Na bezdrożach teorii ewolucji

WSTĘP

Prof. dr hab. Maciej Giertych

Kierownik Zakładu Genetyki
Instytutu Dendrologii PAN
Kórnik

Gdy w nauce pojawia się jakaś nowa teoria to zwykle zaczyna się od
tego, że ma zaledwie niewielu zwolenników. Inni specjaliści tej samej
dziedziny starają się ją obalić, wykazać jej słabości, nawet ośmieszyć. Nikt chętnie nie zrezygnuje z własnych przekonań. Dopiero gdy dyskusja specjalistów oraz wymowa niezaprzeczalnych faktów doprowadzają do uznania nowej teorii za udokumentowaną, wchodzi ona do podręczników, do nauczania powszechnego, do kanonu wiedzy. Teoria ewolucji przeszła cały ten proces w tempie nieuzasadnionym dokumentacją naukową.
Wynika to z tego, że ma ona znaczenie nie tylko naukowe ale i filozoficzne. Dzisiaj, gdy wątpliwości naukowe wobec tej teorii stają się corazbardziej oczywiste, proces odchodzenia od niej jest z kolei wyjątkowo powolny. Powolny z tej samej przyczyny — zbyt wielkie ma to konsekwencje filozoficzne.

Nie łatwo jest odrzucić wyznawany kanon wiedzy, nie łatwo przyznać się do błędu. Tymczasem jest to sprawa, która czeka całe współczesne pokolenie biologów — i nie tylko biologów.
Miałem okazję przekonać się o tym namacalnie, gdy opublikowałem
w „Rycerzu Niepokalanej” recenzję pierwszego wydania książki J. W. G.
JohnsonaThe Crumbling Theory of Evolution(Sypiąca się teoria ewolucji).
Po tej recenzji (a właściwie serii artykułów w numerach od 6 z 1986 r. do 2
z 1987 r. ) wielokrotnie byłem proszony o prelekcje na ten temat w różnych
środowiskach przyrodniczych. Spodziewałem się ataków, czy wręcz
wyśmiania. Tymczasem środowiska te przyjmowały moje wystąpienia z
zaciekawieniem, z gotowością do konstruktywnej dyskusji, z poprawkami
czy uzupełnieniami w szczegółach itd. Natomiast zostałem zaatakowany, i
to z. różnych środowisk — od marksistowskich po katolickie — z pozycji
filozoficznej. Okazuje się, że dzisiaj teorii ewolucji bardziej bronią
filozofowie i teologowie niż biologowie.

Myślę, że polega to głównie na tym, że biologowie po pierwsze
wiedzą o różnych wątpliwościach tlących się wokół teorii ewolucji, a po
drugie na ogół dobrze wiedzą, że mogą swoje specjalności z powodzeniem uprawiać niezależnie od tego jaką przyjmą interpretację pochodzenia
świata żywego. Wszystko, co przynoszą dziś nauki opisowe i eksperymen-
talne jest i pozostaje prawdziwe na tyle, na ile opis czy eksperyment był
rzetelny. Interpretacja ewolucyjna czy kreacjonistyczna niczego tu nie
zmienia.

Z filozofią jest inaczej. Jeżeli zbudowano konstrukcję filozoficzną czy
teologiczną na założeniu ewolucyjnym to cała konstrukcja wali się, gdy
kwestionuje się to założenie. Wygląda na to, że teologowie i filozofowie
mało zdają sobie sprawę z tego, jak wiele dzisiaj w naukach
przyrodniczych stawia się znaków zapytania wobec teorii ewolucji.

Oczywiście mało też o tym wie szeroka publiczność. Myślenia oraz
kwestionowania podawanej wiedzy uczy dopiero uniwersytet, a i tu często
dopiero na etapie pisania pracy magisterskiej, gdy student styka się po raz
pierwszy z małym wycinkiem wiedzy nie rozpoznanej do końca, którą ma
sam uzupełnić. Uczeń, a zwykle i student, ma się nauczyć tego co mu się
podaje. A więc uczy się i w to, czego go uczą wierzy. Tak, wierzy, bo rzecz
oparta jest na wierze, na zaufaniu do nauczyciela. Bardzo rzadko na
osobiście sprawdzonych faktach. To samo czyni nauczyciel — częściej
jednak zapoznaje się z dokumentacją wykładanych prawd. Uważne
czytanie podręczników biologii pozwala na wychwycenie różnicy między
podawanym faktem udokumentowanym eksperymentalnie, czy obserwa-
cyjnie, a teoriami podawanymi do wierzenia. Warto zauważyć, że opis
fotosyntezy czy kodu genetycznego przedstawiany jest merytorycznie na
bazie udokumentowanych doświadczeń. Tymczasem wszystko co dotyczy
ewolucji zawsze zawiera zwroty w rodzaju: „zapewne”, „sądzić by można”,
„przypuszczalnie” itd. Załączone „drzewa rodowe” organizmów żywych
zawsze posiadają fragmenty kropkowane, czyli domniemane, bo brak
form pośrednich, brak powiązań.

Dzisiaj ewolucjonistów najbardziej niepokoi rewolucja w systema-
tyce, którą proponują tzw. kladyści. Jest to prąd powrotu do rygoryzmu
myślowego w taksonomii. Pierwszym poleceniem jakie dostał Adam od
Boga było nazwanie wszystkich zwierząt (Rdz 2, 19-20). Do dziś czynią to
taksonomowie, spierają się jednak jak taksony usystematyzować.
Dominuje pogląd filogenetyczny, to znaczy zakładający pochodzenie
jednych grup od drugich i próbujący ustalić kolejność tego pochodzenia.
Tymczasem kladyści odrzucają myślenie w kategoriach czasowych, a
domagają się klasyfikacji opartej na obserwowanych podobieństwach.
Chcą łączyć te tylko organizmy, wszystko jedno żywe czy kopalne, które
posiadają wspólne cechy — nigdy te, którym brak jakichś cech. A więc
„wszelkie zwierzę co ma pierze, to ptak”. Ale nie wolno łączyć w jedną
grupę organizmów bez pierza — bo ich nic nie łączy. To niby oczywiste, ale systematyka właśnie takie wydzielenia często stosuje. Z krytyką takiej
systematyki wystąpił w latach sześćdziesiątych W. Henning z NRD.
Dzisiaj jego myśl ma wielu zwolenników, a doroczny zjazd towarzystwa
jego imienia, „Willi Henning Society”, gromadzi przeszło 250 systematy-
ków z całego świata. Dla kladystów kręgowce, to dobra grupa. Ale
bezkręgowce, to żadna grupa. Bo cóż łączy pszczołę z ośmiornicą i
amebą? Na dobrą sprawę bezgręgowcem jest też poziomka czy skarpetka.

Takie stawianie sprawy zwraca uwagę na pewne niekonsekwencje
myślowe w systematyce filogenetycznej. Jeżeli bowiem ktoś powie, że
„kręgowce pochodzą od bezkręgowców” sugeruje ewolucję określonej
grupy organizmów. Tymczasem znaczy to tyle samo co stwierdzenie, że
kręgowce pochodzą od organizmów, które kręgowcami nie były. Jest to
równoznaczne z gołosłownym stwierdzeniem, że „kręgowce powstały na
drodze ewolucji” i nic więcej. Gdy się w ten sposób oczyści systematykę z
grup, które łączy brak cech, z filogenezy nic nie pozostaje. Postulowane
„drzewa rodowe” otrzymują wyłącznie kropkowane połączenia.

Spory na ten i podobne tematy pasjonują określone grupy
naukowców, ale niewiele z tego dociera do publicznej wiadomości.
Dostępu bronią ewolucjoniści i ich sprzymierzeńcy z nauk humanistycznych.

Podobnie rzecz się ma z geologią. Kiedyś uważano, że wszelkie skały
osadowe i zawarte w nich skamienieliny organizmów żywych, to rezultat
potopu połączonego z wielkimi ruchami ziemi, aktywnością wulkaniczną i
orogeniczną, czyli ślad wielkiej katastrofy, która zmieniła oblicze ziemi.
Pojawienie się teorii uniformistycznej, czyli sugestii, iż skały osadowe
powstały na drodze powolnego odkładania osadów na dnie zbiorników
wodnych, jak to ma miejsce dzisiaj, nie zaznaczyłoby się wielce w geologii
gdyby nie teoria ewolucji. To ewolucja potrzebowała milionów lat i stąd
geologia uniformistyczna zdominowała katastroficzną. Dla geologów to
utrudnienie, a nie ułatwienie, bo dzisiejsze osady nie gromadzą
skamienielin organizmów żywych (te gniją lub są zjadane przez
padlinożerców). Powstała absurdalna sytuacja, że skamienieliny są
datowane warstwami geologicznymi, a warstwy skamienielinami. Żadnego
systemu kalibracji nie ma. Jeżeli ktoś sądzi, że datowanie przy pomocy
izotopów radioaktywnych coś tu wyjaśnia, niech sięgnie do najnowszej
literatury specjalistycznej na ten temat. Więcej tu wątpliwości i
niezgodności niż pożytku. Daty epok geologicznych podawane w
podręcznikach powstały w XIX w. i nie mają nic wspólnego z datowaniem
izotopowym.

I znowu, jak w biologii warto podkreślić, że można być dobrym,
użytecznym geologiem niezależnie od przyjętej teorii powstania warstw geologicznych — uniformistycznej czy katastroficznej. To nie geologowie bronić będą teorii ewolucji.

Istota sporu o ewolucję dotyczy podstawowego pytania. Czy świat,
kiedyś niezorganizowany, w chaosie po wielkim wybuchu (Big Bang),
przechodzi kolejno ewolucję najpierw cząsteczkową, potem chemiczną,
makromolekularną, wreszcie biologiczną wraz z powstaniem człowieka i
dalej dąży ku perfekcji, ku stanowi idealnego, maksymalnego zorganizo-
wania (do punktu omega Teilharda de Chardin); czy też świat kiedyś
piękny i wspaniały, z jakiegoś powodu (grzech aniołów i Adama)
stopniowo spala się i niszczeje, biegnąc w dół, ku malejącej organizacji, ku
dezorganizacji. Rozważanie to filozoficzne. Przyrodnikom dostępny jest
do obserwacji tylko krótki wycinek czasowy. Co w nim obserwujemy?
Postęp czy regres? Powstawanie nowych i lepszych form czy też gorszych,
defektowych, i bezpowrotne wymieranie niektórych? Czy ilość energii w
obiegu wzrasta czy maleje?

Książka Johnsona jest próbą popularnego ukazania istoty sporów o
ewolucję na dzisiejszym etapie naszej wiedzy. Próbą ukazania tych
wszystkich wątpliwości, które ta teoria budzi, tych wszystkich zafałszowań
i błędów, na których się opiera, tych wszystkich niekonsekwencji, od
których myślenie ewolucyjne roi się. Jest to książka dla szerszej
publiczności czytelniczej — dla osób, które w ramach szkolnego
nauczania biologii poznały tylko jedną stronę sporu.

W książce tej na pewno wiele jest spraw dyskusyjnych, wiele
przejaskrawień czy braków. Zbyt wielu dotyczy dziedzin, by jeden
człowiek mógł je wszystkie dobrze znać. Ale jest to książka warta
przeczytania. Warta, bo pobudzi do myślenia, do dyskusji i do
przewartościowania tych różnych frazesów, którymi zbyt często karmimy
się w biologii nie mając dla nich empirycznych podstaw.

Gdy się ewolucjonistę przyciśnie do muru pytaniem u udowodnione
fakty wskazujące na ewolucję, odpowiedź sprowadzi się do dwóch. 1°:
Każdy żywy organizm ma rodziców, a co najmniej jednego. 2°: Był czas
kiedy nie było np. ssaków, czy ludzi. Z tych dwóch udowodnionych
faktów jako wniosek wyprowadza się trzeci: że ssaki pochodzą od
niessaków, ludzie od nieludzi itd. Oto istota teorii ewolucji. Brak innych
przekonywujących dowodów. Kto odrzuca możliwość stworzenia
bez zrodzenia, pozostanie przy ewolucji mimo braku dowodów.
Pozostanie bez odpowiedzi na odwieczne pytanie: „Co było pierwsze, kura czy jajko? DNA, RNA czy białko?”

* *

Johnson w swoich rozważaniach sięga nie tylko do nauk
przyrodniczych ale i wkracza w zagadnienia historii cywilizacji. Ciekawe
jest jego spostrzeżenie, że obserwowany dziś jeszcze tu i ówdzie na świecie
stan prymitywny nie jest stanem pierwotnym, ale rezultatem upadku
cywilizacyjnego, rezultatem zerwania-więzi z centrami kultury. Nie może
to jednak oznaczać, że nie jest możliwy rozwój cywilizacyjny. Rozwój
technologiczny jest faktem obserwowanym stale, ale nie o to mi tu chodzi.
Obserwujemy też rozwój cywilizacyjny w sensie duchowym. Nasz polski
historyk i historiozof prof. Feliks Koneczny. który poświęcił życie
studiowaniu zagadnień cywilizacyjnych, dopracował się pewnych, waż-
nych w tym zakresie, sformułowań, które zasługują na szersze poznanie.
Przede wszystkim wykazał on, że w dziejach ludzkości istnieje coś takiego
jak rozwój moralności, czyli podnoszenie etyki na wyższy poziom (Rozwój
moralności,
Lublin 1938). Ponadto wykazał, że w historii istnieją prawidła,
które warto znać chcąc zrozumieć dzieje ludzkości i chcąc uczyć się na
historii. Są to prawa nie mające nic wspólnego z prawami przyrody, bo
dotyczą nie materii lecz ducha (Prawa dziejowe. Londyn 1982). One
determinują relacje między cywilizacjami i ich rozwój. Niewątpliwie Adam
nie zaczynał od zera. Dostał od Boga jakąś cywilizację. Ale dostał też
duszę. Rozwój biologiczny to tylko postulat ewolucjonistów, ale rozwój,
jak i regres duchowy, to obserwowany fakt historyczny. Taki jest sens
duszy. Możemy upadać ale i podnosić się — wysiłkiem woli, pracą
intelektualną, pracą fizyczną i pracą nad sobą. Możemy wzbogacać się
materialnie, intelektualnie i duchowo. Czerpiemy z doświadczeń pokoleń.
Nie należy to do tematu książki o ewolucji przyrodniczej. Sprawami
ducha inne rządzą prawa niż sprawami materii. Polemizując z teorią
ewolucji, z teorią o rozwoju świata, Johnson chyba niepotrzebnie sugeruje, że rozwój cywilizacyjny ludzkości jest niemożliwy.

* *

Książka niniejsza jest tłumaczeniem z wydania pierwszego, z r. 1982,
Brisbane, Australia, ale w trakcie pracy nad tłumaczeniem, autor
dostarczył zmiany, jakie wprowadził do wydania drugiego, które ukazało
się w USA w r. 1987. Stąd też wydanie polskie jest zgodne z wydaniem
amerykańskim. Zarówno autor, jak i wydawcy amerykańscy udostępnili
bezpłatnie prawa autorskie tylko dla wydania polskiego, za co składamy
serdeczne podziękowanie.

Prof. dr hab.  MACIEJ GIERTYCH

————————————-

SPIS TREŚCI

WSTĘP — prof. dr hab. Maciej Giertych 9

NAUKA KOŚCIOŁA O STWORZENIU — O. Peter Damian Fehlner O FM

PRZEDMOWA AUTORA 17

Część 1. DLACZEGO POWINNIŚMY ZWALCZAĆ EWOLUCJONIZM 19

Atak i kontratak — Teoria ewolucji a „człowiek świecki” — Kontratak przy-
rodników — Skażenie chrześcijaństwa ewolucjonizmem — Utajona rewolucja
— Marksizm; humanizm; modernizm — Obowiązujący system nauczania —
„Wielu Adamów” (poligenizm) podważa pojęcie grzechu pierworodnego i w
konsekwencji wszystkie dogmaty — Encyklika; „Humani Generis” – Teilharda
de Chardin „Teologia ewolucji”.

Część 2. UPADEK DARWINIZMU 35

Długotrwały triumf teorii Darwina — Konferencja chicagowska 1980 roku —
Dowody kopalne świadczą przeciw darwinizmowi — Propozycja ewolucji
drogą wielkich skoków (teoria „naruszonych równowag”) — Drugie prawo
termodynamiki — Mutacje — Teoria „obiecującego potworka” — Dobór
naturalny — „Szczeliny skrzelowe i ogon” — Organy szczątkowe.

Część 3. ZAPIS KOPALNY 49

Początek klasyfikowania skał na podstawie skamienielin — Brak skamienielin
pośrednich — Nagłe pojawienie się skamienielin w warstwach kambryjskich
— Dinozaury — Pterozaury — „Żywe skamienieliny” — Najnowsze znalezis-
ka ujawniają wysoko rozwinięte życie w kambrze — Czyżby przejście roślin
morskich w lądowe? — Jerome Lejeune na temat genetyki — Linia ewolucyj-
na konia — Czyżby przemiana gada w ptaka? — Archeopteryks.

Część 4. „EWOLUCJA CZŁOWIEKA” 65

Ewolucjonizm narusza religię traktując o przodkach człowieka — Człowiek z
Nebraski — Neandertalczyk — Człowiek z Piltdown — Australopiteki —
Zinjanthropus — Homo habilis — Człowiek Jawajski i Człowiek Pekiński
(Homo erectus) — Kok 1972-początek wielkich zmian — Czaszka 1470 —
Ramapithecus — Znaleziska w Laetoli; kości szczękowe, ślady stóp — Znale-
ziska z Hadar; szczęki oraz inne kości; „pierwsza rodzina człowieka pier-
wotnego”, „Lucy” — „Nowe drzewo genealogiczne człowieka” Richarda Lea-
key’a — Johanson zmienia front: Człowiek z Alaru — Jeszcze jeden Boisei

zakłóca ewolucję hominidów — Homo habilis i Homo erectus, czy nadal
aktualni? ‚ — Szkielet chłopca —- Czaszka / Talgai — Kow Swamp — Czaszki
/ Castenedolo i Calaveras — Gradyzm kontra kladyzm dzieli
ewolucjonistów.

Część 5. GEOLOGIA A POTOP 95


Rugowanie geologii potopowej przez geologię uniformitarną — Partnerstwo
Lyella i Darwina — Kolumna stratygraficzna — Wędrujące góry — Wielki
Kanion — Skały — Wielostrefowe skamienieliny — Węgiel i ropa naftowa —
Wyschnięte koryta rzeki i zatopione góry — Cmentarzyska skamienielin —
Geologia potopowa.

Część 6. IZOTOPOWE METODY DATOWANIA 114

Podstawy założeniowe — Rozbieżność wyników datowania — Próby na
skalach o znanym wieku — Metoda węglowa C-14 — 30 000 odczytów uzys-
kanych metodą węglową C-14 — Skały księżycowe— Datowanie Zinjanthro-
pusa oraz czaszki 1470 — Ślady stóp w kamieniu.

Część 7. DRYFT KONTYNENTALNY (TEKTONIKA PŁYTOWA).. 124
Środkowo-atlantyckie pasmo gór — Płyty tektoniczne — Magnetyczne zmia-
ny kierunku — Datowanie dna morskiego — Niektóre zastrzeżenia do teorii
dryftu kontynentalnego — Dowody świadczące przeciwko tej teorii — Wyjaś-
nienie alternatywne.

Część 8. EWOLUCJA KULTURALNA CZY REGRES 134

Populacja świata dowodzi młodego wieku ludzkości — Czyżby stagnacja
ludzi epoki kamiennej? — Archeologia potwierdza bardziej Biblię niż ewoluc-
ję — Brak ewolucji cywilizacji — Regres kultury wraz z oddalaniem się od jej
centrum — Zdziczałe dzieci — Język ludzki.

Część 9. ŻYCIE 141

Dyskredytacja spontanicznego wytwarzania się życia — Żywa komórka —
Życie komórki kompletnej — Aminokwasy a eksperyment Millera — Amino-
kwasy lewoskrętne i prawoskrętne — Proteinoidy Sydney’a Foxa — Prawdo-
podobieństwo przeciw białku i żywej komórce.

Część 10. WSZECHŚWIAT A ZIEMIA 151

Gwiazdy i galaktyki dziełem „wielkiego wybuchu” czy Stworzenia? — Przesu-
nięcie widma ku czerwieni — Kwazary — Radioaureole polonu: „podpis
Stwórcy” — System słoneczny — Młoda Ziemia, młody system słoneczny,
młody wszechświat — Dlaczego gwiazdy płoną?

Część 11. POWSTANIE Z NICOŚCI 167

Ziemia jest wyjątkiem — Teoretyków „wyjaśnianie” wszechświata bez Stwór-
cy — Wiek pozorny w przeciwieństwie do wieku rzeczywistego — Ziemia,
Człowiek i Wszechświat efektem „FIAT”. 6

Dodatek A STANOWISKO KOŚCIOŁA 172

Dodatek B KOŚCIÓŁ A O. TEILHARD DE CHARDIN 177

Dodatek C ZDZICZAŁE DZIECI 180

Dodatek D JESZCZE O EWOLUCJI CZŁOWIEKA I SŁOWO O PTAKACH 183

ODPOWIEDZI NA WYBRANE PYTANIA 185
LITERATURA UZUPEŁNIAJĄCA …………………198


NAUKA KOŚCIOŁA O STWORZENIU

O. Peter Damian FEHLNER O. F. M. Conv

Fragment rozprawy „In the beginning… ” (Na począt-
ku… ), która ukazała się w organie watykańskiej Kongregacji
Ewangelizacji Ludów „Christ to he world” 1988, 33, (1):
56-72, (2): 150-164, (3-4): 237-248. Omawia ona naukę
Kościoła o stworzeniu, od pierwszych słów Starego Testa-
mentu do nauki Jana Pawła II. Przedstawione poniżej
zakończenie tej rozprawy znajduje się na str. 246-248
„Christ to the world”.

Ewolucja jako wzorzec

Można wykazać, posługując się dobrymi argumentami, że ewolucja
nie jest po prostu teorią naukową. Jest ona dogmatem stanowiącym tło
dla wszystkich naukowych poczynań. I właśnie to założenie, że
ewolucjonizm stanowi wzorzec uniwersalny, znajduje się w konflikcie z
nauką Kościoła. Jest ono nadużywaniem zezwolenia Piusa XII, który
dopuścił wysuwanie hipotezy o ewolucji jedynie w ramach pewnych
zagadnień naukowych i to bez kwestionowania decyzji Kościoła w
sprawach dotyczących Objawienia. Wolności bez ograniczeń nie udziela
też Kościół polityce, ekonomii itd. W ramach wyraźnie oznaczonych
granic każdej nauki, sztuki czy zawodu, doświadczony praktyk jest wolny
od słuchania autorytetu Kościoła. Wolność ta jednak nie oznacza prawa
do wyznaczania granic własnej kompetencji niezależnie od Prawdy, którą
jest Bóg, oraz od Objawienia, które On powierzył Kościołowi.

Ewolucja teistyczna

Niektórzy twierdzą, że stanowisko zwykle określane mianem
„ewolucji teistycznej” pozwala wierzącemu na zachowanie wiary w Boga,
którą ewolucjonista — agnostyk czy ateista — odrzuca. W takiej syntezie

mówi się, że religia tłumaczy „Kto” uczynił świat i „dlaczego”, podczas
gdy nauka wyjaśnia „jak” On to zrobił (przez ewolucję). Religia odnosi się
do przyczyn ostatecznych, podczas gdy nauka traktuje o przyczynach
bezpośrednich, o procesach i faktach.

Tymczasem wierzący katolik nie może wyeliminować ze swoich
wierzeń faktów zawartych w objawionych opisach początków świata
materialnego, bez naruszenia istoty Wiary, a więc czegoś co nie jest w jego
gestii. Tak więc „ewolucja teistyczna”, przekazująca do wyłącznie
naukowego poznania to „jak” stworzenia, jest a priori niezgodna ze
stanowiskiem katolickim.

W rzeczywistości katolik wyznając pierwszy artykuł wiary (Wierzę w
Boga Ojca Wszechmogącego, Stworzyciela nieba i ziemi, wszystkich
rzeczy widzialnych i niewidzialnych — przyp. tłumacza) stwierdza nie
tylko to, że Bóg jest i że On stworzył świat ale również to, jak On go
stworzył, a w szczególności jak On stworzył istoty anielskie i ludzkie.
Właśnie w uznaniu boskiej działalności jako szczególnej widać różnicę
między bytem nieskończonym a skończonym. Działanie istoty stworzonej
wymaga najpierw istnienia świata i gatunku, podczas gdy działanie
Stwórcy tego nie wymaga. Sugerowanie więc, że procesy naturalne
wystarczą dla wyjaśnienia jak powstał świat, i różnice między gatunkami,
musi logicznie prowadzić do; niezdolności odróżniania Boga od Jego
stworzenia (jest to herezja zwana panteizmem). Rzym. 1, 25 1, 28

Wnioski

Od samego początku nauka Kościoła o powstaniu świata obejmuje
zwartą i niezmienną doktrynę; nie tylko w ogólnej treści i intencji —
zawiera także wyraźne sprecyzowania dotyczące szczegółów.

Doktryna o stworzeniu, w ogólności jak i w szczegółach, jest
nieodłącznie związana z tajemnicą Zbawienia. Dlatego też żaden katolik
nie ma prawa kwestionować któregokolwiek z aspektów doktryny o
stworzeniu, uważanej przez Kościół za związaną z tajemnicą Zbawienia,
bez narażania się na równoczesne powątpiewanie o tej tajemnicy.

Kościół nie stoi na stanowisku, że Bóg objawił wszystko co może być
znane o Jego stworzeniu, że wiemy już wszystko o tym co zostało
objawione, ani że dokładny sens Objawienia został w każdym szczególe
definitywnie przez Kościół wyjaśniony w sposób najbardziej wyraźny.
Kościół stoi na stanowisku, że następujące prawdy odnośnie stworzenia
świata i bytów w nim zawartych były następująco objawione i
definitywnie przez Kościół wyjaśnione (uroczyście lub w nauczaniu normalnym) w sposób nie pozwalający na kwestionowanie ich, ani na poddawanie zmianom w celu pogodzenia z ludzkimi teoriami:

  1. Cały świat był stworzony przez Boga ex nihilo (z niczego) na
    początku czasu.

  2. Zasadnicza struktura i porządek świata, przewidziane dla
    jakiejkolwiek późniejszej działalności czy rozwoju, ustanowione były przez
    Boga. Ich bieg nie zna wyjątków prócz tych, które pochodzą bezpośrednio
    z boskiej interwencji. Kościół naucza na przykład, że taka interwencja
    nastanie przy ostatecznym zmartwychwstaniu ludzkich ciał, przejściu ich
    na końcu czasu ze stanu nieorganicznego w organiczny.

  3. Pierwszy mężczyzna i pierwsza kobieta stworzeni byli bezpośred-
    nio przez Boga, przez uformowanie ciała męskiego z istniejącej już materii
    oraz ciała kobiecego z ciała pierwszego mężczyzny, przez stworzenie z
    niczego duszy dla każdego z nich, a następnie przez połączenie duszy z
    formą cielesną. Przy każdym z tych trzech aktów — tworzenie ciała,
    tworzenie duszy, wtopienie duszy w ciało — głównym Czynnikiem
    sprawczym jest Stwórca, a nie stworzenie; a więc jest to proces nie
    rozwoju naturalnego z jednego gatunku w drugi, ale Boskie, cudowne
    działanie, przerywające ciągłość naturalnych procesów. Ta ingerencja
    Boga stanowi o wyłączności i wielkości człowieka, każdej pojedynczej
    osoby ludzkiej w całości stworzenia, oraz o specjalnej wartości człowieka
    przed Bogiem.

  4. W ten sposób Bóg stworzył tylko jednego mężczyznę i jedną
    kobietę. Wszyscy inni znajdują swój początek w pochodzeniu od tych
    dwojga. Ludzkie zrodzenie poprzez poczęcie stanowi o początku ciała,
    natomiast boskie stworzenie duszy ex nihilo o początku duszy. Tak więc
    historycznie jest tylko jedna ludzka rodzina, z tylko jedną parą
    rodzicielską na jej początku, która to para zawdzięcza swoje istnienie
    bezpośrednio i zasadniczo Bogu Stwórcy.

O. Peter Damian FEHLNER O. F. M. Conv.

Redaktor „Miles lmmaculatae”

Tłumaczył M. Giertych

PRZEDMOWA AUTORA


Rozumiem ewolucjonistów z przekonania — sam byłem jednym z nich.
Nie rozumiem natomiast tych, którzy nie tylko nie chcą wysłuchać
przeciwstawnej argumentacji ale, co gorsza, zwykli powstrzymywać innych
od jej wysłuchania.

Dziesięć lat temu, ulegając namowom przyjaciela, przeczytałem książkę
o. O’Connella pt. „Science of Today and the Problems of Genesis”
(„Współczesna nauka a problematyka Genesis”). Moja wiara w ewolucjonizm rozpadła się, a towarzyszył temu gniew, że wszystkie kontrargumenty
były przez tak długi czas ukrywane przede mną. W tym samym czasie
zacząłem również uważać teorię ewolucji za potencjalne zagrożenie dla
religii. Postanowiłem zatem odpowiednio przygotować się, by pomóc innym
w poznaniu odmiennego stanowiska, które było dotąd tak skutecznie
ukrywane.

Zacząłem studiować, prowadzić wykłady, uczyć się. Wykład zatytuło-
wany „The Case Against Evolution” („Dowody świadczące przeciwko
ewolucji”) rozrósł się do dwugodzinnej sesji, która została utrwalona na
taśmie magnetofonowej. W roku 1976 zapis ten przekształciła w niewielką
broszurkę Paula Haigh, która w Ameryce kierowała Katolickim Centrum
Badań nad Stworzeniem (Catholic Centre For Creation Research). Ku
mojemu ogromnemu zdziwieniu, ta skromna broszurka została bardzo
dobrze przyjęta. Ponownie wydano ją w Australii w roku 1979. Z tej właśnie
broszury powstała niniejsza książeczka, na którą składa się pełny tekst
pierwotnego zapisu i taka ilość materiału dodatkowego, że w rezultacie
powstała nieco inna praca.

Z wdzięcznością pragnę wyrazić uznanie za osobisty wysiłek p. Haigh,
bez której pierwotny tekst nie ukazałby się w druku. Dziękuję także za
współpracę p. Mahlert z Brisbane, który był autorem artykułów
publikowanych w „Creation Research Society Quarterly” (Kwartalnik
Towarzystwa do Badań nad Stworzeniem) oraz w „The Bible Science
Newsletter” (Informator Nauki Biblijnej). Jego specjalistyczne badania,
zwłaszcza w coraz bardziej pogmatwanej dziedzinie dotyczącej „małpoludzi”,
okazały się niezmiernie pomocne. Czuję się także w obowiązku podziękować

za pomoc otrzymaną od wielu anonimowych współpracowników: ilustrato-
rów, maszynistek, jak również tych, którzy pomogli mi pokonać kłopoty
finansowe związane z kosztami publikacji.

Istnieje już obszerna literatura wydana przez antyewolucjonistycznych
uczonych. Żywię nadzieję, że książka ta dostarczy zarysu całości ich
argumentacji, zaprezentowanego w formie zrozumiałej dla niefachowców —
a także dla specjalistów, jeśli ich zainteresuje.

WALLACE JOHNSON

1 grudnia 1981
1132 Waterworks Road
The Gap. Q. 4061.
AUSTRALIA

CZĘŚĆ 1

DLACZEGO POWINNIŚMY ZWALCZAĆ
EWOLUCJONIZM

Atak i kontratak

Każda czyniona dzisiaj napaść na wiarę chrześcijańską ma jako swoją
podstawę doktrynę o ewolucji”. (
Newman Watts, autor książki „Britain
Without God” — „Brytania bez Boga”).

Przeszło wiek temu, w Anglii, żona pewnego biskupa anglikańskiego
powiedziała: „Żywię głęboką nadzieję, że to. co twierdzi pan Darwin nie jest
prawdą; a jeśli nią jest, to, mam nadzieję, nie stanie się powszechnie
znanym”.

Obecnie sytuacja uległa odwróceniu. Teraz, zamiast żony biskupa,
tymi, którzy czują się zaniepokojeni są właśnie ewolucjoniści, ponieważ
uczeni kreacjoniści wykazują fałszywość teorii ewolucji. Z kolei więc
darwiniści mają nadzieję, że fakt ten nie stanie się powszechnie znanym.
Stronnicze wszakże, ewolucjonistycznie nastawione środki masowego
przekazu dbają, by nie stało się to powszechnie wiadomym.

