misjonarz przeciągle. Potem zaś głos jego począł wzbierać, aż runął jak grom na głowę ministra. — Pan to w ten sposób rozumie. Nie chce pan dopuścić, abym powrócił na Molokai! Nie życzy pan sobie katolickiego misjonarza wśród trędowatych. Panie, pan się przeliczył. Sądzi pan, że pańskie szykany skłonią katolickiego kapłana do dezercji. Myli się pan, panie ministrze!
Z tymi słowami Damian de Veuster odwrócił się i szybkim krokiem opuścił pokój. Zatrzasnął przy tym za sobą drzwi z takim impetem, że aż się wapno posypało ze ścian. Ekscelencja opadł na fotel i zdołał tylko wyjąkać:
— Proszę wody…

Damian de Veuster powrócił następnym statkiem na Molokai. Nie wracał z pustymi rękoma. Pomoc, której mu minister odmówił, otrzymał w obfitości od innych. Katolicy i innowiercy prześcigali się wzajemnie w składaniu ofiar i datków dla trędowatych. Łóżka i koce, drewno i narzędzia rzemieślnicze, artykuły spożywcze i lecznicze znoszono całymi masami na pokład „Kilauei”. Zakonnice z Honolulu, z których niejedna chętnie pojechałaby na Molokai, aby pielęgnować chorych, przydźwigały całe bele ubrań i bielizny, całe skrzynie cukru, herbaty i sucharów oraz innych dobrych rzeczy. Wśród datków znalazł się nawet mały dzwon do wieży kościoła św. Filomeny. Damianowi
łzy stanęły w oczach, kiedy ujrzał wszystkie te skarby.
Na Molokai przyjęto go okrzykami radości. Niebawem zawrzała tam praca, która miała zmienić zasadniczo wygląd wyspy. Pierwszą czynność podjęto w obrębie szpitala, poddając go gruntownemu oczyszczeniu. Chorzy dostali porządne łóżka i ciepłe, wełniane koce. Potem ojciec Damian rozpoczął budowanie. Spalono jedną po drugiej
stare chaty trzcinowe i zastąpiono je małymi, przewiewnymi domkami z drewna. Flamandczyk znowu był na przemian architektem, budowniczym i cieślą — on, który jako dziecko nie na darmo biegał po wszystkich warsztatach w Tremelo. Rano odwiedzał ciężko chorych, przynosił im pociechę sakramentów świętych i opatrywał ich rany. Po południu zaś furczała piła, stukał młot i świstał hebel. Wkrótce kilkadziesiąt małych domków stało wśród krzewów i kwiatów.
Zrazu, kiedy Damian zabierał się do dzieła, trędowaci setkami stawali wokoło niego i pełni zdumienia gapili się na zręczne ruchy jego mocnych rąk. Ale później misjonarz wołał:
— Nuże tam, napatrzyliście się już do syta! Ty i ty, i ty jesteście jeszcze dość silni i macie zdrowe ręce! Do roboty! Praca to najlepsze lekarstwo dla was, próżniaków! Z ociąganiem imali się Kanakowie roboty. Z początku niejedną
deskę popsuto, ale Flamandczyk wyćwiczył sobie współpracowników. Niebawem miał już tylu pomocników, że stopniowo powstawały całe ulice takich przewiewnych, drewnianych domków. Lżej chorym praca
wkrótce sprawiała prawdziwą przyjemność, a ciężko chorzy znowu cieszyli się z nowego, czystego schronienia, do którego mogli się teraz przeprowadzić z brudnych nor.
Niebawem na Molokai można było usłyszeć śmiech ludzi, którzy ani nie byli pijani, ani obłąkani. Na samym końcu dopiero zbudował Damian ze swymi brunatnymi pomocnikami skromny domek dla siebie. Miał pięć metrów
długości, trzy metry szerokości i był tylko tak wysoki, że wygodnie można było ręką sięgnąć sufitu. Ale dzielny misjonarz rad był, że po tylu tygodniach nocowania pod pandanem miał nareszcie znowu
dach nad głową. Zorganizował wśród trędowatych regularną służbę samarytańską. Lżej chorzy, którzy jeszcze władali swobodnie rękami i nogami, zostali wyznaczeni do noszenia wody. Całymi kolumnami maszerowali co rano do źródła i przynosili w wielkich konwiach wodę do szpitala i do każdej chaty. Na ich czele szedł zwykle kapłan sam niosąc dwa dzbany gliniane na silnych barkach. Innych wyznaczył jako pielęgniarzy którzy na zmianę i w ściśle określonym
czasie musieli pełnić służbę w szpitalu lub w chatach niedołężnych chorych. Mimo początkowego oporu wszyscy stopniowo poddali się jego stanowczej woli.
Najwięcej kłopotu było z chorymi w osadzie obłąkańców, którzy absolutnie nie chcieli odstąpić zarówno od wódki, pędzonej z korzeni „ki”, jak i od dzikich, bezwstydnych tańców. Zdarzało się z początku, że kapłana przyjmowano gradem kamieni, gdy chciał odwiedzić ich chaty. Ale Flamandczyk niczym nie dał się odstraszyć. Zjawiał się nagle w nocy przy ognisku w kręgli
szaleńców, wyrywał im z rąk naczynia z wódką i rzucał je do ognia. I nikt się nie odważył podnieść ręki na tego mocnego człowieka o niesamowitej dla nich sile. Cóż go obchodziły szkaradne wyzwiska, które za nim rzucano. W końcu nakazał powyrywać i spalić wszystkie korzenie „ki”, które rosły u podnóża Pali. W ten sposób wytępił najgorszy
chwast na Molokai. Chaty obłąkanych spalono, zbudowano natomiast domki drewniane, rozsiane wśród osady, i do nich to pijacy musieli się wprowadzić. Od tej pory nie było już na Molokai osady wariatów.
Zbudził się też znowu w Damianie rolnik. Wraz ze swymi
pomocnikami oddzielił dobry kawał ziemi, wykarczował korzenie, chaszcze i pniaki i zasadził kartofle. I zdawało mu się, że stanął znowu na dobrej ziemi rodzinnej, że obydwiema nogami wparł się w ojcową rolę, w której zagony zasiewał ziarno, sadził jarzyny. Któregoś dnia, gdy Damian w największej spiekocie pracował na swojej roli, aż pot spływał strumieniami z czoła, usłyszał nagle krzyk kilku Kanaków:
— Makua Kamiano! Okręt „Kilauea”!
Zakonnik wbił łopatę w ziemię i pobiegł nad morze. Musiał przecież być przy tym, kiedy przybywały jego nowe biedne dzieci; musiał tym zrozpaczonym przynieść pierwsze pozdrowienie wyspy.
Właśnie szczęknęła kotwica statku u wybrzeża, kiedy Damian bez tchu dopadł do przystani przed osadą Kalaupapa. Spuszczono łódź szczelnie nabitą trędowatymi, którzy z przerażeniem wpatrywali się
w przyszłą swoją ojczyznę. Lecz nagle dostrzegli na wybrzeżu kapłana wyciągającego do nich ramiona z serdecznym pozdrowieniem. Nie, zaprawdę Molokai nie było już piekłem!
Ale co to? Kiedy Damian ponownie zwrócił wzrok na statek, dojrzał tam u burty mężczyznę w czarnym odzieniu, który bezustannie kiwał ręką w jego stronę. Boże mój! Toż to prowincjał jego zakonu,
ojciec Modest! Ale dlaczegóż on, na Boga, nie przeprawił się na brzeg? Czyżby się obawiał trędowatych? Głupstwo!
— Dlaczego ten ojciec nie ląduje? — zwrócił się Damian do marynarza, który z kilkoma innymi towarzyszami przywiózł trędowatych ze statku na wyspę.
— Kapitan nie pozwolił! Podobno otrzymał specjalny zakaz od rządu; zakazano wszelkich odwiedzin na Molokai — powiedział marynarz wypluwając prymkę szerokim łukiem do wody. — Sam ani rusz nie mogę tego zrozumieć.
— To podłość! — krzyknął zakonnik i łuna gniewu zalała mu twarz. — To podła szykana! — Flamandczyk zgrzytnął w pasji zębami i zacisnął pięści. Żeby tak można tam się dostać! Ale zaraz, tu, u jego stóp leży jakieś kanu — wydrążony pień drzewny z jednym wiosłem. Bez namysłu Damian pchnął łódź na fale, skoczył do środka
i począł wiosłować silnymi, szybkimi uderzeniami w kierunku „Kilauei”. Oto już pojechał. Ujrzał zwisającą linę. Uczepił się jej i począł wspinać na pokład.
— Stój! — zaryczał z góry głos jakiś. — Nie wolno wchodzić na statek! Minister wyraźnie zabronił. Cofnąć się!
Zrozpaczony de Veuster spuścił się z powrotem do łodzi. Tam w górze stał konfrater, przyjaciel, prowincjał zakonu, a jemu nie wolno było nawet uścisnąć mu dłoni.
— Pogódźcie się z losem, ojcze Damianie! — zawołał prowincjał, który ze łzami w oczach stał przy burcie.
— A więc, w imię Boże! Fiat! — odpowiedział Flamandczyk.
— Proszę was jednak, ojcze prowincjale, wysłuchajcie chociaż mojej spowiedzi. Tego chyba pan minister nie zabronił. Bardzo o to proszę!
Damian ukląkł pokornie w swojej łódce, złożył ręce, po łacinie odmówił „Confiteor” i wyznał grzechy swoje, a kapłan pochylony przez burtę udzielał mu pociechy, wskazań duchownych i rozgrzeszenia.
— Marynarze na pokładzie ocierali oczy wyrzekając na muchy, które im do oczu wpadały, kapitan zaś dużymi krokami przemierzał pokład mrucząc i klnąc pod nosem, wreszcie rzekł do sternika:
— Niech to diabli wezmą! Jeszczem nigdy tak niechętnie nie spełniał swego obowiązku, do licha! Tymczasem wyładowano towary i pasażerów i puste łodzie wciągnięto z powrotem na pokład. Zgrzytnął łańcuch kotwiczny, puszczono w ruch maszyny. „Kilauea” wychodziła na morze.
Ojciec Modest przez długą jeszcze chwilę kiwał ręką Flamandczykowi, który stał wyprostowany w chyboczącej się łodzi i spoglądał za statkiem, dopóki ostatnia chmurka dymu nie rozwiała się na widnokręgu. Potem na chwilę zwiesił smutno głowę, ale zaraz chwycił za wiosło i energicznym ruchem skierował łódź w stronę lądu. To jego placówka. Molokai, wyspa przeklęta. Na wybrzeżu stali lub przykucnęli trędowaci, wpatrzeni bez przerwy w białego ojca na łodzi. Więc Damian kilkoma mocnymi uderzeniami wiosła przepchnął łódź przez falę przybrzeżną. Wyskoczywszy na brzeg zawołał wesoło: — No, dzieci, tu mnie macie! Chodźcie, pokażemy naszym nowym braciom i siostrom ich mieszkania.

Czas mijał.
Śmierć i rozkład zbierały żniwo na Molokai. Damian de Veuster niejednemu ze swych parafian przycinał z sześciu desek ostatnie pomieszczenie. Ale i miłość zbierała swój plon. Niedola i żałoba nie przestały wprawdzie gościć na wyspie, ale zadomowiły się również radość i pociecha. Molokai przestało być piekłem na ziemi.
W roku 1874 nowy król objął władzę nad państwem wyspiarskim Hawajami. Po królu Lunalilo wstąpił na tron Kalakaua I. Amerykański minister jego poprzednika, E.O. Walie, prezydent Komisji Zdrowia, otrzymał dymisję. Zniesiono także niegodny zakaz, wzbraniający apostołowi Molokai przyjazdu do stolicy. Ale Damiana czekała jeszcze większa niespodzianka. Pewnego dnia odebrał wielkie zapieczętowane pismo, w którym nowy minister spraw wewnętrznych ofiarował mu formalnie urząd gubernatora Molokai.
„(…) W zasadzie zadania Pana pozostaną te same, co dotychczas, tylko byłby Pan tam w przyszłości czynny jako urzędnik państwowy. Jako wynagrodzenie za przyjęcie tego urzędu ofiarujemy
Panu pensję w wysokości dziesięciu tysięcy dolarów rocznie (…)”. Tyle zawierało pismo.
Kiedy Damian przeczytał list do końca, wybuchnął śmiechem tak głośnym i serdecznym, jak nigdy chyba dotąd, a Flamandczyk chętnie i dużo śmiał się w swym życiu. Jakież to było paradne.
— Damian de Veuster, gubernator Molokai! — mówił wesoło. — Hm! Brzmi to wcale nieźle. A dziesięć tysięcy dolarów rocznie brzmi także niezgorzej. Nowy wiatr powiał w Honolulu… Mimo to jednak
znowu ekscelencja się omylił. Przeszedł następnie, wciąż jeszcze się śmiejąc, do swego drewnianego
baraku, usiadł przy stole i napisał dużym, energicznym pismem odpowiedź:
„Ofiarujecie mi dziesięć tysięcy dolarów rocznie za moją działalność na Molokai. Proszę przyjąć do wiadomości, iż za te pieniądze nie zostałbym tu nawet pięciu minut. Tylko Bóg i nadzieja zbawienia dusz ludzkich trzymają mnie tutaj. Gdybym za pracę swoją przyjął choćby najmniejsze wynagrodzenie, matka moja słusznie wyrzekłaby się swego syna.”
Tak, kropka! Jeszcze piasek! Urzędnicy w Honolulu otwierali szeroko oczy i potrząsali głowami, czytając tę odpowiedź. Tylko minister potakiwał i powiedział cicho:
— Bardzo bym chciał poznać matkę tego człowieka.

KWIATY NA LĄDZIE I MORZU

— Jak to dobrze, że Pan Bóg umie po łacinie. Co prawda namozołi się pewno nieraz z łaciną tych urwisów, leniuchów ministrantów po całym świecie, nie mówiąc już o łacinie ministrantów Mórz Południowych. Panie, nie gniewaj się, że z ich ust wychodzi taka pokaleczona, z tych ust, które nie potrafią wymówić „t” ani „d”, ani wypowiedzieć „s” — zwłaszcza kiedy wargi są nabrzmiałe od trądu.
Kalaupapa2Chociaż nie zrozumiesz słów, ale znasz przecież ich brzmienie, więc będziesz już wiedział, o co chodzi, kiedy te chłopięta wyjąkają swoją spowiedź powszechną u stopni ołtarza.
Tak myślał Damian de Veuster, kiedy otoczony gromadką smagłychchłopaków ćwiczył z nimi „Confiteor” w cieniu werandy sierocińca. Wzrok jego pełen współczucia ogarniał zeszpecone twarze. Znał ich tu wszystkich. Większą ich część pozbierał sam spośród nieopisanej nędzy tej okropnej wyspy; innych widział, kiedy ich przywożono w łodziach okrętowych, gdzie przerażeni, zapłakani, skuleni, wyglądali jak wystraszone ptaki. Kędyś tam wyrwano ich z ramion zrozpaczonych matek i przywieziono do Molokai. Kapłan stworzył dla nich nowy dom rodzinny. Sierociniec na Molokai był najpiękniejszym domem na całej wyspie. W jego ogrodzie rosły najpiękniejsze kwiaty, a Damian de Veuster był równocześnie i ojcem, i matką dla tych najbiedniejszych mieszkańców wyspy.
— No, odwagi, Anakalea! — zachęcał właśnie Damian jedno z chłopiąt kanackich, które stało przed nim ze zniekształconą jak maszkara twarzą. — Odwagi, Anakalea, dziś musisz pokazać, co potrafisz!
I Anakalea począł recytować, kurczowo zaciskając powieki:
— Conficeor Ceo omnipotenci… Malec zaciskał mocno poranione piąstki i drżał na całym ciele
z przejęcia. Skończył wreszcie. Powoli otworzył oczy i wpatrzył się bez tchu w zakonnika: teraz zapadnie wyrok.
— Doskonale, Anakalea! — pochwalił kapłan. — Świetnie ci poszło! Za to będziesz mi jutro służył do Mszy świętej. Płomień radości błysnął w oczach małego trędowatego, cała posiekana ranami twarzyczka jaśniała szczęściem. Wybuchnął dźwięcznym krzykiem i klasnął w dłonie.
— Ooooch, Makua Kamiano! — wyjąkał. — Ooooch!
Pełni podziwu inni chłopcy rzęsiście oklaskiwali świetny wyczyn towarzysza. Ale z drugiego końca ławki słychać było głośne chlipanie.
Siedział tam mały Chińczyk z długim warkoczem, biedny „żółtek”, który zasłoniwszy twarz rękami zanosił się żałosnym płaczem. Chłopak, ochrzczony w Państwie Smoka przez misjonarzy włoskich, miał na imię Beppo. Przed wielu laty przybył na Wyspy Hawajskie z rodzicami, którzy znaleźli pracę na plantacjach
trzciny cukrowej. Przed ośmioma miesiącami przywieziono go jako trędowatego na Molokai.
— Beppo! — powiedział misjonarz łagodnie i otoczył go ramieniem.
— Nie płacz, Beppo!
Nie potrzebował pytać o powód zmartwienia małego Chińczyka. Beppo był niewidomy, trąd wtrącił go w ciemność wieczystą. Nie można dziecka niewidomego zrobić ministrantem. Dlatego zamarłe oczy zalewały się łzami w nieutulonym żalu. Po chwili jednak Beppo począł się uspokajać i oto zabrzmiało nagle wyraźnie,
poprawnie z jego ust:
— Confiteor Deo omnipotenti… — cała spowiedź powszechna bez najmniejszego błędu! — Czy dobrze było, padre? Czy tak było dobrze?
— Żaden nie umie tego tak dobrze jak ty, Beppo! — pocieszył go misjonarz i objął dziecko serdecznie ramionami.
— I nigdy, nigdy Beppo nie będzie mógł klęczeć przy tobie u ołtarza? — zapytał mały Chińczyk, a owrzodzone wargi drżały. Przez chwilę misjonarz się namyślał, a potem odparł:
— Owszem, Beppo, będziesz mógł! Jutro będziesz klęczał obok Anakalei i pomożesz mu, jak nie będzie umiał dalej.
Chłopak aż poczerwieniał z niespodziewanej radości, a Anakalea wykrzyknął wesoło:
— Wiesz, Beppo, będziesz mógł nawet dzwonić srebrnym dzwonkiem! Ja cię za każdym razem pociągnę za bluzę, jak
będzie pora.
— Dzwonić, dzwonić srebrnym dzwonkiem — szeptał mały Chińczyk. Potem wyjąkał cicho wiele chińskich słów, których nikt nie rozumiał, ale w których wyrażało się uczucie wielkiego szczęścia. W tej chwili przechodził przez ogród sierocińca Joane, Biały Kormoran, i zawołał:
— O, Makua Kamiano, jak pięknie kwitną twoje kwiaty!
— Tak, tak — odrzekł kapłan ogarniając wzrokiem brzydką swoją dzieciarnię. — Tak, Joane, te kwiaty kwitną też!
— Przyniosłem ci listy, dużo listów, Makua Kamiano! Joane podał zakonnikowi całą paczkę gazet i listów, które dotąd ukrywał za plecami, chciał bowiem dobremu ojcu zrobić miłą niespodziankę.
Jakiś Kanak przyniósł je z Kalaupapy. Damian wyrwał paczkę z rąk Białego Kormorana. Kilka gazet
rzucił na bok, nie zwróciwszy na nie uwagi. To później. A tu pismo z Honolulu z pieczęcią królewską — to także na później. Ale tu, tu był list z belgijskim znaczkiem. List z Tremelo! List od matki! Drżącymi rękami misjonarz rozciął kopertę. Co obchodziło go pismo ministra wobec tego, że matka pisze! Kiedy jednak przeczytał
pierwsze słowa listu, zbladł i z głuchym jękiem zasłonił twarz rękami.
— Nie żyje! Nie żyje! — wykrztusił i osłupiałym wzrokiem zapatrzył się przed siebie.
Wówczas dłoń trędowatego Chińczyka dotknęła pochylonej głowy kapłana.
— Nie płakać, padre… — powiedział cicho.
— Mój ojciec umarł, Beppo! — wybuchnął kapłan i wpatrzył się w puste, zamarłe oczy małego Chińczyka, jakby z tej biednej, brzydkiej twarzyczki przyjść mogła jakaś ulga w cierpieniu. Kurczowo drgają zniekształcone rysy dziecka, wreszcie mówi:
— Jutro Beppo będzie klęczeć przed ołtarzem i będzie modlić się za twego ojca, padre. Wtedy pójdzie on do Pana Boga w niebie. Tak sam mówiłeś. I w niebie dopiero wszyscy ludzie naprawdę mają dom. Misjonarz pochwycił okaleczałą rękę chłopca, uścisnął ją i powiedział:
— Masz słuszność, Beppo, w niebie mamy wszyscy dom! Zapomniałem o tym na chwilę, doprawdy.
Potem ojciec de Veuster poszedł do kościoła, klęknął tam, gdzie tylu trędowatych wołało o pomoc i pocieszenie, a Bóg uciszył i jego umęczone serce.
— Oto już jest w domu — powiedział cicho do siebie. — Wszyscy w niebie mamy dom.
Kiedy wychodził z kościoła, zawołano go do biednego starego Łazarza. Przed rokiem ochrzcił tego trędowatego. Dzisiaj rano udzielił mu wiatyku i ostatniego namaszczenia. Teraz znalazł starca umierającego.
Dziwny jakiś blask bił z jego oczu, rozjaśniając całą twarz, której wszystkie rany pogoiły się w ciągu ostatnich tygodni, czyniąc ją prawie piękną.
Damian odmawiał nad nim modlitwy za konających. Przy jego słowach chory zasnął spokojnie. Kapłan zamknął mu oczy na wieczny spoczynek.
— Łazarzu, powracasz do domu… — powiedział półgłosem.
— Pozdrów mi ojca w domu. W wigilię Bożego Ciała pochowano Łazarza. Trumnę dla niego Damian zbił sam. Kiedy potem rzucał na nią pierwsze grudy ziemi, zdało mu się, że własnego ojca grzebie
w świętej ziemi Tremelo. Łzy rzuciły mu się do oczu. Płakał, jak niegdyś Zbawiciel przy grobie przyjaciela swego Łazarza, a trędowaci, którzy przyszli na cmentarz, mówili między sobą: — Patrzcie, jak go miłował!…
Cały dzień przed Bożym Ciałem był zapełniony po brzegi gorączkowymi przygotowaniami. Trędowaci chcieli także mieć swoją procesję. Już od kilku tygodni ćwiczyła orkiestra, dla której Damian sprowadził instrumenty z Honolulu, pod kierownictwem dobrego muzyka, starego ociemniałego Petera. W ostatnich dniach aż do późnej nocy rozlegały się pobożne melodie. Chór kościelny nie ustępował w zapale muzykantom i święta Cecylia była na pewno zadowolona z rozśpiewanej swojej dziatwy na Molokai.
Mężczyźni przynieśli z gór pręty bambusowe, kobiety przykrawały niebieski i złocisty jedwab i szyły pilnie, tak że sporządzono wspaniały baldachim. Dzieci natomiast znosiły całe góry kwiatów i wiązały w bukiety, wieńce i girlandy. Wzniesiono ogromne bramy triumfalne, zbudowano cztery ołtarze, a wszystko tonęło w morzu
kwiecia. Dzieci z sierocińca miały również pełne ręce roboty, im bowiem powierzono przystrojenie kościoła. Znosiły kosze kwiatów i zielonych, kwitnących gałęzi przed ołtarz i pod obrazy świętych Pańskich. Najświętszej
Pannie i świętemu Józefowi uwito dokoła głowy i ramion festony z białych i niebieskich dzwonków.
W końcu wszystko wyglądało tak wspaniałe, że dzieci z zachwytu i szczęścia aż klaskały małymi, poranionymi rączętami. Spóźniły się dziś na wieczerzę, a twarze ich promieniały jeszcze zapałem i zadowoleniem. Wtem nagły przestrach. Dwojga dzieci nie ma: Beppa i Anakalei. Do wieczora rwali obaj kwiaty razem z wszystkimi, później naraz zniknęli. Nikt ich już potem nie widział.
Ojciec Damian łamał sobie głowę, dokąd dzieci mogły pobiec. Panie Święty, żeby tylko małemu ślepcowi nie przytrafiło się coś złego! Może Anakalea pociągnął go za sobą w góry, żeby i tam jeszcze narwać kwiatów… A przecież niejeden już stracił tam życie! Za pół godziny będzie zupełna noc… Matko Święta, weź dzieci pod swoją opiekę! Przy pacierzu wieczornym, który kapłan odmawiał zawsze razem z sierotami przed ołtarzykiem Matki Bożej, zmówił na zakończenie „Zdrowaś Maryjo” w intencji małych łazęgów i dzieci słyszały, jak głos dobremu białemu ojcu drżał przy tym z niepokoju i zmartwienia.
Właśnie ostatnie promienie słońca zatonęły w morzu — zapadła noc. A dzieci jeszcze nie było.
Damian zasiadł za stołem, zapalił lampę i chciał się zmusić do czytania. Jeszcze nie przeczytał gazet, które trzy dni temu przyszły wraz z listem od matki. Nawet okiem na nie nie rzucił. Nie mógł jednak czytać w tej chwili. Litery skakały i wirowały mu przed oczami. Wciąż widział przed sobą obydwie zeszpecone twarzyczki dziecięce, wydawało mu się, jakby wołał ratunku. Nagle drgnął. Przeczytał własne nazwisko: „Damian de Veuster, bohater Molokai!” — tytuł wydrukowany ogromnymi literami w jakiejś amerykańskiej gazecie, a po nim następował długi artykuł.
— Przecieżem nie żer dla gazeciarzy — żachnął się Flamandczyk i odsunął gazetę.
Machinalnie sięgnął po następną. Było to pismo francuskie. I tutaj znalazł artykuł czerwono obramowany. „Apostoł trędowatych!”
— głosił nagłówek.
— Idiotyczna banda… — mruknął Damian.
Ale doprawdy, oto jeszcze gazeta niemiecka. Flamandczyk z trudem przesylabizował: „Pochylcie czoła, kto mija skały Molokai!” Toć to oszaleć można! Czyż reporterzy całego świata nie mieli już doprawdy innego tematu, żeby swoją sałatką bałwochwalczą koniecznie częstować biednego zakonnika na najbardziej zapadłej w świecie wyspie? Niechby lepiej składali nadal swoje wieńce papierowe u stóp tancerek i głównych amantów w swoich teatrach. Bogu dzięki, jest tu jeszcze francuskie pisemko misyjne! Panowie redaktorzy duchowni są z pewnością rozsądniejsi. Zaledwie jednak kapłan przerzucił pierwsze stronice, kiedy mu się wyrwało soczyste, prawdziwie flamandzkie przekleństwo. Ujrzał bowiem swoją własną podobiznę, fotografię, którą kazał zrobić jeszcze w Lowanium na pożegnanie dla matki, a pod tym… — Ależ matko, matko —jęknął kapłan.