Dominacja idei ewolucjonistycznych tłumiła wiarę w stworzenie
świata przez Boga oraz w nadprzyrodzoną religię. W ten sposób narodził
się fenomen wieku dwudziestego — c z ł o w i e k ś w i e c k i. Jest to więc
człowiek wykształcony, przyzwyczajony do ewolucjonizmu, nierzadko
bardzo przyzwoity, który jednak nigdy nie myśli o Bogu.

Pewien ateista, Renan. przewidział, że upadek wiary w nadprzyrodzoność
zawiedzie, do upadku przekonań moralnych. Ewolucjonistyczny
naturalizm wyrugował nadprzyrodzoność i stąd też obserwujemy
załamanie się wartości moralnych. Kultura chrześcijańska rozpada się:
zaczęła się „e r a p o s t-c h r z e ś c i j a ń s k a”. Oto finalny produkt
ewolucjonizmu.

W 1859 roku profesor Sedgwick z Cambridge ostrzegł Darwina, że z.
powodu jego ewolucjonistycznych pomysłów,.. ludzkość poniesie szkody
mogące spowodować zezwierzęcenie rasy ludzkiej i pogrążenie człowieka w

tak głębokim stanie zwyrodnienia, w jakim nie znajdował się odkąd jego
historię opowiadają pisemne przekazy. „

Z czasem teoria ewolucji przeniknęła myśl ludzką niemal w każdym
kierunku… Ostatecznym rezultatem stało się dokładnie to, co przepowiedział
profesor Sedgwick — zbydlęcenie. Ta nowa doktryna zaczęła wkrótce
podkopywać podstawy religii”.
(Rob’t E. D. Clark, M. A. dr fil. w „Darwin:
Before and After”,
1935).

*

Wszystko to w ogromnej mierze doprowadziło do zrodzenia się
agnostycznych i ateistycznych przekonań, jakie obserwujemy w naszej
współczesności. Być może najgorszym ze wszystkiego jest to, że umysły
młodych ludzi uśpione zostały przez zwątpienie”,
(o. D. Murray w „Speeles
Revalued”,
1935)

* *
*

W rzeczywistości dzieło ewolucjonistów będzie w znacznym stopniu
odpowiedzialne za niebezpieczne czasy, które dopiero są przed nami.
Ewolucjonizm bowiem stał się, i jest nadal, poważnym czynnikiem
powodującym rozpowszechnianie się filozofii bez Boga, która jest tak
charakterystyczna dla naszych czasów i która okaże się jeszcze
szkodliwsza”.
(Eks-ewolucjonista, Bolton Davidheiser, dr fil., zoolog i
genetyk, w „Evolution and Christian Faith”, 1969).

Prawie przez stulecie nie kwestionowana teoria ewolucji zmieniła
całkowicie myślenie w świecie i spowodowała spustoszenie w religii.
Jednakże kontratak na ewolucjonizm nie został bynajmniej zainicjowany
przez przedstawicieli kościoła, ale właśnie przez naukowców.

  1. The EVOLUTION PROTEST MOVEMENT (Ruch Protestacyjny
    Przeciw Ewolucjonizmowi) został założony w Anglii, w 1932 roku,
    przez kilku wybitnych uczonych. Ruch ten zapewnia ciągłość korzys-
    tania z solidnej literatury świadczącej przeciw teorii ewolucji.

  2. The CREATION RESEARCH SOCIETY (Towarzystwo Badań nad
    Stworzeniem) rozpoczęło swoją działalność w USA w 1963 roku, a
    powstało z inicjatywy zaledwie dziesięciu uczonych. Szybko powięk-
    szyło ono swoje szeregi do ponad 650 uczonych, którzy muszą wyka-
    zać się co najmniej dyplomem magisterskim w naukach ścisłych.

Uczeni ci deklarują się jako przeciwnicy ewolucjonizmu, a
zwolennicy biblijnego wyjaśniania kreacji, opowieści o Adamie
i Ewie oraz o Noem i Potopie.

  1. Amerykański „The BIBLE-SCIENCE NEWSLETTER” (Informator
    Nauki Biblijnej). Jest to miesięcznik publikujący naukowe dowody
    świadczące przeciw teorii ewolucji.

  2. The INSTITUTE FOR CREATION RESEARCH (Instytut do Badań
    nad Stworzeniem) wydaje literaturę a także dostarcza wysoko kwali-
    fikowanych naukowców jako dyskutantów, ukazujących prawdę, czy
    to na terenie uniwersyteckich polemik, czy też w publicznych spot-
    kaniach w czasie otwartych dyskusji przeciw profesorom, zwolenni-
    kom ewolucjonizmu.

  3. W Australii, The CREATION SCIENCE EDUCATIONAL MEDIA
    SERVICES (Służba Nauki o Stworzeniu dla Środków Masowego
    Przekazu) w Brisbane oraz jej filia, The CREATION SCIENCE
    FUNDATION (Fundacja Nauki o Stworzeniu), która przyjęła zada-
    nia The Evolution Protest Movement (Ruch Protestacyjny Przeciw
    Ewolucjonizmowi), sprowadzają znaczące książki, publikują specja-
    listyczną literaturę, przygotowują wykwalifikowanych mówców dla
    szkół, spotkań dyskusyjnych i seminariów. Organizacja ta grupuje
    wielu wybitnych uczonych. Niektórzy z nich zrezygnowali z korzyst-
    nych stanowisk dydaktycznych, aby poświęcić cały swój czas krucja-
    cie przeciwko ewolucjonizmowi.

Szeregi uczonych przeciwnych ewolucjonizmowi stale powiększają
się ale środki masowego przekazu ignorują ten fakt, a nawet starają się
kompromitować tych ludzi i ubliżać im.

Poniżej przytaczamy nazwiska niektórych tytanów nauki, którzy w
sposób otwarty i całkowity odrzucili ewolucjonizm:

Sir Ernst Chain, F. R. S. (członek Towarzystwa Królewskiego), laureat

Nagrody Nobla za odkrycie penicyliny.
Louis Vialleton,kierownik Katedry Zoologii, Anatomii i Fizjologii

Porównawczej na uniwersytecie w Montpelier, Francja.
Profesor Louis Bounoure, były przewodniczący Towarzystwa Biologicz-
nego w Strasburgu oraz dyrektor Muzeum Zoologicznego. Został
dyrektorem badań w Narodowym Centrum Badań Naukowych we
Francji. Profesor Bounoure pisał:
„Ewolucjonizm jest bajeczką dla
dorosłych. Teoria ta bowiem nie wniosła niczego do rozwoju nauki.
Jest bezużyteczna”.

Dr Paul Lemoine. były prezes Towarzystwa Geologicznego Francji oraz dyrektor Muzeum Historii, redaktor Encyklopedii Francuskiej.
Profesor W. R. Thompson, członek Towarzystwa Królewskiego. Przez
trzydzieści lat dyrektor światowego Instytutu Kontroli Biologicznej z
centrum w Ottawie, Kanada. Biolog tak znakomity, iż został popro-
szony o napisanie przedmowy do rocznicowego (stulecie) wydania
książki Darwina „O pochodzeniu gatunków”. Jego przedmowa przy-
wiodła darwinizm do upadku w sposób delikatny, ale zupełny. Mię-
dzynarodowa pozycja Thompsona była tak mocna, że przedmowa ta
została opublikowana. Prof. Thompson, gorliwy katolik, aż do swojej
śmierci w 1972 roku pisał druzgocące artykuły przeciwko ewoluc-
jonizmowi.

Sir Ambrose Fleming, magister nauk humanistycznych, doktor nauk
przyrodniczych, członek Towarzystwa Królewskiego (fizyk), był
prezesem The Victoria Institute and Philosophical Society of Great
Britain (Instytut Wiktorii i Towarzystwo Filozoficzne Wielkiej
Brytanii). Wynalazca katodowej lampy elektronowej, która umożli-
wiła wysokiej jakości przekazywanie za pomocą fal radiowych. Był
również założycielem The Evolution Protest Movement.
Profesor Albert Fleishman,kierownik Katedry Zoologii i Anatomii
Porównawczej Uniwersytetu w Earlangen, RFN. Stwierdził on, że:
„Teoria Darwina o pochodzeniu gatunków nie zawiera w sobie ani
jednego pojedynczego faktu, który mógłby potwierdzić jej prawdziwość
w świecie przyrody. Nie jest ona rezultatem badań naukowych, lecz po
prostu czystym wytworem imaginacji”.
Prof H. Nilsson, kierownik Katedry Genetyki Uniwersytetu w Lundzie,
Szwecja. Uczony o światowej sławie.

Ostatnio rzuca się w oczy, iż niemało czołowych ewolucjonistów przyznaje publicznie, że darwinizm posiada poważne słabości
i że założenia, na których teoria ewolucji głównie się opierała,
są nie do utrzymania. Jednak nadal trwają przy wierze w jakąś formę
ewolucji.
Typowym przykładem jest wspaniała książka Francisa Hitchinga,
członka Królewskiego Instytutu Archeologicznego, pt. „Szyja żyrafy”
(1981).
Inna, równie wspaniała, pt.„Darwin’s Enigma”, (1984) której autorem
jest Luther Sunderland, oparta jest na wywiadach autora z pracownikami
pięciu czołowych muzeów historii naturalnej. Są to: dr Colin Patterson
(Londyn), dr Niles Eldredge (miasto Nowy Jork), dr David Raup
(Chicago), dr David Pilbeam (Boston) i dr Donald Fisher (stan Nowy

Jork). Książka sięga tematycznie w bardzo różne strony ale ukazuje, że
wśród tej elity niedomagania teorii ewolucji są powszechnie przyznawane.

Wszystko to sprowadza się do pytania: Dlaczego wielu czołowych
uczonych nadal trwa przy ewolucji? Myślę, że wiele błyskotliwych
umysłów zostało tak uformowanych przez utrwaloną wiedzę ewolucyjną,
że istnieje w nich jakaś blokada eliminująca możliwość ponadnaturalnego
stworzenia. Innej alternatywy nie ma.

W kontratakach przeciwko ewolucjonizmowi znaczny udział mają
oddani sprawie chrześcijańscy uczeni, niekatolicy. Z ich naukowych
konkluzji często korzystam w tej książce.

Wydaje się, że bunt przeciw ewolucjonizmowi narasta głównie wśród
niekatolików, podczas gdy katolicy, ogólnie mówiąc, zaniechali obrony
swego stanowiska. Wśród katolików ewolucjonizm, zdobywa sobie
popularność, ponieważ nie są oni dostatecznie informowani na temat
wypowiedzi Kościoła w tych kwestiach i niewątpliwie brak im znajomości
najnowszych odkryć nauki. W rezultacie więc rozpowszechnia się wśród
katolików ewolucjonizm ugruntowany w modernizmie, zwłaszcza w tym
niebezpiecznym nurcie modernizmu, którego twórcą jest śp. o. Teilhard de
Chardin, a mianowicie w teologii ewolucji.

Skażenie chrześcijaństwa ewolucjonizmem

Ewolucjonistyczne spekulacje, które trwały przez wieki, stały się
powodem intelektualnego wypaczenia. Na początku dwudziestego stulecia
w niektórych kołach wzrastała ich aktywność, ale popularnym stało się to
myślenie dopiero wówczas, kiedy Karol Darwin zaproponował selekcję
naturalną jako kluczowy składnik swojej teorii. W ciągu dziesięciu lat
ewolucjonizm ogarnął Anglię i cały zachodni świat. Teoria ta była
formułowana, wyrażana i propagowana przez niewierzących i tych także,
którzy występowali przeciw przekazom Biblii i chrześcijaństwu. Chrześci-
janie zostali całkowicie zaskoczeni, źle przygotowani do zwalczania
doktryny ewolucyjnej na gruncie naukowym. W każdym razie, tak
potężna okazała się ta propaganda i tak antyreligijne było jej nastawienie,
że wszelka logiczna argumentacja znoszona była na bok przez tę falę.

Triumf darwinizmu był zupełny. Z czasem mniejszość uczonych,
którzy nie godzili się z teorią ewolucji, wybierała raczej milczenie niż
podnoszenie daremnych sporów. Machina propagandowa wytrwale
przekonywała chrześcijan, że ewolucjonizm jest nie do podważenia.
Chrześcijanie poczęli więc przerabiać doktrynalne zasady i reinterpreto-
wać biblijne stworzenie tak, żeby pogodzić je z rzekomą „nauką”, głoszącą jakoby zwierzęta na przestrzeni milionów lat przemieniły się w ludzi. Główną linią wytyczną stało się hasło: religia musi ustąpić nauce.
W ten sposób w miarę rozrostu wiary w ewolucjonizm, wiara chrześcijan słabła.

W obrębie różnych wyznań pojawili się „chrześcijanie”, którzy
odczuli potrzebę unowocześnienia chrześcijaństwa tak, aby mogło ono
sprostać nowemu oświeceniu. „Chrześcijanie” ci utracili swoją wiarę, ale
nie porzucili swojej owczarni. Ruchem tym był liberalny protestantyzm.
Wywarł on wpływ na wielu katolików, a na przełomie naszego wieku dał
początek modernizmowi w Kościele Katolickim, modernizmowi, który
papież Św., Pius X określił jako „syntezę wszelkich herezji”(„Omnium
haeresium conlectum”).

Modernizm dokonuje ponownej interpretacji dogmatów katolickich,
na nowo przetwarza cały system katolicki tak, aby dostosować go do
popularnej nauki i nowoczesnego poglądu na świat. Autorytet kościoła
protestanckiego, K. Holl (Der Modernismus) pisze następująco: „Walka
nie toczy się już o jakiś pojedynczy dogmat… ale o całość chrześcijańskiej
wiary, jak ją pojmuje i głosi Kościół Katolicki. Pewna grupa… usiłowała
doprowadzić do pojednania między wiarą katolicką a współczesną myślą,
które w rzeczywistości zakończyłoby się całkowitym zburzeniem teolo-
gicznego i hierarchicznego systemu katolicyzmu”.
(Cytowane przez o.
Johna McKee w: „The Enemy Within the Gate”. ).

Nie mogłoby się to zdarzyć bez ogólnej teorii ewolucji, która w swej
istocie jawi się jako antyboska. Z powodu najbardziej nasilonej
działalności propagandowej naszych czasów ewolucjonizm zakorzenił się
tak silnie w nowoczesnym myśleniu, że jego antyreligijna treść umyka z
pola widzenia. A chrześcijanie są tak źle poinformowani, iż przyjmują go
z żarliwością. Bezustannie obserwujemy, jak w naszych czasach
chrześcijanie sprzymierzają się z antychrześcijanami w krzewieniu
bezbożnej nauki o ewolucji.

Pius X skutecznie zwalczał modernizm na początku naszego stulecia.
W ostatnich wszakże latach środki masowego przekazu oraz system
edukacji na siłę wbijają ewolucjonizm całemu pokoleniu, a nie tylko
jakiejś klerykalnej koterii. Przyczyniło się to do potwornego ożywienia się
modernizmu na bezprecedensową skalę. A wraz z nim pojawiło się
zanikanie sensu nadprzyrodzoności: demitologizowanie Biblii, niewiara w
cuda, pomieszanie dogmatów i doktryn. Jacques Maritain w „The Peasant
of Garonne”
(„Wieśniak z Garonny”), opisuje to następująco: „modernizm
czasów Piusa X był tylko skromnym katarem w porównaniu z tym, czym jest
dzisiaj”.

Czyżby to było przesadą?


Należy, po pierwsze, wziąć pod uwagę to, że ogólna teoria ewolucji
jest przyjmowana w większym lub mniejszym stopniu w wielu
przykościelnych szkołach, w wielu seminariach i klasztorach, akcepto-
wana jest przez wielu współczesnych teologów. A czegóż naucza ta teoria?
Otóż naucza ona, że gaz wodorowy przekształcił się w człowieka drogą
czysto naturalnych procesów.

Po drugie, należy dokładnie zidentyfikować te siły, które dzisiaj jawią
się jako przeciwne Bogu. W pierwszym rzędzie zaliczają się do nich
marksizm i humanizm laicki. Marksiści w sposób otwarty deklarują się
przeciw Bogu. Humaniści świeccy zaś są bardziej przebiegli: nazywają
bowiem sami siebie „nieteistami” po to, by wytrącić broń z ręki
upatrzonym ofiarom. Tak czy inaczej, zarówno jedni jak i drudzy mają
ten sam prosty cel, a mianowicie zdetronizowanie Boga i wyplenienie
chrześcijaństwa. Głównym obiektem ich ataku jest Kościół Katolicki.
Podstawowym środkiem do osiągnięcia tego celu jest ogólna teoria
ewolucji, która zastępuje nadprzyrodzone stworzenie i eliminuje osobo-
wego Boga-Stwórcę.

Teoria ewolucji jest podstawową doktryną marksizmu (i jego tworu,
komunizmu) oraz świeckiego humanizmu, których wiarygodność zasadza
się na ewolucjonizmie i dlatego ich zdolność do istnienia bez tej teorii jest
niemożliwa. Jeśli więc podważy się ewolucjonizm, to runie marksizm,
humanizm oraz ich „chrześcijański” sprzymierzeniec, odstępca-mo-
dernizm.

Wielu oddanych sprawie uczonych dostarcza nam naukowej
argumentacji przeciwko teorii ewolucji. Kościoły chrześcijańskie oraz
szkoły kościelne dysponują obecnie naukową bronią do zwalczania
ewolucjonizmu, a tym samym paraliżowania przeciwnika. Używanie tej
broni jest obowiązkiem katolików od czasu, kiedy papież Pius XII (zob.
Dodatek A) w „Humani Generis” domagał się, aby fakty świadczące
przeciw ewolucji były szczególnie podkreślane i rozważane. Jeśli zaś
katoliccy wychowawcy nie spełniają tego obowiązku, wówczas zadanie to
spada na rodziców.

Utajona rewolucja

Infiltracja jest nową strategią. Jeśli jakaś zorganizowana siła
powstrzymuje marsz przeciwników Boga, to można być zupełnie pewnym,
że poddana zostanie infiltracji. W znakomitej książce katolickiego biskupa
z Regensburga (RFN) dr. Rudolfa Grabera pt.„Athanasius and the Church
of
Our Times” znajduje się złowrogi ustęp, którego niepodobna

zapomnieć: „Moniem, na który należy tutaj zwrócić uwagę, to nade
wszystko zmiana strategii, której czas powstania można mniej więcej
określić na rok 1908: celem tej strategii nie jest już zniszczenie Kościoła, ale
raczej wykorzystanie go przez jego infiltrację”.
Biskup Graber nawiązuje
tutaj do pracy J. M. Jourdana.. Ecumenism As Seen by a Traditional
Freemason”
(1965).

Inny niepokojący ustęp znajdujemy w tym. co przewielebny ks. prałat
John McCarthy, przewodniczący Rzymskiego Forum Teologicznego pisał
w 1972 roku:

” Patrząc z zewnątrz Kościoła, plan przewrotu wprowadzany był w życie
przez najbardziej potężną siłę wywrotową w historii ludzkości. Wewnątrz
samego Kościoła stale wzrasta liczba otwarcie zdeklarowanych marksisto-
wskich rewolucjonistów. I chociaż stanowią oni mniejszość, to jednak
rewolucyjny element tego rodzaju jest zawsze obecny”.
Dodaje on, że
marksiści wspomagani są przez mniej wyraźnych lewicowców w Kościele,
którzy nie mają w pełni uświadomionego zamiaru przekształcenia
Kościoła w socjalizm. Owi liberalni, utopijni marzyciele są niebezpieczni
dlatego, że „lansują rewolucję, której celów nie znają”.

Jeszcze jedno ostrzeżenie wywodzi się z Nowej Zelandii. O. G. H.
Duggan, pisząc w „The Tablet” (6 maja 1981), omawiał nową „teologię
wyzwolenia”, która przejmuje misję Kościoła uwikłanego w rewolucję
socjalną; wraz z marksistowskimi księżmi próbuje pogodzić ich religię z
dogmatami filozofii marksistowskiej; wraz z teologami protestanckimi i
katolickimi próbuje usprawiedliwić tezę, że gwałt jest konieczny dla
społecznego postępu i reform. Ojciec Duggan podkreśla, że synteza religii i marksizmu jest niemożliwa: Chrześcijańskie elementy w końcu wyparowują, pozostawiając czysty marksizm… i wówczas ‚chrześcijański marksizm’ stanie się nie do odróżnienia od jego ateistycznej odmiany”.

Wypowiedzi tych autorytetów brzmią jak ostrzeżenie przed działalno-
ścią infiltracyjną marksizmu. Tak czy inaczej, jeśli marksiści są biegli w
penetrowaniu chrześcijańskich twierdz, to humaniści i liberalni moderni-
ści znajdują się tam także. Homer Duncan w „Secular Humanism”
(1979) poucza nas w jaki sposób oni działają:

Fałszywi nauczyciele w chrześcijańskich kościołach na ogół nie
nazywają samych siebie humanistami, ale bardziej powszechnie znani są jako
moderniści lub liberałowie. W przeciwieństwie do humanistów większość
liberałów wierzy w Boga: nie w Boga Biblii, ale w boga na miarę ich
własnego pomysłu i wyobraźni. Odrzucają zaś nadprzyrodzone podstawy
chrześcijaństwa”.

Jeśli znajdują się oni w łonie Kościoła, to w jaki sposób tego
dokonali? W jaki sposób mogły antytezy chrześcijaństwa przeniknąć do

twierdzy wiary chrześcijańskiej i rozwijać się w jej wnętrzu? Wydaje się, że
sami chrześcijanie im to ułatwili. Marksizm, humanizm i modernizm, oto
trzy główne owoce wyrosłe z tych samych korzeni — z ogólnej teorii
ewolucji. W miarę jak chrześcijanie postępowali ku ewolucjonizmowi,
owoce te wydawały się mniej odrażające, a dla niektórych nawet stawały
się nęcące. Infiltracja nie była dostrzegana. Te trzy groźne doktryny z
łatwością więc przesuwały się na pozycje wpływów.

Pozostaje jeszcze jedna paląca kwestia: w jaki sposób umysł
chrześcijanina przyjął z istoty swej ateistyczną teorię ewolucji? Odpowiedź
na to pytanie znaleźć można w systemie edukacji obowiązkowej. I znowu
cenne wyjaśnienie Homera Duncana: „ Walka toczy się w naszych średnich
szkołach, i. co dla większości Amerykanów jest rzeczą nieznaną, jak dotąd,
w dwudziestym wieku, humaniści wygrywają tę bitwę. Fałszywa ewolucjonis-
tyczna hipoteza, powszechnie akceptowana jako fakt naukowy, omal nie
zniszczyła podstaw edukacji, jakie obowiązywały na początku naszego
stulecia. Obecnie, zarówno chrześcijanie jak i humaniści, uświadamiają sobie
ów ogromny wpływ, jaki ewolucjonistyczny humanizm wywarł na tradycyjny
teizm za pośrednictwem powszechnego systemu edukacji”.

W rzeczywistości jest wielu spokojnych chrześcijan, którzy nie
uświadamiają sobie jeszcze oddziaływania ewolucjonistycznego humani-
zmu, sami humaniści z. pewnością jednak tak. Homer Duncan mówi nam,
w jaki sposób humanista, Paul Blanshard, odnotował swoją satysfakcję z
postępu sytuacji w 1978 roku:

Myślę, że najbardziej znaczącym czynnikiem wiodącym nas ku
społeczeństwu świeckiemu jest czynnik oświatowy… Dzisiaj przeciętny młody
Amerykanin zdobywa wykształcenie średnie i ono właśnie uzbraja go
przeciwko Adamowi i Ewie oraz przeciwko wszystkim innym mitom
rzekomej historii”.

Duncan wymienia instytucje, które — jak twierdzi — rozpowszech-
niają humanizm w Ameryce. Kilka pierwszych nie dziwi: Atheist
Association (Stowarzyszenie Ateistów), Humanist Association (Stowarzy-
szenie Humanistów), itp. Ale niektórzy ludzie poczują się zapewne
zaskoczeni znajdując wśród głównych propagatorów humanizmu nastę-
pujące instytucje:

  • Rząd Stanów Zjednoczonych, najpotężniejszy i najbardziej skuteczny,
    głównie poprzez swoją kontrolę systemu edukacyjnego.

  • Sama Organizacja Narodów Zjednoczonych.

  • Wyższe Szkoły i Uniwersytety w całej Ameryce (zarówno państwowe
    jak i wyznaniowe).

Wygodnym dla Europejczyków i Australijczyków byłoby przekona-
nie, iż siły te nie wykraczają poza granice Stanów Zjednoczonych. Ale i to

również okazałoby się niebezpieczną naiwnością. Zastanawiam się nad
tym, czy istnieje jakiś nie ulegający modzie rodzic, który nie czuje się
zaniepokojony tym nowym charakterem edukacji. Przypomnijmy sobie
entuzjazm australijskich nauczycieli, wyrażany dla MACOS (Man A
Course of Study — Studium nad Człowiekiem) i zupełnie samotny głos
surowego krytyka. Dr Rupert Goodman, kierownik Katedry Wychowania
na Uniwersytecie w Queensland, przestrzegał, że MACOS posiada w
istocie orientację materialistyczną. W artykułach publikowanych w „The
Courier Mail”, Brisbane, (8 i 9 listopada 1977) wskazywał on dokąd
MACOS prowadzi dzieci:

” Dzieci i młodzież doprowadza się do tego. aby uwierzyły, iż człowiek
nie tylko wyewoluował ze świata zwierzęcego, ale i w to, że wyjaśnienia jego
społecznego zachowania należy szukać głównie w jego środowiskowych
uwarunkowaniach… MACOS urabiali sobie przeważnie ewolucjoniści
humaniści świeccy, lecz nie są to bynajmniej wartości, które powinny
stanowić fundament naszego systemu wychowania”.

Niemniej jednak ogół wychowawców nadal przywiązuje wielką wagę
do MACOS, a są to w większości uczciwi i mający jak najlepsze intencje
nauczyciele. Ale i oni są produktem tego powszechnego, ewolucjonistycz-
no-humanistycznego systemu edukacji.

Są znakomici nauczyciele, którzy nie znoszą tych tendencji w
nauczaniu, ale ich glosy stają się coraz bardziej osamotnione, a na-
wet zgoła niesłyszalne. Tymczasem ta cała machina edukacyjna na-
stawiona jest na wychowanie tak, jak opisał to Homer Duncan,
i tacy wychowankowie przechwytują dziś większość dźwigni kon-
trolnych. Odbiorcy tego systemu krzewią go w dobrej wierze. W ten
sposób usunie on z umysłu wychowanka Boga-Stwórcę, czyniąc go
podatnym na humanizm i modernizm, a nawet na marksizm —
ponieważ umysł pozbawiony Boga staje się terenem otwartym dla
marksizmu.

teoria ewolucji Darwina dala Lucyferowi doskonałą broń, przy
której pomocy może on potrząsać podstawami chrześcijaństwa. Czło-
wiekowi dana została alternatywa. Może wybrać między stworzeniem lub
ewolucją.

Rezultaty tego zauważamy dziś w postawie człowieka świec-
kiego, który nie dba o Boga-Stwórcę i nie uznaje żadnych Jego
przykazań. W ten sposób usunięte zostało źródło Autorytetu i
utracona zdolność odczuwania absolutnych wartości moral-
nych. Upadła koncepcja Sądu Ostatecznego przed wszechpo-
tężnym Bogiem. Nic dziwnego więc, że załamują się wszelkie
autorytety.

Współczesny człowiek widzi zdumiewający wszechświat nie jako
hymn na cześć Boga-Stwórcy, lecz jako model materii ślepo ukształtowa-
nej przez przypadek. Toteż naucza się, że rodzaj ludzki jest jedynie częścią
rozległego procesu ewolucyjnego i że on, człowiek, jest tylko wierzchoł-
kiem tego procesu. W ten sposób człowiek staje się swoim własnym
„bogiem”. Nie istnieje ponad nim nic, co zdolne jest nakazać mu:
„Będziesz… ” lub „Nie będziesz… „. Wolno ci kochać swojego bliźniego lub
też wolno ci napaść na niego. Cóż to za różnica? Obaj jesteście przecież
jedynie konstelacją atomów, a atomy nie posiadają sumienia ani praw.

To tyle co dotyczy świata zewnętrznego. A co, jeśli idzie o sam
Kościół?

Lucyfer jest przebiegły. Wie o tym, że gdy usunie jeden kamień
(grzech pierworodny), będzie mógł zawalić całą chrześcijańską budowlę.
Ale aby usunąć grzech pierworodny, musi on najpierw pozbyć się Adama.
Adam musi odejść, a jego miejsce zajmą małpoludy. Rozległe kanały
informacyjne niestrudzenie głoszą, że wszystko ewoluowało i że
małpopodobne zwierzęta przeobraziły się w ludzi, lecz nie w jed-
nego, wspaniałego człowieka i jedną, przepiękną pierwszą kobietę.
Głoszą one niezmordowanie coś wręcz przeciwnego, a mianowicie to, że w
procesie ewolucji wytworzyło się wielu pierwszych ludzi, grupy ludzi,
całe populacje zwierzęcych pierwszych ludzi, którzy byli niewiele
doskonalsi od swoich zwierzęcych rodziców.

Przesłanie to wpajane jest zarówno młodym, jak i starym — Adam
jest mitem. Adam to szczep. Adam jest jedynie symbolem populacji
pierwszych istot ludzkich.

To jest POLIGENIZM: wielość Adamów, wielu pierwszych ludzi, a
rezultaty tego okazują się druzgocące. Oto gdzie tkwi podstawa błędów,
które drążą dzisiaj chrześcijaństwo.

W 1950 roku papież Pius XII wypowiedział się przeciwko
poligenizmowi w encyklice „Humani Generis”, ale mimo to wielu
współczesnych teologów dokonuje cudów polemicznych, by poligenizm
uznać i uchylić zarządzenie papieskie.

Papież Pius XII nakazywał również, aby fakty świadczące przeciwko
teorii ewolucji (jak również te przemawiające na jej korzyść) były
właściwie rozważane i oceniane. A jednak szkoły kościelne wychowują
generację ewolucjonistów, którzy nigdy nie słyszeli o jakimkolwiek
pojedynczym fakcie świadczącym przeciwko ewolucjonizmowi.

Widzimy teraz jak wytrawna jest strategia Lucyfera. Ewolucjonizm
bowiem tłumi myśl człowieka o Stwórcy oraz osłabia jego zdolność
odczuwania nadprzyrodzoności, jak również jego wiarę w Słowo Boskie.

Erozja Biblii zaczęła się od Adama i rozszerzyła się dziś nawet na Nowy
Testament.

Kartą atutową stał się poligenizm. Działa on bowiem w sposób
niszczący na centralny dogmat o grzechu pierworodnym. Kiedy grzech
pierworodny zostaje podany w wątpliwość, wówczas wszystkie dogmaty
poczynają walić się jak kostki domina.

Bez grzechu pierworodnego:

Chrzest traci swoje istotne znaczenie.

Zbawienie (od skutków grzechu Adama) staje się trudne do
zrozumienia.

Niepokalane Poczęcie okazuje się bez sensu.
Nieomylność Papieża staje się dyskusyjna z tej racji, że pa-
pież nieomylnie określił, iż Maryja była poczęta jako wolna od
grzechu pierworodnego.

Grzech osobowy zatraca wiarygodność i jest teraz powszechnie
lekceważony.

Dogmaty, jeden po drugim, pozbawiane są znaczenia, a teraz, pod
wpływem naturalizmu ewolucji:

Narodziny Chrystusa z Matki Dziewicy są kwestio-
nowane.

Materia i Duch uważane są za jedno i to samo.
Cuda odrzuca się, nawet cudowne stworzenie duszy.

Te katastrofalne fale stale poszerzają się, burząc wszystkie nauki
katolickie, zaprzeczając istnieniu świata ducha, wyrzekając się nieba,
piekła, łaski. Krzyża, aniołów, diabłów. Nawet sam Bóg został w jakiś
sposób uczyniony częścią owego ogromnego procesu ewolucji.

Lucyfer wiedział, że w miarę posuwania się naprzód teorii
ewolucjonistycznej, chrześcijaństwo będzie się cofało.

Teilharda de Chardin „Teologia ewolucji”

Ogólna teoria ewolucji jest diametralnie przeciwstawna chrześcijańskiemu objawieniu i wierze. Otwiera ona przepaść między nowoczesnym myśleniem a tradycyjnym chrześcijaństwem. Pod pretekstem przerzucenia pomostu nad tą przepaścią i rzekomo w celu przyodziania chrześcijaństwa w strój akceptowany przez naukę, pojawił się jezuicki duchowny, o. Teilhard de Chardin. Jakiekolwiek mogły być jego osobiste motywy, to jednak idee jego wyrządziły więcej szkody ortodoksyjnemu katolicyzmowi
niż, być może, czyjekolwiek w ciągu dziejów. Bowiem jego koncepcja teologii ewolucji” spowodowała powstanie nowej religii u boku starej. Umieją więc teraz dwie religie nazywane katolickimi, z ogromną ilością zdezorientowanych katolików po środku.