Pod podobizną wydrukowano dosłownie ostatni jego list, który napisał do domu. To, co osamotnionemu misjonarzowi wybiegło wtedy na usta, na pewno nie było pobożnym westchnieniem. A niechże to… Człowiek
tu zasiada do kiwającego się stolika, żeby pośród pracy i mozołu napisać naprędce list do matki, bo w przystani statek już czeka, a potem tam w kraju poczciwe, ukochane, niemądre matczysko wydaje jego bazgroły w ręce ojca redaktora, który nie ma nic lepszego do roboty, jak zapełnić nimi swoje szpalty. A niech to!
— Nie, nie! Nie chcę tego! — wrzasnął de Veuster, któremu wstrętne były pochwalne kadzidła. — Chcę tu spokojnie pielęgnować swoich trędowatych, majstrować domy i trumny i myć głowy moim brudnym łobuzom… To chcę robić. Ale co to kogo obchodzi? Nie chcę, żeby o mnie trąbili po świecie ci jarmarczni przekupnie.
Damian zerwał się i szorstkim ruchem odsunął od siebie stos gazet. Potem wyszedł na werandę i wpatrzył się w noc. Dzieci wciąż nie było. Nie można dłużej czekać. Jeżeli zaraz nie przyjdą, wybierze się na poszukiwanie, choćby mu całą noc przyszło drapać się po skałach. Wrócił do domu, aby wziąć latarnię. Właśnie odkrył w jakimś kącie porzuconą czerwoną latarkę z osłonką od wiatru i zapalił knot, gdy usłyszał kroki na werandzie. Latarka z trzaskiem poleciała na ziemię, aż się szkło rozprysło. Kapłan popędził do drzwi, odsunął rygiel i — oto stali przed nim obaj mali winowajcy.
— Nie gniewać się, Makua Kamiano! — błagał mały Kanak.
— Nie gniewać się, padre! — wtórował jak echo Chińczyk.
— Właśnie że się gniewam! Bardzo się gniewam! — zgromił ich kapłan. — Gdzieżeście byli?
— Rwaliśmy kwiatki… — odpowiedział Anakalea.
— A coście potem robili?
— Potem poszliśmy nad morze i wszystkie kwiaty rzuciliśmy do morza.
— Po co?
Dzieci milcząc spuściły na chwilę głowy.
— Po co? — zagrzmiał rozgniewany zakonnik. Wówczas mały Chińczyk powiedział cicho:
— Morze zabierze kwiaty i zaniesie na grób twojego ojca.
— Idźcie spać, dzieci… — wyjąkał kapłan i odwrócił się.
— I już się nie gniewasz? — dopytywał się Anakalea.
— Nie, nie, już nie! Idźcie spać — wykrztusił Damian.

Długo jeszcze wpatrywał się kapłan w drzwi, które zamknęły się za dziećmi. Potem przystąpił do stołu, na którym leżały dzienniki z czerwono okolonymi artykułami sławiącymi po świecie jego imię. Misjonarz uśmiechnął się.
— Czymże jest tumult świata w porównaniu z miłością tych dwojga trędowatych dzieci? Boże, jakżeś mnie hojnie obdarzył i uszczęśliwił!
Nazajutrz było Boże Ciało. Kapłan niósł złotą monstrancję przez ukwieconą wyspę. Wolno, bardzo wolno postępował ojciec Damian, za nim bowiem czołgał się i pełzał mozolnie trąd. Słyszał za sobą świszczące i sapiące oddechy chorych. Zdawało się kapłanowi, że wszystek ból i męka całego świata wlecze się za nim i za Zbawicielem, którego niesie w swoich dłoniach.
Grzmiały bębny i trąby. Chór kościelny przeszedł sam siebie. Powiewały chorągwie, dzwoniły dzwonki. Biało ubrane dziewczynki sypały kwiaty z czerwonych koszyczków. Dymiły kadzidła w srebrnych
czaszach. Wszystko było tak jak w domu. A przecież tu Boże Ciało obchodzono w niedoli.
Kapłan ustawił teraz monstrancję w morzu kwiatów. Cicho skwierczały świece. Ojciec de Veuster odśpiewał dźwięcznym głosem Ewangelię, responsoria i orację, potem podniósł wysoko Ciało Pańskie w otoczy złocistych promieni. Wszystka nędza pochyliła się pod błogosławieństwem Krzyża. Chłopcy potrząsali dzwonkami, muzykanci dęli w trąby — oto Pan i Jego kapłan błogosławią smutnych i obciążonych, błogosławią całej nędzy świata… Potem procesja utrudzonych ruszyła w dalszą drogę. Czterej wyspiarze znowu unieśli w górę błękitny baldachim, znowu „dzwonnicy” potrząsali dzwonkami, dymiły kadzielnice, rozbrzmiewały pieśni… Ziemia ta była niegdyś piekłem.
Dziś zeszło ku niej niebo: Bóg błogosławił nędzarzy.

KRZYŻ KSIĘŻNICZKI

— Stój, Willem, stój! — nawoływał Damian klepiąc po szyi siwka, który wbrew zwykłej swej łagodności usiłował wierzgać na przemian to przednimi, to tylnymi nogami. Istotnie, wszystko dokoła przyczyniało się do tego, aby najspokojniejszego konia wyprowadzić z równowagi. Wierny wierzchowiec misjonarza potrząsał energicznie głową, aż zajazgotały dzwoneczki i zalśniły żywiej kwiaty, które sieroty molokajskie wplotły mu do grzywy. O, bo biały ojciec miał pięknie wyglądać tego dnia i jego koń również. Nawet do ogona wpletli mu chłopcy storczyki i chociaż Willem przyzwyczajony był do najrozmaitszych figli tych człowieczków i znosił je cierpliwie, to jednak tego było mu już za
wiele. Naprawdę można było wyskoczyć ze skóry. Willem znowu rzucił głową i próbował stanąć dęba.
— Stój, Willem! — upomniał jeździec ponownie.
Willem rzucał dokoła przelękłe spojrzenia. Czegoś podobnego w całym swym końskim życiu jeszcze nie widział, takiego tłumu ludzi przybranego w jaskrawe szaty.
Co to się działo na Molokai? Istotnie, co się działo?
Prawie ośmiuset ludzi, kto tylko mógł się jeszcze poruszać, chodzić, kuleć lub choćby pezłać, wszyscy przybyli na wybrzeże Kalaupapy, każdy w stroju odświętnym. Ośmiuset ludzi tłoczyło się do przystani. Wielu z nich przybyło konno i dumni jeźdźcy wyniośle i z zadowoleniem spoglądali na wszystko, co mrowiło się w kurzu u ich stóp. Na samym przodzie stanęli wystrojeni odświętnie muzykanci w białych szatach, zdobnych w czerwone i błękitne szarfy. Niektórzy dęli w instrumenty lub przebierali po nich palcami, chcąc się przekonać, czy czasem łobuziaki z sierocińca nie nalały im, na przykład, mydlin do środka, jak to się zdarzyło w ubiegły Nowy Rok, kiedy chcieli
misjonarzowi zagrać serenadę. Dzięki Bogu, tym razem wszystko było w porządku! Oczywiście pocili się wszyscy z przejęcia, ale tak już widocznie musiało być przy tego rodzaju podniosłych wydarzeniach. Willem wydawał się nieco spokojniejszy, zwiesił głowę i marzył o czasach, kiedy jako ognisty rumak zdobywał niejednokrotnie pierwszą nagrodę w wyścigach, które Damian ku szalonej radości swoich Kanaków urządzał na Molokai.
O tak, miało się piękną przeszłość — zakończył Willem swe historyczne rozważania — było się kimś. I właśnie w tej chwili Gregorio, Ogniste Oko, człowiek z ogromną trąbą, zadął siwkowi na swoim instrumencie
prosto w lewe ucho. Tego już doprawdy było za wiele! I Willem stanął dęba prosto jak świeca, aż kilka kobiet z wrzaskiem się rozbiegło.
— Stój, Willem, stój! — strofował misjonarz łagodnie, a Willem całkowicie zadowolony z efektu swego ognistego wyczynu opadł w przyziemne regiony.
Daleko na morzu widniał szereg kwiatami uwieńczonych łodzi, które zdawały się wyczekiwać jakiegoś cudu, co miał się przed nimi wyłonić z głębi toni morskiej.
Co to, na Boga, działo się na Molokai? Wtem — krzyk jakiś.
— Tam, tam, patrzcie! — zawołały podniecone głosy i wiele rąk wyciągnęło się równocześnie, wskazując na morze, nad którym ukazała się delikatna smuga dymu. Teraz wyłoniły się z wody dwa
maszty, następnie komin.
— Jadą już, jadą! — wrzeszczało osiemset głosów. Poruszyły się łodzie na morzu i silnymi uderzeniami wioseł jęły posuwać się naprzeciw statkowi, którego oczekiwano tak gorąco. Muzykanci podnieśli instrumenty i przez dalekie morze popłynęły dźwięki hawajskiego marsza królewskiego.
Już statek zarzucił na morzu kotwicę! Spuszczono odświętnie przystrojoną szalupę, która nadjeżdża obecnie, otoczona niby wieńcem ukwieconym łódkami.
— Aloha! Aloha, Liliuokalani! Aloha maikai! — wołali radośnie trędowaci.
Liliuokalani, księżniczka zastępująca w rządach swego brata, Kalakauę, który znajdował się w tej chwili w podróży naokoło świata, szła przez pomost. Towarzyszyli jej ministrowie i dwór, wszyscy we wspaniałych, strojnych orderami mundurach. Zaskoczona nieco przyjęciem regentka przystanęła. Muzykanci dęli w trąby, aż pot ściekał z nich strugami. Potem przystąpił do księżniczki niski, przysadkowaty człowieczek i powitał ją uniżenie. Był to nowy gubernator Molokai, który zjawił się zza gór na powitanie.
Był Niemcem z pochodzenia, nazywał się Meyer i żył z ojcem de Veuster w jak najlepszej zgodzie, wiedział bowiem, że piecza nad kolonią trędowatych była w dobrych rękach; był tak uczciwy, że informował też o tym zarówno regentkę, jak i jej ministrów. Wciąż jeszcze zdziwiona, wpatrywała się Liliuokalani w barwny tłum ludzi. Więc to było Molokai! Wyobrażała sobie wszystko zupełnie inaczej na tej wyspie grozy. Z uśmiechem przyglądała się wystrojonym,
uwieńczonym dzieciom, spoconym muzykantom i „gwardii honorowej”, która z wypiętą dumnie piersią utworzyła szpaler dwurzędowy. Bóg raczy wiedzieć, skąd zakonnik wytrzasnął te wszystkie fantastyczne mundury. Zapewne szczere flamandzkie poczucie humoru odegrało tu swoją rolę.
— Aloha, Liliuokalani! Aloha maikai! — rozbrzmiewa ponownie na całym wybrzeżu.