Teilhard zdobył sobie reputację w kolach naukowych za swój udział
w lansowaniu Człowieka z Piltdown (obecnie zdyskredytowanego)
oraz Człowieka Pekińskiego, którego prawdziwa historia jest skażona
równie kompromitującymi metodami postępowania. Fakty te omawiane
będą w dalszej części książki.

Teilhard de Chardin

Poglądy Teilharda w ogromnej mierze były zdecydowanie skierowane ku ewolucjonizmowi. Twierdził on: „Ewolucja nic jest tylko hipotezą czy teorią… Jest ona podstawowym warunkiem, ku któremu wszystkie teorie, wszystkie hipotezy, wszystkie systemy muszą się naginać i który muszą
spełniać, jeśli mają być
w ogóle możliwe do pomyślenia i prawdziwe”. Ewolucja i poligenizm to dla Teilharda podstawowe takty, które chrześcijaństwo musi z konieczności uznać.

W 1922 roku Teilhard napisał esej, w którym traktował grzech
pierworodny w sposób sprzeczny z nauczaniem Kościoła. Esej przez
pomyłkę dotarł do Watykanu, a Teilhard omal nie został ekskomuniko-
wany. Otrzymał zakaz nauczania oraz wygłaszania kazań. Mimo to
jednak pisał w ukryciu, a jego broszury przekazywane były z rąk do rąk.
Napisał kilka książek, w których postulował chrześcijaństwo skłaniające
się ku totalnemu ewolucjonizmowi. Książkom, jego wszakże odmówiono
Imprimatur Kościoła i pozostały nie opublikowane.

Próby budowania pomostów: (a) Zwolennicy Teilharda twierdzą, że
zbudował on pomost pomiędzy religią a nauką. Co się tyczy religijnego
aspektu tego mostu, to kardynał Journet, szanowany teolog, określił pracę

Teilharda następująco: „Destruktywna!… Zadaje kłam chrześcijaństwu”.
W sposób bardziej jeszcze znaczący potępiły teologię ewolucji Teilharda
oficjalne urzędy Kościoła Katolickiego. (Zob. Dodatek B).

Co się zaś tyczy naukowej strony tego pomostu, to trudno jest
wyobrazić sobie któregokolwiek naukowca wykorzystującego most
Teilharda w celu zbliżenia się do religii. Znany angielski lekarz, laureat
nagrody Nobla, Sir Peter Medawar, stwierdził, że pracom Teilharda brak
naukowej struktury, a — co więcej — jego kompetencje w dziedzinie nauk
przyrodniczych są raczej skromne. W książce „The Art of the Soluble”
(1967), Sir Peter Medawar potraktował prace Teilharda jako worek
sztuczek dla łatwowiernych ludzi, dla ludzi, których wykształcenie
wyprzedziło ich zdolność do analizowania.

(b) Praca Teilharda rości sobie również pretensje do stanowienia
pomostu pomiędzy chrześcijanami a marksistami. Dietrich von Hilde-
brand (w „Trojan Horse in City of God” — „Koń Trojański w twierdzy
Boga”)
cytuje własne słowa Teilharda: „Lubię mówić o syntezie Boga
chrześcijańskiego (tego ponad nami) i boga marksizmu (tego przed nami). —
To jest to! Jest to jedyny Bóg, którego od dziś możemy czcić w duchu
i prawdzie”.
Komentując tę wypowiedź, von Hildebrand mówi: „ W zdaniu
tym przepaść oddzielająca Teilharda od chrześcijaństwa manifestuje się
każdym słowem”.

Niekatolicki biolog, Bolton Davidheiser, dr fil., w „Evolution and
Christian Faith” — „Ewolucja a wiara chrześcijańska”
pisze: „Delegatom
Dorocznej Konferencji Amerykańskiego Związku Naukowego powiedziano,
że w Europie zarówno chrześcijanie jak i marksiści uważają jego (Teilharda)
myśl za najbardziej użyteczny pomost, jaki wiek obecny zaoferował
pomiędzy tym, co niegdyś wydawało się im nieprzekraczalnie przeciwstaw-
nymi poglądami”.

W uzupełnieniu do tych wzmianek dotyczących marksizmu, warto
zauważyć, że papież Pius XII w encyklice „Humani Generis”,bez wymie-
niania Teilharda, zwrócił uwagę na skrajnych ewolucjonistów, których
monistyczne lub panteistyczne spekulacje są chętnie widziane przez
komunistów, gdyż stanowią potężną broń dla popularyzowania materia-
lizmu dialektycznego.

PANTEIZM: W liście z 26 stycznia 1936 r. Teilhard pisał: „To, co
coraz bardziej opanowuje moje zainteresowanie… to wysiłek, iżby ustanowić
wewnątrz siebie, i rozsiać wokół siebie, nową religię (nazwijmy ją, jeśli ktoś
woli. udoskonalonym chrześcijaństwem), której BOG OSOBOWY nie jest
już wielkim neolitycznym posiadaczem minionych czasów, ale DUSZĄ
ŚWIATA… „.
(wyróżnienia autora).

MATERIA I DUCH: Fundamentalnym dla całego systemu Teilharda
jest twierdzenie, że materia i duch są tożsame. Wykorzystuje on tutaj
spinozjańską ideę, że materia posiada pewną „wewnętrzność” i pewną
„zewnętrzność”. Od strony zewnętrznej jest to materia, ale kiedy patrzymy
na nią od wewnątrz, to materia ta posiada świadomość i myśl. Otóż obie,
„wewnętrzność” i „zewnętrzność”, rozwijają się w wyższy stopień
złożoności.

Teilhard nauczał, że prymitywne cząsteczki materii łączyły się
tworząc coraz bardziej złożone układy, aż do momentu, kiedy niektóre z
najbardziej złożonych tryskały życiem. W ten sposób pozbawiona życia
materia stała się ożywioną i dalej nieprzerwanie potęgowała swoją
złożoność, dopóki nie osiągnęła „punktu wrzenia”, w którym ta żywa
materia uzyskiwała świadomość. Stadium zwierzęce zostało. ) osiągnięte.
Ale stawanie się coraz bardziej złożonym trwało nadal. Mózgi niektórych
bardziej rozwiniętych zwierząt osiągnęły taką złożoność, że w jednym
typie zwierzęcia wytworzyła się myśl i zwierzę to stało się człowiekiem.
Materia zatem, pod postacią człowieka, zaczęła myśleć.

Od tego momentu, twierdzi Teilhard, ewolucja porywa myślącą
świadomość człowieka wynosząc ją wyżej ku punktowi kulminacyjnemu,
w którym cała ludzkość wtopiona zostanie w „superświadomość” o
wspólnej myśli i wspólnej woli. Teilhard nazywa to Punktem Omega, w
którym, jak mówi, wszelkie stworzenie zjednoczy się z Chrystusem
(Kosmicznym Chrystusem, ewoluatorem świata) i zostanie wchłonięte
przez Boga.

Głoszenie, że materia i duch są tym samym, prowadzi do
zaprzeczenia świata duchowego i w konsekwencji do odrzucenia
nadprzyrodzonego charakteru chrześcijaństwa. Dopatruję się tutaj
elementu oszustwa, jaki zawiera się w twierdzeniu, iż materialność i
duchowość stanowią jedno i to samo. Wygląda to tak, jak gdyby Teilhard
zauważył, iż stanął wobec trudności, która sprowadza się do tego, w jaki
sposób duch wyewoluował z materii i że on przezwyciężył tę trudność,
głosząc z wyprzedzeniem, że duch i materia są tą samą substancją. Jego
zwolennicy uroczyście potakują głowami na znak aprobaty, nie dlatego, że
Teilhard przedstawia dowody lub nawet solidną argumentację, lecz po
prostu dlatego, że Teilhard tak twierdzi.


„CHRYSTUS KOSMICZNY”:.. Chrystus zbawia. Ale czyż nie
powinniśmy pospiesznie dodać. że Chrystus także jest zbawiany przez
ewolucję?”.
Oto jeszcze jedna złota myśl Teilharda.

Reakcją Jacques Maritaina było stwierdzenie, iż Teilhardowi
niezmiernie zależy na zachowaniu Chrystusa, ale „jakiego Chrystusa!”.

Nie jest to już bowiem Jezus, Bóg-Człowiek, Zbawiciel. Jest to jedynie
inicjator czysto naturalnego procesu ewolucyjnego, a także jego kresu —
Chrystus-Omega. Każdy bezstronny umysł musi postawić następujące
pytanie: Dlaczego ta siła kosmiczna ma być nazywana Chrystusem?
Teilhard wymarzył sobie rzekomą kosmogeniczną moc, a następnie
przydał jej etykietkę „Chrystusa”. Maritain ostrzega, że nie powinniśmy
dać się ogłupiać za pomocą podstępu ukrywającego panteizm w
tradycyjnych katolickich pojęciach. Maritain wyjaśnia jego powody:
Teilhard, opętany ewolucjonista, ma podstawową koncepcję świata, która
nie może uznać tradycyjnego grzechu pierworodnego. W konsekwencji, w
jego świecie nie ma też miejsca ani dla Jezusa Chrystusa, ani dla
Ewangelii, ponieważ — bez grzechu pierworodnego — zbawienie
człowieka przez Chrystusa zatraca swoje istotowe znaczenie. (Jacques
Maritain, „Wieśniak z Garonny”).

INWAZJA TEILHARDYZMU: Kiedy Teilhard de Chardin zmarł w
1955 roku, pewna grupa ludzi o poglądach skrajnie ewolucjonistycznych
(wielu z nich było ateistami) opublikowała prace Teilharda bez
upoważnienia jego jezuickich zwierzchników. Od tego momentu teilhar-
dyzm ogarnął Kościół Katolicki na wielką skalę. Idee Teilharda wdarły się
do współczesnej katechetyki. Dzieci, których rodzice nie słyszeli o
Teilhardzie de Chardin, w sposób pośredni poddane zostały wpływom
jego idei.

Twierdzi się, że prawdziwym niebezpieczeństwem dla Kościoła jest
modernizm, podczas gdy ewolucjonizm jawi się jedynie jako akademickie
ćwiczenie o pomniejszym znaczeniu. Pogląd taki gubi istotny fakt, że
zarówno modernizm jak i teilhardyzm mają swoje źródło i moc witalną w
ogólnej teorii ewolucji. Logika, teologia oraz zdrowy rozsądek zwykle
odepchną modernizm. Natomiast jeśli w jakikolwiek sposób podda się w
wątpliwość ewolucję, wówczas powoduje się upadek podstaw tego
wszystkiego i w efekcie modernista pozostaje bez oparcia. I chociaż nie
musi to koniecznie spowodować zmiany nastawienia u zdeklarowanego
modernisty, to jednak powinno uodpornić przeciętnego człowieka na
intelektualny powab modernizmu. Najważniejszym jest jednak to, że jeśli
potrafimy dotrzeć do młodych ludzi wykazując, że ewolucja jest
nienaukowym nonsensem, to oszczędzimy im religijnych wątpliwości i
kompromisów, które popychają ich ku pseudoazylowi modernizmu i
teilhardyzmu.

CZĘŚĆ 2

UPADEK DARWINIZMU

Książka Darwina „O pochodzeniu gatunków” została opublikowana
pod koniec 1859 roku. W dwadzieścia lat później jej sukces był tak
zupełny, że G. J. Romanes napisał w „Nature”:

Nigdy przedtem w dziejach myśli ludzkiej nie została dokonana
przemiana tak nieporównywalnie ogromnej rangi”.

Darwin twierdził, że złożone organizmy roślinne, zwierzęce oraz
człowiek wyewoluowały z prymitywnych form życia w procesie
stopniowych zmian i naturalnej selekcji (doboru naturalnego). Idea ta,
wspomagana przez bogate i potężne siły, zastraszyła całkowicie wszelką
opozycję, nie przyjmowała żadnych argumentów, stała się poglądem o
światowym zasięgu. Głoszą ją dzisiaj publikacje książkowe. Wykłada się
ją pokoleniom studentów.

Dopiero w październiku 1980 roku owa machina zaczęła trzeszczeć.
W rzeczy samej zaczęła się cofać. W czasie historycznej konferencji w
Chicago 160 wybitnych światowych znawców ewolucji stanęło wobec
niepodważalnych faktów, jakimi są dowody kopalne i w efekcie
obwieściło faktyczną śmierć darwinizmu. Eksperci przyznali, że prowa-
dzone przez 120 lat prace wykopaliskowe w poszukiwaniu zapisu
kopalnego wykazały, iż nie istnieją żadne utrwalone w skamieniałościach
ogniwa pomiędzy jednym gatunkiem a drugim.

W sprawozdaniu z tej konferencji „Newsweek” (3/11/80) stwierdzał:
Brakujące ogniwo pomiędzy człowiekiem a małpami… nie jest niczym
innym jak jedynie najbardziej fascynującym z całej hierarchii złudnych
tworów. W dowodach kopalnych brakujące ogniwa są regułą… Im więcej
uczonych poszukiwało form pośrednich, które rzekomo znajdują się
pomiędzy gatunkami, tym większa ich liczba odczuwała rozczarowanie”.

Dalej „Newsweek” stwierdza: „Dowód, którego dostarcza zapis kopalny
nieodparcie świadczy przeciwko klasycznemu darwinizmowi, jaki przyjęła w

szkołach wyższych większość Amerykanów, tego mianowicie, że nowe
gatunki ewoluują z już istniejących poprzez akumulowanie drobnych zmian,
z których każda uzdalnia organizm do przetrwania i rywalizowania w
środowisku”.

Niestety, jakkolwiek znawcy przyznali, że darwinizm jest teorią
fałszywą, to jednak nie doradzają nam powrotu do przekonań, które
teoria ta obaliła. W relacjach z konferencji chicagowskiej, przekazywa-
nych przez środki masowego przekazu, nie znajdujemy najmniejszego
śladu skruchy za tak długie wprowadzanie świata w błąd. Natomiast
ewolucja musi być ocalona za wszelką cenę. Przyznawszy, iż nie ma
żadnego dowodu świadczącego na rzecz teorii ewolucji, eksperci owi
podejmują się wypracowania teorii bez dowodu. Podsuwają zatem myśl o
ewolucji drogą wielkich skoków, które nie zwykły pozostawiać żadnych
dowodów kopalnych.

Dane o skamienielinach wykazują, że gatunki są trwałe. Ażeby
pominąć kwestię dowodu, twierdzi się obecnie, że pojedyncze gatunki
pozostają niezmienione przez długie okresy ale, od czasu do czasu, jakaś
hipotetyczna mutacja powoduje zrodzenie się potworka, a więc jakiegoś
monstrum odmiennego od pnia macierzystego, któremu (na przekór
wszelkiemu doświadczeniu genetycznemu) uda się przeżyć i wydać
potomstwo, które da początek nowemu gatunkowi. Może to oznaczać
długie okresy bez żadnych zmian (okresy równowagi) przerywane jednak
przez nagłą, dużą genetyczną zmianę. Stąd też tę nową teorię nazwano
ewolucją na drodze „równowag naruszonych”.

W gruncie rzeczy Konferencja Chicagowska dokonała swego rodzaju
fikołka. Eksperci przejmują teraz teorię profesora Goldschmidta o
„obiecującym potworku”, którą przez czterdzieści lat wyszydzali jako
nienaukową. W głębi duszy jednak uczeni ci muszą uświadamiać sobie, że
ten „obiecujący potworek” lub „równowagi naruszone” czy też owe
„ilościowe skoki” — jakkolwiek by się tego nie nazwało — gwałcą po
prostu wszystkie istotne prawa nauki. Samo już bowiem usiłowanie
zastosowania tego w celu podparcia ewolucji okazuje się jednocześnie
przyznaniem, że teoria ewolucji jest naukowym bankrutem.

W sprawozdaniu „Newsweeka” czytamy:

Ta nowa teoria wywołuje również kłopotliwe pytanie odnośnie tego,
czy człowiek sam jest wytworem 3 miliardów lat konkurencyjnej walki, czy
też jakimś ilościowym skokiem
w ciemność — jeszcze jednym obiecującym
monstrum, którego gwiazda okazała się bardziej łaskawa niż gwiazdy
większości”.

Darwin wniósł ideę doboru naturalnego. Był to sukces, który
spowodował lawinę nawróceń na ewolucjonizm. Od czasu jednak

konferencji w Chicago dobór naturalny sprowadzony został do roli mato
znaczącej.

Od czasów Darwina nadzieje na znalezienie skamienielin pośrednich
stanowiły istotną treść teorii ewolucji. Kiedy liderzy ewolucjonizmu
przyznają: „Nie istnieją żadne pośгednie skamienieliny!”, to w ten sposób
sami ustępują ze swoich pozycji. Tak czy inaczej, w dalszym ciągu
będziemy prezentować dowody świadczące przeciwko ewolucji, chociażby
dlatego, by działać przeciwko tym nauczycielom, którzy nigdy nie słyszeli
o Konferencji Chicagowskiej roku 1980.

Drugie prawo termodynamiki

Jeżeli twoja teoria pozostaje w sprzeczności z drugim prawem

termodynamiki, to nie można dawać jej żadnej nadziei”. (Sir Arthur
Eddington, astronom).

Najbardziej zgubnym dla teorii ewolucji jest zarzut, że występuje ona
przeciwko drugiemu prawu termodynamiki.

Prawo to może być sformułowane na kilka różnych sposobów. Dla
naszych celów oznacza ono, że:

  1. procesy naturalne zawsze zmierzają ku rozpadowi — postępują od

ładu ku chaosowi,

  1. to co proste, nigdy nie wytworzy bardziej złożonego.

Oznacza to, iż wszechświat zmierza ku rozpadowi, że wszystkie
naturalne układy degenerują się przechodząc od porządku do rozkładu.
Naturalne układy zmierzają ku zwiększającej się entropii (oznacza to stale
potęgujący się bezład).

Otóż teoria ewolucji potrzebuje czegoś wręcz przeciwnego. A
mianowicie wymaga ona, aby wszechświat rozwijał się ku „górze”. Co
więcej, ewolucja wymaga, aby przypadkowe molekuły łączyły się w
zorganizowane i coraz bardziej złożone systemy. Wymaga, aby to, co
proste powodowało powstanie tego, co złożone. Wymaga wreszcie, aby
meduza przekształciła się w człowieka. Więcej nawet, teoria ewolucji
wymaga, aby gaz wodorowy wyewoluował w myślącego człowieka drogą
czysto naturalnych procesów.

ORGANIZMY ŻYWE (rośliny i zwierzęta) są niezmiernie złożonymi
układami materii. W jaki sposób więc mogłyby one powstać z bezładnych
cząsteczek materii? Drugie prawo termodynamiki stwierdza, że ład nie
może w sposób spontaniczny wyniknąć z bezładu ani też złożoność z
niezłożonego.

Ewolucjoniści, którzy nie przyjmują istnienia bóstwa, zmuszeni są
proponować naturalne wyjaśnienia. Stają więc przed koniecznością
wyjaśnienia jakim sposobem organizmy żywe nie lamią tego prawa, które
uznaje się za niepodważalne. Twierdzą zatem, że cudu tego dokonuje
energia pochodzenia słonecznego. Mówią, że energia słońca „spłaca dług
entropii” jaka jest potrzebna dla zebrania cząsteczek w żywe organizmy,
jak również dla kierowania ich ewolucją nieprzerwanie ku coraz wyższym
poziomom.

Potrzeba jednak czegoś więcej niż tylko czystej surowej energii, a
mianowicie energii kierowanej przez rozum; może to być rozum
budowniczego, rzemieślnika lub też bóstwa. Albowiem takie nadzwyczaj-
ne mechanizmy jak fotosynteza i kod DNA wszczepione są i w nasienie i
w jajo. Natura ich złożoności wykracza poza granice ludzkiego poznania,
jest to bowiem złożoność, która mogła być wymodelowana wyłącznie
przez istotę wyższą niż ludzka. Wszystkie te fakty przekonują nas o
istnieniu inteligencji, która kieruje i przekształca surową energię Słońca w
siłę tworzącą żywe organizmy. Kreacjonista dostrzega tę inteligencję jako
tożsamą z tą, która napisała drugie prawo termodynamiki.

Ogólna teoria ewolucji naucza, że prymitywny gaz wyewoluował w
ludzkie istoty drogą naturalnych procesów. Teoria ewolucji zakłada
niezliczone pośrednie stadia i ogromne okresy czasu, ale które w istocie są
jedynie próbą oderwania uwagi od istotnego pytania termodynamiki: Czy
mogło się to zdarzyć? To przejście od gazu do człowieka pociągnęłoby za
sobą tak oszałamiający spadek entropii (bezładu), że stanowiłoby to
drwinę z drugiego prawa termodynamiki. Dlatego też naukowa
odpowiedź na to pytanie może być tylko jedna: Coś takiego n i e mogło
się zdarzyć.

Hipoteza Darwina naruszyła drugie prawo termodynamiki, jako że
utrzymywał on, iż to co proste mogło wytworzyć złożone.

W czasie studiów w Cambridge Darwin uczył się, że gatunki nigdy
nie zmieniają się. Przebywając jednak na wyspach Galapagos zaobserwo-
wał odmiany w obrębie niektórych gatunków. Wyciągnął wnioski
przesadne, przeniósł zaobserwowaną zmienność wewnątrzgatunkową w
zakres nie obserwowany, w wyimaginowaną zmienność przekraczającą
bariery gatunkowe, ekstrapolował ją w jakiś hipotetyczny świat, w którym
niższa jakość ewoluuje w wyższą.

Przez obalenie barier pomiędzy gatunkami (lub rodzajami), Darwin
dał początek jakiemuś wyśnionemu światu, w którym meduza może stać
się słoniem, a kalmar przeistoczy się w Szekspira. Świat jednak powitał
ten sen z zadowoleniem. Teoria ewolucji bowiem jest jedyną alternatywną
w stosunku do Stworzenia. Teoria ta odpowiadała nastrojom dziewiętnastego stulecia i odpowiada ona także wiekowi dwudziestemu, poszukują-
cemu alternatywy wobec Boga-Stwórcy.

Nie istnieje żaden konflikt w sprawie zmienności. Są natomiast spory
o jej granice. Zmienność w obrębie granic spowodowała powstanie ras
ludzkich, odmian królików, czy gołębi. Darwin przypuszczał, że wszelka
zmienność powstała przez przypadek. Od jego czasów genetyka ujawniła,
że mikroskopowej wielkości geny w żywej komórce sterują zmianami
indywidualnymi w obrębie gatunku lub rodzaju. Geny motyla czy małpy
lub ptaka niosą w sobie szyfr, kod, który determinuje wygląd i charakter
tego motyla, tej małpy, czy też tego ptaka. Kod genetyczny dopuszcza
wielką różnorodność w obrębie gatunku lub rodzaju, ale nie dalej. Istnieje
bowiem bariera genetyczna, która zapobiega zmienności przekraczającej
ją samą. Bariera ta stawia tamę każdemu hodowcy zwierząt lub roślin.
Zawsze osiągana jest jakaś granica, poza którą żadne dalsze udoskonale-
nie nie może być uzyskane.

Czy nie istnieje w takim razie genetyczny proces, który byłby zdolny
przełamać tę barierę? Wszystkie badania genetyczne mówią: NIE!
Natomiast neodarwiniści odpowiadają: TAK! Mutacje genów! Mutacje i
dobór naturalny!

W tym właśnie tkwi sedno argumentacji neodarwinistów: 1) mutacje i
2) dobór naturalny. Przyjrzyjmy się teraz bliżej tym dwóm zagadnieniom.

MUTACJE. Geny są niezwykle misternie uszeregowane w DNA w
żywej komórce. Organizm reprodukuje się na drodze złożonego procesu,
który jest tak znakomicie zaplanowany, iż nasuwa myśl o działaniu cudu.
Ostateczne fakty są zasadniczo takie, że kiedy nasienie zapładnia jajo,
DNA wytwarza własną kopię, która następnie przekazywana jest do
nowej komórki. Proces ten jest prawie wolny od błędów i DNA jest
wiernie odtwarzana oraz dalej przekazywana z pokolenia na pokolenie.

Ale od czasu do czasu, chociaż rzadko, zdarza się błąd, który
określamy jako mutację. Błąd ten zmienia prawidłowy zapis DNA. Staje
się on częścią zapisu genetycznego u odbiorcy i może być dziedziczony
przez następne pokolenia. Jako że jest to błąd, nieprawdopodobnym jest
mniemanie, aby stanowił czynnik doskonalący w tych organizmach, w
których się znajduje. W istocie, praktycznie rzecz biorąc, mutacje są
zawsze szkodliwe, bezużyteczne lub nawet zgubne. Na szczęście występują
one rzadko. Zdarzają się w przybliżeniu w jednej komórce na 100
milionów, chociaż obliczenia bywają różne.

Współcześni darwiniści uczepili się mutacji, by zapewnić sobie
mechanizm, który stanowiłby motor ewolucji ku coraz wyższym
poziomom. Posuwają się oni jeszcze dalej, posługując się swego rodzaju

logiką, twierdzą, iż skutek mutacji występuje u grup osobników lub u
całych populacji. Odnosząc to do człowieka utrzymują, że mutacje
oddziaływały na genetyczną pulę całych grup hominidów. Fakt ten miał
właśnie spowodować wytworzenie się grup pierwszych ludzi. Zamiast więc
jednej pierwszej ludzkiej pary (Adama i Ewy) pojawiłyby się grupy
pierwotnych mężczyzn i pierwotnych kobiet, zrodzonych z grup
nieczłowieczych rodziców. To jest właśnie poligenizm (wielość Adamów),
który w sposób katastrofalny oddziaływuje na religię chrześcijańską, jako
że podważa przekaz biblijny zawarty w pierwszych księgach oraz narusza
zasadniczą chrześcijańską doktrynę o grzechu pierworodnym.

Mutacje należy widzieć takimi, jakimi one są w rzeczywistości, a
mianowicie jako niekonstruktywne i niszczące błędy. W istocie wszystkie
formy życia obdarzone są cudownymi mechanizmami naprawczymi, których celem jest zabezpieczenie DNA przed zniszczeniami, ja-
kie mogą spowodować mutacje. Otóż te mechanizmy samonaprawy stano-
wią podstawowy warunek przetrwania żywych organizmów. Niemniej
jednak, niektóre mutacje prześlizgują się przez te mechanizmy obronne i
zwykle powodują niepożądane skutki. Wynikiem mutacji są następujące
choroby: cukrzyca, stopa końsko-szpotawa, hemofilia, mongolizm, dalto-
nizm, anemia sierpowata, kury pełzające, cielaki o zniekształconych
szczękach, muszki z poskręcanymi skrzydełkami lub bez skrzydeł, poma-
rańcze bez pestek (niezdolne do życia dziko) i tak dalej i tak dalej.

Nieprzydatność mutacji do wywołania ewolucyjnego postępu została
potwierdzona przez klasyczne eksperymenty, jakie przeprowadzono na
muszkach owocowych. Muszki te rozmnażają się bardzo szybko. Poddano
je dawkom promieniowania, które zwiększyły częstotliwość mutacji o
15000%. Po długich doświadczeniach, które obejmowały aż 25 milionów
muszek owocowych, odmówiły one jednak przeistoczenia się w coś
odmiennego. Oczywiście w trakcie tych doświadczeń pojawiła się ogromna
zmienność: karłowate skrzydła, brak skrzydeł, żółte oczy, ślepe oczy,
anormalne nóżki i ciała. Były formy groteskowe. Były dziwactwa. Być
może największym z nich było to, że w miejsce trąbki wyrosła nóżka. Ale
była to noga muszki owocowej, a nie krowie kopyto. Jednak pomimo tych
wszystkich zniekształceń były to skrzydełka i ciała muszek owocowych.
Nigdy, w żadnym przypadku nie zauważono zaczątku nowego organu
jakiegoś innego gatunku. I co najistotniejsze: nieważne jak monstrualny
okazał się potomek, był on jednak zdolny do rozmnażania się w obrębie
macierzystego pnia, o ile w ogóle tę zdolność do rozmnażania się
ujawniał. Oznacza to, iż potomstwo to pozostało nadal tym samym
gatunkiem muszki owocowej. Mutacje zdolne są spowodować wiele
różnych zmian w organach danego gatunku, ale nigdy nie są w stanie

wytworzyć nowego organu. Na przykład mutacja może spowodować
przyjście na świat dziecka ze zdeformowanymi rączkami, ale jest to coś
zgoła innego niż urodzenie się dziecka ze skrzydłami czy też z kółkami.

Ewolucjoniści całą swoją argumentację opierają na twierdzeniu, że od
czasu do czasu zdarza się „dobra” mutacja, utrzymywana przez dobór
naturalny i że akumulacja tych pozytywnych mutacji wytwarza „nową
genetyczną informację” dla dalszego rozwoju ku „górze”. Nawet jeśli
jedna na tysiąc, czy choćby jedna na sto, jest „dobrą” mutacją, to jednak
kiedy weźmiemy pod uwagę rzadkość występowania mutacji oraz szkody
wyrządzane przez złe mutacje, to ich występowanie stanowi zupełnie
beznadziejną bazę do wysuwania hipotezy o ewolucji w górę. Nie ma
ponadto żadnego udokumentowanego przykładu na korzystną mutację.
„Dobre” mutacje są bowiem równie hipotetyczne jak cala ewolucjonisty-
czna idea.

Mutacje są nieszczęściem i nie mogły w żaden sposób stać się siłą
napędową ewolucji. Przyznaje to wielu uczciwych naukowców. Sam Sir
Peter Medawar, członek Towarzystwa Królewskiego i laureat Nagrody
Nobla, w swojej książce „The Art of the Soluble” (1967), przyznaje, iż w
chwili obecnej nauka nie zna żadnego takiego genetycznego procesu,
który mógłby wytworzyć zmiany konieczne dla spowodowania ewolucji.
Mówi on mianowicie, że nie wystarcza stwierdzenie, iż mutacja stanowi
ostatecznie źródło wszelkiej genetycznej różnorodności, jako że jest to
jedynie nadanie innej nazwy temu zjawisku… „. Sir Peter stwierdził, że „to
czego pragniemy i co bardzo wolno zaczynamy osiągać, to wszechstronna
teoria o tych wszystkich formach, w których rodzi się nowa genetyczna
informacja”.

Czy w ciągu lat, od czasu kiedy Sir Peter z nadzieją pisał te słowa,
wypracowana została taka właśnie wszechstronna teoria? Odpowiedź
brzmi następująco: nie tylko nie wytworzono takiej teorii, ale nadal
znajdujemy się bardzo daleko od tego, a ponadto nadzieja na jej
znalezienie jest już martwa. O fakcie tym świadczy dobitnie wyznanie,
jakie uczyniło wielu czołowych ewolucjonistów podczas historycznej
konferencji w Chicago w październiku 1980 roku, wcześniej już
wspomnianej. Sprawozdania z tej konferencji można znaleźć w „Science”
(21 listopada 1980: „Evolutionary Theory Under Fire”)oraz w „Newsweek”
(3 listopada 1980: „Is Man a Subtle Accident?”).

Przemówienia wygłaszane na tej konferencji zawierają dużo spekula-
tywnej retoryki, jedyną natomiast istotną ich treścią wydaje się być ogólne
przyznanie, że dowody kopalne zawodzą i nie są w stanie dostarczyć
świadectwa potwierdzającego istnienie form pośrednich. Dlatego też
uznano, iż nadszedł czas, aby odrzucić neodarwinistyczną ideę o ewolucji

drogą niewielkich zmian spowodowanych małymi mutacjami, podtrzy-
mywanymi następnie przez naturalną selekcję. W miejsce tej odrzuconej
idei pojawiła się nowa teoria, która zdobyła sobie poparcie. Mówi ona
mianowicie, że gatunki ewoluowały na drodze raptownych skoków, które
nie pozostawiły żadnych śladów kopalnych i nie musiały nieść korzyst-
nych cech potrzebnych do przeżycia. Tak więc ta nowa teoria ukazuje się
nam jako odwrotność darwinizmu. I chociaż nazwana została teorią
„równowag naruszonych”, to jednak w rzeczywistości stanowi ona despe-
racką akceptację długo wyśmiewanej „teorii obiecującego potworka”.

Teoria obiecującego potworka

Dr Richard Goldschmidt, genetyk o randze światowej, oddany
ewolucjonista, przez 25 lat prowadził badania nad czarnymi ćmami.
Doszedł w końcu do wniosku, że nie przeistoczą się one w nic innego,
toteż zdecydował, iż coś jest nie w porządku z darwinizmem. Zauważył on
także, iż po stu latach odsłaniania szczątków kopalnych, nie znaleziono
ani jednej skamienieliny pośredniej formy, która mogłaby świadczyć na
rzecz teorii Darwina.