Regentka podeszła teraz bliżej. Widzi już nie tylko mundury i zewnętrzną pompę, spostrzega też i twarze. Widzi zniekształcone, koszmarne, zżarte oblicze trądu. Ponad wonią kwiatów uderza w nią zaduch rozkładu. Widzi okaleczałe członki. Spostrzega, jak tu i tam jakaś ręka ukrywa się wstydliwie za plecami, jak dziewczęta zasłaniają sobie usta chusteczkami. To jest trąd! To jest oblicze Molokai.
Wtem zrywa się krzyk jakiś! To jedna z kobiet przybyła w towarzystwie księżniczki rozpoznała w tłumie swoje dziecko. Podnosi teraz dziewczynkę z ziemi, tuli ją w ramionach i okrywa straszliwie zniekształconą twarzyczkę pocałunkami i łzami. Boże, cóż za widok!
Księżniczka podnosi rękę, chce przemówić. Ośmiuset ludzi milknie, wstrzymuje oddech w piersiach. Ale księżniczka nie może mówić. Otwiera drżące wargi, ale przemówić nie może. Łzy rzucają się jej do oczu, wstrząsa nią łkanie. Nie, nie może mówić. Płacząc podchodzi do kobiety, która trzyma w objęciach trędowate swoje dziecko, i kładzie dłoń na biednej, odrażającej główce. A wtedy ośmiuset biedaków wybucha nagle płaczem i łkaniem.
Ale — to nie boleść zalewa się łzami, to płacze radość na widok współczucia owej szlachetnej królewskiej niewiasty, która przybyła na wyspę najgłębszej niedoli. Gubernator prowadzi teraz księżniczkę ku ojcu Damianowi, który
ze swoim siwkiem trzymał się dotąd skromnie na uboczu, a teraz szybko zeskakuje z wierzchowca.
— Oto ojciec Molokai! — mówi pan Meyer.
Milcząco ściska księżniczka dłoń ojca Damiana i długo patrzy mu w oczy.
— Jesteś szlachetnym człowiekiem… — mówi wreszcie cicho.
Misjonarz potrząsa głową przecząco:
— Jestem kapłanem!
Księżniczka spędza cały wieczór wśród trędowatych. Odwiedza chaty najbiedniejszych, kalek, którzy nie mogli być przy powitaniu na wybrzeżu. Zachodzi także do świątyni, do kościoła św. Filomeny i — chociaż jest protestantką — stoi długo przed obrazem Matki Bożej.
— Tak, tak! — odzywa się wzruszona. — To jest najodpowiedniejsze! Obraz Matki dla tych sierot — i księżniczka z czcią głęboką chyli głowę przed Madonną.
W sierocińcu obdarza dzieciarnię, która z okrzykami radości do niej wybiega. Mały Chińczyk deklamuje przed nią długi wierszyk i ociemniała twarzyczka jaśnieje dumą, że tak mu się znakomicie udało.
Księżniczka nie szczędzi mu pochwał. Zakonnik prowadzi potem regentkę do nieszczęsnej, całkowicie
unieruchomionej kalectwem, niewidomej dziewczynki, która siedzi na macie i bawi się kwiatami. Księżniczka pochyla się nad biedną istotką i przemawia do niej serdecznie. Dziecko podnosi głowinę, nadsłuchuje i woła:
— Powiedz, czy ty jesteś matką?
— Tak, tak, jestem twoją matką! — odpowiada regentka wzruszona.
— Mama! — woła dziecko w zachwyceniu i klaszcze w dłonie, biedne, okaleczałe dłonie, a księżniczka pieszczotliwie głaszcze jej główkę. Ale dziewczynka opada wyczerpana i zasypia.
Regentka odwraca się płacząc. Po południu razem z Damianem odwiedza szpital. — Ci wszyscy tutaj bardzo bliscy są nieba… — szepcze zakonnik.
Księżniczka przechodzi od łóżka do łóżka. Dla każdego z chorych ma jakiś podarunek, ma słowo pociechy.
— Nie macie tu lekarza? — pyta przerażona, kiedy widzi tę całą niedolę dokoła. — Ani pielęgniarza?
— Nie mamy nikogo oprócz trędowatych, którzy kolejno dyżurują, Wasza Wysokość. Setki razy prosiłem w Komisji Zdrowia o lekarza i fachowy personel pielęgniarski, niestety, jak dotąd, nadaremnie.
— Postaram się o lekarza — mówi regentka stanowczo. — Do pielęgnowania chorych najlepiej byłoby wziąć siostry katolickie. Czy sądzi ojciec, że znajdą się pielęgniarki?
— Tyle, ile tylko zażądam! — woła zakonnik ucieszony. — Dotąd jednak minister robił trudności z dopuszczeniem na wyspę.
— Więcej już nie będzie robić trudności — zadecydowała energiczna niewiasta. Przystanęła właśnie przy łóżku starego okropnie przez trąd okaleczałego chorego.
— Jak się czujesz? — pyta ciepło.
— Dobrze, dobrze… — wyjąkuje staruszek i szpetna jego twarz wykrzywia się uśmiechem. — Dawniej… — dodaje ciszej — dawniej Molokai było piekłem, prawdziwym piekłem! Ale teraz, o, teraz
wszystko się zmieniło… Molokai jest teraz wyspą szczęśliwą! — i oczy trędowatego jaśnieją dziwnym blaskiem…
Wieczorem regentka żegna Molokai. I znowu wszyscy chorzy, którzy mogą się jeszcze poruszać, odprowadzają ją do przystani.
Syrena okrętowa wyje donośnie. Ostatnie krzyki dolatują do parowca. Wciągnięto kotwicę. Tam stoi księżniczka zwrócona twarzą ku wyspie. U jej stóp skulona szlocha matka i patrzy na pozostawione
na wyspie dziecko, które stoi na skale i wciąż, wciąż macha ku niej rączkami.
Matka na pokładzie płacze w nieutulonym żalu… Delikatna ręka dotyka jej ramienia. Księżniczka pochyla się ku
matce i mówi: — Nie płacz, siostro! Twoje dziecko jest pod dobrą opieką. Istnieje na Molokai człowiek, który dla wszystkich jest czymś więcej niż ojciec i matka.
De Veuster tymczasem poklepując przyjaźnie wierzchowca mówił: — No, Willem, na dzisiaj dosyć świętowania! Księżniczka niechaj sobie płynie, a teraz do roboty! Willem skinął skwapliwie łbem, zarżał i puścił się łagodnym kłusem do Kalawao.

Wkrótce nastały znowu radosne dni na Molokai. Oto pewnego dnia zjawił się w szpitalu prawdziwy lekarz, uzbrojony w ogromne okulary i śnieżnobiały kitel. Przywiózł z sobą całą aptekę przeróżnych leków. Wprawdzie nie pozostał zbyt długo na wyspie, tak samo jak jego następca — w każdym razie ciągle odtąd przybywał nowy doktor. Szpital na Molokai miał teraz stałego lekarza, co w znacznym stopniu odciążało ojca Damiana, który i tak dosyć miał do roboty na wyspie.
Wyspa grozy stała się urodzajną rolą Bożą, na której warto było orać, siać i ostrzyć kosy. Od dawna już więcej niż połowa trędowatych, przyjęła katolicyzm i żniwo z dnia na dzień wzrastało. Snopy wiązane przez Damiana Bóg zabierał przeważnie wkrótce na swe gumna, aczkolwiek niektórych chorych wyzwalała śmierć dopiero po długoletnich cierpieniach. Z początku wielu odnosiło się do kapłana z drwinami i otwartą nienawiścią. Nawet teraz, po ośmiu latach, zdarzało się, że ten i ów weteran z dawnej osady obłąkanych niechętnie i z pomrukiwaniem poddawał się miłosiernym usługom misjonarza. Nie mógł do dziś Damianowi darować, że pozbawił go wódki.
Któregoś dnia przyniósł Damian jednemu z tych zbłąkanych duży dzban wody z góry aż do jego chaty. Ale ów zatruty wódką i przeżarty trądem starzec, przyzwyczajony do innego napoju, wyjąc wylał ją całą kapłanowi pod nogi. Flamandczyk bez słowa wziął dzban, powędrował z nim z powrotem w góry, napełnił go znowu i przyniósł trędowatemu.
— Uważaj teraz, przyjacielu — zaśmiał się — żebyś go znowu nie wylał.
Wówczas chory wpatrzył się weń, patrzał i patrzał trzęsąc głową; po raz pierwszy zdarzyło mu się ujrzeć cud.
— Biedaczysko — mruknął Damian i poszedł dalej. Takie opanowanie samego siebie zdobył dopiero po długiej, ciężkiej walce. Siła do tej walki pochodziła z krzyża, z Krzyża Chrystusowego i z wielkiego
krzyża na Molokai, na którym wisiał Zbawiciel ciągle na nowo przybijany. Powoli jednak miłość zwyciężyła wszelką nienawiść. Od dawna już zakonnik nie potrzebował dźwigać wody z gór. Przed kilku laty założył prawdziwy wodociąg, który doprowadzał świeżą wodę źródlaną do wioski i szpitala. Molokai pozbyło się tego, co stanowiło jego największą
grozę.
I znowu powiewają nad wyspą radośnie chorągwie i proporczyki. Znowu wznoszą się wszędzie bramy triumfalne, barwiące się kwieciem i zielenią, znowu pocą się przejęci muzykanci, znowu Willem ma w ogon wplecione storczyki. Przed kościółkiem na prawdziwej estradzie stoi nowy biskup Wysp Hawajskich, monsignor Herman Kóckemann. Masywny Westfalczyk przedarł się przez góry do Kalawao, gdzie po wszystkich mozołach wspinaczki zaskoczyła go ulewa. Przemoczony do suchej nitki stał teraz między trędowatymi. Ale nic sobie z tego nie robił.
Oczy jego jaśniały radością z powodu serdecznego przyjęcia i gorącym współczuciem na widok tych zniekształconych twarzy i okaleczonych członków.
„Dzieci moje! — zaczął wreszcie łamiącym się ze wzruszenia głosem — jesteście bliscy Panu, albowiem nosicie Jego święty Krzyż. Najbiedniejszy spośród was jest Panu najbliższy, najbardziej do Niego podobny! W waszych poranionych, krwawiących członkach On spływa krwią, w was przybity jest znowu do krzyża. W Jezusie Chrystusie
zmartwychwstaniecie kiedyś — wy, którzy tak długo znosicie męki konania — w piękności niezniszczalnej. Nasza miłość zaś będzie z wami zawsze.
Pomiędzy wami żyje kapłan, który pomaga wam nieść krzyż, jak niegdyś Cyrenejczyk Zbawicielowi. Zanim do was przybył, Molokai było piekłem. Teraz wyspa ta stała się dla was czyśćcem pocieszającym, przy końcu którego czeka was niebo. Kapłan pomaga wam nieść krzyż, krzyż cierpienia, krzyż wygnania. Lecz widzicie, moje dzieci! Otom mu przywiózł dzisiaj inny jeszcze krzyż, złoty krzyż, krzyż najwyższego odznaczenia na ziemi.
Regentka Hawajów, Jej Książęca Wysokość, która odwiedziła was w waszej krainie cierpienia, dała mi go, abym go wręczył dziś uroczyście waszemu „kapłanowi i ojcu”.
Biskup uniósł wysoko błyszczący złoty krzyż, który zajaśniał w słońcu, a potem przypiął go ojcu Damianowi de Veuster do znoszonej, starej sutanny.
— Damianie de Veuster! W imieniu Jej Książęcej Wysokości regentki Hawajów, wręczam wam oto Krzyż Komandorski Orderu Rycerskiego króla Kalakauy I.
Misjonarz nie wiedział, co się z nim dzieje. Patrzył to na biskupa, to na złocisty krzyż na piersi i potrząsał głową. Wyspa zaś cała rozbrzmiewała ogłuszającą wrzawą, krzykiem radosnym dzieci, których ojca uczczono publicznie.
Biskup serdecznie uścisnął dłoń kapłana, Damian zaś podniósł rękę, aby odpiąć krzyż od sutanny.
— Zostawcie to, ojcze! — odezwał się biskup.
— Moja biedna sutanna czuje się zawstydzona — uśmiechnął się Damian zakłopotany. — Ale coś mi się zdaje — dodał ciszej — że Pan Bóg ześle mi wkrótce z nieba inny krzyż.

IZAJASZ (Rozdz. 53)