Należy dr. Goldschmidtowi oddać sprawiedliwość: wezwał swoich
przyjaciół ewolucjonistów, aby odrzucili darwinistyczną teorię ewolucji
drogą małych zmian. Oznaczało to, iż Goldschmidt ma do zaoferowania
jakąś możliwą do przyjęcia alternatywę. Ale skompromitował się
lekceważąc alternatywę kreacji. W 1940 roku zaproponował bowiem
swoją własną alternatywę, czyli teorię „obiecującego potworka”. Zwracał
w niej uwagę na to, że czasami rodzą się potworki (np. owca tylko z
dwiema nogami, cielę o dwóch głowach) i, jako w istocie nie rokujące
nadziei, po prostu umierają. Ale przypuścimy, iż w jakiś sposób jeden taki
potworek przeżyje i że staje się on właśnie owym obiecującym
potworkiem, który rozmnaża się, przekazując swoje szczególne indywidu-
alne geny potomstwu. I taki właśnie dziwoląg, jak utrzymuje dr
Goldschmidt, mógłby stać się pomostem pomiędzy gatunkiem ‚A’, a ga-
tunkiem ‚B’. Z kolei, w podobny sposób, inny potworek mógłby ustano-
wić pomost pomiędzy gatunkami ‚C’ i ‚D’; analogicznie, inne potworki
zapełniłyby wszystkie luki pomiędzy głównymi rodzajami. Oczywistym
jest, że w takiej sytuacji żaden z tych potworków nie mógł pozostawić
jakiegokolwiek kopalnego śladu tych wszystkich pomostów.

Z tej skrajnej teorii wyraźnie wynika, że dr Goldschmidt podziela
pogląd, iż mogłoby to oznaczać wręcz, że jakiś dinozaur złożył jajo i że z
tego jaja wykluło się pisklę.

Kiedy Goldschmidt wezwał swoich uniwersyteckich kolegów, do
przedstawienia dowodów świadczących na rzecz ich neodarwinistycznej
teorii, oni odpowiedzieli wyszydzeniem jego teorii „obiecującego pot-
worka” jako jakiegoś naukowego żartu. Ostatecznie jednak trzeba było
stawić czoło faktom. Znany ewolucjonista, dr Stephen Jay Gould z
Harvardu napisał w 1977 roku w „NaturaI History” (miesięcznik The
American Museum) artykuł zatytułowany „The Return of the Hopeful
Monster” (Powrót obiecującego potworka). Było to szokujące. Autor
przewidywał bowiem, że bezdowodowa teoria Goldschmidta będzie w
jakimś stopniu przyjęta, ażeby sprostać trudnościom wynikającym z braku
dowodów na ewolucję.

W trzy lata później na konferencji w Chicago, która zgromadziła 160
czołowych ewolucjonistów, Stephen J. Gould i Niles Eldredge (z The
American Museum of Natural History) byli wiodącymi rzecznikami teorii
„naruszonych równowag” lub, inaczej mówiąc, ewolucji drogą okazjonal-
nych wielkich skoków, co w istocie jest równoznaczne z teorią
„obiecującego potworka”. I chociaż miało miejsce wiele słownych utarczek,

chociaż niektórzy zgłaszali pewne zastrzeżenia, to jednak
„większość ze 160 światowej sławy paleontologów, anatomów, filogenety-
ków oraz bioontologów poparła jakąś formę tej nowej teorii „naruszonych
równowag”. ” („Newsweek”).

Można sobie tylko wyobrazić jak uśmiechał się duch Goldschmidta.

DOBÓR NATURALNY. Darwinizm uważał dobór naturalny za
klucz do ewolucji. W 1980 roku podczas konferencji chicagowskiej
najznakomitsi światowi ewolucjoniści obniżyli znaczenie doboru natural-
nego do bardzo znikomej roli. Niemniej jednak, nawet wówczas, kiedy
dobór naturalny obwoływano cudotwórcą ewolucji, to uczeni kreacjoni-
ści zwracali uwagę, że prawdziwe zadanie doboru naturalnego polega na
zachowaniu właściwości danego gatunku, a nie na przekształcaniu go w
jakiś inny gatunek.

Darwin oparł swoją teorię na znanej (i de facto fałszywej) analogii,
która mówi: jeśli człowiek, stosując sztuczną selekcję, jest zdolny
wyhodować lepsze zwierzęta, to z pewnością natura, wykorzystując dobór
naturalny, może czynić podobnie i to na większą i doskonalszą skalę, gdyż
jej działania nie powstrzymują żadne granice.

Analogie jednak bywają ryzykowne. Analogia Darwina bowiem
zignorowała ścisłe prawa sztucznej selekcji, a mianowicie to, że:

  1. zapładnianie musi być ograniczone do wyselekcjonowanych osob-
    ników;

  2. wyselekcjonowana odmiana musi być izolowana i chroniona.

Selekcja naturalna nie jest w stanie stosować tych zasad w warunkach

dzikiej przyrody.

Sztuczna selekcja ukazuje granice zmienności. Na przestrzeni kilku
generacji specjaliści hodowlani uzyskali szybko udoskonalenia w
wyselekcjonowanych liniach. Przychodzi jednak moment osiągnięcia
pewnego granicznego punktu, którego przekroczenie okazuje się niemoż-
liwe i dalsze udoskonalenie danej linii staje się nieosiągalne. Wskazuje to
na istnienie genetycznych barier, które otaczają każdy rodzaj. Fakt ten
dowodzi w sposób bezwzględny, iż jednego rodzaju nie da się przetworzyć
na drodze hodowli w rodzaj odmienny.

DRAPIEŻNOŚĆ. Głoszono również, iż selekcja naturalna dokony-
wała się na drodze oddziaływania takiego czynnika, jakim jest w
przyrodzie drapieżność. Zgodnie z tym poglądem drapieżniki eliminują
słabsze ofiary. Miało to wzmacniać gatunek, do którego należała ofiara.
Ale miało to także wzmacniać gatunek drapieżnika, gdyż tylko silniejszy
drapieżnik mógł schwytać coraz silniejszą ofiarę. Jednakże fakty wyraźnie

wskazują na to, że słabsze ofiary są, jeśli tylko okazuje się to możliwe,
pomijane przez drapieżniki. Wiele bowiem drapieżników, a szczególnie
mięsożernych ssaków, woli polować na zdrowe ofiary, nawet wówczas,
kiedy słabsze osobniki są łatwiej osiągalne. Ogólnie mówiąc, w zasadzie
najbardziej decyduje przypadek lub traf, jakie zwierzę (insekt, ptak lub
roślina) zostanie pożarte.

Mechanizm ewolucyjny musi dodawać do puli genetycznej, a to nie
może być dokonane przez oddziaływanie drapieżności, zwłaszcza
wówczas, kiedy kieruje nią jedynie przypadek.

Selekcja naturalna jest prawdziwym i czynnym procesem, lecz nie
tworzy ona, ani też nie przyczynia się do doskonalenia, gatunków. Jest
ona natomiast pewnym procesem zachowawczym, gdyż zapewnia utrzy-
manie tego, co istnieje. Utrzymuje status quo. W szczególności zaś selek-
cja naturalna przeciwdziała niekorzystnym mutacjom i eliminuje pośled-
niejsze mutanty.

Selekcja naturalna utrzymuje również w kontroli liczebność popula-
cji, zwłaszcza wtedy, gdy zaczyna ona przekraczać właściwe proporcje w
środowisku.

Teoria ewolucji oparta na takich czynnikach, jak dobre mutacje oraz
naturalna selekcja, rozpada się, gdy tylko obejrzymy ją w świetle
prawdziwej nauki.

(Interesujące artykuły na temat selekcji naturalnej znajdują się w
„Creation Research Society Quarterly Magazines”, wrzesień 1976,
autorstwa E. Norberta Smitha, dr. filoz., z grudnia 1976, autorstwa
Williama J. Tinkle, dr. filoz., oraz z września 1979, autorstwa Randalla R.
Hedtke).

EMBRIOLOGIA. Nadal powtarza się bajeczkę, że embrion ludzki
ma szczeliny skrzelowe jak ryba, oraz zwierzęcy ogon. Cała ta
historia zaczęła się wówczas, kiedy to sprzymierzeniec Darwina, Ernst
Haeckel, ogłosił swoje „prawo biogeniczne”. „Prawo” to mianowicie
twierdziło, iż embrion odtwarza wszystkie etapy swojej przeszłej ewolucji
lub, że „rozwijający się embrion wspina się po swoim rodowym drzewie”.
Jednak, aby dostarczyć dowodu na swoje „prawo”, Haeckel podrobił
fotografie oraz sfałszował rysunki. Darwin entuzjastycznie oświadczył, że
biogeniczne „prawo” Haeckela „nie ustępuje żadnemu innemu dowodowi”
świadczącemu na korzyść teorii ewolucji.

Otóż to „biogeniczne prawo” panowało w biologii przez wiele lat,
dopóki nowoczesna wiedza genetyczna nie ujawniła jego absurdalności.
Zostało całkowicie zdyskredytowane, nauka bowiem odrzuciła je już 50
lat temu. A jednak, pomimo tego, nadal spotyka się przytaczanie go przez

naukowców, nauczycieli oraz przez środki masowego przekazu. Typowy
przykład tego znajdujemy w artykule opublikowanym w dziale nauko-
wym jednej z australijskich gazet. Mianowicie autor zapewniał swoich
czytelników, że „Po upływie milionów lat człowiek nadal ewoluuje i nadal
zachowuje ślady swoich zwierzęcych przodków, nie wyłączając drobniutkich
włosków na skórze oraz,
w stadium embrionalnym, ogona i rybich szczelin
skrzelowych”.

Po pierwsze, co się tyczy szczelin skrzelowych: Ilustracja
embrionu ludzkiego ukazuje ich występowanie w pobliżu głowy embrionu.
Faktem jest jednak, iż nie są to żadne szczeliny, lecz po prostu łuki
naczyniowe. Zakrzywienie karku uwydatnia głębokie bruzdy pomiędzy
łukami zawierającymi naczynia krwionośne, dostarczające krew do głowy
i pleców. Wszystkie embriony kręgowców rozwijają się w ten funkcjonal-
ny sposób aż do pewnego stadium, ale łuki te oraz bruzdy nie są bynaj-
mniej szczelinami i nie pełnią żadnej funkcji oddechowej. Dalszy rozwój
kręgowców lądowych jest zupełnie inny niż ryb.

Po drugie, co się tyczy ogona: Aby wyłożyć tę kwestię w sposób
najprostszy, należy przede wszystkim powiedzieć, iż zawiązujące się w
embrionie nogi potrzebują dużej ilości krwi. Nie otrzymałyby tej
dostatecznej ilości krwi, gdyby znajdowały się w skrajnym punkcie ciała
embrionu. Zawiązek nogi można zobaczyć na rysunku (wskazany strzał-
ką). Należy zwrócić uwagę na to, że znajduje się on w punkcie niezbyt
odległym od struny grzbietowej, która później rozwija się w kręgosłup.
Niektórzy jednak ewolucjoniści w dalszym ciągu wskazują na tę część
struny grzbietowej, która wychodzi poza zawiązki nóg i bezwiednie
nazywają ją ogonem, jakkolwiek nauka odrzuciła tę ideę już 50 lat temu.

W miarę jak embrion rozrasta się, jego ciało wchłania ten
domniemany ogon z wyjątkiem czterech ostatnich kręgów. Zrastają się
one bowiem następnie w kość ogonową. Ewolucjonista będzie więc
teraz wskazywał na tę kość ogonową jako na organ szczątkowy i określał
ją mianem bezużytecznej pozostałości po zwierzęcym pochodzeniu
człowieka.

Kość ogonowa nie jest oczywiście bezużyteczna. Bez tej kości bowiem
nie moglibyśmy wygodnie siedzieć. A co jeszcze ważniejsze, jest ona
słupkiem kotwicznym, do którego uczepione są wiązadła i mięśnie,
regulujące pracę odbytu. Tak więc pełni życiową funkcję jako część
mechanizmu wydalania.

ORGANY SZCZĄTKOWE. Kiedyś ewolucjoniści dysponowali długą
listą rzekomych organów szczątkowych w człowieku — zamierające
pamiątki jego zwierzęcej przeszłości. Jednakże w miarę jak rozwijała się
wiedza medyczna, odkrywano, iż owe rzekomo bezużyteczne pozostałości
spełniają swoje funkcje, a nawet są konieczne do życia. Doskonałym
przykładem tego jest właśnie omawiana kość ogonowa. W świetle
współczesnej wiedzy trudno jest doprawdy pojąć, w jaki sposób jakiś
naukowy artykuł mógł głosić, że człowiek zachowuje „ślady swoich
zwierzęcych przodków, nie wyłączając nawet drobnego owło-
sienia na skórze”. Wiadomo już teraz, że owłosienie jest czynne i
spełnia pożyteczną rolę. Każdy pojedynczy włos na ciele wyrasta w
pęcherzyku skórnym. Do pęcherzyka tego wchodzi kanalik gruczołu
łojowego. Gruczoł ten z kolei wytwarza płyn natłuszczający, który czyni
skórę gładką i miękką. Przepływ tego natłuszczającego płynu regulowany
jest przez owłosienie. Włoski uczepione są w mięśniach, kiedy więc któryś
z nich zostanie ruszony, wówczas mięśnie wyciskają płyn. Włoski te służą
do tego, by utrzymywać ujście kanalików otwarte.

Bardzo ważny gruczoł tarczycowy był zwykle określany jako
organ szczątkowy. Także wyrostek robaczkowy oraz migdałki.

Jednak współczesna medycyna ma na tę kwestię inny pogląd. Uznaje,
że te dwa organy w rzeczywistości pełnią funkcje ochronne przed infekcją,
zwłaszcza u młodych ludzi.

Klasycznym przykładem może być gruczoł grasicy, który uważany
był za bezużyteczny szczątek. Ostatnio wszakże grasica uznana została za
główny gruczoł, chroniący ciało przed chorobami zakaźnymi. (Fascynu-
jący artykuł na ten temat ukazał się w „The Reader’s Digest”, luty 1967:
„The Useless Gland That Guards Our Health”).

Ewolucjoniści zwykli byli wymieniać około 180 „organów szczątko-
wych”, jakie miały się znajdować w człowieku i w wyżej rozwiniętych

zwierzętach. Jednakże jeden po drugim były skreślane z tej listy, w miarę
jak odkrywano ich pożyteczne funkcje. W chwili obecnej żaden z tych
„organów szczątkowych” nie pozostał na liście. Pomimo to jednak, jak to
wyżej już zauważyliśmy, niektórzy nieprzejednani ewolucjoniści w
dalszym ciągu powołują się na organy szczątkowe i tym samym
wprowadzają w błąd tych, którzy nie są jeszcze świadomi prawdy.

Wreszcie powinniśmy także wziąć pod uwagę i to, że niekiedy rodzi
się dziecko z jakimś podobnym do ogona dodatkiem. Ewolucjoniści w
takich przypadkach lubią rozgłaszać, iż świadczy to o cofnięciu się do
stadium, w którym przodkowie człowieka mieli ogon. Faktem jest, iż
deformacja taka (która zdarza się rzadko) jest zazwyczaj typowym guzem
tłuszczowym i nie zachodzi tu żadna relacja z ogonem małpy. (Zob. R. E.
Kofahl i K. L. Segraves, „The Creation Explanation”, 1975).

CZĘŚĆ 3

ZAPIS KOPALNY

Aż do początku XIX wieku powszechnie przyjmowano, że warstwy
skal zostały naniesione przez wody potopu. W 1815 roku brytyjski
inżynier budownictwa wodnego zauważył, że pewne warstwy skał zawsze
zawierają określone skamienieliny. Tak więc zrodziła się metoda
klasyfikowania skał na podstawie znajdowanych w nich skamienielin. Co
do tego kreacjoniści nie mieli żadnych zastrzeżeń, ale wkrótce klasyfikacja
ta została powiązana z ewolucjonistyczną skalą czasu. Warstwy skal miały
bowiem rzekomo reprezentować przedziały czasu, ogromne okresy czasu,
oznaczone przez charakterystyczne dla nich skamienieliny. W ten sposób
więc sami ewolucjoniści uzależnili swą teorię ewolucji od świadectw
kopalnych. A zatem teoria ewolucji albo ostoi się albo padnie wraz z
zapisem kopalnym.

Gdyby życie zaczęło się od prostych form i nieprzerwanie
postępowało ku górze, ewoluując w coraz to bardziej złożone twory, aby
wreszcie znaleźć swój punkt szczytowy w człowieku, to skamienieliny
powinny były zarejestrować ów postęp krok po kroku. Jeśli wszystkie
istoty żywe podlegały ewolucji, to znaczy, że kiedyś żyły i umierały, a ich
niezliczone pośrednie formy ulegały fosylizacji, ukazując w ten sposób
trwale wiążące pomosty pomiędzy jednym rodzajem a następnym. W
istocie byłoby wówczas tak wiele form pośrednich w kolejnych stadiach
przejścia, że dzisiaj mielibyśmy trudności w znalezieniu dowodu
kopalnego rodzajów doskonałych pośród przytłaczającej obfitości ska-
mienielin pośrednich. Teoria ewolucji, na swoje potwierdzenie, wymaga
tego rodzaju dowodu, utrwalonego w skamienielinach, dowodu, który
darwiniści spodziewają się znaleźć. Prowadzą więc nieprzerwanie prace
wykopaliskowe od z górą 120 lat. Odsłonięto przy tym niezliczone ilości
skamienielin, lecz żadna, jak dotąd, nie może stanowić świadectwa na
istnienie jakiejkolwiek pośredniej formy. Nie ma bowiem ani jednej

pośredniej skamienieliny, która mogłaby zapełnić lukę pomiędzy
wykształconymi rodzajami.

Mamy tu więc jeszcze jedną znaczącą sprawę. Otóż stwierdza się, że
każdy żyjący współcześnie rodzaj, który także pojawia się w postaci
skamienielin, pojawia się zawsze w formie identycznej ze swoją obecnie
żyjącą formą, a więc nie zmieniony i nie będący wynikiem ewoluowania.

KOLUMNA GEOLOGICZNA (widziana oczami ewolucjonisty)

 

Otóż zapis kopalny wyraźnie stoi w sprzeczności z teorią, której, jak
się spodziewano, miał być uzasadnieniem. Albowiem to, co naprawdę
ukazują dowody kopalne wygląda następująco: wykształcone rodzaje
oddzielone są od siebie niemożliwymi do przekroczenia przepaściami. W
sposób znamienny stanowi to potwierdzenie słowa objawionego zawar-
tego w księdze Genesis, która mówi, iż istoty zostały stworzone wedle ich
rodzajów.

Ze skamienielin znajdowanych w skałach wynika, że życie zaczęło się
nagle w okresie kambryjskim, czyli 600 milionów lat temu. Skały zaś
starsze od kambryjskich praktycznie nie wykazują żadnych śladów życia, z
wyjątkiem jedynie niewielkich resztek tego, co mogło być pojedynczymi
komórkami i glonami. Jednakże, można by się spodziewać, że w okresie
prekambryjskim powinien istnieć ogromny rejestr wcześniejszych skamie-
nielin organizmów, od których ewoluowało życie przez tysiące milionów
lat lub więcej, wiodąc do eksplozji życia w okresie kambryjskim.
Wiarygodność teorii ewolucji uzależniona jest od prekambryjskiego zapisu
kopalnego, a właśnie jego nie można znaleźć, z wyjątkiem tych śladów po
glonach i pierwotniakach. Oprócz nich bowiem skały prekambryjskie są
jałowe i pozbawione życia.

Natomiast w kambrze skamienieliny pojawiają się nagle. Niespodzie-
wanie w okresie tym wybucha pełną obfitością życie. A wszelkie
stworzenia są już wysoce wyspecjalizowane, wyraźnie podzielone na
gatunki, rodzaje, rodziny i całą resztę. I te pierwsze skamienieliny
stanowią pełną porażkę dla teorii ewolucji, sam Darwin bowiem przyznał,
iż mogłyby wywołać poważne zastrzeżenia co do prawdziwości jego teorii.
I zaiste, jak to, wyraził Douglas Dewar: „Skały donośnie wykrzykują:
KREACJA’!”.

Po okresie kambryjskim, od czasu do czasu pojawiają się w skałach
nowe rodzaje. Ale jednak za każdym razem, kiedy ukażą się w skałach
ślady jakiegoś nowego gatunku, to pojawiają się nagle i już w postaci
całkowicie wykształconej, nie wskazującej na żadne pokrewieństwo z
jakimkolwiek poprzednim rodzajem. A więc nie istnieją żadne skamienie-
liny form pośrednich.

Dinozaury są artystycznymi symbolami ewolucji. Ale w isto-
cie dinozaury właśnie zaprzeczają idei ewolucyjnej. Albowiem te
ogromne stwory pojawiły się nagle z nikąd. Żyły bujnie przez jakiś
okres i później raptownie zniknęły, tak nagle i niespodziewanie,
że wprawia to ewolucjonistów w zakłopotanie. To przecież nie jest
ewolucja.

Tyrannosaurus rex był królem. Miał 17 m długości, 7 m wysokości i
wielkie piętnastocentymetrowe zęby. Zbudowany był na ogromną skalę, z
wyjątkiem swych małych przednich lap, tak małych, iż nie sięgały do
paszczy. Jeszcze większy był długoszyjny Diplodok, długość jego
dochodziła bowiem do 30 m. Trzeba by było aż trzech platform
samochodowych, aby go rozciągnąć. Nogi jego dźwigały ciężar o wadze 30
ton. Brachiosaur był ogromny. Nawet jeśli by się weszło na drzewo o
wysokości 13 m, brachiosaur mógłby podnieść głowę i na tej wysokości
spojrzeć nam prosto w oczy. Jego nogi zaś dźwigały ciężar ciała ważący 50
ton. Ale nawet i te kolosy zostały przyćmione, kiedy James A. Jensen
odnalazł szczątki dinozaura zewnętrznie przypominającego brachiosaura,
którego wagę oceniono na 80 ton. By uwieńczyć listę tych ogromnych
stworów, należy powiedzieć, iż w roku 1979 „Science News” donosił, że
Jensen znalazł jeszcze większego dinozaura. Te najnowsze odkrycia
oznaczają, iż po ziemi chodziły dinozaury sięgające rozmiarów błękitnego
wieloryba. Na drugim natomiast końcu tej skali znajdowały się karzełki,
jak Compsognathus o wymiarach karłowatej kury.

Większość dinozaurów była kolosami i dlatego też pozostawiły one
ogromne skamienieliny, których dzisiaj niepodobna nie zauważyć. Nie ma
jednak żadnych pośrednich szczątków kostnych czegokolwiek, co
wyewoluowało w te giganty.

Istnieje problem jeszcze poważniejszy: Pterozaury. Były to gady, ale
w istocie od wszelkich innych gadów oddzielała je nieprzekraczalna
przepaść. Albowiem były to gady fruwające, o wielkich i twardych jak
podeszwa skrzydłach. Występowały w różnych rozmiarach. Najmniejszy
nie przekraczał wielkości wróbla. Za największego natomiast uważany był
Pteranodon o rozpiętości skrzydeł dochodzącej do 9 m. Tak było do
momentu, dopóki to Douglas Lawson w latach 1971-75, w Teksasie, nie
odkrył szczątków kostnych trzech pterozaurów, największych ze znanych
dotychczas, których rozpiętość skrzydeł obliczono na 17 m. Te fruwające
olbrzymy swoją wielkością przekraczały ponad czterokrotnie naszego
największego z żyjących ptaków — albatrosa. Rozpiętość skrzydeł tego

fruwającego gada przekraczała nawet rozpiętość skrzydeł myśliwca
odrzutowego F-15A, która wynosi zaledwie 14 m.

Fruwające gady nie miały żadnych przodków. Pierwszy okaz był już
doskonałym pterozaurem. Skąd zatem przywędrowały? I dokąd odeszły?
Stanowią one tak poważny problem, iż w jednej z ewolucjonistycznych
książek znajdujemy takie oto szczere wyznanie: „Suma sumarum,
mielibyśmy o wiele mniej problemów, gdyby pterozaury w ogóle nie
istniały… „
(Barry Cox, dr filoz. „Prehistorie Animals”, Hamlyn, 1969).

Pośród martwych szczątków przeszłości nie znajdujemy żadnych
pośrednich skamienielin, a więc żadnego śladu ewolucji. Zresztą, jeśli
spojrzymy na współczesny świat fauny i flory, to także nie znajdujemy
żadnych pośrednich form pomiędzy żyjącymi rodzajami. Bowiem żyjące
formy dowodzą, że rodzaje nie zmieniają się, a czas nie ma tu żadnego
znaczenia. Na przykład, stosując tutaj przypuszczalne ewolucjonistyczne
okresy czasu, możemy stwierdzić, iż od sześćdziesięciu milionów lat żyje
ciągle gatunek. ważki. Natomiast australijska ryba płucodyszna, któ-
ra powinna mieć ewolucję we krwi, w istocie nie uległa zmianie w
ciągu 220 milionów lat. Pająki pozostają nie zmienione po upływie 300
milionów lat. A karaluchy i złote rybki nie zmieniły się na przestrzeni
350 milionów lat.


Żółwie morskie pozostają żółwiami morskimi przez 250 milionów lat
ewolucjonistycznego czasu. Mają one niewiarygodną budowę szkieletową.
Żyją w pancerzu, a ich pierścienie kończynowe znajdują się wewnątrz
klatki żebrowej. To wymagałoby sporo ewoluowania. Powinniśmy zatem
znajdować milion ćwierćżółwi, następnie półżółwi i tak dalej. Tymcza-
sem nic takiego nie znajdujemy. Albowiem te pierwsze żółwie były już
doskonałymi żółwiami. Nie istnieje żadna skamienielina kostna czegoś, co
byłoby przedżółwiem lub też półżółwiem.

Niezbitym faktem jest mianowicie to, że każdy rodzaj żyjącego dzisiaj
organizmu, który pojawia się także w zapisie kopalnym, pojawia się tam
zawsze w formie identycznej z obecnie istniejącą. W sposób dramatyczny
zostało to potwierdzone przez rybę Coelacanth. Otóż ryba ta, za
przyczyną jednej ze swoich krewniaczek, została uznana za rzekomego
przodka ziemnowodnych i jako mocny przykład ewolucji. Tak długo
uważana bowiem była za wymarłą od 70 milionów lat, dopóki w 1939
roku pewien rybak nie złowił żywego coelacantha. Dla ewolucjonisty było
to tak wstrząsające, jak gdyby dzisiaj ni stąd ni zowąd jakiś dinozaur
zaczął sobie spacerować po ulicach. Od tego czasu złowiono jeszcze kilka
okazów tej ryby, a wszystkie z nich były dokładnie takie same, jak te,
których szczątki kostne zostały pogrzebane przed owymi mitycznymi 70
milionami lat.

 

Australijska ryba płucodyszna          Coelacanth (Latimeria)

Stabilność żyjących dzisiaj form, które pojawiają się w materiałach
kopalnych, jest omawiana w znakomitym artykule Marvina L. Lubenowa,
zaprezentowanym jako referat na spotkaniu Amerykańskiego Związku
Naukowego na uniwersytecie w Stanford, w sierpniu 1979 roku.
Opublikowany on został następnie w „The Creation Research Society
Quarterly”,
grudzień 1980, pod tytułem„Significant Fossil Discoveries
Since 1958: Creation Confirmed”.

Oprócz wielu kwestii poruszanych w tym artykule, stwierdza się
przede wszystkim, że najświeższe znaleziska prekambryjskich mikroska-
mienielin (takich, jak błękitno-zielone glony pochodzące przypuszczalnie
sprzed 900 milionów lat) są w rzeczywistości identyczne z obecnie
żyjącymi organizmami.

Artykuł informuje również o tym, że od 1976 do 1978 roku
znajdowano w skałach kambryjskich szczątki kostne ryb bezżuchwowych,
i dalej wyjaśnia: „Dla kreacjonistów nie podlega kwestii, że to odkrycie ryb
(kręgowców), które żyły w okresie kambryjskim stanowi najbardziej
znaczące kopalne odkrycie, jakiego dokonano w latach 1958-1979. Dowodzi
to teraz w sposób całkowity, iż wszystkie główne kategorie zwierzęcego i
roślinnego życia istniały już w kambrze”.

Lubenow ma też bardzo wiele do powiedzenia na temat odkryć
skamienielin roślin lądowych. Ewolucjoniści potrzebują około 150
milionów lat na przejście od roślin morskich do lądowych. Lubenow
mówi: „Niewielu ludzi, poza botanikami, docenia radykalną różnicę
pomiędzy morskimi a lądowymi roślinami oraz ogromne zmiany, jakie
musiały nastąpić ażeby rośliny mogły przetrwać na lądzie, zakładając
oczywiście, że ewoluowały”.
Na przykład rośliny wodne są podtrzymywane
i żywione przez wodę; rośliny lądowe natomiast muszą zapuszczać
głębokie korzenie jako podparcie, a także w celu pobierania pokarmu z
gleby i transportowania go ponad ziemię. Toteż rośliny lądowe musiałyby
również w sposób natychmiastowy wytworzyć cały system naczyniowy
tak, aby przekazywać pokarm w górę łodygami aż do liści, coś, czego nie
potrzebują rośliny wodne, które pobierają wodę i minerały bezpośrednio z

otaczającej je wody. Rośliny lądowe musiałyby natychmiast wytworzyć
ksylem, czyli tkankę, która podpiera i usztywnia roślinę oraz służy
również jako system waskularny.

Gdyby na przykład roślina morska stała się rośliną lądową, to
musiałaby mieć natychmiast kutykulę, czyli warstwę woskowatą, która
chroni rośliny lądowe przed wysychaniem, ale która byłaby zawadą dla
rośliny morskiej.

Wszystkie te zmiany i adaptacje musiałyby wystąpić natychmiast, gdy
roślina wodna przeistoczyła się w lądową. Ta konieczność jest
przemilczana przez ewolucjonistów kiedy mówią, że rośliny lądowe
wyewoluowały z roślin morskich. W istocie wyznaczają oni rozległy okres
czasu na ten rozwój, a jednocześnie ignorują dowody świadczące o
występowaniu roślin lądowych przed epoką sylurską.

Lubenow omawia różne odkrycia skamienielin roślin naczyniowych
(lądowych), występujących tak wcześnie w skali czasu ewolucyjnego, iż
czyni to jakąkolwiek myśl o ewolucji roślin niemożliwą do utrzymania.
Jego referat „wymienia dane źródłowe pochodzące z 32 różnych
miejscowości, gdzie odkrycia skamienielin roślin lądowych dokonane zostały
w skałach okresu kambryjskiego, a nawet wcześniejszych”
(tj. w
prekambrze). Dokument obejmował także rośliny kwiatowe (okrytozaląż-
kowe), które — będąc w istocie najbardziej złożonymi — uważane były za
ostatnie rośliny w procesie ewolucji. Lubenow przytacza sprawozda-
nia Ghosha i Bose’a dotyczące znalezisk roślin okrytozalążkowych
w skałach kambryjskich w Punjab (Indie), a także w Kaszmirze. Cytu-
je również raporty Clifforda Burdicka na temat ziaren pyłku roślin
okrytozalążkowych znalezionych w prekambryjskim iłołupku z Wielkiego
Kanionu.

Skamienieliny Lubenowa nie są po myśli ewolucjonistów — sięgając
kambryjskiego „początku” (i wcześniej) występują drzewa kwitnące oraz
drzewa szpilkowe, a więc tam, gdzie powinny występować tylko
„prymitywne” glony; znajdują się tam także ryby bezszczękowe, czyli o
100 milionów lat wcześniej, zanim zdążyły „wyewoluować” jakiekolwiek
ryby. Cóż w takim razie może uczynić ewolucjonista poza pragnieniem,
aby te świadectwa zapadły się w nicość? Może jeszcze żywić nadzieję, że
nie stanie się to powszechnie znanym!

Podsumowując żywe i martwe świadectwa, należy stwierdzić, że:
współczesne formy są żywymi dowodami świadczącymi przeciw teorii
ewolucji, natomiast formy wymarłe ukazują luki pomiędzy rodzajami, co
wyklucza ewolucję.

Zauważyliśmy już wcześniej, że brak ogniw pośrednich zawiódł
profesora Goldschmidta do wysunięcia fantastycznej hipotezy „obiecują-

cego potworka” i że liderzy ewolucji zmuszeni zostali teraz przez dowody
kopalne do pójścia jego śladem. Bankructwo ewolucjonizmu staje się
coraz bardziej oczywiste.

W 1978 roku jeden z czołowych światowych genetyków, prof. Jerome
Lejeune, podczas pobytu w Australii stwierdził, że genetyka odstawiła
neodarwinizm do muzeum zdezaktualizowanych idei. Powiedział on, iż
wiedza o genetyce wykazała, że w żaden sposób nie mógł wystąpić proces
stopniowej gorylizacji czegoś przedgorylowatego w goryla, ani też
czegoś przedczłowieczego w człowieka. Stwierdził ponadto, że pow-
stanie jakiegokolwiek nowego gatunku wymagałoby, aby — w okreś-
lonym w czasie momencie — od jakiegoś wspólnego przodka pojawił
się odmienny nowy gatunek, który trwałby być może przez tysiące
generacji. Następnie, w jakimś innym szczególnym punkcie czasu, z
przyczyny innej zmiany chromosomów, pojawiłby się drugi nowy gatunek.
I tak dalej.

Profesor Lejeune stwierdził, że powstanie jakiegoś nowego gatunku
wymaga niezwykle precyzyjnej zmiany chromosomów, która nie mogła
wystąpić w całej grupie. Musi to się zdarzyć na cienkim pniu, a to oznacza
najmniejszą liczbę pierwszych rodziców. W odniesieniu do gatunku
rośliny, oznacza to jeden odosobniony okaz rośliny; w odniesieniu do
gatunku zwierzęcego, jedną parę. Przyznał on, że odpowiada to koncepcji
Adama i Ewy.

Stwierdzenie profesora Lejeune wspomaga naszą argumentację, ale
jednocześnie brzmi jak wyzwanie. Ułatwia to naszą argumentację, bo
miażdży zarówno neodarwinizm jak i poligenizm, a tym samym
wspomaga biblijną naukę, według której ludzkość wzięła swój początek
od jednego mężczyzny i od jednej kobiety. Brzmi zaś to jak wyzwanie
dlatego, że prof. Lejune zdaje się zbliżać tutaj do Goldschmidtowskiej
propozycji „obiecującego potworka” lub też do koncepcji ewolucji drogą
wielkich skoków.

Sądzę, że nie jest wcale trudno odpowiedzieć na to wyzwanie. Otóż
kiedy prof. Lejeune podsuwa myśl o powstawaniu nowych gatunków na
drodze wielkich genetycznych skoków, to tym samym, w sposób
oczywisty, wykracza poza ścisłe ramy takiej dyscypliny, jaką jest genetyka.
Po prostu wysuwa tylko hipotezę; być może usiłując pogodzić fakty
genetyki z brakiem faktów ewolucjonizmu, czyli tej „nauki”, która
zdominowała nasze sale wykładowe. Wartym zwrócenia uwagi jest jednak
to, że podczas Chicagowskiej Konferencji z roku 1980 (wcześniej już
omawianej) miał miejsce znaczny sprzeciw genetyków w stosunku do
teorii „obiecującego potworka” oraz do koncepcji ewolucji drogą wiel-
kich skoków.

Myślę, że prof. Lejeune, jako nieskazitelny uczony genetyk,
podpisałby się pod opiniami wyrażonymi przez Sir Petera Medawara,
który mówi, iż niezaprzeczalne fakty genetycznej wiedzy ukazują nieist-
nienie jakiegokolwiek znanego nauce procesu genetycznego, który mógłby
spowodować genetyczne udoskonalenie konieczne dla skierowania
ewolucji ku górze. Sądzę więc, że ci dwaj wybitni naukowcy
zaświadczyliby, iż mniemanie jakoby nowe gatunki powstały dzięki
makromutacjom jest sprzeczne z wiedzą naukową. A wszystko to oznacza,
że pierwsza ludzka para nie mogła wziąć swojego początku od nieludzkich
przodków jedynie z przyczyny jakiegoś procesu genetycznego. Ta sama
zasada znajduje swoje zastosowanie i do pierwszych goryli, pierwszych
karaluchów, pierwszych glonów oraz do całej reszty.

Linia ewolucyjna konia

Głosi się, że linia konia jest nieodpartym dowodem świadczącym na
rzecz teorii ewolucji. W rzeczywistości istniały i istnieją nadal różne
koncepcje linii ewolucyjnej konia. Douglas Dewar stwierdził, że naliczył
dwadzieścia rodowodów konia, a każdy z nich był odmienny.

Nasz rysunek ukazuje linię zaproponowaną przez profesora Gaylorda
Simpsona, uznawanego powszechnie za autorytet w tej dziedzinie.
Podobnie jak wszystkie współczesne linie konia i ta zaczyna się od
Eohippusa (lub Hyracotherium — oba można uważać za równoznaczne).

Hyracotherium (lub Eohippus) miał mniej więcej wymiary lisa.
Początkowo był klasyfikowany jako spokrewniony z góralkiem (hyraks),
ze świniami lub gryzoniami. Miał cztery palce u przednich łap, a trzy palce
u tylnych, zupełnie jak współcześnie żyjące góralki. Po upływie pewne-
go czasu, kiedy darwinizm stał się popularny, twierdzono, że należy on
do konia i że stał się początkiem linii ewolucyjnej konia. W gruncie rze-
czy nie istnieje żaden znany przodek hyracotherium (lub eohippusa); nie
ma też żadnego dowodu na to, że wydał on jakiekolwiek koniowate
potomstwo.

To samo odnosi się również do pozostałych ogniw tej linii. Nie ma
bowiem żadnego namacalnego dowodu na to, że jakikolwiek okaz jest
spokrewniony z następnym. W istocie każde ogniwo jest odizolowane. Te
rzekome konie są wymarłymi ssakami znajdowanymi w różnych częściach
świata i prawdopodobnie należą do odmiennych gatunków i rodzajów.
Zostały umieszczone w dowolnych kolejnościach i nazwane ewoluującymi
końmi. Faktem jest, iż różne autorytety naukowe umieszczały je w
różnych i. kolidujących ze sobą kolejnościach.

Dr G. A. Kerkut z Uniwersytetu w Southampton (Wydz. Fizjologii i
Biochemii) wywodzi się ze szkoły ewolucjonistycznej. Ale jego książka
„Implications of Evolution” (Implikacje teorii ewolucji), nawołuje ewoluc-
jonistów do ponownego przeanalizowania kilku fundamentalnych zało-
żeń, na których oparta jest teoria ewolucji. W sposób poważny poddaje w
niej w wątpliwość przedstawienie linii ewolucyjnej konia. Kwestionuje
także ważność postulowanych rodzajów oraz „pokrewieństwo tych zwierząt
stosunku do siebie, a jednocześnie w dokładność relatywnego datowania”.

Ponadto dr Kerkut wyjaśnia, że — obecnie — „jest wyłącznie kwestią
wiary czy rysunki prezentowane
w podręczniku są prawdziwe”. Znaczy
to, że artyści stworzyli wszystkie te rysunki ukazujące ewolucję
konia nie na podstawie danych, lecz na podstawie ewolucjonistycznej
wiary.

Otóż eohippus (lub hyracotherkim) jest chwiejnym punktem
wyjściowym. Dr Kerkut mówi, iż wcale nie jest pewnym czy
hyracotherium był przodkiem konia. Kilku ewolucjonistów, nie wy-
łączając prof. Simpsona, przyznało, że eohippus (hyracotherium)
mógł być równie dobrze przodkiem tapira lub nosorożca zamiast
konia.

Nieżyjący już prof. H. Nilsson, znany w świecie genetyk, w swojej
krytyce linii ewolucyjnej konia wykazał, że ten rzekomy przodek
wszystkich koni, ów „koń zaranny”, żyje do dziś na Środkowym
Wschodzie i w Afryce. Oczywiście nie wygląda on jak koń i raczej nie
wolno nazywać go koniem. Ale ten niewielki zwierzak żyje tam naprawdę
i jest to hyraks — góralek. Wielkością przypomina mniej więcej rozmiary
lisa; ma wiele palców i można go zaobserwować jak wpada i wypada z
zarośli. Oznacza to zatem, że eohippus (hyracotherium) żyje współcześnie
i nie jest bynajmniej koniem. Jest on po prostu małym żywotnym
czworonogiem — góralkiem.

Nilsson wykazuje, że okazy nie stawały się sukcesywnie większe.
Orohippus i epihippus są mniejsze niż eohippus. Potem następuje
raptowny przeskok aż do mesohippusa, który rozmiarami dorównuje
owcy i który utracił jeden ze swoich czterech przednich palców. Tak więc
mesohippus różni się znacznie od poprzedzających go „koni”. Nowy typ
rozpoczął swoje trwanie 20-30 milionów lat temu (w skali ewolucjonisty-
cznej) prowadząc do parahippusa. Następnie typ ten zniknął. Występuje
teraz kompletna przerwa, jakaś ewolucyjna luka, a potem nagle pojawia
się bardzo różny typ, typ koniowaty, pod postacią meryhippusa i
hippariona. Jednokopytność zdominowała, jakkolwiek szczątkowe formy
dwóch bocznych palców mogły jeszcze występować. Pojawiają się też
nagle końskie zęby. Są to już jednak tak różne zwierzęta, że zrywają

jakąkolwiek kolejność ewolucyjną ze wszystkim, co je poprzedza. „Tutaj
już nie sposób mówić o ewolucji”,
stwierdza prof. Nilsson, ponieważ
nastąpiło „całkowite wymarcie fauny kopytnej i nagłe pojawienie się innej —
bogato zróżnicowanej… „

Rzeczywistość jednak jest inna niż to podają teksty podręczników.
Linia ewolucyjna konia jest tworem całkowicie arbitralnym, sztucznym.
Nie ma w niej bowiem żadnego rodzajowego powiązania pomiędzy
poszczególnymi okazami. I jeszcze coś, na co musimy zwrócić szczególną
uwagę: linia ewolucyjna konia skomponowana jest z trzech różnych
segmentów, z których trzeci obejmuje konie.

Linia ewolucyjna konia zaczęła się od trzech rodzajów. Następnie
rozrosła się do 26. Komentując artykuł prof. Nilssona, Frank W. Cousins,
inżynier i astronom, pisze: „Nikt jeszcze nie wie w jaki sposób uszeregować
owe rzekome 26 rodzajów w stosunku do siebie”. („Speak to the Earth”,
str.
102).

Tak więc różne autorytety naukowe ustanawiają różne drzewa
genealogiczne konia. Nawet equus’owi przypisuje się różnych bezpośred-
nich przodków.

Profesor Simpson, w „The Meaning of Evolution”mówi: „Chociaż
faktycznie nie istnieje żadna ściśle prosta linia ewolucyjna konia, to jednak
najbliższa tej linii prowadzi nie od eohippus’a do equus’a, lecz od eohippus’a
do wymarłej grupy zdecydowanie odmiennej od żyjących koni. określanej
jako hypohippus”.

Tak więc wszystkie te zabiegi oraz owo „ewoluowanie” nie dają
jednak współczesnego konia, lecz coś zgoła odmiennego, co właśnie
określa się mianem hypohippusa, czyli zwierzęcia o trzech palcach,
niekoniowatego i wymarłego. Cała ta historia zaczyna przypominać
pompatycznie poważne robienie w konia.

Czyżby przemiana gada w ptaka?

Jeśli ewolucja istotnie miała miejsce, to w takim razie niektóre gady
przeistoczyły się w ptaki i dlatego też powinniśmy znajdować dzisiaj
mnóstwo skamienielin form pośrednich, jak na przykład częściowy gad i
częściowy ptak, a więc tych form, które rejestrowałyby tę ogromną
transformację. Przemiana taka oczywiście obejmowałaby zmianę całego
szkieletu; wymagałaby całkowicie odmiennego systemu nerwowego,
systemu trawiennego oraz systemu wydalania. Co więcej, nieodzowny
stałby się radykalnie odmienny system mięśniowy z silnymi mięśniami
lotnymi, powiązanymi z grzebieniem mostka. Przednie kończyny

zamieniłyby się w skrzydła, a łuska gada w cudowne pióra. Nie ma jednak
ani krzty dowodu kopalnego, który mógłby świadczyć o czymś takim.
Ewolucjoniści wszakże akceptują to z tak niekłamaną wiarą, że przy niej
wiara religijna karłowacieje.

Archaeopteryks

Przez długi okres czasu ewolucjoniści utrzymywali, iż istnieje kopalna
pośrednia forma ptaka, osobliwego ptaka określanego mianem archeop-
teryksa,
który należy już do wymarłych. Niektórzy twierdzą nawet, że
był to opierzony gad. Najnowsze badania wyeliminowały archeopteryksa
ze sfery dyskusyjnej, ale ponieważ jest on nadal wykorzystywany
przez niektórych ewolucjonistów, twierdzenia takie należy bezwzględnie
obalić.

Archeopteryks miał zęby, ale także niektóre inne wymarłe ptaki
miały zęby. Wyróżniał się długim ogonem, składającym się z około 20
kręgów, a z każdego z nich wyrastała para piór. Ale, jak wykazał
ornitolog Douglas Dewar, długi ogon wcale nie charakteryzuje gada.
Archeopteryks miał ponadto na końcach skrzydeł małe pazury.

Wiadomym jednak jest, iż współcześnie żyją dwa gatunki ptaków,
hoatzine z Południowej Ameryki oraz touraco z Afryki, które we
wczesnym okresie życia też mają pazury na skrzydłach. (Zob.„Evolution
— The Fossils Say No!”, dr Duane Gish, 1972, str. 62).

Twierdzi się, że głowa archeopteryksa jest charakterystyczna dla
gada. Na odparcie tego Douglas Dewar stwierdził: „Uważam, iż czaszka ta
jest typowa dla ptaka; sądzę ponadto, że opinię tę podziela większość
ewolucjonistów, którzy głębiej wniknęli w tę kwestię”.
Przytacza też
następującą opinię Sir Arthura Woodwarda, wybitnego ewolucjonisty,
który napisał: „Czaszka ta ukształtowana jest tak, jak u typowego ptaka”.
(Zob. D. Dewar, „The Transformist Illusion”str. 51).

Sir Gavin de Beer sporządził listę naukowych artykułów poświęco-
nych tematowi archeopteryksa. Otóż sześć z nich określiło zwierzę jako
jaszczurkę, osiem uznawało za formę przejściową, trzydzieści siedem zaś
sklasyfikowało go jako ptaka.

Gady są zimnokrwiste, ptaki natomiast ciepłokrwiste. Archeopte-
ryks był ciepłokrwisty. Jego skamienieliny kopalne ukazują wyraźne od-
ciski piór. Miał więc on pióra, w pełni uformowane pióra, i to rozstrzyga
o tym, że był ptakiem.

Takie rzeczy, jak rogi, kopyta oraz owłosienie występują w wielu
rodzajach, ale pióra przysługują tylko ptakom (i tylko one je posiadają.
Pióra stanowią problem dla ewolucji. Są one bez wątpienia cudem
naturalnej inżynierii. Głównym elementem pióra jest rurkowaty trzon,
stosina, od którego pod kątem odchodzą tuziny promieni. Mikroskopowe
badania ujawniają, że od promieni tych odchodzą setki tysięcy małych
promyków. Na tych zaś promykach znajdują się miliony maleńkich
haczyków, które w locie zazębiają się o siebie nadając skrzydłu doskonale
sztywną, elastyczną płaszczyznę. W jednej chwili, cała ta struktura może
zostać nagle rozluźniona, by przepuścić przez siebie powietrze.

Dlatego więc powstaje pytanie: Jakim sposobem gad mógł otrzymać
te wspaniałe pióra? Niektórzy będą twierdzić, że to łuski gada
zmutowały w pióra. Na dobrą sprawę, nie byłaby to mutacja, lecz
cud. Inni jeszcze utrzymują, że cudu tego dokonało tarcie powietrza, tar-
cie powietrza na łuski wielu generacji gadów, gdy zeskakiwały one
z drzewa na ziemię lub też gadów, które biegały po ziemi powiewając
swoimi przednimi kończynami. Tarcie powietrza trwające na przestrzeni
ogromnego okresu czasu, strzępiące łuski przekształcające się w
cudowne pióra: i co o tym sądzicie?

Douglas Dewar, członek rzeczywisty Towarzystwa Zoologicznego,
powiedział: „Jeśli to jest poważna nauka, to jest nią także baśń o
Kopciuszku”.

Jak wspomniano wcześniej, najnowsze znaleziska położyły kres
dyskusji wokół archeopteryksa. „Science News” (z 14 września 1977)
donosił o odkryciu prawdziwego ptaka, starszego od archeopteryksa.
Odkrycia tego dokonał czołowy paleontolog James A. Jensen, który
później jednakże zdecydował, że te szczątku kostne należą do fruwającego
gada. To najnowsze stanowisko jest wyłożone we wspomnianym artykule
Marvina L. Lubenowa („C. R. S. Quarterly„, grudzień 1980). Lubenow
pisze, że Jensen znalazł w międzyczasie inne szczątki kostne, które są
kośćmi ptaka. Wydaje się więc, że „Jensen czuje, iż potrzeba mu dużo
więcej materiału zanim będzie mógł ogłosić te odkrycia z jakąś oceną”.

W artykule Lubenowa czytamy:

Chociaż archeopteryks jest nadal najstarszym odkryciem skamienie-
liny ptaka… to musi jednak teraz dzielić swoje odlegle pochodzenie ze
skamienieliną bardziej współczesnego ptaka… To odkrycie bardziej nowo-
czesnego ptaka, który żył współcześnie z archeopteryksem, zdaje się
wskazywać zarówno na starsze pochodzenie ptaków, jak i skutecznie
pozbawiać archeopteryksa roli formy przejściowej”.

Interpretować można to w ten sposób, że — bez względu na to czy
pierwsze znalezisko było ptakiem, czy też fruwającym gadem — to drugie
znalezisko przypomina prawdziwego ptaka współczesnego archeopteryk-
sowi i fakt ten właśnie eliminuje archeopteryksa z zakresu polemiki.

CZĘŚĆ 4

EWOLUCJA CZŁOWIEKA

Dochodzimy do problemu małpoludów, a jest to punkt, w którym
teoria ewolucji najbardziej wdziera się w domenę religii, gdyż
bezpośrednio dotyczy pochodzenia człowieka.

Teoria ewolucji logicznie wiedzie do poligenizmu, a więc nie do
Adama, pierwszego człowieka, lecz do grupy zwierzowatych mężczyzn i
kobiet, którzy drogą mutowania wzięli swój początek od rodziców nie
będących ludźmi.

Poligenizm odgrywa najbardziej niszczącą rolę w stosunku do
podstawowego dogmatu chrześcijańskiego o grzechu pierworodnym.
A ostatnio, pod wpływem teologii ewolucji Teilharda de Chardin,
wszystkie dogmaty katolickie wywracane są do góry nogami. Jeśli jednak
będziemy zdolni wykazać, że małpoludy nigdy nie istniały, to wów-
czas upadnie cała argumentacja na rzecz ewolucji, poligenizmu oraz teil-
hardyzmu.

MAŁPOLUDY. Przeciętny człowiek wierzy dzisiaj, że w cza-
sach prehistorycznych żyły dziwne istoty, które nie były ani całkowicie
ludźmi, ani też zupełnie zwierzętami. W imieniu nauki wmawia
się nam, że te małpoludy istniały naprawdę i że pochodzimy właśnie
od nich.

Jeśli jest to nieprawdą, to nasze dwudzieste stulecie jest najmroczniej-
szym z wszystkich wieków. Ale czy jest to prawdą, czy też nie, faktem
pozostaje, że ta opowieść o małpoludach odnosi sukces. Cieszy się ona
takim powodzeniem, że opowieść o Adamie i Ewie wydaje się śmieszna.
Jesteśmy świadkami triumfu przebiegłej gry, której celem jest pozbycie się
Boga i podkopanie Biblii.

Adam został stworzony na obraz i podobieństwo Boga, fizycznie
doskonały, a, przed upadkiem, intelektualnie czysty. Przez wieki trwania
wiary, chrześcijańskie wyobrażenia Adama i Ewy ukazywano w pobożnej

gorliwości na ścianach i witrażach wielkich katedr, na sklepieniach
kościołów i kaplic.

Ale dzisiaj obraz ten uległ zmianie. Dzisiejszym wyobrażeniem
Adama, lub wielu Adamów, stał się zwierzolud.

Adam          Małpolud

Ten zwierzęcy Adam zmienił w sposób całkowity pogląd na świat i
filozofię. Oto nadzwyczajne osiągnięcie Darwina. Mając rację czy też
myląc się, Darwin zmienił pojęcie człowieka o człowieku.

Istniały do tej pory, i istnieją, drzewa genealogiczne człowieka,
pozostające de facto we wzajemnej niezgodności i konflikcie.

U podstawy niemal każdego drzewa genealogicznego człowieka
znajdował się ramapithecus. Jednakże, z powodu kilku dramatycznych
odkryć, jakie miały miejsce począwszy od roku 1972, omówienie
ramapithecusa pozostawiamy na koniec.

Zacznijmy zatem od lat dwudziestych naszego wieku, od potrójnej
pomyłki: człowieka z Nebraski, człowieka z Piltdown i neandertalczyka.
W 1925 roku, samo istnienie ludzkości spoczywało na tych trzech
dżentelmenach: pierwszym Amerykaninie, pierwszym Angliku i pierw-
szym Europejczyku. Prześledźmy teraz, co się z nimi stało.

CZŁOWIEK z NEBRASKI. W 1922 roku ktoś znalazł w Nebrasce
nietypowy ząb trzonowy. Wybitny profesor Henry Osborn z Muzeum
Historii Naturalnej w Nowym Jorku zdecydowanie oświadczył, że ząb ten
musiał należeć do jakiegoś stworzenia, które było półmałpą i półczłowiekiem

Wielu specjalistów i naukowców zgodziło się z tą opinią. I tak
powstał człowiek z Nebraski. Ameryka była dumna z posiadania
stuprocentowego, czysto amerykańskiego małpoluda.

 Człowiek z Nebraski przetrwał całe pięć lat. W 1927 roku dalsze
odkrycia dowiodły, że ten niezwykły ząb. na którym zbudowano
człowieka z Nebraski, pochodzi nie od jakiegoś domniemanego
małpoluda, lecz od pekari, czyli pewnego gatunku dzikich świń. Tak więc
małpolud profesora Osborna okazał się być świnią! Tak wygląda
fantastyczny świat ewolucji.

NEANDERTALCZYK. Zakładano, iż neandertalczyk był niewiele
doskonalszy od szympansa. Miał małą pojemność mózgu, poruszał się
pochylony do przodu na przygiętych nogach — włochaty, zwierzęcy i
bardzo nieprzyjemny.

Błąd co do pojemności mózgu został skorygowany przez wielkiego
Marcellin Boule’a. Na podstawie przeprowadzonych pomiarów dowodził
on, że neandertalczyk miał większą pojemność mózgu niż człowiek
współczesny.

Z kolei znaleziono dowody na to, że neandertalczyk wierzył w
istnienie sił nadprzyrodzonych. Douglas Dewar wykazał, że neandertal-
czyk grzebał zmarłych z zachowaniem ceremonii pogrzebowych oraz że
wyróżniał się również wysokimi umiejętnościami rzemieślniczymi.

Istniał ponadto dowód wskazujący na to, że neandertalczyk zawierał
związki małżeńskie z człowiekiem typu nowoczesnego, szczątki kostne
bowiem z Fontechevade wykazały, że neandertalczyk i nowoczesny typ
człowieka byli sobie współcześni.

Na domiar wszystkiego w 1929 roku prof. Sergi udowodnił, że
neandertalczyk poruszał się w postawie wyprostowanej, dokładnie tak, jak
chodzi dzisiaj każdy z nas. Mógł on więc stawać na baczność przed jakimś
prehistorycznym sierżantem.

Rysunki i statuetki przedstawiające neandertalczyka jako pochylone
zwierzę są wyłącznie dziełem artystów. Artysta oczywiście może ukazać
wszystko. Może zatem sprawić, że neandertalczyk będzie wyglądał jak
zwierzę, ale może też sprawić, że będzie wyglądał jak filozof. Wszystko
zależy od artysty.

Neandertalczyk był myśliwym i nomadą, a na schronienia wykorzys-
tywał jaskinie. Możemy być pewni, że należał do jakiejś rasy Homo
sapiens, był naszym bratem, prawdziwym człowiekiem posiadającym
duszę, której przeznaczeniem jest zbawienie.

CZŁOWIEK Z PILTDOWN, Anglia, przez czterdzieści lat zwodził
świat oraz przyczynił się do niszczenia pierwszych rodziców, Adama i
Ewy.

Głównymi postaciami w tym dramacie byli: Charles Dawson, który
znalazł pierwszą część czaszki, Sir Arthur Smith Woodward z Muzeum
Brytyjskiego oraz student seminarium duchownego, Teilhard de Chardin.
W grudniu 1912 roku Dawson i Woodward oznajmili wobec znakomitego
grona słuchaczy, że w czasie czteroletnich prac znaleźli w Piltdown
osobliwe szczątki kostne, takie jak górna część czaszki, która należała do
człowieka, a w pobliżu złamaną kość żuchwową, zupełnie przypominającą
kość małpy, z tą różnicą, że zęby były starte w sposób, w jaki ścierają się u

człowieka, a nie u małpy. Brakowało wszakże jednego bardzo ważnego
zęba, a mianowicie kła. Gdyby jednak ten brakujący kieł został znaleziony
i gdyby był starty podobnie jak zęby trzonowe, wówczas argumentacja na
rzecz małpoluda znacznie by się wzmocniła.

Ząb ów został znaleziony osiem miesięcy później, czyli 29 sierpnia
1913 roku.

Cała sprawa miała przebieg następujący: kiedy Teilhard de Chardin
powrócił z Francji, zaraz następnego dnia wszyscy trzej: Dawson,
Woodward i Teilhard, wyjechali do Piltdown aby zabrać się do
przesiewania żwiru. Po jakimś czasie Teilhard wykrzyknął, że znalazł
brakujący ząb. Ząb ten pasował do szczęki i w ten oto sposób do istnienia
został powołany „pan Piltdown”. Jednakże niektórzy uczeni nie mogli
zaakceptować stwierdzenia, że szczęka małpy może stanowić całość z
ludzką czaszką. Wśród nich znajdował się także wybitny antropolog,
Marcellin Boule.

Ale w 1915 roku Dawson donosił, że w innym miejscu, odległym o
dwie mile od Piltdown, znalazł dwa niewielkie kawałki czaszki oraz ząb
trzonowy i że szczątki te podobne były do szczątków z Piltdown; podobne
znalezisko w miejscu oddalonym o dwie mile — to już przekraczało
zwykły zbieg okoliczności. Zatem małpolud musi być prawdziwy. W takiej
sytuacji nawet sam Boule zmiękł nieco i człowiek z Piltdown został
ustanowiony; najstarszy Anglik, liczący sobie pół miliona lat.

Człowiek z Piltdown królował przez czterdzieści lat. Dopiero po
pewnym czasie niektórzy sceptycy zaczęli nalegać, aby poddać go
ponownie testom. Pan Piltdown przeszedł jednak pierwszą próbę

pomyślnie, choć jego wiek obniżył się z 500 000 do 50 000 lat. Krytycznie
wszakże nastawieni naukowcy doprowadzili do kolejnych badań, co tym
razem okazało się haniebne dla nauki. Albowiem czaszka była taka, jak u
człowieka współczesnego, najzupełniej współczesnego człowieka. Kość
szczękowa natomiast należała do małpy, która całkiem niedawno zdechła.
Dopiero teraz dostrzeżono również, iż zęby zostały spiłowane tak, aby
uczynić je podobnymi do ludzkich. Świadczyły o tym odkryte na nich
ślady ścierniwa. Dopiero teraz ujawniono, że kość szczękowa oraz zęby
były barwione środkami chemicznymi dla nadania im wyglądu bardzo
starych okazów. Dopiero teraz zauważono ordynarność tego całe-
go oszustwa. Dlaczego nikt nie dostrzegł tego wcześniej? A ta nie-
szczęsna czaszka, którą eksperci pierwotnie datowali na 500 000 lat,
następnie na 50 000 lat, później na 5000 lat, a której wiek obecnie ocenia
się na 500 lat!

Kto więc popełnił to szalbierstwo? Woodward wydaje się być raczej
ofiarą aniżeli winowajcą. Dawson, nienaukowiec, był oczywiście obiektem
ataków, a oficjalny werdykt przypisał winę właśnie jemu, dziś już nie
żyjącemu. Ale to bynajmniej nie powstrzymało dalszych spekulacji. W
1978 roku obwieszczono, iż zapis magnetofonowy dokonany przez prof.
Jamesa Douglasa, niedawno zmarłego w wieku 93 lat, stanowi dowód,
że oszustem był profesor William Sollas. Dr Halstead natomiast, który
jest w posiadaniu tej taśmy, napisał do „Timesa” stwierdzając, że
w sprawę tę było zamieszanych kilka ówczesnych autorytetów nauko-
wych z Muzeum Brytyjskiego. W wywiadzie radiowym dr Halstead
wspomniał, iż jest całkowicie pewny, że owa fałszywa szczęka pocho-
dziła od jakichś nie ewidencjonowanych kości orangutana z Muzeum
Brytyjskiego.

Od czasu, kiedy sprawa wydała się, Piltdown stał się niezwykle
płodnym źródłem prac o charakterze „kryminałów”, a cały ciężar
dowodów wskazuje na Teilharda de Chardin jako na autora tego
oszustwa. Najbardziej reprezentatywne są dwa ostatnie artykuły.

W artykule pt. „The Piltdown Conspiracy” (Konspiracja Piltdown),
zamieszczonym niedawno w „Natural History Magazine”, wybitny
ewolucjonista, Stephen Jay Gould, pisze: „ja także zauważyłem
jednocześnie z ubawieniem i ze zdziwieniem, że tak niewielu uwierzyło w
oficjalną relację o samotnym działaniu Dawsona… kilku z tych ludzi,
których najbardziej podziwiam, podejrzewało Teilharda… „

Następnie Gould kontynuuje poddawanie śladów dokładnym anali-
zom i buduje mocne dowody na to, że Teilhard działał w porozumieniu z
Dawsonem, a być może jeszcze z kilkoma młodymi pracownikami
Muzeum Brytyjskiego, którzy zostali w to wciągnięci. Tymczasem

Dawson umarł; zaszły wydarzenia, które zamiast ujawnienia żartu,
spowodowały milczenie Teilharda. Stanowiska i kariery wielu osób byłyby
zagrożone, nie wyłączając własnej, niespodziewanej i nowej kariery
Teilharda.

Gould zapytuje: Czy mamy w takim razie winić Teilharda czy też
przebaczyć mu? Nie możemy bowiem, ot tak po prostu, pośmiać się z tego
i zapomnieć. Piltdown absorbował zawodową uwagę wielu wspaniałych i
uczciwych naukowców. Oszustwo to przez czterdzieści lat sprowadzało na
manowce wiele milionów ludzi. Rzuciło fałszywe światło na podstawowe
procesy ewolucji człowieka. Kariery są zbyt krótkotrwałe, a czas jest
nazbyt drogocenny, by można było przyglądać się ze spokojem takiemu
lego trwonieniu.

Gould miłosiernie usprawiedliwia Teilharda na tej podstawie, że
działał on jak żartowniś, nie mający złej woli i nie oczekujący nagrody.
Ale żart ów okazał się gorzki. Gould sądzi, że Teilhard „cierpiał z powodu
Piltdown przez całe swoje życie. „
Uważa, iż Teilhard „musiał zżymać się
wewnętrznie, kiedy obserwował jak Smith Woodward, a nawet sam Boule
robią z siebie głupców — ci sami ludzie, którzy przyszli mu z pomocą i byli
jego nauczycielami”.

O Piltdown traktuje wiele książek napisanych przez ewolucjonistów i
przez antyewolucjonistów. Wśród tych ostatnich znajduje się książka
Malcolma Bowdena pt. „Ape-men: Fact or Fallacy?” (1977), („Małpoludy:
Fakt czy złuda?”),
której znaczną część autor poświęca na gruntowne
przebadanie sprawy Piltdown. Nici prowadzą do Teilharda. Bowden czyni
następujące przypuszczenie: „Z poważnym wahaniem stwierdzam, że
dowody przemawiają przeciwko człowiekowi, który osiągnął światowy
rozgłos i któremu tak wielu ludzi okazuje głęboki szacunek”;
niemniej
jednak wyciąga „ostateczny wniosek: ponieważ upłynęło już ponad 60 lat od
czasu, kiedy miały miejsce prace wykopaliskowe w Piltdown, byłoby
niezmiernie trudno stwierdzić z absolutną pewnością prawdziwą tożsamość
oszusta. Stwierdzam jednak, że dopóki nie pojawią się dalsze fakty, dowody
przedstawione tutaj wskazują na Pierre Teilharda de Chardin SJ jako na
moralnego sprawcę tego szalbierstwa”.