Było to w pierwszych dniach grudnia 1884 roku. Damian de Veuster po mozolnej jeździe konnej przez góry powracał do Kalawao. Odwiedził po tamtej stronie góry Pali swego konfratra, lecz w drodze powrotnej koń i jeździec zaskoczeni zostali straszliwym oberwaniem chmur, tak że jeszcze teraz ociekali wodą, jakby ich dopiero co wyciągnięto z beczki, choć tymczasem słońce w najlepsze już znowu dogrzewało. Przed sierocińcem Damian zatrzymał konia.
— Hej tam, łobuzy! — zakrzyknął do chłopców, którzy ze śmiechem i krzykiem wybiegli mu naprzeciw, aby przywitać białego ojca i jego wierzchowca. — Wytrzyjcie no Willema porządnie i nasypcie mu dobrego owsa do żłobu. Potem poproście matkę Annę, aby mi przygotowała gorącej wody na kąpiel nóg. Ale woda ma być bardzo gorąca, zrozumiano?
— Tak, tak, Makua Kamiano! — wrzasnęli chłopcy. Kapłan zeskoczył tymczasem z konia, poklepał jeszcze Willema i wszedł do domu. Miał dreszcze po tej dżdżystej podróży.
— Dobrze byłoby napić się. teraz wódki — mruknął pod nosem.
— Gdybym miał chociaż kieliszek, nie wylałbym za kołnierz. Ale misjonarz nie miał wódki. Ponieważ zabraniał alkoholu Kanakom, sam także nie chciał go używać nawet w formie lekarstwa. Gorąca herbata również go rozgrzeje. Ale cóż to? Zatoczył się nagle u progu, aż całym ciałem musiał się oprzeć o futrynę drzwi. Nogi
odmówiły mu naraz posłuszeństwa, stały się ciężkie jak kłody i zimne jak lód. Już od lat cierpiał Damian na nogi. Niejedną noc przeleżał bezsennie z powodu nieznośnego bólu, który go szarpał, darł i wiercił…
Tylko częste gorące kąpiele nóg przynosiły mu ulgę.
— Matko Anno! — zawołał wszedłszy do izby — zróbcie mi kąpiel na nogi, ale gorącą, bardzo gorącą! Moje podpory zamarły, zdaje się, trzeba je obudzić warem… Ha! ha! ha! — roześmiał się przytym głośno. Następnie pośpiesznie ściągnął przemoczony płaszcz, zmienił sutannę i opadł ciężko na drewniany stołek. Kilku chłopców rzuciło mu się z pomocą przy zdejmowaniu butów i pończoch. Wiedzieli już, jak się należało zająć ojcem, kiedy powracał z dalekiej
podróży. Tymczasem nadeszła też matka Anna, poczciwa, gruba Kanaczka, która — sama zdrowa zupełnie — razem z własnym dzieckiem pielęgnowała także inne dzieci w sierocińcu. Od dwóch lat tu przebywała i Damian nie mógłby znaleźć lepszej matki dla swojej dziatwy. Odkąd bowiem matka gospodarowała w sierocińcu, było tam jeszcze jaśniej i przyjemniej. Sapiąc przydźwigała matka Anna ogromną dymiącą miednicę.
— Ostrożnie, ostrożnie! — ostrzegała. — Gorące, bardzo gorące!
— No, to wreszcie odtają moje bryły lodowe! — roześmiał się Damian i próbując zamoczył najpierw duży palce. Nie, woda nie była zanadto gorąca, zanurzył w niej obie stopy.
— Cóż to za śmieszna woda, matko Anno — odezwał się po chwili — para z niej idzie, a przecież nie grzeje! Idź no po gorętszą na dolewkę…
Potrząsając głową kobieta pobiegła do kuchni i powróciła z dużym kociołkiem.
— Ale ta jest gotująca, Makua Kamiano — ostrzegała.
— Dawaj! Damian odebrał jej kociołek z rąk i lał do miski, więcej… coraz więcej, aż po brzegi.
— Patrzcie, ludzie!… Co to za woda? Para z niej idzie jak z kotła piekielnego, a ledwo letnia!
— Ależ ojcze, na nic sobie nogi poparzysz! — krzyknęła matka Anna przestraszona i wzięła mu kociołek z ręki.
— Toć mówię ci przecież, że ledwo jest letnia. Zobacz zresztą sama. Damian zanurzył rękę w wodzie, ale w tej chwili wyjął ją z głośnym okrzykiem. Sparzył się. A nogi? Chryste Panie, toć na skórze wyskoczyły już porządne bąble od oparzenia. Damian wyjął nogi z wody i patrzył… patrzył…
— Sparzyłem się i nawet tego nie poczułem — powiedział cicho.
— Matko Anno, czy wiesz, co to jest, co to znaczy?
Kobiecie rzuciły się łzy do oczu. Łkając skinęła głową.
— A więc jednak… a więc jednak — półgłosem powtarzał kapłan. — Jużem od lat to przeczuwał, od kiedy zaczęły się te bóle w nogach… A więc jednak! No, czegóż tam stoisz i beczysz, matko Anno? Idź zrób mi gorącej herbaty, przynajmniej choć żołądek będzie ci wdzięczny za trochę ciepła… No, idźże już, idź! Kobieta płacząc wyszła z pokoju.
— A więc jednak… trędowaty —jęknął zakonnik i ciężko podparł głowę prawą ręką. Cisza śmiertelna zaległa pokój. Dzieciarnia, która dotąd z piskiem i radością obtańcowywała białego ojca i buszowała po kieszeniach jego płaszcza, bo zwykle po dłuższych podróżach kryło się w nich coś dobrego — zamilkła. W milczeniu wpatrywali
się chłopcy w kapłana. I oni wiedzieli, co się stało z białym ojcem. Zakonnik wyprostował się i spojrzał na ich zeszpecone, opuchnięte, ranami okryte oblicza. Każda z tych twarzy była dla niego jakby zwierciadłem. Tak, takie
szkaradne stanie się wkrótce jego własne oblicze. Boże mój, ciężka jest Twoja ręka!
Nagle jeden z chłopców rozpłakał się głośno.
— Co ci jest, Karolo? — zapytał ojciec ze współczuciem. Ale chłopak zasłonił twarz obiema rękami i rozszlochał się na
dobre. Przez pałce gradem toczyły się łzy.
— No, cóż to się stało, Karolo? — zapytał Damian. Zapomniał o własnym bólu wobec cierpienia dziecka.
Wtedy chłopak oderwał dłonie od twarzy, spojrzał z rozpaczą na kapłana i krzyknął dławiąc się szlochem i płaczem:
— To ja jestem winien, ja, Makua Kamiano! Paliłem z twojej fajki, kiedy ją zostawiłeś na stole.
— Wszyscyśmy palili, wszyscy! — wybuchnęło teraz kilka głosów dziecinnych i brunatne łobuziaki skruszone pospuszczały głowy.
Ojciec Damian przyglądał się przez chwilę nieruchomo brązowemu cybuchowi swojej fajki, którą matka przysłała mu z Flandrii.
— Możliwe, możliwe! — mruczał pod nosem. — A więc to fajka przynosi mi trąd i śmierć! Ale skądże znowu? Czy istotnie tylko poczciwa fajka miałaby być temu winna? A czemu nie całe powietrze Molokai? A posiłki przygotowywane przez wiele lat przez trędowate kobiety? A zatrute wyziewy trędowatych, które unoszą się nad wyspą,
wypełniają kościół, szpital, sierociniec, wszystkie chaty? Dlaczego właśnie fajka? Głupstwo!
— Nie macie czego buczeć, dzieci — powiedział Damian energicznie.
— Trąd nie mógł przejść przez fajkę, bo cybuch jest za wąski!
Ale żeście mi za plecami wybierali tytoń! Cóż to, nie pamiętacie już siódmego przykazania?
— O, Makua, to było tylko trochę, troszeczkę — wymawiały się dzieci zawstydzone. — Dla takiej odrobinki tytoniu przecież Pan Bóg nie ustanawiał przykazania!
Twarzyczki dziecięce uśmiechały się znowu; jak to dobrze, że trąd nie mógł przedostać się przez cybuch!
— Rzeczywiście jest bardzo wąski, bardzo wąski! — pocieszał się Karolo i otarł łzy. — Nawet mój mały palec nie przejdzie przez niego.
— No, widzisz! — roześmiał się zakonnik. — Słuchajcie, łobuzy! Gdybym was był nakrył przy paleniu, tobym wam na pewno skórę dobrze przetrzepał. Ale teraz? Gdzież to mój tytoń, chłopaki? Aha!
Tu w kieszeni! A teraz uwaga! Nabijemy fajkę solidnie, o tak… Dajcie zapałkę… Dobrze. A teraz każdy po kolei sobie pociągnie, ale porządnie, mówię wam… No, Karolo, zaczynaj!
Z pewną nieśmiałością wziął Karolo fajkę, którą już niejednokrotnie trzymał był w zębach, pociągnął głęboko i po mistrzowsku wypuścił dym przez szczelinę w zębach.
— Co nauczone, to nauczone! — powiedział Damian z uznaniem.
— A teraz ty, Tama, tak, a teraz Lui! No, widzicie! I fajka puszczona w obieg krążyła naokoło. Szczerząc w uśmiechu zęby cała ta szpetna gromada pociągała z zatabaczonego cybucha i z namaszczeniem wypuszczała kłęby dymu w powietrze. Kiedy wreszcie całe trędowate kolegium fajkowe zażyło kolejno nakazanego pociągnięcia, Damian z całym spokojem wziął fajkę do ust i kurzył z niej, póki ostatnia szczypta tytoniu się nie wypaliła.
Matka Anna, która podczas całej tej ceremonii zjawiła się z herbatą, aż klasnęła w dłonie z przerażenia. Ale ksiądz szepnął jej cicho:
— Daj spokój, matko Anno! Teraz i tak wszystko jedno! A dzieci niech nie myślą, że to ich wina, straciłyby przecież ochotę do śmiechu! Ja sam jestem winien, jeśli to się stało przez moją fajkę; jak głupi osioł zostawiałem ją na oczach chłopaków, a przecież sam nieraz ukradkiem paliłem z fajki nauczyciela, gdy zapomniał jej na pulpicie! Ha, ha, ha!
Ale matka Anna powiedziała tylko trzęsąc głową:
— Makua Kamiano! Makua Kamiano!
Wypiwszy herbatę Damian z trudem naciągnął pończochy i buty na poranione stopy, które wciąż jeszcze były zupełnie bez czucia. Kiedy się potem wyprostował, zaledwie mógł ustać na nogach. Wsparłszy się na kilku silniejszych dzieciach, mozolnie dowlókł się do własnego domku. Zostawszy sam w pokoju, poszukał lusterka.
Przez długi czas wpatrywał się w nie, badając uważnie, czy i twarz już jest naznaczona trądem. Ale nie znalazł niczego. Twarz była świeża, zdrowa, spalona słońcem jak zawsze. A ręce? Nie, ręce również jeszcze były zdrowe! Damian dowlókł się do skrzyni z narzędziami w kącie. Wyciągnął gwóźdź półcalowej grubości, pochwycił w swoje mocne garście i wygiął w półkole jak podkowę.
— Ha, ha, ha! — roześmiał się dziko. — Jeszcze krzepę mam, flamandzką chłopską krzepę w tych łapach! — iż uśmiechem przypatrywał się obydwom swoim rękom.
Nagle jakby płomień żarem przeniknął całe ciało. Potem znowu jakby lodowata dłoń przesunęła się po plecach, aż zadzwonił zębami.
— Febra! I to jeszcze! — jęknął kapłan. — Połóż się, Józefie, jesteś chory! Otul się całą górą koców i poć się, aż popłyniesz na własnym sienniku jak na łódce wokoło pokoju… Za kilka dni będziesz znowu zdrów!
Czy tu się ktoś nie zaśmiał? — Kto się śmieje?… Czy nie woła głos jakiś urągliwy, szyderczy:
— Zdrów?! Damianie de Veuster, nigdy już zdrowy nie będziesz!… Połóż się… wszakże i tak jesteś już tylko powalonym drzewem, które wkrótce zaczną toczyć robaki!
— Nie, nie! — krzyknął Damian. Skronie mu tętniły krwią. — Nie, nie położę się. Jestem przecież zdrów jak ryba! Mnie… mnie nic nie jest… nic zupełnie!
Zerwał się gwałtownie, dowlókł się do drzwi, chociaż ledwo go niosły chore nogi. Na dworze wyrwał siekierę z pniaka. Ha! Tam leży spory pień prastarego, sękatego drzewa pandanowego, potężna, twarda jak żelazo bryła. Damian porwał siekierę w górę. Jak piorun spadła w dół. Stare, twarde drewno zgrzytnęło, trzasło i rozprysło się na dwie części! Zakonnik o mało nie runął na ziemię od rozmachu swego ciosu. Zatoczył się jak pijany. Gorączka płonęławe wszystkich członkach. A Damian krzyknął do kilku Kanaków, którzy mu się z podziwem przyglądali:
— A co? Widzieliście kiedy taką sztukę? Za jednym zamachem… rozbiłem! Jeszcze mam krzepę, flamandzką chłopską krzepę… Hej! Przypatrzcie się dobrze!
I Damian ponownie zamachnął siekierą i rąbnął nią w twarde drewno, i znowu, i znowu, w jakimś zapamiętałym szale, tak że szczapy wysoko w górę wylatywały. Strasznie było patrzeć, jak potężna postać misjonarza coraz to wyprężała się z błyszczącym żelazem w potężnych dłoniach i natychmiast z szaloną szybkością pochylała się w dół; w końcu z jękiem runął jak nieprzytomny na ziemię.
Z okrzykiem przerażenia przyskoczyli doń Kanakowie. Pieczołowicie zanieśli zakonnika, który całkowicie stracił przytomność, do jego chaty, ułożyli na nędznym sienniku i przykryli starannie.
Dr Arning, lekarz ze szpitala trędowatych, który w pół godziny stanął nad jego posłaniem, pokiwał głową.
— Ciężki atak febry — powiedział. — Poważne niebezpieczeństwo!
Nie można go pozostawić samego! Toteż matka Anna nie zostawiała go samego. Noc za nocą czuwała przy nim, chłodziła płonące gorączką czoło, zwilżała spieczone wargi i starannie otulała go kocami, które chory ciągle rozrzucał.
— Spokojnie, Makua Kamiano, spokojnie — powtarzała pochylona nad nim wśród niezliczonych zdrowasiek, które szeptały jej wargi, podczas gdy palce przesuwały paciorki różańca.
— Nie jestem wcale chory! Patrzcie! Nie jestem chory! — krzyczał wciąż w gorączce misjonarz, a potem jęczał cicho: — O, Jezu, jakże ciężka jest Twoja ręka. Dopiero w pierwszy dzień świąt Bożego Narodzenia Damian wyzdrowiał z febry. Trędowaci przygotowali wspaniałą szopkę, aby białemu ojcu sprawić szczególną radość. Przed szopką tą zakonnik upadł na kolana i wpatrzył się w Dziecię, które wzięło na siebie wszystką nędzę świata, a wszystek ból ludzki zamknęło w swym maleńkim sercu. I przed tym wizerunkiem modlił się trędowaty, którego twarz zaczynała już zdradzać ślady choroby.
— Ojcze nasz… Bądź wola Twoja!… Panie, dziękuję Ci za ten Twój dar gwiazdkowy, dziękuję Ci z całego serca za krzyż trądu. Wszak ojcu dałeś twarz jego dzieci!