W dalszej części swojej książki Bowden wypowiada się jeszcze na
temat osobistego zaangażowania się Teilharda w sprawę człowieka z
Pekinu w Chinach, a także w inne ewolucjonistyczne poczynania.

Tropienie głównego organizatora afery Piltdown jest niewątpliwie
interesującym zadaniem, niemniej jednak uważam, iż winowajcami było
również wielu znakomitych uczonych owych czasów. Pozwolili oni na to,
aby dające się wykryć fałszerstwo narzucone zostało całemu światu i
szerzyło credo ewolucji przez czterdzieści lat.

AUSTRALOPITEKI. Przejdźmy teraz do tzw. grubych ryb wywo-
dzących się z Afryki, z Jawy oraz z Chin. Z Afryki pochodzą
australopiteki. W 1924 roku dr Raymond Dart znalazł swoją sławną
czaszkę Taung w kamieniołomach Afryki Południowej. Po jakimś czasie
Robert Broom oraz J. T. Robinson znaleźli inne fragmenty, które uznali za
resztki hominidów.


Australopiteki przedstawiano na rysunkach jako istoty o dużych
szczękach, niewielkim mózgu, chodzące w postawie wyprostowanej,
mierzące około 1, 20 m wzrostu i poruszające się w sposób zbliżony do
ludzkiego — jeszcze nieludzie, ale już przedludzka forma hominidów. Dla
najszerszego ogółu brzmi to zupełnie jak określona kwestia naukowa. Ale
ów ogół byłby wielce zdumiony dowiadując się, jak niewiele w istocie
szczątków kopalnych istnieje na potwierdzenie tego. Ogół ów ponadto
byłby zaskoczony dowiadując się, w jaki sposób czasami naukowcy
dopasowują kości, aby odpowiadało to ich wyobrażeniom czyli tak, aby
pozostawało to zgodne z założeniami teorii ewolucji.

W 1954 roku Sir Solly Zuckerman otwarcie wypowiedział swoje
myśli. Otóż przeprowadził on szczegółowe badania, kość po kości, i
wreszcie, na podstawie pojemności mózgu, szczęk, zębów oraz punktu
równowagi czaszki na kręgosłupie, wydał swoje orzeczenie. Orzeczenie
lorda Zuckermana stwierdzało mianowicie, iż te zwierzęce kości nie
stanowią żadnego dowodu na istnienie jakiegoś stworzenia, które
ewoluowało w człowieka. Rangą naukową lord Zuckerman przewyższa
innych, ponadto dowiódł on braku najmniejszych skłonności ku
jakiemukolwiek uprzedzeniu. Osiągnął wspaniałą karierę prowadzącą do
nominacji na Głównego Doradcę Naukowego Rządu Jej Królewskiej
Mości i następnie w roku 1971 do wyniesienia go do godności para jako
lorda Zuckermana. Jego orzeczenie winno posiadać ogromne znaczenie.

Jego werdykt okazał się zgubny dla australopiteka, chociaż prawie
nikt o nim nie słyszał. W 1974 dr Charles Oxnard z Uniwersytetu z
Chicago wykonał wieloczynnikową analizę komputerową kości australo-
piteków. W 1975 roku obwieścił, że „Australopithecus różnił się w sposób
wyjątkowy zarówno od człowieka jak i od współczesnej małpy. Jeśli już
mamy mówić o jakimś podobieństwie, to tylko o takim, które wskazywało na
orangutana”.

W każdym razie odkrycia jakich dokonano począwszy od roku 1972
sprawiły, że sprawa australopiteków, jak to poniżej zobaczymy, znalazła
się w ślepym zaułku. W konsekwencji są one obecnie powszechnie
uważane za istoty nie mające nic wspólnego z genealogią człowieka.

Przyjrzyjmy się teraz pokrótce innym, w dalszym ciągu liczącym się,
członkom naszego rzekomego drzewa genealogicznego.

Dr Louis Leakey prowadził prace badawcze w Afryce. W 1950 roku
lego żona znalazła 400 fragmentów jakiejś czaszki. W rzeczywistości
istnieje solidna podstawa, by sądzić, że chodziło o pomieszane części
dwóch czaszek. Ale Leakeyowie złożyli te czterysta kawałków w jedną
zrekonstruowaną czaszkę. Brakowało jednak żuchwy, toteż dodali do tej
czaszki wymodelowaną, wykonaną według wzoru żuchwy znalezionej w
innym miejscu przez syna dr. Leakey’a. W rezultacie tych zabiegów
powstał słynny zinjanthropus lub inaczej zinj. Popularne magazyny
zamieszczały jego portrety oraz publikowały opowiadania o jego
indywidualnych zwyczajach.

Zinj został uznany za istotę ludzką, za najstarszego „prawdziwego
człowieka”, liczącego sobie 1 750 000 lat. Podniecenie było tak wielkie, iż
wyrażano wręcz zdanie jakoby wszystkie podręczniki nagle z dnia na
dzień uległy zdezaktualizowaniu z chwilą, gdy dr Leakey odkrył zinjana.

Ale wkrótce zinjan spadł z piedestału. Albowiem w końcu wszyscy,
nawet sami Leakeyowie przyznali, że tak czy inaczej zinjan nie jest istotą
ludzką. Był on tylko jeszcze jednym australopitekiem, czyli po prostu
zwierzęciem.

Jednakże dr Leakey przedstawił innego kandydata, a był nim
Homohabilis (człowiek zręczny), tzn. sprawny w posługiwaniu się
narzędziami. Otóż na podstawie kawałków czaszki, części żuchwy, zębów,
a także niektórych kości stopy oraz kilku kości palców rąk, Leakey
wywnioskował, iż odkrył nowy rodzaj Homo z pojemnością czaszki
wynoszącą około 670 cm3 i używającego narzędzi, ponieważ w pobliżu
znaleziono kilka prostych kamiennych narzędzi.

Wiele ewolucjonistycznych autorytetów nie zgodziło się jednak z
klasyfikacją Homo dr. Leakey’a. Wobec takiej szczupłości dowodów
orzekli, że Homo habilis to jedynie jakaś odmiana australopiteka. W
obrębie polemizujących ze sobą szkół zrodziła się idea przedstawiania
sekwencji ewolucyjnej od australopiteka poprzez Homo habilis do Homo
erectus (Człowiek jawajski i Człowiek pekiński) i następnie aż do Homo
sapiens. Ten prosty ciąg ewolucyjny został wywrócony przez samego
Leakey’a z chwilą kiedy doniósł, że znalazł w złożu II w Wąwozie Olduvai
resztki australopiteka, Homo habilis oraz Homo erectus, żyjących w tym
samym czasie.

CZŁOWIEK JAWAJSKI. Przejdźmy teraz do Homo erectus, a więc
do pojęcia, które obejmuje Człowieka jawajskiego oraz Człowieka
pekińskiego. W pierwszym rzędzie przyjrzyjmy się bliżej Człowieko-
wi jawajskiemu. W 1891 roku dr Eugene Dubois z Holandii porzu-
cił swoją karierę i wyjechał na Jawę w celu poszukiwania brakującego

ogniwa. Po jakimś czasie zaprezentował światu swojego Pithecanthropus
erectus, określanego również mianem Człowieka jawajskiego. Tak więc na
jakiś czas stał się Jawajczyk bohaterem i mówiono o nim w taki sam
sposób, jak dawniej o Pitcie czy Napoleonie. Portrety Człowieka
jawajskiego prezentowały popularne magazyny. G. K. Chesterton sko-
mentował to mówiąc, że ktoś niezorientowany, spoglądając na jego
starannie narysowaną twarz nie byłby w stanie wyobrazić sobie, że
jest to tylko portret kości udowej, kilku zębów oraz kawalątka
puszki mózgowej.

W jaki sposób doszło do tego? Kiedy w roku 1895 Dubois pow-
rócił do Europy, przedstawił Międzynarodowemu Kongresowi Zoologów
to, co znalazł w korycie rzeki na Jawie, czyli górną część czaszki
oraz jeden ząb, które, jak się później okazało, należały do małpy. Zapre-
zentował im także coś, co zostało znalezione rok później w miejscu
odległym o 18 m, a mianowicie kość udową, która wydawała się
być ludzką.

Gdybyśmy na przykład, ja czy Ty, znaleźli w jednym miejscu górną
część małpiej czaszki, a w rok później, w innym miejscu oddalonym o 18
m, ludzką kość udową, to nie sądzę, abyśmy z tego powodu wpadli w
podniecenie i mówili iż te dwa różne szczątki należą do siebie: „Słuchajcie!
Oto znaleźliśmy małpoluda!” Dubois jednakże, mimo wszystko uznał, że
szczątki te należą do siebie. A naukowcy pozwolili mu w ten sposób
mówić, ponieważ wierzono, iż człowiek migrował na Jawę całkiem
niedawno. Tak więc, zakładając, że na Jawie nie było w owym czasie

żadnych istot ludzkich, pozwolili, aby ten kawałek małpiej czaszki został

skojarzony z ludzką kością udową i w ten oto sposób znaleźli wreszcie
owo „brakujące ogniwo”, które tak bardzo pragnęli znaleźć.

Jednakże dr Dubois nie ujawnił całej prawdy. Otóż nie opowiedział
najważniejszej części tej historii, a mianowicie tego, że znalazł również
dwie ludzkie czaszki w tej samej warstwie, w której znajdowała się małpia
czaszka. Albowiem ujawniając ten fakt, zniszczyłby całą swoją argumen-
tację; te ludzkie czaszki, czaszki Wadjak, jak się je określa, dowodziły
niezbicie, że prawdziwe istoty ludzkie rzeczywiście żyły na Jawie w tym
samym czasie, co domniemane małpoludy. Oznaczałoby to, iż nie miało
najmniejszego sensu łączenie ze sobą ludzkiej kości udowej i sklepienia
małpiej czaszki znalezionych w odległości 18 m od siebie. W konsekwencji
oznaczałoby to, że ulotniłby się tzw. dowód na istnienie rzekomego
małpoluda. Przez jakieś trzydzieści lat Dubois utrzymywał te ludzkie
czaszki w ukryciu, nie ujawniając ich istnienia. Był to czyn niewybaczalny.
Fakt ten sprawił, iż wielki biolog W. R. Thompson stwierdził, że
sukcesowi darwinizmu towarzyszył zanik nauko-
wej solidności. (Wyróżnienie red. )

Dopiero około roku 1921 pewne wydarzenia nakłoniły dr. Dubois do
ujawnienia tych ludzkich (Wadjak) czaszek. Ale, niestety, było już za
późno. Człowiek jawajski został ustanowiony i zdążył poczynić szkody.
Zresztą należy dodać, że wybitny autorytet w dziedzinie badań nad
szczątkami kostnymi, Marcellin Boule, odrzucił tezę o istnieniu Człowieka
jawajskiego. Powiedział wręcz, że był to gibon. Co w tym wszystkim
okazuje się jeszcze bardziej znamienne, to fakt, że w 1938 roku sam dr
Dubois wyrzekł się swojego Człowieka jawajskiego.

Poza tą wyprawą dr. Dubois, zorganizowano jeszcze dwie ekspedycje
naukowe na Jawę. Ekspedycja Selenka, w latach 1907-1908, była
przeprowadzona ze ściśle naukową dyscypliną. Wybrano więcej niż 10 000
m3 ziemi do głębokości 12 m, w miejscu znalezisk dr. Dubois.
Zgromadzono aż 43 skrzynie skamienielin kostnych. Ekspedycja ta
stwierdziła, że wulkany na wyspie bardzo szybko fosylizowały kości, a to
oznaczało, iż skamienieliny niekoniecznie musiały być bardzo stare.
Ponadto stwierdzono, że gwałtowne powodzie pomieszały warstwy
geologiczne. Znaleziono także dowody wskazujące na istnienie człowieka
w tej samej warstwie, w której znajdował się ów rzekomy małpolud.
Ekspedycja jednakże nie znalazła żadnego dowodu potwierdzającego
koncepcję Dubois.

Orzeczenia ekspedycji Selenka były kłopotliwe dla „brakującego
ogniwa”. A potem w 1920 roku dr Dubois ujawnił, że przetrzymywał w
ukryciu te istniejące czaszki Wadjak, ludzkie czaszki, które anulowały
sensowność łączenia odkrytego przezeń sklepienia czaszki z kością

udową. Zatem teoria o istnieniu małpoluda spaliła na panewce, chyba że
coś nowego zostanie jeszcze dokonane.

Rozpoczęła się więc trzecia ekspedycja. W 1931 roku na obszar ten
został wysłany G. H. R. von Koenigswald celem dokonania poszukiwań.
Znalazł pewną liczbę ludzkich czaszek ale nie było „brakującego ogniwa”.
Nadeszły lata kryzysu gospodarczego i von Koenigswald stracił swoją
pracę w Geologie Survey. W 1936 roku, dzięki rekomendacji Teilharda de
Chardin, mianowano go współpracownikiem badawczym przy Fundacji
Carnegie w Ameryce oraz przyznano mu znaczne fundusze na
poszukiwanie skamieniałych szczątków człowieka.

W książce Malcolma Bowdena czytamy na str. 140:

„Kontakty międzynarodowe Teilharda rosły nieprzerwanie i stały się
tak rozległe, że Cuenot stwierdza: ‚Odnosi się wrażenie, że była to jakaś
ogromna pajęczyna, której część nici trzymał Teilhard pełniąc funkcję
agenta łącznikowego czy nawet szefa personelu, podobny magikowi, który
kazał płynąć amerykańskim pieniądzom lub co najmniej skierował je tak,
aby służyły najszczytniejszemu dobru paleontologii'”.

W ten sposób przywrócono von Koenigswaldowi możliwość
poszukiwań. Do 1938 roku odnalazł on fragmenty kości szczękowych,
kilka zębów, odłamki czaszek oraz jedną kaletę. Na podstawie tych
znalezisk zaproponował swojego Pithecanthropusa II, III i IV. Ale jakaż
była ich prawdziwa wartość naukowa? W swojej książce:„Evolution: The
Fossils Say No” dr Duane Gish odsyła nas do pracy Boule’a i Valloisa
(„Fossil Men”,1957, str. 118-122). Autorzy uważają, że jego czaszki mają
takie same ogólne cechy jak ta, z której Dubois skonstruował swojego
Człowieka jawajskiego; uznali oni ponadto sklepienie czaszki Człowieka
jawajskiego za „bardzo podobne do czaszek należących do szympansów i
gibonów”.

W tym to właśnie czasie Dubois wypierał się swojego Człowieka
jawajskiego. Oświadczył, że po długich badaniach dochodzi do
przekonania, iż „mamy tu do czynienia z gigantycznym gibonem”. O
ironio, teraz, kiedy próbował odkręcić to, co namotał, został zignorowany
jako niekompetentny i nie pozwolono mu uśmiercić jego własnego
Człowieka jawajskiego, który teraz czczony był (razem z Człowiekiem
pekińskim) jako „Homo erectus” — początek człowieka.

„Małpoludy” wykluły się w mrokach i ukrywano je przed światłem
prawdy. Oficjalne publikacje maskowały skandale. Podręczniki pomijają
rzeczywiste dowody. W dalszym ciągu naucza się, że małpie sklepienie
czaszki oraz ludzka kość udowa stanowią jedną całość. Francis Vere,
historyk, skarżył się: „mamy prawo do wszystkich dowodów… jeśli dowody
są przed nami ukrywane, to w jakiż sposób mamy znaleźć wyjaśnienie?”.

CZŁOWIEK PEKIŃSKI. Obsesji znalezienia małpoludów rzeczy-
wiście „towarzyszył upadek naukowej solidności”. Historia człowieka z
Pekinu jest długa i złożona. Koniecznym staje się zatem jej streszczenie i
uproszczenie.

W roku 1914 dr Davidson Black pomagał złożyć w całość czaszkę
z Piltdown. W 1926 roku, kiedy w Anglii nadal panował „małpolud” z
Piltdown, dr Black przebywał w Chinach, gdzie piastował funkcję
profesora anatomii w pekińskim Medical College. Jednocześnie reprezen-
tował Amerykańską Fundację Rockefellera, od której otrzymywał roczną
dotację w wysokości 20 000 dolarów (ogromna suma pieniędzy w tamtych
latach) na kontynuowanie badań, wcześniej rozpoczętych w Zhou
Koutian.

Odpowiedzialność za prace wykopaliskowe dr Black przejął na siebie.
Kierownikiem prac w terenie był chiński naukowiec dr Pei. O. Teilhard de
Chardin, mający już rozgłos z powodu człowieka z Piltdown, ale będący
pod krytyką Kościoła za swoją skrajną koncepcję filozofii ewolucji,
wyjechał do Chin. Tam wszedł w skład ekipy Blacka jako doradca.

W roku 1927 odnaleziono ząb trzonowy. Dr Black uznał, że jest on
półmałpi, półludzki i oto narodził się nowy małpolud, Sinanthropus
pekinensis (Człowiek pekiński). Black słusznie sądził, że trwający w
oczekiwaniu świat bardzo pragnie nowych małpoludów i dlatego też nie
będzie nazbyt krytyczny. Prasa z radością powitała nowego przodka
człowieka, zrodzonego z jednego zęba.

Potem, w roku 1929, znaleziono część czaszki. Black powitał to
odkrycie jako uzasadnienie tego, co wywnioskował na podstawie zęba
trzonowego. Ale, tak naprawdę, cóż on takiego posiadał?

Teilhard niezwłocznie przekazał do Francji wiadomość o znalezieniu
czaszki, która „dobitnie przypomina ścisłe powiązania z wielkimi
małpami”
o małej pojemności mózgu. Ocena ta została potwierdzona
przez trzech innych ekspertów, którzy później badali tę czaszkę. I na
tym wszystko powinno się skończyć; czaszka ta bowiem nie pocho-
dziła od żadnej małpy człekokształtnej (ponieważ żadnych kopalnych
małp człekokształtnych nie odnaleziono w Chinach), ale od pawiana,
czy też dużej małpiatki, których szkielety znalezione zostały w
tym regionie, podobne, lecz nieco większe od współcześnie żyjących
okazów.

Jednakże dr Black pragnął mieć Sinanthropusa. Zrobił więc model —
nie odlew, lecz model — tej czaszki; sporządził następnie sporej długości
protokoł szczegółowo go opisujący. Według o. Patricka O’Connella, który
był w Chinach i który prowadził szczegółowe badania nad sprawą
Człowieka pekińskiego, model Blacka „jest jedynie sztucznym modelem

czaszki mitycznego Sinanthropusa, a nie odlewem czaszki opisanej przez o.
Teilharda de Chardin (i innych)”.
Model ten, oraz „równie sztuczny”
dokument rzekomo ten model opisujący, miał na celu zaprezentowanie
Człowieka piekińskiego jako ogniwa pośredniego pomiędzy Człowiekiem
jawajskim a neandertalczykiem.

Dr Black ocenił pojemność mózgoczaszki na 960 cm3 (według jego
własnych obliczeń), co znajduje się w zakresie pojemności mózgowej
człowieka i co znacznie przekracza pojemność czaszki opisanej przez
Teilharda. Ze sprawozdań o. Connella i Malcolma Bowdena wynika, że
metody Blacka zastosowane przy rekonstruowaniu głowy Sinanthropusa
noszą poważne znamiona braku naukowej uczciwości. Innymi słowy,
model ten był fałszywy; Black sprawił wszystko, aby jego Sinanthropus
reprezentował to, co on sam pragnął, by reprezentował.

W czasie kontynuowania prac wykopaliskowych odkryto dwa wielkie
kopce popiołu. W popiołach tych znajdowały się kości licznych zwierząt.
Znaleziono w nich także pewną ilość połamanych kawałków małpich
czaszek, które Black uznał za dalsze fragmenty swojego Człowieka
pekińskiego. Wielce znamiennym faktem było iż znaleziono jedynie części
małpich czaszek, natomiast prawie żadnych innych kości szkieletowych,
co wskazywało na to, że dostały się do wnętrza tej „groty” tylko głowy
jakichś małpopodobnych istot, a w konsekwencji na to, że głowy te zos-
tały tam wniesione. Nie znaleziono żadnego świadectwa kopalnego, dają-
cego wyobrażenie o wielkości i postawie tego zwierzęcia. Jednakże mimo
to Teilhard z pewnością siebie oświadczył, że hominid ten poruszał się w
postawie wyprostowanej i był dwuręczny.

Świat dowiedział się ponadto o odkryciu „śladów ognia”. Zatem
Człowiek pekiński wyłonił się jako obraz istoty przekraczającej linię
podziału; istoty ludzkiej, ale dopiero co ludzkiej, używającej narzędzi
kamiennych, chodzącej w postawie wyprostowanej, żyjącej w grocie,
wykorzystującej ogień do gotowania. Dowody zostały poprzekręcane i
zatajone w tym celu, by sfabrykować Człowieka pekińskiego; prasa
dokonała reszty i świat uległ jego urokowi.

Na zaproszenie Teilharda prof. Breuil, znakomity paleontolog,
odwiedził to miejsce w 1931 roku. Kiedy powrócił do Francji,
opublikował artykuł, który ujawniał, że owe „ślady ognia” są w istocie
pozostałościami po piecach przemysłowych. Oglądał również same
skamienieliny i postawił pytanie (które później postawią inni eksperci):
Czy istoty o tak wyraźnie zwierzęcych czaszkach zdolne były wytworzyć
tak wielki przemysł?

Dr Black i Teilhard de Chardin musieli wiedzieć, co prof. Breuil
opublikował w 1932 roku; Breuil był światową sławą w dziedzinie

archeologii i antropologii. A jednak w następnym roku wydali oni swoją
własną książkę: „Fossil Man in China” (Człowiek kopalny w Chinach),
która rościła sobie pretensje do wymienienia wszystkich artykułów
poświęconych temu tematowi a wydanych do roku 1933, jednak z
pominięciem ważnej publikacji Breuila. W związku z tym Francis Vere,
historyk, pisał następująco: „To po prostu niewiarygodne. Można wyciągnąć
tylko jeden wniosek, że odkrycia Breuila, jako niewygodne zostały
rozmyślnie zatajone”. (Lessons of Piltdown,
str. 47).

To bowiem, co oni nazwali „śladami ognia” było w rzeczywistości
dwoma ogromnymi kopcami popiołów. Jeden kopiec, znajdujący się na
niższym poziomie, nie został całkowicie odsłonięty. Kopiec zaś leżący na
wyższym poziomie był kupą popiołu sięgającą rozmiarami połowy boiska
do piłki nożnej i, nawet po wiekach osiadania, wysokością dorównywał
dwupiętrowemu budynkowi. Utworzyły go odpady z pieców przemysło-
wych, które widocznie płonęły nieprzerwanie przez długie okresy czasu.
Znajdowały się tam ponadto tysiące kamieni kwarcowych sprowadzonych
do tego miejsca z odległych co najmniej o milę kamieniołomów. Dowody
te wskazywały wyraźnie, że wysoko rozwinięty człowiek wytworzył
przemysł wypalania wapienia, prawdopodobnie na potrzeby budowy
starożytnego miasta Cambaluc, znajdującego się w pobliżu miejsca, gdzie
obecnie leży Pekin. Ale mimo to Black i Teilhard wytrwale upierali się
przy zaniżaniu wielkości tych palenisk, ukazując je jako niewielkie piece
domowe i ukrywając informacje na temat istnienia działalności
przemysłowej.

Człowiek pekiński zaprezentowany został jako istota żyjąca w grocie,
Groty tam żadnej nie było. Na zboczu góry znajdowały się dwa poziomy,
z których wydobywano wapień. Stare obsunięcia się ziemi najwidoczniej
wszystko pokryły, a teraz nazwano to grotami.

Sławny Marcellin Boule w teorii nie był przeciwnikiem ewolucji, ale
— jak to już zauważyliśmy — zawsze odnosił się krytycznie do metod,
którym brakowało naukowej solidności. Otóż Boule został zaproszony do
odwiedzenia miejsca, gdzie narodził się Człowiek pekiński — i
rzeczywiście je odwiedził. Jedyną reakcją tego wielkiego człowieka była
irytacja, że każą mu tracić czas dla małpich czaszek. Wyraził stanowczą
opinię, że ten rozbudowany przemysł został tutaj wytworzony przez
prawdziwego człowieka. Boule odrzucił całkowicie teorię dr. Blacka.
Nazwał fantastyczną hipotezą pomysł, że te istoty o małpich czaszkach
mogłyby prowadzić taką działalność przemysłową. Ponadto oświadczył,
że te małpie czaszki oraz inne zwierzęce kości zmieszane w popiołach
stanowią resztki pożywienia pracujących tam robotników, wrzucane w
popiół.

Opinie Boule’a oraz Breuila powinny były położyć kres tej najnowszej
eskapadzie w poszukiwaniu małpoludów. Tak się jednak nie stało.
Zamiast tego prowadzono nadal taktykę przekręcania oraz zatajania
istotnych dowodów, podczas gdy głosy Boule’a i Breuila były ignorowane.
Świat był w sposób systematyczny oszukiwany, a Człowiek pekiński,
wyrosły na oszustwie, stawał się coraz silniejszy. Podobnie też rosła w
świecie pozycja dr. Blacka. W roku 1934 otrzymał on tytuł honorowego
członka the Royal Society of London. Wyobraźmy sobie jak zareagowali
by wszyscy zainteresowani, gdyby odkryto szczątki prawdziwego
człowieka w miejscu, gdzie znaleziono Człowieka pekińskiego! Właśnie
dokładnie to wydarzyło się na krótko przed nadaniem dr. Blackowi
zaszczytnego tytułu. Mianowicie pod koniec roku 1933 wydobyto
z ziemi „górnej groty” trzy ludzkie czaszki. Dostarczono je do
laboratorium Blacka. I oto okazało się, że były to szczątki ludzkie, nie
jakieś poobijane fragmenty jak w wypadku Sinanthropusa, ale trzy
kompletne czaszki dorosłych ludzi z żuchwami, a także inne kości,
prawdopodobnie należące do sześciu osób, w tym do jednego dziecka. To
wielkiej wagi odkrycie uzasadniało całkowicie poglądy Boule’a i Breuila, a
zarazem stanowiło zły znak dla Sinanthropusa.

Teilhard przesłał do Francji raport mówiący o tym, iż zostały
znalezione kości ludzkie. Ale, bez zbadania sprawy na miejscu, dodawał,
że ci prawdziwi ludzie musieli być późniejszej daty, nie mają zatem
żadnego związku z Sinanthropusem i nie przedstawiają większego
znaczenia. Dr Black miał wówczas poważne problemy z sercem. W marcu
1934 roku znaleziono go martwego w jego laboratorium pośród tych
ludzkich szczątków.

Po śmierci Blacka kierownictwo nad badaniami przejął dr Franz
Weidenreich. Prowadził dalej prace nad konstruowaniem własne-
go modelu Sinanthropusa (Człowieka pekińskiego) i prześcignął w
tym samego Blacka. Wykorzystał cztery różne odłamki czaszki; następ-
nie na tej podstawie wykonano odlew głowy kobiecej, zbliżonej wy-
glądem do ludzkiej. Pojemność mózgu była ogromna, gdyż sięgała
1200 cm3. Zwróćmy przy okazji uwagę, że w 1937 roku Teilhard
(pozostając w jawnej sprzeczności ze swoim raportem z 1933 roku)
opublikował w „Etudes” artykuł, w którym dawał do zrozumienia,
że nie znaleziono żadnych ludzkich szczątków. Mówił natomiast
o czaszce „wielkiego samca” (Sinanthropusa) z pojemnością 1200 cm3,
a czynił to w tym celu, aby obalić pogląd Boule’a, jakoby dla
stworzenia takiego przemysłu konieczna była działalność prawdziwych
ludzi. Czaszka ta jest najwidoczniej modelem wykonanym przez
Weidenreicha.

Być może narzuca się w tej chwili czytelnikowi następująca myśl:
Dlaczego nie poddaje się badaniom tych szczątków kostnych i przez to nie
dochodzi się prawdy? Nie możemy niestety tego uczynić, ponieważ
wszystkie fragmenty kości Człowieka pekińskiego zaginęły, a to, co
pozostało to jedynie wyobrażeniowe modele wykonane przez Blacka i
Weidenreicha. Modele te wykorzystywane były w Chinach przez
komunistów w celu nauczania Chińczyków, że pochodzą od małp.

Wszystkie szczątki kostne zniknęły w sposób tajemniczy. Jednym
wyjaśnieniem jest to, że p o wojnie skamienieliny zostały załadowane na
amerykański statek — i po prostu przepadły. Drugim natomiast, że w
czasie wojny zniszczyli je japońscy najeźdźcy. Nie może to być jednak
prawdą. Japończycy bowiem zezwolili dr. Pei na kontynuowanie prac
badawczych dotyczących Człowieka pekińskiego przez cały czas trwania
wojny. O. Patrick O’Connell pisał, że Japończycy w ogóle nie wtrącali się
w te sprawy, ale że były ważne powody, by zniszczyć te szczątki później.
„ Czaszki te zatem zostały zniszczone przed powrotem rządu chińskiego do
Pekinu, a to w tym celu, aby usunąć dowody oszustwa na wielką skalę”.

Według mnie było to zaiste mistrzowskie posunięcie. Pozbyć się
wszystkich oskarżających dowodów, a jednocześnie pozwolić, aby
Człowiek pekiński żył sobie dalej jako nasz bezpośredni przodek. I to
zostało osiągnięte. Albowiem Człowiek pekiński i Człowiek jawajski
zostali objęci wspólnym mianem HOMO ERECTUS — pierwszy
„człowiek” przekraczający próg nowego stadium ewolucyjnego (the first
„Man” across the threshold).

Z powodu upadku naukowej solidności oraz dzięki propagandowej
działalności środków masowego przekazu i systemowi edukacyjnemu,
zaprezentowano światu nowy ciąg ewolucyjny: od ramapithecusa i
australopitheka aż po Homo habilis; dalej poprzez Homo erectus wreszcie
do Homo sapiens (włączając Homo neandertalis). Tak było aż do roku
1972.

ROK 1972 — POCZĄTEK WIELKICH ZMIAN

CZASZKA 1470. W 1972 roku piorunująca wiadomość wstrząsnęła
„drzewem genealogicznym człowieka”. Richard Leakey, syn nie żyjącego
dr. Leakey’a, znalazł w Kenii czaszkę oraz kilka kości nóg i nagle
wszystko się zmieniło. Czaszka ta została określona jako „Czaszka 1470″.
Pojemność mózgu wynosiła u niej około 800 cm3, co znajduje się na
dalszym krańcu wartości spotykanych u Homo sapiens. Leakey twierdził,
że jest to czaszka ludzka, a wiek jej określił na 2 800 000 lat. Kości

nóg znalezione w tej samej warstwie były „nie do odróżnienia od kości
współczesnego człowieka”.
Oprócz tego znajdowały się tam także
narzędzia, którymi posługiwał się człowiek.

I chociaż była to kwestia sporna, mimo wszystko „Czaszka 1470″
sklasyfikowana została tymczasowo jako genus homo. Był to rzeczywiście
przełom: oto bowiem odkryto ludzką czaszkę i ludzkie kości o wiele,
starsze od owych rzekomych przodków człowieka; o wiele starsze niż
Homo erectus, Homo habilis i australopiteki. Tak więc Richard Leakey
obwieścił: „To, co odkryliśmy wymazuje po prostu wszystko, czego nas
uczono o ewolucji człowieka; nie mam nic do zaoferowania w to miejsce”.
Zaproponował coś, o czym będzie mowa poniżej.

RAMAPITHECUS. Jedynym „przodkiem”, na którego nie miało
wypływu odkrycie „Czaszki 1470″ był ramapithecus, znajdujący się u
samej podstawy tego „drzewa genealogicznego”. Aż do momentu
owego przełomu nie odgrywał większego znaczenia, znajdował się
bowiem w nazbyt odległej przeszłości, bo aż jedenaście milionów lat
wstecz. Ale oto, nagle, cała ewolucja człowieka została od niego uzależ-
niona; stał się niespodziewanie jedynym ogniwem łączącym człowieka ze
zwierzętami.

W rzeczy samej jednak dowody mające świadczyć na rzecz
ramapiteka sprowadzały się zaledwie do kilku fragmentów żuchwy oraz
paru zębów. Znaleziono je w różnych częściach świata, lecz było ich tak
niewiele, że wszystkie zmieściłyby się w pudełku po cygarach. Były tak
fragmentaryczne, że kawałki te mogły być równie dobrze użyte do
złożenia hominida, jak małpy — wszystko zależało od upodobania.
Wiarygodność ramapiteka, zawsze krucha, została w końcu podważona
dzięki odkryciu żyjących w Etiopii pawianów, których szczęki i zęby były
w sposób charakterystyczny podobne do owych resztek ramapiteka.
Oczywiście oznaczało to, że szczątki ramapiteka nie mogły już stanowić
żadnej podstawy do tego, by nazywać go hominidem, bo to samo można
by rzec o żyjących współcześnie pawianach.

Nokautujące uderzenie nastąpiło w roku 1978, kiedy to David
Pilbeam znalazł kompletną żuchwę ramapiteka. Napisał, że „ten nowy
okaz nie odpowiada naszym oczekiwaniom”.
Dokonawszy opisu niektórych
jej cech stwierdził: „Znalezisko to, wraz z innymi danymi, ukazało w sposób
jasny, że historia człowieka wymaga ponownego przemyślenia”.
Wraz z
dyskwalifikacją ramapiteka, „kopalne drzewo genealogiczne człowieka”
okazuje się na nowo nie zapisaną kartą.

Tymczasem dalsze odkrycia rugowały w cień „Czaszkę 1470″. Obraz
zaczął ulegać szybkim zmianom.

LAETOLI (Tanzania). Odkrycia dokonane przez Mary Leakey: W
1974 roku w Laetoli, Mary Leakey (matka Richarda Leakey’a) znalazła
żuchwy podobne do ludzkich, których wiek określiła na 3 i
pół miliona lat. W 1976 roku zaś odkryła ona sfosylizowane odciski
stóp w zastygłych popiołach wulkanicznych, których wiek datowany

był na trzy i pół miliona lat. Mary Leakey donosiła: Kształt jego

stopy był dokładnie taki sam jak naszej”. I dalej, w innym miejscu: „Budo-
wa nogi musiała być bardzo podobna do naszej”.
Dr Louise Robbins,
specjalista w dziedzinie odcisków stóp, dokonał ich analizy: „Rozłożenie
nacisków w tych śladach odpowiada ludzkim… „
Robbins podkreślił:
.. Wyglądają one zupełnie jak ślady człowieka, jak współczesnego czło-
wieka, tak że nieprawdopodobnym się wydaje, aby mogły być znalezione
w tak starym tufie wulkanicznym”. („Nat. Geog. „
kwiecień 1979,
str. 446-456).

Na dwustronicowej ilustracji przedstawiony jest wulkan, zaś na
pierwszym planie tego rysunku znajdują się dwie istoty zwierzęce, nagie i
włochate, chodzące (w postawie wyprostowanej oczywiście) po wilgotnej
warstwie popiołu, na ludzkich nogach i stopach. Istoty te pozostawiają za
sobą wstęgę śladów stóp, tak aby nasi współcześni poszukiwacze mogli je
po upływie wieków odnaleźć. Uczony kreacjonista skomentowałby to
następująco: „Współcześni ludzie pozostawili odciski stóp współczesnego
człowieka. Wasze metody datowania są bezużyteczne. Ten rysunek jest
czystą fantazją”.

Gdyby żuchwy, które wyglądały zupełnie jak ludzkie, oraz ślady stóp
odciśnięte przez stopy „dokładnie takie same jak nasze” zostały znalezione
w najmłodszych skałach, to na pewno byłyby niezwłocznie sklasyfiko-
wane, nawet przez najbardziej gorliwego ewolucjonistę, jako ślady
współczesnego człowieka. Jednakże kiedy ewolucjonistyczne radiometry-
czne datowanie sprawia, że wiek skały sięga trzech i pół miliona lat, to
wówczas sami ewolucjoniści znajdują się w kłopocie. Wyrażają wtedy
swoje zdumienie i usiłują znaleźć azyl w ewolucjonistycznej nowomowie:
„Znaleźliśmy ślady stóp hominidów, które są w znacznym stopniu podobne
do śladów stóp współczesnego człowieka. Siady, które — moim zdaniem
(czyli zdaniem p. Mary Leakey) — mogły być pozostawione jedynie przez
jakiegoś przodka człowieka”.
Prawdziwe dowody są tak przetwarzane, aby
odpowiadały z góry przyjętemu wyobrażeniu o ewolucji. Kiedy
ewolucjoniści spotykają się z nieodpowiednim dowodem, to okazuje się,
że nie potrafią ocenić go obiektywnie — są niewolnikami swoich wcześniej
przyjętych sądów. Coś wręcz przeciwnego powiedziałby uczony kreacjo-
nista, a mianowicie: „Ludzkie ślady stóp z pewnością pozostawione zostały
przez ludzi; ludzkie żuchwy na pewno należały do ludzi”.

HADAR (Etiopia). Odkrycia dokonane przez Johansona:

  1. W roku 1974 dr Donald Johanson i dr Maurice Taieb znaleźli
    części dwóch dolnych szczęk, połowę szczęki górnej, a także jedną kom-
    pletną górną szczękę z 16 zębami. Johanson sklasyfikował te szczątki
    kostne jako ‚homo’ (człowiek), określając ich wiek na około 4 miliony lat.
    („Sc. American”, grudzień 1974, str. 64).

  2. Z kolei w 1975 roku znajduje Johanson szczątki dwojga dzieci
    oraz kości czterech lub pięciu osób dorosłych, które zostały określone
    jako „pierwsza rodzina człowieka pierwotnego”. Znaleziono tam kości
    szczękowe, zęby oraz kilkadziesiąt kości rąk, kości stóp, nóg, kręgów,
    żeber oraz niekompletne czaszki. („Nat. Geog. „, grudzień 1976).

Sprawozdanie zawierające opisy i fotografie tych wszystkich
znalezisk, wyrażało pewność, że są to szczątki ludzkie. Na przykład strony
808-809 ukazują fotografie kilku znalezisk z następującymi komen-
tarzami: „Kości rąk… ułożone jako para przypominająca w sposób zadzi-
wiający nasze własne — i w wymiarach i w kształcie i w funkcji”.
A także
to: „Szczęka ma kształt litery U, zupełnie jak szczęki ludzkie, a nie
kształt litery V jak u australopiteka”.
A ponadto: „Dla żartu członkowie
ekspedycji badawczej wykonali gliniane kopie swoich własnych zębów; kopia
szczęki pewnej kobiety wyróżniała się uderzającym podobieństwem do
okazu pochodzącego sprzed trzech milionów lat”.
Nikt nie miał wąt-
pliwości, że szczątki są ludzkie; wiek ich określono na trzy i pół
miliona lat.

  1. Wkrótce po tych znaleziskach, a więc w tym samym 1975 roku,
    Johanson odkrył inną istotę. Znalazł prawie połowę szkieletu, a wiek jego
    datował na 3 miliony lat. Znalezisko to nazwał Lucy” i był pewien, że jest
    zwierzęciem, a nie istotą ludzką: „Lucy jest daleka od tego, by należeć do
    rodzaju Homo. Jako w pełni dojrzała nie przekracza 1, 3 metra wysokości.
    Jej kończyny górne w stosunku do nóg są dłuższe niż ręce współczesnego
    człowieka, ale jednak nie tak długie jak łapy małpy… Dolna szczęka ma
    kształt litery V, a jej wąskie siekacze przypominają siekacze australopi-
    teka… ” („Nat. Geog. „
    grudzień 1976, str. 802).

Time” (7 listopada 1977) donosił: „Odsłonięto skamieniałe szczątki
dwudziestoletniej samicy australopiteka leżące w warstwie skał osadowych,
których wiek datowano na 3 miliony lat… Lucy była małą istotą, mierzyła
niewiele ponad 1 metr wysokości, z pojemnością mózgu trzykrotnie mniejszą
niż u współczesnego człowieka. Szkielet Lucy stanowił najlepszy klucz do
proporcji australopiteka… zadziwiająco krótkonoga… nie ma jednak
wątpliwości, że chodziła w postawie wyprostowanej”.

W gruncie rzeczy wątpliwym jest, aby Lucy rzeczywiście miała
wyprostowaną postawę. W 1979 roku dr Owen Lovejoy stwierdził, że

wieloczynnikowa analiza stawów kolanowych Lucy wykazała, iż są one
.. wyraźnie małpie i bardzo odbiegające od ludzkich”.

Istniała zgoda pomiędzy Leakey’ami, Johansonem i Taiebem a także
w kołach naukowych i w prasie co do tego, że powyższe znaleziska
wymienione w punkcie (A) i punkcie (B) są pochodzenia ludzkiego
(„Homo”) i że wiek ich waha się między 3, 5 a czterema milionami lat;
istniała również zgoda co do tego, że znalezisko opisane w punkcie (C)
było zwierzęciem (australopitek — Lucy), które żyło później w czasie niż
owe istoty ludzkie.

(W polemice z tą argumentacją stosuję ewolucjonistyczną milionową
skalę czasu, jakkolwiek jej nie akceptuję. W dalszej części niniejszej
książki metody tego rodzaju datowania omówiono w sposób krytyczny i
w konsekwencji odrzucono. )

Nieewolucjoniści uważają części tych znalezisk z Hadaru i Laeto-
li za zdecydowanie ludzkie ale, ponieważ „datowane” były one
jako bardzo stare, ewolucjoniści nie mogą pozwolić, by okazały
się ludzkimi. Spowodowałoby to wyrwanie z korzeniami „genealo-
gicznego drzewa człowieka”, a do tego przecież nie mogą oni
dopuścić.

NOWE „DRZEWO GENEALOGICZNE CZŁOWIEKA”

RICHARDA LEAKEY’A: CZASZKA Z KOOBI FORA. W 1975
roku w Koobi Fora, Richard Leakey znalazł stosunkowo nie uszkodzoną
czaszkę tam, gdzie wcześniej odkrył „Czaszkę 1470″.

Twierdził, że ta najnowsza czaszka przypomina wyglądem Homo
erectus (Człowieka jawajskiego i Człowieka pekińskiego) i że jej
pojemność mózgu wynosi 900 cm3; R. Leakey datował jej wiek na 1, 5
miliona lat. Ponadto oświadczył, że czaszka ta jest bardziej rozwinięta niż
„Czaszka 1470″. Zdegradował w ten sposób „Czaszkę 1470″ z poziomu
„ludzkiego” do poziomu Homo habilis.

Na tej podstawie zaproponował nowe „drzewo genealogiczne
człowieka”, a mianowicie, od Homo habilis ewoluującego w Homo
erectus, który następnie ewoluował w Homo sapiens.

Omówmy teraz wydarzenia jakie miały miejsce w Hadarze i Laetoli
oraz nowe „drzewo genealogiczne” Johansona.

JOHANSON ZMIENIA FRONT. AUSTRALOPITHECUS AFA-
RENSIS: Kiedy w latach 1974-5 Johanson znalazł w Hadarze szczęki,
zęby oraz inne kości, nie wyłączając „pierwszej rodziny człowieka
pierwotnego”, kiedy Mary Leakey odkryła w Laetoli podobne do ludzkich
kości szczękowe oraz odciski stóp, Johanson uznał je wszystkie za
należące do genus Homo. Jednakże około roku 1979, pod wpływem dr.
Tima White’a, dokonał nagłej zmiany frontu. Teraz bowiem klasyfikował
znalezione przez siebie kości Homo oraz zwierzęcej Lucy, jako pojedynczą
istotę, jako prymitywnego australopiteka, którego określił mianem
„Afarensis” i który od tego momentu stanowił podstawę jego nowego
„drzewa genealogicznego człowieka”. Tak więc drzewo to zaczyna się od
Australopithecus Afarensis jako od „wspólnego rodzica” dwóch rozgałę-
zionych linii. Johanson utrzymywał, że jedna z tych linii wytworzyła
australopiteki: wpierw Africanusa, następnie Robustusa i dalej aż do
Boisei (lub Zinjanthropusa). Twierdził także, iż ta druga odgałęziona linia
wydała Homo habilis, który następnie ewoluował aż do Homo erectus,
by ostatecznie osiągnąć poziom Homo sapiens.

Leakey’owie jednak odrzucają australopiteka afarensis, podobnie jak
to czyni kilku innych uczonych. Twierdzą oni, że Afarensis jest zlepkiem
co najmniej dwóch oddzielnych gatunków. Afarensis Johansona został
jednak powszechnie zaakceptowany jako „rodzic” australopiteków i
człowieka. Nagle nastąpiło nowe odkrycie, które obaliło ów status
australopiteka afarensis, a z nim prawie całą teorię.

JESZCZE JEDEN BOISEI (LUB ZINJANTHROPUS). W lipcu
1986 roku prasa donosiła o nowym odkryciu w Kenii, którego doko-
nał współpracownik Richarda Leakey’a, dr Alan Walker. Była to jeszcze
jedna czaszka australopiteka Boisei (lub Zinjanthropusa), ale jej wiek
został określony na 2, 5 miliona lat, co czyniło ją znacznie starszą od

jakiegokolwiek poprzedniego okazu Boisei. Wiek jego jest zatem niemalże
tak stary jak Lucy, jakkolwiek dotychczas przypuszczano, że to Lucy jest
przodkiem Boisei. To nowe odkrycie przeniknęło całą „ewolucję
hominidów” falami wstrząsów. A oznacza to, że: (1) Boisei nie mógł
wyewoluować z Afarensis (lub Lucy); (2) dlatego także zarówno Africanus
jak i Robustus nie mogli wyewoluować z Afarensis; (3) toteż Afarensis
okazuje się być bez znaczenia, gdyż jawi się jedynie jako jeden z kilku
współistniejących gatunków australopiteków, a żaden z nich nie posiada
nawet jednego znanego przodka; (4) Homo habilis nie ma żadnego
znanego przodka i współistniał z australopitekami; (5) rejestr kandydatów
do „ewolucji hominidów” ulega więc wymazaniu do czysta.

Konsekwencje tego nowego odkrycia zostały ocenione w „Discover”
(wrzesień 1986). Na okładce tego pisma widnieje odlew nowej czaszki z
następującym komentarzem: „Zadziwiająca, 2 i pół miliona lat licząca
czaszka znaleziona w Kenii, obala wszystkie dotychczasowe wyobrażenia o
procesie ewolucji pierwotnych hominidów. Teraz już nie wiemy kto komu dal
początek — ani też nawet w jaki sposób i kiedy my sami zaistnieliśmy”.

Ocena powyższa jest dziełem paleontologa za Szkoły Medycznej
Johna Hopkinsa, pani Patrycji Shipman, żony Alana Walkera, a więc
człowieka, który odkrył tę czaszkę. W artykule p. Shipman czytamy, co
następuje: „To, co ta nowa czaszka czyni za jednym zamachem, jest
całkowitym obaleniem wszystkich dotychczasowych wyobrażeń o przebiegu
ewolucji pierwotnych hominidów”.
Z artykułu tego dowiadujemy się
ponadto, że omawiana czaszka jest „starsza od wszelkich domniemanych
przodków Robustusa. Pomimo jednak swego starego wieku jest już
wyspecjalizowana do poziomu Boisei”.

Pani Shipman zauważa, iż nie było wystarczająco wiele ewolucyjnego
czasu na to, aby Afarensis mógł dać początek czterem najwyraźniej
odmiennym rodowodom hominidów. Stawia ona wielki znak zapytania
wobec Afarensis, utrzymując, że on „mógł może reprezentować wszystkie te
odmienne gatunki hominidów niewłaściwie grupowane jako jeden gatunek. W
takim razie, gdzie się więc podział ów gatunek dający początek rodowodowy
wszystkim hominidom? Najlepszą odpowiedzią, jaką jesteśmy w stanie dać
obecnie jest to, że w ogóle nie mamy żadnego jasnego pojęcia o tym, kto
komu dał początek; wiemy jedynie, kto tego początku nie dał… W istocie
rzeczy nie wiemy nawet jakiego ‚pragatunku’ poszukujemy”.

Artykuł ten jest więc przyznaniem, że uczeni ewolucjoniści nie
posiadają żadnych danych na temat pochodzenia człowieka.

Pani Shipman kończy swój artykuł następująco: „Jak trzęsienie ziemi,
nowa czaszka sprowadziła nagle wszystkie nasze skrupulatnie zorganizo-
wane konstrukcje do kupy gruzu nieporadnych z grubsza ciosanych nowych

hipotez”. Następnie dodaje coś, co brzmi raczej dziwnie: „Oto niezawodny
znak naukowego postępu”.

Wszystko wymierza śmiertelny cios scenariuszowi Lucy-Afarensis.
Teraz z kolei przyjrzyjmy się sytuacji w jakiej się znajdują Homo habilis i
Homo erectus.

HOMO HABILIS. Najnowsze znalezisko pozostawia habilisa bez
żadnego przodka. Był on sporną klasyfikacją od roku 1960, kiedy to dr
Louis Leakey znalazł szczątki jakiejś prymitywnej istoty i sklasyfikował ją
jako Homo habilis (człowiek zręczny). Z powodu pojemności jego mózgu
wynoszącej zaledwie 650 cm3, status tego Homo był, i jest nadal,
kwestionowany przez wielu naukowców, którzy uważają go za australopi-
teka.

Kilka dalszych znalezisk, z mózgami mniej więcej takimi samymi lub
mniejszymi, zostało również zaliczonych do gatunku Homo habilis.

W 1972 roku Richard Leakey znalazł (jak już wcześniej wspominano)
„czaszkę 1470″ z pojemnością mózgu sięgającą prawie 800 cm3. Oznajmił,
że jest to ludzka czaszka — „ZADZIWIAJĄCO ROZWINIĘTY PIER-
WOTNY CZŁOWIEK” („Nat. Geog. „
czerwiec 1973, str. 820). Opinie na
temat tej klasyfikacji były jednakże podzielone.

Ponadto w skałach osadowych „liczących ponad 2 600 000 lat” znalazł
Leakey także kości nóg „zdumiewająco podobne do kości nóg współczesnego
człowieka” („Nat. Geog. „
str. 823 i 828). Ale w ciągu pięciu lat Richard
Leakey oraz jego współpracownik z zespołu, dr Alan Walker,
zdegradowali „czaszkę 1470″. Ważnym jest tutaj zwrócenie uwagi na to, że
obaj eksperci nie byli zgodni co do tego, jak sklasyfikować swoją własną
„czaszkę 1470″. We wspólnym artykule opublikowanym w „Scientific
American”
(sierpień 1978), na stronie 54 stwierdzają: „My sami nie
jesteśmy zgodni
w przedmiocie rodzajowego ustalenia dla KNM-ER 1470.
Jeden z nas (Leakey) jest za tym, by zaszeregować ten okaz w rodzaju
Homo, drugi natomiast (Walker), by zaszeregować go do gatunku
australopiteków”.

Jak się zdaje stanowisko Leakey’a wzięło górę i „czaszka 1470″
weszła do naszego rodowodu jako Homo habilis. Wszystko to dowodzi,
że Homo habilis jest klasyfikacją wyłącznie z racji indywidualnych
preferencji. Klasyfikacja ta obejmuje dużą różnorodność istot z
pojemnością mózgu od około 500 cm3 do prawie 800 cm3, co sprawia, że
wszystko to daje w sumie bardzo pomieszany gatunek Homo habilis,
pozbawiony jakiejkolwiek naukowej ścisłości, a ponadto pozbawiony
jakiejkolwiek możliwej do udowodnienia kolejności ewolucyjnej, wiodącej
do niego lub też wywodzącej się od niego.

Jednakże nie traćmy z oczu ludzkich kości nóg. Czymkolwiek
bowiem może okazać się Homo habilis, to te kości pozostaną nadal
kłopotliwe dla kalendarza ewolucjonistów.

HOMO ERECTUS. Wydaje się, że jest to klasyfikacja ustalona dla
wygody. Pierwszymi okazami, które zostały do niej włączone, byli
Człowiek jawajski i Człowiek pekiński. W istocie, zarówno jeden jak i
drugi, powinni być uważani za efekt oszustwa.

Zauważyliśmy już, że w roku 1975 Richard Leakey sklasyfikował
czaszkę z Koobi Fora jako Homo erectus (KNM-ER 3733); jej pojemność
mózgu wynosiła około 850 lub 900 cm3. Niedługo po tym znalazł jeszcze
jedną czaszkę (KNM-ER 3883), którą zaliczył także do klasy Homo
erectus, chociaż, w porównaniu z poprzednią, czaszka ta miała
masywniejsze łuki brwiowe, kości policzkowe oraz wyrostki sutkowe.
Sądzę również, iż ilustracje ukazują niższe i bardziej cofnięte czoło. Ze
sprawozdania z 1978 roku dowiadujemy się, że wymiary jego mózgu
nie zostały jeszcze określone, ale nie ma powodu, by spodziewać się,
iż będą one znacznie różniły się od czaszki 3733 (Koobi Fora) („Sci.
Amer. „,
sierpień 1978, str. 55). Po upływie trzech lat od znalezienia
lej czaszki nie dokonano pomiaru wielkości jego mózgu. Ciekawi jesteśmy
dlaczego.

Dr Duane Gish powiedział: Możliwym jest, że niektóre ze

szczątków kostnych, opisane jako Homo erectus, w rzeczywistości mogły być
szczątkami neandertalczyka. Mówiono mi, że niektóre szczątki kostne
sklasyfikowane jako Homo erectus, zostały określone jako takie jedynie
dlatego, że uważano, iż są zbyt stare jak na neandertalczyka”,
(z listu dr. D.
Gisha do A. W. Mahlerta z Brisbane, 24 marca 1978).

SZKIELET CHŁOPCA. Opinia dr. Giśha zyskuje pewną moc dzięki
ostatniemu odkryciu, jakiego dokonali Richard Leakey i Alan Walker w
Kenii w 1984 roku. „Najbardziej kompletny szkielet przodka pierwotnego
człowieka jaki kiedykolwiek znaleziono”
— pisał „N. Y. Times” z 19
października 1984 roku, str. A 1.

Był to prawie kompletny szkielet chłopca w wieku około 12 lat i o
wzroście nie przekraczającym 170 cm. Gdyby dorósł wieku dojrzałego,
mógłby osiągnąć 185 cm wzrostu. Na podstawie warstw popiołów
wulkanicznych wiek jego określono na 1 600 000 lat. (W dalszej części
niniejszej książki omówimy te metody datowania oraz dlaczego są one
odrzucane przez uczonych kreacjonistów).

The Washington Post” (z 19 października 1984, str. A 1) podawał, że
nowe znalezisko ujawnia, iż ci pradawni ludzie mieli kształt ciała w istocie

nie do odróżnienia od naszych własnych. Ciekawy jestem czy redaktorzy
„The Post” zdawali sobie sprawę z tego, że nie stanowi. to żadnego popar-
cia dla owych 1, 6 milionów lat ewolucji.

Główny szkielet wygląda zupełnie tak jak szkielet współczesnego
człowieka. Dr Walker powiedział: „Wygląd ma niesamowicie ludzki. Nie
jestem pewny czy przeciętny patolog zauważyłby cokolwiek różniącego ten
szkielet od szkieletu człowieka”.

Co się zaś tyczy jego czaszki, to Walker wspomniał: „Kiedy
dołączyłem żuchwę do tej czaszki, wtedy Richard (Leakey) i ja zaczęliśmy
się obaj śmiać, ponieważ lak bardzo przypominała neandertalczyka”
(„Wash. Post”,
19 października 1984, str. A 11).

Pojemność mózgu ustalono na 850 cm3, co jest nie wiele, ale mieści
się w ramach zmienności ludzkiej.

Wygląda na to, że chłopiec został bez wahania włączony do gatunku
Homo erectus. Można zatem wnioskować, że gdyby ten popiół
wulkaniczny był „datowany” jako młodszy, wówczas chłopiec byłby
sklasyfikowany jako neandertalczyk albo też jako spokrewniony z
neandertalczykiem.

Z tego wszystkiego, co już do tej pory omówiliśmy, wyrasta wciąż
wzmagające się wrażenie, że Homo erectus jest w gruncie rzeczy jakąś
bezpostaciową (amorficzną) klasyfikacją zaimprowizowaną dla wygody.
Wrażenie to jeszcze bardziej potęgują australijskie szczątki kostne odkryte
w Talgai i Kow Swamp.

CZASZKA z TALGAI. Czaszka ta znaleziona została w Queensland
w 1886 roku. Przechowywana była w prywatnym domu aż do roku 1914,
kiedy to na kongresie nauki w Sydney głośno obwieszczono jej istnienie.
Potem jednak zapadła się w mrok niepamięci, aż do 1948 roku, kiedy
N. W. G. Macintosh, profesor anatomii na uniwersytecie w Sydney,
rozpoczął lata pracowitych badań nad nią.

Science News” (z 20 kwietnia 1968, str. 381) w redakcyj-
nym komentarzu pisały: „Ze swoim cofniętym czołem, ze swoją wysu-
niętą do przodu twarzą, wydatnymi łukami brwiowymi oraz wielkimi
kłami, (czaszka Talgai) ma w sobie wiele cech charakterystycznych dla
lak zwanego Człowieka jawajskiego. Homo erectus… A tymczasem
są to szczątki czternastoletniego aborygeńskiego chłopca, który żył i
umarł w Queensland 13 000 lal temu i który należał do gatunku Homo
sapiens”.

W informacji tej czytamy ponadto: „Doniosłość tego odkrycia polega
na tym, że wskazuje ono. iż Homo erectus i Homo sapiens mogły być tym
samym gatunkiem”.

KOW SWAMP. W kilka lat po opublikowaniu owego sprawozdania
na temat czaszki Talgai, A. G. Thorne oraz P. G. Macumber odkryli
szczątki ponad trzydziestu osobników na obszarze Kow Swamp,
Australia, Victoria. Wiek ich określono na dziesięć tysięcy lat.

W roku 1972 „Naturę” (nr. nr 238-316) zamieścił szczegółowe
sprawozdanie na temat tych szczątków, które będąc szczątkami ludzkimi,
ujawniają jednak archaiczne rysy czaszek, co sugeruje przetrwanie w
Australii gatunku Homo erectus aż do tak niedawnych czasów jak okres
sprzed 10 000 lat.

W swojej nowej książce dr Gish omawia sprawozdanie publikowane
w „Naturę”, w którym stwierdza się (str. 319), że czaszki te wskazują na
„długie czasowe zachowanie cech pierwotnych typowych dla gatunku
sapiens”
(przypuszczalnie chodzi tu o cechy charakterystyczne neandertal-
czyka), ale wskazuje się również na to, że kości czołowe jawią się jako
szczególnie archaiczne, gdyż zachowują prawie nie zmienioną formę
typową dla wywodzącego się ze Wschodu Homo erectus, zwłaszcza
takiego, jak jawajskie pitekantropy (tj. Człowieka jawajskiego).

Główny szkielet nie jest opisany, stąd też D. Gish przypuszcza, że jest
on współczesny. Wcześniej już omówiliśmy odkrycie w Kenii szkieletu
chłopca, który R. Leakey oraz A. Walker natychmiast sklasyfikowali jako
Homo erectus. Otóż D. Gish sugeruje, że ów domniemany szkielet
erectusa może okazać się podobny do szkieletów ludzi z Kow Swamp. (D.
Gish,„Evolution: The Challenge of the Fossil Record”, str. 202-203).

Chłopiec z Talgai oraz ludzie z Kwo Swamp należeli bezsprzecznie do
gatunku Homo sapiens. Ale oto znowu rodzi się dylemat: Neandertalczyk
sapiens i niesapiens erectus reprezentowani przez tych samych osobników,
a eksperci w dalszym ciągu z zakłopotaniem drapią się w głowę.

Wszystko razem wziąwszy, wydaje się, że Homo erectus (podobnie
jak Homo habilis) jest wyłącznie tworem imaginacji niewielkiej grupy
poszukiwaczy skamienielin.

Właściwym wydaje się w tym miejscu przypomnieć dwa dawniejsze
odkrycia, które winny były powstrzymać poszukiwanie małpolu-
dów, zanim się ono zaczęło. Otóż w czasach Darwina znaleziono dwie
czaszki współczesnych ludzi w skałach, które — jak sądzono — mają mi-
liony lat.

CZASZKA Z CASTENEDOLO (Włochy). Została ona znaleziona w
roku 1860 w warstwie pliocenu. Była to czaszka jakiegoś współczesnego
człowieka. Dwadzieścia lat później, w pobliżu tego samego miejsca i w tej
samej warstwie pliocenu, znaleziono szczątki kobiety oraz dwojga dzieci.
Uznano, że pojemność mózgu kobiety wynosiła około 1340 cm3.

  1. HADAR:  „Lucy” oraz „Pierwsza rodzina człowieka”
    (1974-75) (połączone w „Człowieka z Afa-
    ru”) Johanson i Taieb.

  2. JEZ. TURKANA:  Czaszka 1470″ (1972), Czaszka z Koobi
    Fora (1975), Chłopiec (1984), Boisei (1986)
    R. Leakey.

  3. WĄWÓZ OLDUVAI:  Zinjanthropus (1959), Homo habilis (1961)
    Louis i Mary Leakey.

  4. LAETOLI:  Kości żuchwowe Homo, zęby oraz odciski
    stóp (1974-76) Mary Leakey.

  5. TRANSWAL:  Australopitek. Dart (1924), Broom (1936).

CZASZKA Z CALAVERAS. W roku 1866, w żwirze wczesnego
pliocenu w Kalifornii, znaleziono typowo współczesną czaszkę ludzką. W
tych samych pokładach znajdowały się także narzędzia kamienne
wykonane przez człowieka.

Dla każdej bezstronnej osoby znaleziska te stanowiły dowód, że
ludzie nowoczesnego typu żyli w okresie pliocenu, czyli wiele milionów lat
temu (według ewolucjonistycznej skali czasu). Ewolucjoniści jednakże nie
są bezstronni. Takie kości nie pasowały do ich teorii ewolucji. Stąd też
zostały one w konsekwencji zignorowane i ukryte. Krzewiciele ewolucji
postępowali więc tak, jak gdyby te szczątki kostne z Castenedolo i
Calaveras nigdy nie istniały. Godnym jest także zauważenia, iż ludzie tak
bardzo liczący się, jak Sergi i Quatrefages uznali to za dowód, że
nowoczesny typ człowieka żył wiele milionów lat temu.

Najwyższy czas, aby czaszki z Castenedolo i Calaveras zyskały so-
bie należny im rozgłos. Znakomitą relację na ich temat można zna-
leźć w książce Douglasa Dewara (1957) pt. „The Transformist Illusion”
oraz w książce Malcolma Bowdena,„Ape-men, Fact or Fallacy”
(1977).

* *
*

Ostatnie wydarzenie, będące przykładem wciąż potęgującego się
zamieszania w ewolucjonizmie, podzieliło zwolenników ewolucji na dwa
wrogie obozy. „Zjadliwość tego sporu oraz wywoływane przezeń uczucia u
przeciwników są zaiste godne uwagi… ” (
„The Neck of the Giraffe”,cyto-
wane na str. 218 słowa dr. Colin Patterson).

Z jednej strony znajdują się gradyści (Gradists), którzy są
darwinistami i którzy klasyfikują różne gatunki według domniemanych
powiązań ewolucyjnych. Po przeciwnej stronie zaś znajdują się kladyści
(Cladists), którzy pomijając teorię darwinistyczną, klasyfikację przepro-
wadzają na zasadzie liczby cech wspólnych dla gatunków bez
ewolucyjnych założeń.

W „New Scientist”(3 maja 1984, str. 25). Peter Andrews, dyrektor
działu paleontologii w British Museum, wyjaśnia, jakie były tego
konsekwencje dla Homo erectus. Gradyści bowiem utrzymują, że był on
reprezentowany przez jeden i ten sam gatunek zarówno w Azji jak i
Afryce, i że przeszedł ewolucję do Homo sapiens. Kladyści natomiast
twierdzą, że gatunek Homo erectus ograniczał się tylko do Azji (Człowiek
jawajski — Człowiek pekiński) i że tam uległ wymarciu. Twierdzą oni
ponadto, że okazy afrykańskie w istocie nie były gatunkiem Homo

erectus; niemniej jednak, czymkolwiek by one nie były, to i tak
ewoluowały w Homo sapiens.

Być może artykuł Petera Andrews jest pomyślany jako wyjaśnienie
całego obrazu, ale faktycznie uwydatnia on tylko zamęt jaki panuje w
ewolucji hominidów — zamęt spowodowany rozmaitymi sprzecznościami
alternatywnymi, z których każdy ekspert wybiera to, co odpowiada jego
własnym wyobrażeniom — zamęt powodujący, iż wątpliwym staje się to,
czy Homo sapiens ewoluował odrębnie w Afryce, w Azji i w Europie, czy
też ewoluował tylko w Afryce — zamęt, z którego już nie wiadomo czy
Homo erectus i Homo sapiens są dwoma odrębnymi gatunkami, czy też
stanowią jeden i ten sam gatunek. –

Jeśli eksperci nie wiedzą, co i dokąd zmierza, to w takim razie
zasadnym jest następujące pytanie: jakież prawo może mieć ktokolwiek,
aby upowszechniać teorię ewolucji jako wiedzę ścisłą?

W taki to sposób małpoludy przychodzą i odchodzą i nic nie trwa
długo.