* * *

Nad wsią flamandzką Tremelo roztoczyła się cisza Wielkiego Piątku. Był to rok 1886. Niebo zawieszone było szarymi chmurami i wydawało się, że wiosna nie może jakoś trafić do flamandzkiej ziemi. Matka de Veuster, staruszka 83-letnia, siedziała przy trzaskającym na kominie ogniu. Przed nią na podnóżku przysiadła Marynka, najmłodsza
wnuczka gospodyni, ładne, lnianowłose dziewczątko z zadartym noskiem i rumianymi policzkami, i czytała babce urywki z Ewangelii świętego Jana. Roześmiane zwykle oczka były poważne i smutne, a jasny głos dziewczęcy aż drżał z przejęcia, kiedy jęła czytać: „I stała podle krzyża Jezusa Matka Jego i siostra Matki Jego, Maria Kleofasowa, i Maria Magdalena”. Na te słowa skurczona dotąd przy kominie kobieta wyprostowała się nieco. Potem położyła trzęsącą się dłoń na ramieniu dziecka.
— Przeczytaj jeszcze raz to zdanie, Marynko — powiedziała cicho.
— „I stała podle krzyża Jezusa Matka Jego”.
— Matka stała pod krzyżem… — powtórzyła staruszka i przymknęła oczy. Jakby z wielkiego oddalenia dochodził ją głos wnuczki, która kończyła czytać mękę Pana Jezusa:
„Jezus tedy, gdy przyjął ocet, rzekł: Wykonało się! — i skłoniwszy głowę, oddał ducha!”
Z westchnieniem zamknęła Marynka świętą księgę i otarła oczy ukradkiem. Potem spojrzała ze zdziwieniem na babkę, która wciąż jeszcze z zamkniętymi oczami siedziała w swoim fotelu.
— Czyś zasnęła, babciu? — pyta dziewczynka. Ale babka zdaje się nie słyszeć, dopiero po chwili wargi jej wyszeptały:
— A Matka stała przy tym…
— Tak babciu, czyś tego nie wiedziała? O, ja już wiem o tym dawno, bardzo, bardzo dawno! A może babcia tylko zapomniała? Babka nie dawała żadnej odpowiedzi. Myśli jej popłynęły daleko, daleko od tej izby z buzującym na kominie ogniskiem… Jak mu się wiedzie? Może jest chory? Może…? Ale nie, nie! Panie Boże, tylko nie to! Czemu to jednak chłopcy tacy są przygnębieni i jakby spłoszeni, gdy mówią o Józefie? Czemu patrzą na siebie tak dziwnie, gdy
ona się o niego dopytuje?
— Jesteś smutna, babciu? — zapytało dziecko. — Zobacz no tę muszlę, babciu! Gdy ją przyłożysz do ucha, możesz usłyszeć, jak morze szumi.
— Tak, tak! Daj mi ją, dziecko! — powiedziała żywo staruszka. Przyciskała potem dużą, piękną muszlę długo, długo do ucha i wsłuchiwała się, i nasłuchiwała. Tak, to był głos wielkiego morza, przez które popłynął jej syn. Tak samo zapewne szumiało u tamtego dalekiego wybrzeża, na którym jej Józef mieszkał wśród trędowatych. Staruszce
wydawało się w tej chwili, jakby w tym poszumie muszli pozdrawiało ją morze, wyspa daleka i własne dziecko…
— Prawda, babciu, jakie to ładne? — śmiała się dziewczynka.
— Ale czemu to wciąż jeszcze patrzysz tak smutno? Czekaj, teraz na pewno się roześmiejesz… Spojrzyj tylko! To jest obrazek z gazety, w którą wczoraj piekarka owinęła nasz chleb. Ależ się teraz uśmiejesz! Patrz, widać na nim człowieka — zdaje mi się, że to zakonnik — z takimi dużymi uszami!
Chichocząc wciąż dziecko podsunęło przed oczy babki ilustrację z dziennika. Zaledwie jednak staruszka rzuciła na nią okiem, twarz jej zbielała śmiertelnie. Starcze oczy rozwarły się szeroko i wpatrywały
się w obrazek.
— Moje dziecko! Moje dziecko… — jęknęła. Stare, zmęczone ciało chciało powstać, lecz nagle osunęła się zemdlona.
Śmiertelnie przerażona Marynka pobiegła w pole, pośpiesznie zwołując ojca i rodzeństwo. Gospodarz znalazł matkę bez przytomności w jej starym fotelu, z podobizną trędowatego syna w wyschłej ręce.
— Matko, matko — jęczał gospodarz. — Czemuż nie było ci to oszczędzone? — i wielkie łzy toczyły się po jego zmarszczonych licach.
Kiedy matka wróciła do przytomności, chciał ją Leon pocieszać:że nie jest jeszcze wcale tak źle z Józefem, że wiadome są wypadki, kiedy trąd w początkowym stadium można było uleczyć. Ale staruszka potrząsała głową i powiedziała:
— Już dobrze, Leonie, nie trudź się daremnie! Bóg tak chciał. Razem pójdziemy do nieba! Sięgnęła potem po różaniec:
— Teraz trzeba mi dużo, dużo się modlić…
I wargi jej poczęły szeptać. Pozdrowienie do Matki, która stała pod krzyżem Syna. Bez przerwy odtąd modliła się staruszka pod piecem. Drżące ręce, które się utrudziły i zgrubiały w pracy wielu
długich lat, trzymały teraz różaniec Królowej Niebieskiej. Nie żyła już na tym świecie. Klęczała już w niebie przed tronem Niepokalanej i modliła się za swoje dziecko. W tydzień później Bóg zabrał ją do siebie. Spojrzenie umierającej
raz jeszcze spoczęło na obrazie Matki Bożej na ścianie. Po raz ostatni wargi jej zaszeptały: „Zdrowaś Maryjo…”, po czym spojrzała na drugi obrazek, wiszący tuż pod Madonną. Była to owa pognieciona, na wpół rozdarta podobizna z gazety, ukazująca brzydkie, zniekształcone oblicze jej dziecka, na jej życzenie zawieszone pod obrazem
Matki Łaski Bożej.
— Przeczytajcie mi coś z Pisma Świętego… — powiedziała cicho i wskazała drżącą ręką na starą, wielką Biblię. — Gerhardzie, ty czytaj! Izajasz, rozdział 53… Tak, tam gdzie obrazek z krzyżem.
— „Kto uwierzył słuchowi naszemu?… — rozpoczął gospodarz drżącym z bólu głosem. — … Czy to, matko?
Tak, mój chłopcze, to. Ale czytaj głośno, bardzo głośno, abym słyszała wyraźnie każde słowo…
Gospodarz opanował się całą siłą woli i rozpoczął: „Kto uwierzył słuchowi naszemu? A ramię Pańskie komu jest odkryte?
I wzniesie się jako latorośl przed Nim i jako korzeń z ziemi spragnionej. Nie ma krasy ani piękności; i widzieliśmy Go, a nie było na co spojrzeć… [na] wzgardzonego i najpodlejszego z mężów, męża boleści i znającego niemoc, a jakoby zasłonioną twarz Jego i wzgardzona; stąd i za nic Go mieliśmy.
Prawdziwie choroby nasze On nosił i boleści nasze On wziął na siebie; a myśmy Go poczytali za trędowatego i od Boga ubitego, i uniżonego. Lecz On zranion jest za nieprawości nasze, start jest za złości
nasze; kaźń pokoju naszego na Nim, a sinością Jego jesteśmy uzdrowieni. Wszyscy my jako owce pobłądziliśmy, każdy na swoją drogę zeszedł; a Pan położył na Niego nieprawość wszystkich nas”.
A sędziwa kobieta dokończyła z trudem: „Ofiarowan jest, gdyż sam chciał, i nie otworzył ust swoich, jako owca na zabicie wiedzion będzie, a jako baranek przed strzygącym go zamilknie, a nie otworzy
ust swoich!” I ostatnim wysiłkiem umierająca złożyła ręce i dodała ciszej:
— Boże, bądź mu miłościw… Wszakci on ma… oblicze… Twego… Syna…
Jeszcze raz utrudzone ciało staruszki wyprężyło się i dusza jej odeszła do Boga…
O tej samej godzinie Damian de Veuster, który dopiero co przeszedł ponowny ciężki atak febry, powiedział do odwiedzającego go lekarza:
— Tak, panie doktorze. Zastanawiałem się nieraz przedtem, jak by to było, gdyby i mnie dosięgnął trąd. Ostatecznie liczyłem się z tym, odkąd tu jestem. Nie, wiedziałem już o tym, kiedy wysiadałem u brzegów tej wyspy. Myślałem zawsze, że łatwo jest dziecku Bożemu nieść krzyż. A teraz, kiedy jestem trędowaty, cała natura ludzka we mnie buntuje się przeciwko temu. Duch po tysiąc razy mówi „fiat”, ale biedny brat osioł staje dęba i nie chce ani rusz widzieć, że siły
go opadają. Biedny, głupi brat osioł.
Oczy chorego spoglądają na wizerunek Biedaczyny z Asyżu, wiszący bez ramki na ścianie.
— Prawda, kochany święty Franciszku, że brat osioł nie zawsze tak chce, jak powinien!
Przez chwilę wpatrywał się jeszcze w Świętego, na którego rękach i stopach krwawiły się rany Chrystusa. Potem zamknął zmęczone oczy i zasnął. W tej chwili kilkoro dzieci z sierocińca wpadło do pokoju.
— Makua Kamiano! — krzyknął jeden z chłopców, umilkł jednak przestraszony, kiedy lekarz wskazał na śpiącego. — Chcieliśmy mu przynieść tę dużą, piękną muszlę, którą znaleźliśmy na wybrzeżu — szeptał. Podszedł na palcach do łoża chorego i przyłożył kapłanowi szumiącą muszlę do ucha. — Posłuchaj tylko!
Damian uśmiechnął się przez sen. We śnie zdawało mu się, że słyszy szum morza i wiatru wiejącego przez pola ojczyste, i głos matki.
— Matko — szepnęły wargi chorego. Widział wyraźnie twarz starej wieśniaczki, jakby przemienioną i nad podziw piękną, a wieniec białych włosów otaczał jej głowę jakby srebrzystą aureolą.

OSTATNIA BURZA

Damian de Veuster szedł przez cmentarz kalawajski. Była to jego najmilsza przechadzka. Rozmawiał wtedy ze swoimi zmarłymi i z Panem Bogiem. Podczas piętnastoletniej służby swojej na wyspie złożył ich tu kilka tysięcy do wiecznego spoczynku. Każdemu uszykował śliczne poletko na Bożej roli, a stary grabarz Toma utrzymywał je w najlepszym porządku.
Oto grób biednego Łazarza, którego wydobył niegdyś z największej nędzy i złożył we własnej izbie.
— No co, Łazarzu, dobrze ci teraz, prawda? — szeptał misjonarz.
— Zażywasz już spokoju! — i położył wiązankę świeżych kwiatów na grobie; dzisiaj bowiem przypadała rocznica śmierci jego własnego ojca i Damian w tym dniu zawsze ozdabiał grób biednego Łazarza. „Zdrowaś Maryjo…” — modlił się potem za obydwu umarłych: zarówno tego na cmentarzu trędowatych, jak i za tego, który
spoczywał w cieniu drzew flandryjskich.
A oto grób jego poczciwego sługi Joane, Białego Kormorana, który przez całe życie bał się upiorów, a mimo to mężnie umierał.
— Kiedy Bóg zbudzi mnie z powrotem do życia, Makua Kamiano, Biały Kormoran będzie zdrów zupełnie. I na twarzy nie będzie miał ani jednej zmarszczki. Ale teraz Joane musi usnąć, a potem przyjdzie
Bóg i zbudzi go. To były ostatnie słowa poczciwca. Misjonarz uśmiechnął się doń życzliwie:
— A jakże, bracie, kiedy Bóg cię obudzi, będziesz zdrów zupełnie!
A tam leżał Beppo, mały Chińczyk, który rzucił raz kwiaty do morza, by popłynęły na grób w dalekiej Flandrii.
— Podaj mu twoją wiązankę w niebie, Beppo! — powiedział misjonarz. Obok Chińczyka spoczywał od dawna Anakalea, ministrant, który tyle wycierpiał z powodu „Confiteor”.
— Spoczywajcie w pokoju, dziatki moje — szeptał kapłan. — Niezadługo przyjdę do was! Wielkie było osiedle zmarłych na cmentarzu w Kalawao, znacznie większe niż osiedle żywych. Właśnie nadchodził Toma, trędowaty grabarz, z łopatą, aby przygotować ostatnie posłanie dla Karola-sieroty. Nazajutrz Damian odda trumnę, którą zbił jeszcze własnymi rękami, ukwieconej ziemi.
— Toma! — zawołał misjonarz. — Wiesz, czego sobie chłopak życzył jeszcze przed śmiercią?… Nie zgadniesz! Wyobraź sobie, zamknął już oczy, tak iż myślałem, że to już na wieki. A wtem jeszcze je raz otworzył, spojrzał na mnie i powiedział: „Ty, Makua, Luli musi mi zagrać jeszcze raz nad grobem na katarynce — usłyszę na pewno!” I z uśmiechem umarł. Więc jutro po wszystkich modlitwach zagra Luli na katarynce piosenkę, wiesz, tę o jaskółkach,
które poleciały do nieba. Przed kilku laty bowiem przybył na Molokai bogaty Amerykanin, który przywiózł dla sierocińca prawdziwą katarynkę, i od tej chwili Molokai stało się prawie rajem dla dziatwy. Grabarz mruknął coś pod nosem i przetarł oczy wierzchem dłoni.
— Niedługo i mnie także przygotujesz łoże, Toma — gwarzy kapłan. — A wiesz, gdzie?
— Może pod tym dużym krzyżem, Makua Kamiano — poradził grabarz.
— Nie tam, Toma! Ale spójrz no tam, pod to drzewo pandanowe. Tam możesz mnie pochować. Pod tym drzewem spędziłem pierwszą noc, pod nim spocznę i w moją noc ostatnią.
— To ty mnie odprowadzisz na ostatni spoczynek, Makua Kamiano — zaprzeczył staruszek.
— Nie, nie! Teraz na mnie kolej! Niedługo już fajerant; zdaje mi się, żem trochę sobie na to zasłużył.

Potem misjonarz usiadł na ławce, która stała pod drzewem pandanowym, i zamyślił się głęboko.
A jakże, misjonarz na Molokai rzetelnie sobie zasłużył na odpoczynek. Żniwo było dobre. Niechże więc dalej zbiera kto inny, gdy jego Bóg zawezwie. Ale aż do ostatniego tchu pozostanie tu na tej wyspie. Przed dwoma laty radzili mu lekarze, aby powrócił do swej flandryjskiej ojczyzny. Przypuszczali, że klimat północny będzie dlań korzystniejszy, a może uzdrowi go jeszcze. Nawet sam biskup nalegał na powrót do ojczyzny. Damian przez chwilę zawahał się wtedy. Zaszumiały mu w pamięci pola w Tremelo. I na jedną krótką chwilę wierzył prawie, że kochana jego, krzepka,
zdrowa ziemia rodzinna go uleczy. Ale potem potrząsnął głową z uśmiechem i powiedział:
— Dom ojca jest przy dzieciach. Nie mogę stąd odejść! I nigdy już, nigdy nie nawiedziła go myśl o powrocie do Flandrii. Ale ziemia rodzinna przysłała mu jeszcze pozdrowienie. Wybierał się doń przyjaciel lat młodzieńczych, aby go pielęgnować.
Twarz misjonarza rozjaśnia się radością, kiedy teraz wydobywa z kieszeni list i dzisiaj już po raz czwarty go czyta:
„Józiu, Chłopie najmilszy! Czy wspominasz czasami jeszcze Braine-le-Comte — ‚s Gravenbrakel, jakeś ty je nazywał, zakuty Flamandzie? Przypominasz sobie walońskiego łobuza, któremuś linijką przetrzepał skórę? Ani przypuszczasz, co się z nim stało! Oto został misjonarzem u czerwonoskórych na Dzikim Zachodzie, i to w wąwozach Oregonu, jeśli w ogóle wiesz, gdzie się one znajdują.
O, tu jest bardzo romantycznie. Wyobraź sobie, niedawno tak się na mnie rozeźliło kilku czerwonoskórych, że postanowili mnie upiec żywcem. Wtedy z całym spokojem wydobyłem mój duży zegarek i rzekłem uprzejmie: Zacni panowie. Ofiaruję wam mój zegarek, jeśli będziecie łaskawi i mnie umęczyć! Wobec tego braciszkowie zdębieli, odbyli ponownie naradę wojenną i ogłosili uroczyście następujące postanowienie: ponieważ okazuję takie wyraźne zadowolenie z przygotowanego dla mnie pala męczeńskiego, nie widzą oni potrzeby zrobienia mi tej przyjemności. Po czym spojrzeli na mnie ze złośliwym triumfem i znikli z puszczy. Ja jednak zniosłem to rozczarowanie ze
spokojem i zimną krwią. Ale oto gadam trzy po trzy, chociaż to jest prawdziwe zdarzenie,
a przecież chciałem pisać o Tobie. Kochany Przyjacielu, dowiedziałem się o Twoim przykrym łosie. Ręka Boga ciężko spoczęła na Tobie, snadź bardzo Cię miłuje. Wiem także, że jesteś sam, więc postanowiłem przybyć do Ciebie, aby los
Twój podzielić. Proszę Cię tylko, abyś załatwił tę sprawę z Twoim biskupem i wyrobił mi pozwolenie przyjazdu na wyspę. Odpowiedzi Twojej nie czekam. Przyjadę. W maju będę już u Ciebie. Mam jeszcze w zanadrzu całą furę historyjek indiańskich, a prócz tego chcę Ci przywieźć kawałek ojczyzny, chociaż jestem tylko Walończykiem.

Pozdrawiam Cię serdecznie.
Twój Lambert Conrady kapłan misyjny

PS. Ponieważ nie należę do żadnego zakonu, mogę swobodnie
szwendać się po świecie. Mój biskup dał mi już pozwolenie na przyjazd
do Ciebie.

Z uśmiechem schował Damian list do kieszeni. Tak, to był zawsze ten sam — pełen temperamentu, kochany Walończyk ze ‚s Gravenbrakel! Figlarz przemawiał z każdej stronicy, a przecież w tym liście było całe jego serce.
— W końcu więc i moje strony zbliżą się do mnie — uśmiechał się Damian, od dawna oczekujący daremnie przybycia na Wyspy Hawajskie własnego brata, ojca Pamfiliusza, który dotąd jednak wciąż był niezbędny w domu macierzystym jako mistrz nowicjatu. Siostrzeńcy zaś wszyscy zostali na roli — nikt z nich nie poszedł jego śladami, o czym marzył niegdyś samotnik na Molokai.
— Jeszcze będę miał piękny fajerant — szepnął do siebie kapłan. Wszystko dobrze się ułożyło. Nawet najbardziej zacięci purytanie, którzy przez długie lata opornie tylko i z wyraźną niechęcią przyjmowali jego dobroć, roztajali wewnętrznie i szczerze otworzyli mu swoje serca, od kiedy biały ojciec sam stał się trędowaty. Odtąd, gdy wczesnym rankiem rozpoczynał swój codzienny objazd na małym wózku, który stary Willem zdolny był jeszcze uciągnąć, towarzyszyły mu same tylko przyjazne i wdzięczne spojrzenia. Na całej wyspie nie było nikogo, kto by z głębi serca
nie kochał misjonarza. Damian wyrwał się nagle z głębokiego zamyślenia. Znienacka zrobiło się ciemno, a niebo stało się żółtawe. Ptaki latały przestraszone.
W sierocińcu kilkoro dzieci krzyczało z przestrachu. Toma, grabarz, wbił łopatę w ziemię i pokuśtykał zalękniony do domu. A wtem błyskawica jak płomień rozdarła niebo. Uderzył piorun z takim trzaskiem, jakby chciał zmiażdżyć wyspę. Burza wybucha niby strzał armatni. Co za burza! Ojciec Damian uczepił się kurczowo żelaznego ogrodzenia cmentarza i powlókł się wzdłuż niego z niezmiernym wysiłkiem.
— Mój Boże! Moje dzieci, moje dzieci! — wołał wśród ryku burzy.
Tu i tam widział walące się drzewa. Tam orkan dopadł jakiejś chaty, porwał ją jak zabawkę, zawirował w powietrzu i prasnął na ziemię pogruchotany dach i ściany. Burza ryczała, szalała. Zabrzmiały przeraźliwe krzyki, przeciągle wołania jak w trwodze śmiertelnej. Od wybrzeża dobiegał huk i ryk morza, a spiętrzone bałwany biły o brzeg.
— Miłosierdzia, Boże! Miłosierdzia! — krzyczał misjonarz, jak olbrzym opierając się orkanowi. Nareszcie, nareszcie sierociniec! Siła wichru zaparła drzwi, ale trędowaty misjonarz rozwarł je z nadludzkim wysiłkiem. Bogu dzięki!
Był wśród swoich dzieci. W jednej chwili wystraszona gromadka skupiła się dokoła ojca. Orkan łomotał o ściany domostwa. Kilka strzaskanych szyb okiennych wyleciało z brzękiem, kilka gontów zerwanych potoczyło się z dachu, ale dom ostał się. Nagle straszliwy łomot i trzask.
— Wieża kościoła! — krzyknęły dzieci. — Wieża kościoła się wali!
Kiedy kapłan ujrzał, jak piękna wieża runęła z trzaskiem, a dzwon z przenikliwym szczękiem zwalił się na ziemię, łzy stanęły mu w oczach.
— Panie, dlaczego niszczysz własny swój dom? Równie nagle, jak się rozpoczęła, nawałnica ucichła. Ostatnie
błyskawice przelatywały nad ziemią, grzmoty oddalały się. Potem zapadła cisza, cisza cmentarna. Chmury na niebie odpłynęły i słońce oświeciło zwaliska Kalawao. Damian wypadł z sierocińca na poszukiwanie zabitych i rannych.
Cudem było prawdziwym, że znalazł tylko nielicznych rannych, których opatrzono dorywczo. Spod gruzów jednej z chat wydobyto wprawdzie umierającego, który za chwilę skonał w ramionach misjonarza, ale więcej ofiar w ludziach orkan nie wyrządził.
— Boże, okazałeś miłosierdzie dzieciom swoim — modlił się kapłan. Wiele domostw było zniszczonych, wieża kościelna zdruzgotana, a dach świątyni poważnie uszkodzony. Na widok zniszczenia zdało się kapłanowi na chwilę, że opuszczają go siły. Ale natychmiast trędowaty opanował się. Wyprostowały się pochylone ramiona, zabłysły zaognione oczy, a dłonie ścisnęły się w pięści. I ten bardzo już trądem wyniszczony człowiek, którego nieludzkie cierpienie postawiło już nad grobem, krzyknął:
— Dzieci, zaczynamy od nowa! Chaty odbudujemy szybko; ale Panu Bogu naszemu nie będziemy łatali domu, wybudujemy Mu nowy. Od jutra zabieramy się do roboty. I kapłan odpędził śmierć od progu, śmierć i spokój, którego tak pożądał. Jeszcze nie nadeszła godzina wypoczynku dla misjonarza na Molokai. Tu śmierć nie miała jeszcze prawa wobec nieugiętej woli tego mocarza. Jakiż orkan zdołałby złamać taką siłę! Damian de Veuster pracował jak w gorączce. Widać było trędowatego od rana do wieczora to z siekierą, to znowu z młotem, dłutem lub heblem w dłoniach, które trąd dotąd jeszcze oszczędzał.
— Pan Bóg musi mieć nowy dom, potem mogę umrzeć! — mówił, ilekroć nawoływano go do wypoczynku.
— Trzeba się oszczędzać! — radził mu lekarz.
— W grobie będę mógł się oszczędzać przez parę tysięcy lat! — odpowiadał kapłan z uśmiechem i puszczał w ruch siekierę.
Często nawet w nocy nie pozwalał sobie na odpoczynek. Od dawna już zaprowadził na Molokai nieustającą adorację; widok złocistej monstrancji z jaśniejącą w niej Świętą Hostią był dla chorych zawsze źródłem pociechy i pokoju. W te noce, kiedy nie ciosał czegoś w świątyni i kiedy go nie wzywano do chorych lub umierających, Damian klęczał wiele godzin przed Przenajświętszym Sakramentem, modląc się z brewiarza i z niewyczerpanego modlitewnika
własnego serca, z którego przed wielu, wielu laty nauczyła go czytać matka. Niejednokrotnie nie kładł się wcale spać, a mimo to nazajutrz zaraz po Mszy świętej stawał znowu do roboty przy budowie nowego kościoła.
Pewnego dnia zjawił się na Molokai Lambert Conrady. Zastał przyjaciela oblanego potem przy budowie, z dłutem i młotem w dłoniach. Damian nie pozwolił sobie nawet na to, by wyjść po przyjaciela do przystani. Teraz za to śmiejąc się podawał mu własne narzędzia.
— W samą porę przychodzisz, stary druhu! — zawołał. — Wdziej no na siebie jakiś stary kitel i do roboty!
Ale na twarzy przybyłego zamarł radosny uśmiech, kiedy przyjrzał się Damianowi.
— Józefie! — wyjąkał wstrząśnięty. Przez chwilę wpatrywał się w spuchnięte, zniekształcone, bliznami poorane oblicze. Potem odwrócił się i zapłakał.
— Ano, stary przyjacielu, tak się spotykamy — powiedział Damian cicho. Ale zaraz dodał z uśmiechem: — Do roboty, słyszysz? Na Molokai czas jest drogi, każda sekunda to brylant!
— No, więc dalej! — zawołał Conrady. — Gwóźdź, w który ja trafię, przejdzie na wylot!
— Ale najpierw trzeba trafić — przekpiwał de Veuster.

MATKA POCIESZENIA

Nowa budowa tymczasem wyrastała jakby cudem z ziemi. Całe Molokai pracowało. Ktokolwiek mógł ruszać choćby jedną ręką, pomagał. I świat też współpracował przy budowie świątyni trędowatych. Zewsząd przychodziły duże przesyłki pieniężne. Kardynał Manning w Anglii stanął na czele Komitetu Pomocy dla
Molokai. Z inicjatywy pewnego szlachetnego pastora anglikańskiego rozpoczął „Times” zbiórkę, która dała około trzech tysięcy funtów szterlingów. Jakiś robotnik irlandzki ofiarował swoje ostatnie uciułane grosze. Ameryka przysłała wspaniały ołtarz. Anglia darowała blachę miedzianą na pokrycie dachu i wieży kościelnej. Jakaś baronowa szwedzka ofiarowała wszystkie swoje kosztowności. Cały niemal świat brał udział w budowie kościoła. Zjawiali się na wyspie pomocnicy, którzy sami przykładali ręki do dzieła. Pewien oficer amerykański, Józef Dutton, poszedł za przykładem Damiana i jako zdrowy człowiek dobrowolnie przybył na dożywotnie wygnanie na wyspę umarłych. Jego silne ramiona
i wielkie serce działały cuda. Damian pokochał go jak brata i nie odzywał się doń inaczej jak: „bracie Józefie”.
W tym samym roku przybyły też wreszcie na Molokai pierwsze siostry zakonne. Trzy franciszkanki wylądowały na wyspie zgrozy. Na Boże Narodzenie roku 1888 nastąpiło poświęcenie nowego kościoła, „katedry na Molokai”, jak go nazywał Damian. Śmiertelnie znużony, ale z nieopisaną radością w sercu przenosił złotą monstrancję w uroczystej procesji do nowej świątyni. Trędowaci napełnili kościół okrzykami radości. Tyle szczęścia trudno
było pomieścić w sercach. Wieczorem ojcowie odśpiewali kompletę. Dwóch trędowatych akompaniowało świętym psalmom na harmonium, gdyż posiadali razem tylko dziesięć palców.
Kiedy zaś przyszła kolej na pieśń dziękczynną starca Symeona, Damian poprosił szeptem Conrady’ego i innych ojców, którzy przybyli na uroczystość poświęcenia kościoła: — Pozwólcie mi odśpiewać to samemu. I ochrypłym, głuchym głosem śpiewał „Nunc dimittis…” „Teraz puszczasz, Panie, sługę Twego w pokoju, według słowa
Twego, albowiem oczy moje oglądały zbawienie Twoje!”.
Ojciec Damian płakał i płakał, aż łzy sypały się po jego siwej, strzępiastej brodzie. Łkanie napełniło nową świątynię. Ale były to łzy radości i bezmiernego szczęścia.
Po komplecie misjonarz, który istotnie przeforsował się w ostatnich miesiącach, padł na stopniach ołtarza. Zaniesiono go do jego chaty i złożono na nędznym posłaniu. Conrady, Dutton i ojciec Mollers, Nadreńczyk, który od kilku tygodni rezydował w Kalaupapie, na przemian czuwali przy chorym. Zdawało się, jakoby Bóg chciał zgasić
na zawsze chyboczący się płomyk. W Nowy Rok jednak nastąpił niespodziewany zwrot ku lepszemu, a w święto Trzech Króli Damian nie miał już gorączki. Lambert Conrady nie posiadał się z radości i jął rozpowiadać najzabawniejsze rzeczy z misji wśród Indian.
— Czy możesz sobie wyobrazić, Józefie, że codziennie po Mszy świętej zjadałem swoje świeczniki?
— No, teraz to już blagujesz! — uśmiechnął się Damian.
— Ależ, wcale nie! Posłuchaj no, zatykałem ogarki świec w kartofle, a te po Mszy świętej piekłem sobie zawsze na śniadanie! Damian śmiał się serdecznie. Walończyk zaś opowiadał wesoło już coś innego. Nagle zerwał się gwałtownie i wykrzyknął:
— Czekaj, Józefie, zaraz przyprowadzę ci twoje strony rodzinne!
— i za chwilę już go nie było.
Damian pozostał sam w ubogiej swojej izdebce. Odczuwał straszne bóle żołądka i wiedział, że trąd rozpoczął już i tam swoje dzieło zniszczenia. Przed przyjacielem taił jak mógł swoje cierpienia. Ale teraz na zniekształconej twarzy odbijała się boleść bezmierna. Zmęczone oczy poszukały krzyża i długo spoczywały na wyprężonych męką członkach Zbawiciela. Potem Damian splótł dłonie i modlił się:
— Panie! Wszystek ból i mękę moją, wszystko, wszystko za moje biedne, trędowate dzieci!
Nagle wytężył słuch! Doprawdy, z dworu dobiegały go dźwięki starej katarynki. Conrady wpadł rozradowany do izdebki.
— Uważaj no! — wykrzyknął wesoło — Ojczyzna idzie!
Do chaty wszedł mały chłopiec z sierocińca z katarynką, w niebieskim kabacie chłopskim i czerwonym szaliku na szyi.
— Zupełnie po flamandzku — śmiał się Walończyk, który nie wiadomo skąd wytrzasnął to ubranie.
A katarynka zagrała śliczną starą piosenkę ze stron rodzinnych, piosenkę o jaskółkach, które ulatywały do nieba.
— Dziękuję ci, dziękuję, przyjacielu — powiedział Damian z uśmiechem. — Jeżeli Bóg pozwoli, i ja wkrótce będę takim ptakiem ulatującym do nieba.
— Et, nie bajałbyś głupstw! — zaprzeczył Conrady. — Uważaj, bo teraz dopiero przyjdzie prawdziwa Flandria. I rzeczywiście misjonarz usłyszał w sieni cichutki śpiew, drzwi się otworzyły i na progu stanęli… Trzej Królowie z gwiazdą. Troje dzieci z sierocińca, biały Portugalczyk, mały żółtoskóry Chińczyk i Kanak, weszło do izby z wielką, błyszczącą gwiazdą, którą Conrady zrobił z chłopcami. I, o dziwo! Trzej Królowie śpiewali, śpiewali po flamandzku.
Przybyli ze swoją gwiazdą królowie Przywędrowali z dalekich stron… Walończyk śmiał się z całej duszy:
— A to się udało, co? He to kłopotu było z tym zakazanym językiem!
Ale dosyć się przecież nasłuchałem, jakeś mi to wyśpiewywał w Braine-le-Comte! Damian słowa nie mógł wymówić. Wpatrywał się tylko w małych Trzech Króli, którzy — w trzech częściach świata urodzeni — stali teraz przed ubogim jego posłaniem, wszyscy trzej ze śladami trądu na twarzy.
— Tak, tak, to moja ojczyzna — wyjąkał de Veuster. — To moja Flandria, moje Tremelo.
Trzej Królowie, którzy już wyczerpali swoją znajomość języka flamandzkiego, zakłopotani przestępowali z nogi na nogę… Wreszcie wszyscy zdjęli korony z głów i złożyli je misjonarzowi na kołdrze. Kiedy jednak Damian obdarował ich potem łakociami, które mu siostry ofiarowały na Gwiazdkę, wybiegli uradowani z pokoju i w swoim szczęściu zapomnieli zupełnie o trzech koronach leżących ciągle jeszcze na kołdrze chorego.
— Widzisz? — powiedział Conrady. — Trzy korony z trzech części świata. Gdyby tu byli moi czerwonoskórzy, dołożyliby jeszcze czwartą!
— Conrady — szepnął trędowaty. — Świat się nade mną lituje, a wiesz… jestem najszczęśliwszym misjonarzem na świecie…

W następnych tygodniach Damian wzmocnił się o tyle, że mógł
znowu odprawiać mszę świętą. Uważał to za szczególną łaskę Bożą, że ręce jego były jeszcze stosunkowo zdrowe, tak że mógł składać Świętą Ofiarę. Za każdym jednak razem, kiedy wstępował po stopniach ołtarza, wydawało się kapłanowi, że wchodzi na własną Golgotę.
Nadszedł okres Wielkiego Postu i włożył misjonarzowi na ramiona krzyż najcięższy. Nieludzkie bóle rozdzierały jego śmiertelnie znużone ciało. Ale były one niczym w porównaniu z męką, w jakiej pogrążyła się dusza. Damian de Veuster, który w otchłani wszystkich cierpień umiał zachować pogodne, mężne serce, zapadł teraz w ostatnich tygodniach swego życia w ciemną noc całkowitego zwątpienia. Czuł zbliżającą się śmierć. 800px-Father_Damien_on_his_deathbedOstatkiem sił w Środę Popielcową zbił sobie jeszcze trumnę, chociaż ręce jego były już tak poranione, że nie mógł odprawiać Mszy świętej. Wiedział, że stoi nad grobem. Jakże często marzył o ostatnim spoczynku pod drzewem pandanowym! A teraz serce jego omroczył głęboki smutek. Nie czuł już obecności Boga. Żadna modlitwa nie przynosiła mu ulgi. Całymi nocami klęczał przed Najświętszym Sakramentem, ale nie doznawał pocieszenia. Nad ranem wlókł się złamany i znużony do swojej izby i nie chciał widzieć nikogo.
Któregoś dnia znalazł go Conrady, który przemocą wtargnął do jego chaty, w stanie całkowitego opuszczenia i upadku ducha. U samego szczytu Kalwarii Bóg doświadczał swego kapłana tym samym bezmiarem cierpienia, w którym Pan nasz wołał niegdyś: „Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił?!”
— Odejdź, zostaw mnie samego! — krzyknął ochryple chory, kiedy wszedł do niego przyjaciel.
— Nie, nie zostawię cię samego! — upierał się Conrady. — Musisz mnie wysłuchać!
— Bóg mnie opuścił, cóż może mi znaczyć człowiek? — jęczał de Veuster. — Umieram, ale nie jestem godny wejść do nieba!
— Ty, głupi, głupi chłopcze! — strofował go rezolutnie Walończyk.
— Przyjmą cię tam głosem trąb i bębnów. Damian potrząsnął tylko głową i ukrył poranioną, zniekształconą twarz w dłoniach. Conrady otworzył tymczasem Nowy Testament, który przywiózł ze sobą, i rzekł:
— No, posłuchaj teraz! Odczytam ci wyrok, który Pan nasz kiedyś ogłosi nad tobą. Posłuchaj: „Tedy rzecze Król tym, którzy będą po prawicy Jego: Pójdźcie, błogosławieni Ojca mego, posiądźcie królestwo zgotowane wam od założenia świata. Albowiem łaknąłem, a daliście Mi jeść… Tyś dzielił się z biednymi ostatnim kęsem chleba i ostatnią kalebasą napoju… „Pragnąłem, a napoiliście Mnie…” Tyś dźwigał wodę z gór do ich chat…
„Byłem gościem, a przyjęliście Mnie…” Ty zbudowałeś im chaty, a sam byłeś bez dachu pod twoim drzewem pandanowym…
„Byłem nagi, a przyodzialiście Mnie…” Dałeś nagim odzież, a marznącym ciepłe koce… „Byłem chorym, a nawiedziliście Mnie…” Oddałeś życie własne chorym na Molokai…
„Byłem w więzieniu, a przyszliście do Mnie…” Przyszedłeś do nich do więzienia tej wyspy, do krainy wygnania, do getta śmierci. Chowałeś umarłych, robiłeś im trumny i groby. A kiedy potem niemądry ojciec Damian zapyta: „Panie, kiedyż to widziałem Cię głodnym i spragnionym, i gościem, i nagim, i w więzieniu?” —
wtedy Król odpowiadając rzecze mu: „Zaprawdę, powiadam ci: cokolwiek uczyniłeś jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieś uczynił”.
Wydawało się, że trędowaty kapłan wcale nie słuchał. Wreszcie podniósł się, spojrzał smutnym wzrokiem na przyjaciela i rzekł:
— Odejdź, bracie, mnie już nikt nie pomoże!
Walończyk stał oniemiały nad nieszczęśliwym przyjacielem. Nie, nie może go zostawić samego. Musi wyszukać w Piśmie Świętym inne miejsce, które przemówiłoby do tej chorej duszy o miłosierdziu Bożym. Podczas gdy gorączkowo przewracał kartki, z książki wypadł mały obrazek. Conrady podniósł go, przyjrzał mu się i podał misjonarzowi.
— Weź to, przyjacielu! To pozdrowienie z ojczyzny! Damian sięgnął z wahaniem po pożółkły obrazek. Wtem oczy jego rozszerzyły się zdziwieniem, a dłonie poczęły drżeć.
— Matka Boska z Scherpenheuvel — wyjąkał.
— Matka Pocieszenia! — potwierdził Conrady.
— Matuchna nasza flandryjska przychodzi do mnie. Damian wpatrywał się nieustannie w obraz Madonny w stroju królewskim, z koroną na głowie, na lewej ręce trzymającej Boże Dzieciątko, a w prawej berło wszelkich łask. Oblicze Jej jaśnieje macierzyńską dobrocią.
— Ojczyzna przyszła do mnie — szepnął Damian. — Matka Pocieszenia — to Ojczyzna.
— Ave Maria, gratia plena… — zaczął Conrady, a Flamandczyk drżącymi wargami powtarzał pacierz. Oczy jego były pełne łez, ale serce uczuło rękę Matki.
— Dziękuję ci, przyjacielu! Dziękuję ci stokrotnie! — jąkał Damian. — Ale teraz, proszę, zostaw mnie samego!
— Dobrze, Józefie, teraz pójdę. Zostawiam cię pod opieką Matki Pocieszenia.
Cud się dokonał! Wszystek lęk, wszelki smutek ustąpił z duszy chorego pod wejrzeniem Niebieskiej Królowej. Taki bezmiar szczęścia i ukojenia przepełnił serce Damiana, że z radości wykrzyknął:
— Dzięki Ci, Matko, o dzięki, dzięki! Dałaś mi pokój, którego potrzeba człowiekowi, aby umrzeć.
W kościele przed złocistą monstrancją klęczał Lambert Conrady i serce jego również pełne było wdzięczności. Przez otwarte okna słyszał, jak de Veuster schrypniętym głosem śpiewa „Nunc dimittis”. „Teraz odpuszczasz, Panie, sługę Twego w pokoju… albowiem oczy moje oglądały zbawienie Twoje!”
— Cóż za osioł ze mnie, żem prędzej nie pomyślał o Matce Boskiej z Scherpenheuvel — mruknął Walończyk wśród swych modłów dziękczynnych.
Po południu przybył ojciec Mollers z Kalaupapy, aby wysłuchać spowiedzi chorego. Znalazł go promieniejącego szczęściem. Przygotowywał się na śmierć jak na święto.
— Spójrzcie, ojcze, na moje ręce — powiedział. — Wszystkie rany się zasklepiają, to zapowiedź śmierci. Bóg mnie woła, abym święto Zmartwychwstania z Nim obchodził w niebie! Bogu niech będzie za to chwała! W dniu 2 kwietnia Conrady udzielił przyjacielowi ostatniego namaszczenia.
— Teraz jestem już tu niepotrzebny — uśmiechnął się Damian.
— Bóg ześle ci wóz ognisty Eliasza do wniebowstąpienia — zażartował Walończyk.
— Wóz ognisty dawno już wysłał po mnie, to trąd, który spala moje ciało.
— Może zostawisz mnie, twemu Elizeuszowi, swój płaszcz? — zapytał ojciec Mollers.
— Co ci po moim starym, wytartym płaszczu? — zaśmiał się Damian. — Toć zarażony jest trądem!
Potem twarz jego zniekształcona i zeszpecona stała się nagle prawie piękna, jakby wewnętrznym światłem jaśniejąca.
— Ojcze! — szepnął trędowaty. — Jakaż to wielka pociecha umierać jako syn Najświętszych Serc.
Nazajutrz kazał się Damian jeszcze raz obwieźć po osadzie trędowatych. Z każdym żegnał się dobrym słowem, ostatnim pocieszeniem. Z płaczem cisnęli się dokoła niego szpetni ludzie, prosząc umierającego o błogosławieństwo. Dzieci w sierocińcu wyczuły, że ojciec ich przyszedł do nich ostatni raz. Szlochały żałośnie. De Veuster kładł im rękę na popękane czoła i wszystkich błogosławił.
— Lambercie! — powiedział potem do Walończyka — obiecaj mi, że ich samych nie zostawisz!
— Przyrzekam! — odrzekł Conrady. — Czuję jednakowoż, że niebawem przyjdzie tu ktoś inny, aby ciebie zastąpić, ktoś, kto od dawna o tym marzy.
— Któż to taki? — zapytał Damian.
— Ojciec Pamfiliusz de Veuster!
— Masz słuszność! — rzekł trędowaty z zadowoleniem. Istotnie, w kilka lat później ojciec Pamfiliusz de Veuster przybył na Molokai. Wówczas Walończyk spakował swoje manatki i pojechał do Chin. Damian de Veuster gotował się do podróży na drugi świat. W poniedziałek, dnia 15 kwietnia, Bóg zabrał duszę jego do nieba.
Zasnął cicho. Spokój jaśniał na jego obliczu, z którego zniknęły wszystkie prawie ślady trądu. Do martwych dłoni włożono mu krucyfiks, różaniec i obrazek Matki Boskiej Pocieszenia, która przybyła do niego z Flandrii, aby dziecku swojemu przynieść ojczyznę.
Dzieci jego pochowały go pod drzewem pandanowym na spoczynek wieczny. Na krzyżu nad grobem wypisano słowa: „Większej miłości nikt nie ma nad tego, który życie swoje kładzie za przyjaciół swoich”.
Kiedy zaś we Flandrii nadeszła wiosna 1936 roku, złożono bohatera z Molokai w kwitnącej ziemi ojczystej. Spoczął na zawsze w kościele klasztornym w Lowanium. Święta ziemia flamandzka wzbogaciła się o jednego więcej bohatera.
KONIEC

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s