W „New Scientist” (26 marca 1981, str. 805) John Reader, publicysta
naukowy, dowodzi, że niewielu kopalnych hominidów (jeśli w ogóle)
utrzymywało się długo na scenie. Mówi on: „Teraz już można wybaczyć
laikom ich poczytywanie każdego nowego przybysza za nie mniej
efemerycznego, niż prognoza pogody”.

Ukazuje on nam ponadto (str. 802) coś, co nie jest tak dobrze znane.
A mianowicie, że szczątki kostne są po większej części tak fragmentarycz-
ne, iż dopuszczają kilka różnych interpretacji. A całkowity zbiór
szczątków hominidów znanych obecnie, ledwie pokryłby stół bilardowy.

Na podstawie tych kilku nic nie znaczących fragmentów kości,
niewielka grupa poszukiwaczy skamienielin, wspomagana przez środki
masowego przekazu, przekonywała i przekonuje nadal świat, że zwierzęta
przeistoczyły się w człowieka.

W całym tym zamieszaniu słusznym będzie wysłuchanie opinii lorda
Zuckermana, który był głównym doradcą naukowym rządu brytyjskiego.
On sam oraz jego zespół naukowy poświęcili wiele lat na badania
szczątków kostnych hominidów przy zastosowaniu ściśle naukowych
metod. W swojej książce „Beyond The hory Tower” (str. 75-94), lord
Zuckerman wykazuje, że nie dostrzega żadnej prawdziwej nauki w
poszukiwaniu kopalnych przodków człowieka, również nie widzi żadnego
dowodu kopalnego świadczącego o ewolucji człowieka od jakiejś niższej
istoty.

CZĘŚĆ 5

GEOLOGIA A POTOP

Powinniśmy pamiętać, że — aż do czasów sprzed stulecia — wiara w
potop i Noego była aksjomatem, nie tylko w samym Kościele zarówno
katolickim jak i protestanckim, ale również w świecie naukowym. A jednak
czytamy w Biblii o proroctwie, że w czasie, który ona nazywa „dniami
ostatecznymi”, wzrastać będzie bardzo odmienna filozofia; filozofia, która
doprowadzi człowieka do traktowania wiary w potop z dezaprobatą…
głosząca, że, „Wszystko jednakowo trwa od początku świata” (2P 3, 4)… I
tak oto po osiemnastu wiekach stwierdzamy, że to dawne proroctwo spełnia
się na naszych oczach… „.

(L. Merston Davies
w prelekcji dla the Victorian Institute, 1930).

Morris i Whitcomb przytoczyli ten cytat w „The Genesis Flood”wraz
z uzupełnieniem, że Merston Davies, po wzbudzeniu zainteresowania
audytorium, posunął się jeszcze dalej wprowadzając oczywistą i
niepokojącą konkluzję: proroctwo św. Piotra zaczęło się spełniać w
naszych czasach poprzez nową doktrynę Huttona i Lyella.

Najtrudniej jest, jak się okazuje, przekonać geologów do zajęcia
stanowiska przeciwnego teorii ewolucji; a jednak geologowie mogą
odrzucić ewolucję i pomimo to pozostać pierwszorzędnymi geologami.
Dlatego ta część książki traktuje o dwóch przeciwstawnych koncepcjach
geologii; dwóch geologiach, które wzajemnie wykluczają się. Koncepcjami
tymi są: geologia potopowa oraz geologia uniformitar-
na. Która z tych geologii prawdziwie objaśnia ziemię i czas?

W chrześcijaństwie aż do niedawna sądzono, że góry i doliny
ukształtowane zostały przez potop, który zalał ziemię zaledwie tysiące lat
temu. To jest właśnie geologia potopowa.

Ostatnio wszakże pojawili się ludzie z nową koncepcją geologii,
którzy wyśmiewają pomysł istnienia potopu Noego oraz mówią o

ogromnych okresach czasowych, oszałamiających wręcz umysł ludzki.
Twierdzą, że ukształtowanie się rzeźby powierzchni ziemi było dziełem
miliardów lat pod wpływem zwykłych sił przyrody. Także i w naszych
czasach obserwujemy, jak wolno i stopniowo działają budując i niszcząc
na przestrzeni ogromnego okresu czasu — aż do dnia dzisiejszego. To jest
geologia uniformitarna lub inaczej geologia ewolu-
cyjna.

Ojcem uniformitarnizmu, a jednocześnie zapoczątkowującym erę tej
nowej geologii, był James Hutton (1726-1797). Nie obywał się jednak bez
bóstwa. Twierdził natomiast, że od samego początku jedynymi działają-
cymi siłami były te, których działanie obserwujemy dzisiaj, bez żadnych
kataklizmów i z pewnością bez potopu. Hipoteza jego wymagała CZASU,
ogromnych okresów czasu, potrzebnych na utworzenie się formacji
geologicznej. Oto jego własne słowa: „Nie znajdujemy żadnego śladu
początku, ani też perspektywy końca”.

W roku śmierci Huttona urodził się Charles Lyell. Przejął idee
Huttona i spopularyzował je z takim powodzeniem, że ta geologia
uniformitarna (skojarzona z ewolucjonizmem) wyrugowała tradycyjną
geologię potopową, stając się nowym poglądem na świat.

Czy to wartości merytoryczne tej geologii sprawiły, że koncepcja
Lyella zdobyła sobie przewagę? Czy też może dlatego, że odpowiadała
nastrojom czasów? W tym rozdziale podejmujemy próbę odpowiedzenia
na to pytanie.

Tak więc Sir Charles Lyell (1797—1875) stał się propagatorem nowej,
posługującej się wielomilionowymi okresami czasu, geologii. Lyell był w
głębi duszy ewolucjonistą na długo przedtem, zanim pojawiła się hipoteza
Darwina. W gruncie rzeczy nie tylko przysposobił rozumienie świata w
kierunku darwinistycznym, ale także myślenie samego Darwina przyspo-
sobił dla ewolucji.

Lyell zachował swoją wiarę w Boga i w jakieś stworzenie, lecz nie w
takie stworzenie, jak je podaje Biblia. Jego zdaniem potop był nie do
pomyślenia. Noe powstrzymywał rozwój nauki geologicznej nazbyt długo.
Dla Lyella właśnie czas stał się zagadnieniem największej wagi. W ciągu
nieskończonych okresów czasu te same siły, jakie obserwujemy dzisiaj, te
same wiatry i wody, warunki atmosferyczne oraz działanie wulkanów
wolno i jednostajnie budowały góry i żłobiły doliny. Poprzez ten bezmiar
czasu kształtowały one i rzeźbiły oblicze ziemi.

Darwinowi odpowiadała geologia Lyella. Ofiarowywała mu bowiem
niezmierzone okresy czasu, które były mu potrzebne dla jego idei
biologicznej ewolucji. Darwin utracił swoją wiarę w Biblię i w
nadprzyrodzoność. Utracił ponadto swoją niegdyś tak silną wiarę w

inteligentne działanie w naturze. Jego wiara w dobór naturalny
wykluczyła jakiekolwiek ingerowanie Boga w ewolucję. W końcu doszedł
do wiary w spontaniczne powstawanie żywych istot z martwej materii.

Darwin nie mógł posuwać się naprzód ową fatalną ścieżką bez
koncepcji Lyella. Z współdziałania ich idei zrodziła się i rozpowszechniła
nowa doktryna. Głosiła ona, że ziemia i wszechświat wyłoniły się w
sposób mechaniczny z chaosu i że w końcu pojawiło się życie, ewoluując
ku coraz wyższym poziomom, by wreszcie wytworzyć człowieka. Ta nowa
doktryna odeszła daleko od Boga. W liście do T. H. Huxley’a Darwin
odwoływał się do niej jako do „ewangelii diabła”.

Podstawę dla teorii ewolucji oraz dla nowej geologii stanowi kolumna
stratygraficzna.

KOLUMNA STRATYGRAFICZNA została naukowo uświęcona. A
w istocie nie ma ona żadnego odpowiednika w świecie rzeczywistym. Nie
istnieje w żadnej części świata. Gdzieniegdzie można znaleźć jedną, dwie
lub kilka takich warstw geologicznych, często z brakującymi warstwami
pomiędzy nimi, często też z odwróconą teoretyczną kolejnością. Kolumna
stratygraficzna nie jest wcale jakąś kolumną rzeczywistą, poprzez którą
można by kopać. Jest to jedynie jakaś kolumna wyobrażeniowa złożona ze
skorelowanych i włączonych w nią segmentów zapisu kopalnego
pochodzącego z rozmaitych części świata.

Czytelniku, jeśli sądzisz, że radiometryczne metody datowania
pomogły w zbudowaniu tej kolumny stratygraficznej, to zmień zdanie.
Albowiem kolumna stratygraficzna została wymyślona na długo przed
zastosowaniem radiometrycznej metody datowania. W istocie nie istnieje
żaden sposób określania wieku skały poprzez badanie jej.

Na początku dziewiętnastego stulecia, inżynier budownictwa wod-
nego, Wiliam Smith, zapoczątkował w Anglii system klasyfikowania skał
na podstawie poszczególnych skamienielin, jakie się w nich znajdowały.
Stało się to metodą wyznaczania wieku warstw skalnych w Anglii i w
niektórych częściach Europy. Wkrótce metodę tę zaczęto stosować przy
badaniu wszystkich skał na świecie. Ale czy metoda ta nadaje się do
zastosowania w stosunku do wszystkich skał na całej kuli ziemskiej?
Odpowiedź, jak to dalej zobaczymy, brzmi: jedynie dla tych z wielką
wiarą. Czy nie jest to stwierdzenie zbyt pochopne? Jak gdyby w
odpowiedzi, dr E. M. Spieker, profesor geologii z uniwersytetu stanowego
z Ohio, sam będąc uniformitarianistą, uczynił w 1956 roku zadziwiające
wyznanie:

Ciekaw jestem, jak wielu z nas uświadamia sobie fakt, że w istocie
skala czasu została zamrożona w swojej obecnej formie około roku 1840… ?

W jakim stopniu geologia świata znana była w 1840 roku? Cała Azja,
Afryka, Południowa Ameryka i przeważająca część Ameryki Północnej, były
to w rzeczywistości obszary nieznane. Na jakiej więc podstawie owi pio-
nierzy śmieli zakładać, że ich skała będzie odpowiadała skałom na tych
rozległych obszarach obejmujących ogromną większość świata… ? Zwolen-
nicy wszakże tych ojców skali czasowej w sposób nieuprawniony naukowo,
przebadali nasz glob i przy pomocy nieuczciwych metod dopasowywali
odkryte przez siebie przekroje do wiele wcześniej zbudowanej kolumny stra-
tygraficznej, nawet w miejscach, gdzie rzeczywiste dowody wyraźnie temu
przeczyły. Tak elastyczne i łatwe do przystosowania są w geologii
fakty”. („Bulletin American Assoc. of Petroleum Geologists”,
tom 40,
sierpień 1956). (Cytat pochodzi z książki Morrisa i Whitcomba, „The

Genesis Flood”).

TYRANIA SKAMIENIELIN. Kiedy teoria ewolucji zdobyła domi-
nację, wtedy teoretyczny wiek jakiejś skamienieliny w skale stawał się
wiekiem jej przypisywanym. W ten sposób kolumna stratygraficzna
oparta została na doniosłym, założeniu, że ewolucja jest prawdą.


Jak świat długi i szeroki, fakty rzeczywiste przeczą kolumnie
stratygraficznej i geologicznej skali czasu. Dla ewolucjonisty jednak,
kolumna ta oraz skala czasowa są nienaruszalne: skamienieliny nie mogą
się mylić. Jakie by więc nie wystąpiły sprzeczne, mówiące co innego
dowody, skamienieliny będą dyktować wiek skały, nawet gdyby miało to
oznaczać dosłowne odwrócenie gór do góry nogami.

WĘDRUJĄCE GÓRY. Na obszarze całej kuli ziemskiej znajdujemy
przykłady starszych skał (datowanych na podstawie skamienielin), a
leżących na skałach młodszych (również datowanych na podstawie
skamienielin). I tak, w wielkiej górze Matterhorn skamienieliny występują
w niewłaściwej kolejności. Według geologii ewolucyjnej oznaczałoby to, że
góra ta jest stara, ale skały znajdujące się pod nią są młode, że Matterhorn
została uformowana wcześniej od skał leżących pod nią. Jak to tłumaczą
ewolucjoniści? Ich wyjaśnienie jest następujące:

Ogromna góra Matterhorn musiała być podniesiona przez jakieś
wypiętrzenie, które nastąpiło w innym miejscu; następnie była poziomo
przesuwana przez ląd aż na odległość dziewięćdziesięciu kilometrów. W
Alpach znajduje się jeszcze jeden słynny szczyt, Mythen, który, jak się
przypuszcza, przewędrował całą drogę z Afryki do Szwajcarii. Ponieważ
skamienieliny znajdują się w niewłaściwej w sensie teoretycznym
kolejności, raczej góry należy postawić na głowie niżby się miało
zakwestionować samą teorię.

W rzeczywistości nasuwanie się na siebie warstw skalnych na małą
skalę jest dosyć powszechne. Pod naporem przemieszczania się i
fałdowania małe formacje skalne mogą prześlizgiwać się po innych
skałach na niewielkie odległości. Otóż te niewielkie przesunięcia na skutek
tarcia powodują kruszenie się i pękanie skał oraz żłobienie powierzchni na
całej drodze kontaktu ze skałą. Przesunięcia takie pozostawiają zawsze
namacalne znaki: wielometrowe warstwy popękanych i skruszonych skał
oraz ślady żłobienia. Niewielkie przesunięcie skalne to jedna sprawa, ale
góry wędrujące na wielkie odległości, to już sprawa krańcowo różna,
zdrowy rozsądek wyśmieje taką ideę, a nauka wyklucza ją. Zgodnie z
zasadami mechaniki istnieje granica rozmiarów wędrującej skały. Jeśli
skała znacznie przekracza skromne rozmiary, to opór spowodowany
tarciem staje się tak wielki, że siła potrzebna do poruszenia tej skały
przekroczyłaby siłę spoistości skały — zamiast przesunąć się, po prostu
rozpadła by się.

Stąd też w przypadku Matterhornu i Mythenu żadna możliwa
do pomyślenia naturalna siła nie mogłaby przesuwać ich po lądzie. Na-
wet gdyby istniała wystarczająca do tego moc, to góry te pękłyby i
rozleciały się pod jej wpływem, zanim by zdążyły dokądkolwiek
zawędrować.

„NASUW” LEWISA. Wbrew zdrowemu rozsądkowi, wbrew logice
oraz zasadom inżynierii ewolucjoniści utrzymują, że raczej będą
przesuwać nawet jeszcze większe góry niż pozwolą na poddanie w
wątpliwość świadectwa skamienielin.

W Glacier Park (Montana, USA) w formacji górskiej znaleziono
niewielką skamienielinę (Coelennea). Dla ewolucjonistów oznaczało
to, że wyższa część góry datowana była na okres prekambryjski ale niższa
jej część datowana jest, z przyczyny zawartych w niej skamienielin, na
okres kredowy. Tak więc ocenia się, że górna część jest starsza o 500
milionów lat od niższej. Innymi słowy, a o tym świadczą skamienieliny,
wyższa część góry została utworzona wcześniej niż część niższa. Aby
rozwikłać ten dylemat, proponuje się nam wielki „Nasuw Lewisa”.
Twierdzi się, że ta ogromna wyższa część góry prześlizgiwała się po
dolnych częściach na przestrzeni 50 do 60 kilometrów. Dr Clifford
Burdick, geolog konsultant, przedstawia to następująco:

Po to aby usytuować je (skamienieliny) we właściwym porządku,
ewolucjoniści stawiają tezę, że blok skorupy ziemskiej długi na 450 km,
szeroki na 37 km i gruby na 3 km został przewrócony do góry nogami…
Jeśli rzeczywiście miało miejsce takie przemieszczenie, należy znaleźć trzy
sprawdziany. Pierwszy, że pomiędzy tymi dwiema warstwami powinny 

występować roztarte skały, jak pomiędzy kamieniami młyńskimi… Dru-
gim jest brekcja, tj. potłuczone fragmenty skalne… Następnie powinny\
tam być ślady po żłobieniu… Poświęciliśmy lata na poszukiwania
takich właśnie dowodów w miejscach kontaktowych w Glacier Park i nie\
znaleźliśmy dotąd ani jednego przypadku świadczącego o takim kontakcie,
Musimy stwierdzić, że skały w Glacier Park znajdują się w takimi
samym porządku, w jakim zostały uformowane… nie miliony, lecz tysiące
lat temu”.

Dr Burdick dodał ponadto, że tak ogromne skały rozpadłyby się,
zanim by zaczęły się przesuwać:

Dolomit altynowy nie ma takich wewnętrznych sił spoistości, by stawić
opór większemu naporowi, nawet lokalnemu… Wyobraźmy sobie jakiej
ogromnej mocy potrzeba by do przepchnięcia ponad niższą skałę mas
skalnych ważących miliardy ton. Siła kruszenia skał byłaby przekroczona
wielokrotnie i niewiarygodnym jest dla mnie, że ewolucjoniści w dalszym
ciągu kurczowo trzymają się idei nasuwania warstw jedynie w tym celu, by
ocalić swoje koncepcje ewolucyjne”. (Z
suplementu do „Bibie Science
Newsletter”,
lipiec 1979).

PRZESUNIĘCIE GÓRY HEART (Wyoming). Ten interesujący
przykład jest omawiany przez Morrisa i Whitcomba w „The Genesis
Flood”.
Góra ta obejmuje mniej więcej trójkąt o szerokości 40 km i
długości sięgającej 90 km. Składa się ona z około pięćdziesięciu bloków,
które na podstawie skamienielin datowane są na erę paleozoiczną. Poniżej
znajdują się warstwy skalne datowane jako pochodzące z eocenu, czyli o
250 milionów lat „młodsze” aniżeli bloki góry leżące ponad nimi. Otóż,
aby uzasadnić datowanie według świadectwa skamienielin, geologowie
ewolucjonistyczni twierdzą, że bloki Góry Heart zostały przesunięte do
tego miejsca z innego obszaru na skutek sił grawitacyjnych. Nie ma jednak
żadnego śladu roztartych i połamanych skał pomiędzy tymi dwiema
warstwami. Gorzej jeszcze, nie istnieje żadne możliwe do pomyślenia
wyjaśnienie, w jaki sposób owych pięćdziesiąt oddzielnych bloków
skalnych mogło prześlizgiwać się tam blok po bloku.

Ostatecznie teorię przesunięć wyklucza inny jeszcze fakt: nie ma
żadnych złóż macierzystych, od których te bloki gór mogły być oderwane
i następnie transportowane w inne miejsce.

GÓRY EMPIRE (Arizona) zajmują przestrzeń około 70 kilometrów
kwadratowych i zostały wybrane tutaj jako nasz finalny przykład
rzekomego przemieszczania się gór.

Około 1900 m paleozoicznej warstwy góry (datowane na podstawie
skamienielin) spoczywa na skałach datowanych na okres kredowy.
Oznaczałoby to, iż niżej położone skały są o ponad 100 milionów lat
młodsze” od góry znajdującej się ponad nimi. I tutaj przywołuje się
zwykłe wyjaśnienie o nasuwaniu się warstw na siebie.

Fizyczną niemożliwość przemieszczania się skał wyjaśniają dr
Burdick i Harold Slusher (docent geofizyki uniwersytetu teksaskiego w El
Paso), którzy wspólnie badali rzekome przesunięcie. Nie znaleziono
żadnego świadectwa rozdartych skał czy też wyżłobionych warstw. Jesz-
cze bardziej znaczącym dowodem była sama nierówna płaszczyzna
kontaktowa. Miejscami „przypominała zazębiające się tryby. Nie mogło
więc tam być mowy o jakimkolwiek przesuwaniu (ślizganiu) bez ze szlifo-
wania wzajemnie zazębiających się występów… Górna warstwa pasowała
tak do dolnej, jak rękawiczka do ręki lub jak stopiony metal wlany
Jo formy”.

Kiedy skamienieliny „mówią”, że góry w różnych częściach świata
odwrócone są do „góry nogami”, to nowa geologia zmusza te skały, aby
pasowały do teorii.

Jestem przekonany, że uczciwy geolog w głębi duszy wie, iż góry te
nie wędrowały.

Dlatego też uczciwy geolog musi również być zdziwiony niezliczo-
nymi sprzecznościami kolumny stratygraficznej, sprzecznościami, odkry-
wanymi w czasie jego pracy w terenie. I tak na przykład, musi czuć się
zakłopotany tym, co się określa PRZEWARSTWIENIEM lub też
powtarzającymi się warstwami. Dr Burdick nawiązuje do białego
wapienia, po którym następuje ciemniejsze pasmo piaskowca lub
iłołupka, potem drugie pasmo wapienia, tak że wreszcie całkowity obraz
tej odkrywki będzie przypominał flagę amerykańską. Takie odkrywki
występują w Kanionie Topanga w Kalifornii. Wzdłuż autostrady wiodącej
z Kanady na Alaskę geologowie mogą zaobserwować aż 150 takich pasm
występujących na przemian po sobie. Na całej kuli ziemskiej zjawisko tego
rodzaju jest powszechne, ale niemożliwe do wyjaśnienia na gruncie
uniformitarnej geologii; nie stanowi ono natomiast żadnego problemu dla
geologii potopowej.

Problem ten pogłębia się jeszcze bardziej, kiedy skamienieliny
występują na przemian wraz ze zmieniającymi się kolejnymi warstwami.
Dwoma takimi godnymi uwagi regionami, gdzie skamienieliny powtarzają
się, są góry w Szkocji (Highlands of Scotland) oraz Alpy. Przewarstwienie
ukazuje normalne, prawidłowe pokłady warstw, ale skamienieliny
występują na przemian i powtarzają się, łamiąc tym samym zasady,
którymi skamienieliny powinny się kierować.

WIELKI KANION jest bodaj najdoskonalszym dostępnym odsłonię-
ciem kolumny skamienielin. Albowiem można tutaj zobaczyć przekrój
skorupy ziemskiej aż do głębokości półtora kilometra. Odsłania on
zdumiewające linie warstw, płasko leżące pasma skał osadowych, tysiące
kilometrów kwadratowych warstw poziomych. Jednolite horyzontalne
linie tego obrazu warstw spoczywających na innych warstwach świadczą,
że ta rozległa formacja nie mogła być formowana wolno w ciągu milionów
lat, będąc jednocześnie wstrząsaną spiętrzeniami i zapadaniem się. Fakty
nie odpowiadają oficjalnym relacjom.

Czyż mała rzeczka płynąca dnem Kanionu mogła wyżłobić ten
wzbudzający grozę wąwóz? Z pewnością nie! Ponad tą rzeką wznoszą
się na wysokość 330 m strome urwiska utworzone z prekambryjskiej
skały. I dalej, na poziomie „Wielkiej Dyskordynacji”, zaczyna się
Kambryjski Muav. W tym też miejscu znak na drodze informuje, że „bra-
kuje tutaj 500 milionów lat”. Każe się uwierzyć, że 5000 m późno
prekambryjskiej skały uformowało się tam w ciągu 500 milionów lat, lecz
jakoś wyerodowało w doskonale płaską i poziomą powierzchnię,
gotową przyjąć złoże Kambryjskiego Muavu, który tam się teraz znaj-
duje.

Na warstwę Muav nakłada się warstwa Mississippean Redwall.
Oznacza to, że (według skamienielin) brakuje tutaj warstw pochodzących
z ordowiku, syluru, a także większości warstw z okresu dewońskiego.
Wyjaśnienia więc wymaga brakujące 150 milionów lat kolumny
stratygraficznej.

Dalej jeszcze gorsze problemy. Od warstwy Redwall przechodzimy z
powrotem do Muav, następnie po warstwie Muav występuje znowu
Redwall, i w ten sposób zmieniają się one na przemian — niewybaczalne
wręcz zachowanie się skamienielin. Po tej zaś na przemian zmieniającej się
serii następują inne takie serie z warstwą Redwall przechodzącą w
warstwę Supai (znowu brakujące 50 milionów lat), następnie wraca się do
warstwy Redwall, a potem znowu do występującej w większej liczbie
warstw Supai.

Wielki Kanion jest geologicznym okazem, ale jest on jednocześnie
niekorzystnym świadectwem dla stratygraficznej kolumny.

(Zob. „Bible Science Newsletter”, listopad 1975; artykuł autorstwa Ed
Nafzigera, który był przewodnikiem wycieczek do doliny kanionu przez
siedem kolejnych sezonów).

SKAŁY

Nowoczesna geologia twierdzi, że skały na ziemi budowane były
stopniowo na przestrzeni wieków przez te same siły, które dzisiaj nadal
działają, nieprzerwanie grzebiąc i fosylizując najrozmaitsze okazy istot
pochodzących z poszczególnych epok.

Geologia potopowa utrzymuje, że kataklizm potopu, który objął całą
kulę ziemską przetworzył jej powierzchnię i że w czasie samego potopu,
jak i po nim występowały wielkie wulkaniczne i tektoniczne przemiany.
Utrzymuje ona, że skamienieliny reprezentują, po większej części, istoty
porwane przez osady zalewowe w czasie niezwykle krótkiego okresu czasu
— jednego roku lub mniej.

Obserwacja samych skał ukazuje, że siły działające obecnie są
miniaturowe, gdy porównamy je z siłami, które uformowały te skały.

Skały wulkaniczne, takie jak granit i bazalt, były formowane przez
strumienie płynącej lawy. Oto jedno pytanie nowoczesnej geologii:
Dlaczego obecnie nigdzie nie obserwujemy tworzenia się granitu? Innym
problemem jest potworna wielkość skał wulkanicznych w porównaniu do
niewspółmiernie małych wulkanów, jakie występują dzisiaj.

Cały świat był zaskoczony zniszczeniami spowodowanymi przez
niedawne erupcje góry św. Heleny w Ameryce. Erupcje te rozpadają się
wszakże w nicość, kiedy uświadomimy sobie, co wydarzyło się w tym
regionie świata w przeszłości. Otóż Płaskowzgórze Kolumbijskie,
obejmujące stany Washington, Oregon, Idaho oraz Kalifornię, utworzone
jest z materiałów wulkanicznych, których grubość w niektórych miejscach
przekracza 1700 m. Jedna warstwa tej formacji nazwana została bazaltem
Mesa. Stuart Nevins, geolog, omawia tę właśnie warstwę Mesa w „Speak
to the Earth”,
str. 211 i następne. Uformowana ona została przez jeden
jedyny wylew lawy. Pokrywa około 2 600 000 km kwadratowych, a jej
przeciętna głębokość wynosi prawie 10 m. Nevins utrzymuje, że ten
katastroficzny wylew bazaltu Mesa najprawdopodobniej trwał zaledwie
kilka dni.

W przypisie (str. 251) Nevins kieruje uwagę czytelnika ku kilku in-
nym formacjom bazaltowym, przytaczając świadectwa innych autorów
na poparcie swoich stwierdzeń. Jedna z takich formacji znajduje
się w dorzeczu Parany w Brazylii i pokryła prawdopodobnie co
najmniej 975 000 km kwadratowych warstwą sięgającą do głębokości
aż 700 m. Bazalty zaś Płaskowyżu Dekańskiego (Indie) musiały zajmo-
wać pierwotny obszar niewiele mniejszy niż 1, 3 miliona km kwadrato-
wych, o średniej grubości sięgającej około 700 m. Formacje te są oczy-
wiście rezultatem ciągłej aktywności wulkanicznej, a nie jakiejś pojedyn-
czej erupcji; tak czy inaczej, ich skala przysłania jednak wszystko,
cokolwiek jesteśmy w stanie wyobrazić sobie na podstawie wulkaniczności
naszych czasów.

Skały Osadowe utworzone zostały z materiałów naniesionych przez
wodę — a więc luźny piasek, muł oraz inne materiały zawieszone w
wodzie, i osadzanych (lub zsypywanych) w warstwy, które następnie
uległy zestaleniu w skały.

Oglądanie kolosalnych skał osadowych Wielkiego Kanionu
wywołuje podziw. Jakież rzeki, jakież powodzie, jakież przypły-
wy i odpływy, które bylibyśmy zdolni pojąć lub wyobrazić sobie, jakież
wody dostępne naszemu doświadczeniu byłyby w stanie przetran-
sportować choćby ułamek osadów potrzebnych, do zbudowania owej
masywnej formacji? A jednak, mimo to, sedymentacja Wielkiego
Kanionu jest niewielka w porównaniu z wieloma innymi pokładami
osadowymi, takimi na przykład, jak Zielone Łupki Bretanii (5000 m)
pokłady Cuddapah, Indie, (6000 m) i pokłady Belt Series w Północnej
Ameryce (12 000 m). (Zob. D. Dewar, „The Transformist Illusion”
str. 27).

Morris i Whitcomb (The Genesis Flood”, str. 270) podkreślają, że co
najmniej trzy czwarte powierzchni lądu ziemi pokryte jest skałami
osadowymi w postaci warstw, których grubość zmienia się od kilku
metrów do 12 000 m lub więcej. Możemy więc postawić pytanie: w jaki
sposób tak ogromne osady były transportowane i składane? Z pewnością
nie było to dziełem rzek ani też powodzi o rozmiarach znanych nam
dzisiaj. Co więcej, kiedy warstwy poddawane są analizie, owa tajemnica
często jeszcze bardziej pogłębia się, gdyż normalne działanie rzeki lub
lokalnych powodzi nie mogłoby dokonać tego osobliwego sortowania
oraz różnicowania składanych materiałów.

Ogrom skał osadowych, właściwości ich struktur oraz rozmieszczenie
na całej kuli ziemskiej, wszystko to świadczy o jednorazowym działaniu
wody na niemożliwą do pojęcia światową skalę.

Ponadto istnieją skamienieliny. Skały osadowe są jedynymi skałami,
które zawierają skamienieliny. Obfitują w niezliczone ich ilości na całym
świecie. Ale dzisiaj nie zachodzi w istocie żadna fosylizacja. Musi więc być
jakaś przyczyna tego i rzeczywiście jest. Otóż zasadniczym warunkiem
powstania skamienieliny jest całkowite i nagłe pogrzebanie zwierzęcia lub
rośliny.

Rzadko się to jednak zdarza w naszych czasach. Z wyjątkiem
nieczęstych i przypadkowych pogrzebań, ciało rozkłada się lub bywa
zjadane przez padlinożerców. Dlatego też te wielkie skały osadowe,
bogate w skamienieliny, niosą w sobie informację, że wydarzyło się coś
wielkiego, coś zupełnie odmiennego od tego, co dzieje się obecnie — jakiś
gigantyczny światowy potop, który osadził skały i który wewnątrz tych
skał pogrzebał stworzenia, jakie my teraz znajdujemy w postaci
skamienielin.

WIELOSTREFOWE SKAMIENIELINY. Są one niemożliwym do
pominięcia dowodem anulującym geologię uniformitarną, a potwierdza-
jącym geologię potopową.

Nie jest wcale czymś niezwykłym znalezienie skamieniałych pni drzew
sterczących ku górze poprzez kilka warstw skały osadowej, nierzadko
poprzez pokłady grube na 10 m, a nawet więcej. Zgodnie z nowoczesną
geologią, skały takie formowały się w ciągu milionów lat — warstwa po
warstwie. Czyż można sobie w takim razie wyobrazić drzewo stojące tam
przez miliony lat, podczas gdy osady nanoszone były stopniowo i wolno
budowały się wokół niego?

Wielostrefowe skamienieliny są tak ważne, iż trudno jest zrozumieć,
dlaczego są w tak małym stopniu reklamowane. W rzeczywistości istnieje
ich niemała liczba, o czym pisze N. A. Rupke z Państwowego Uniwersytetu

w Groningen (Holandia) w „Why not Creation” (Czemu nie stworzenie),
str. 152-157.

Jakkolwiek wielostrefowe zwierzęta nie występują tak powszechnie
jak wielostrefowe pnie drzew, to jednak w tej kwestii Rupke odwołuje się
do raportu przedstawionego przez holenderskie autorytety naukowe. W
Stanach Zjednoczonych znajduje się pokład złożony z piasku i iłu, „W
KTÓRYM NATRAFIONO NA CAŁE CIAŁA Z ODCISKAMI SKÓRY
DUŻYCH PREHISTORYCZNYCH GADÓW”.
Rupke sądzi, że gdyby
sedymentacja była uniformitarna, to wówczas te wielkie ciała gadów
potrzebowałyby aż 5000 lat, by ulec całkowitemu przykryciu. Stąd też, jak
czytamy w zakończeniu tej pracy: „Jedynym wyjaśnieniem jest to, że
natychmiast po śmierci martwe ciało zostało zasypane (silosowane) grubą
warstwą osadów”.

Rupke w swoim artykule podaje przykłady wielostrefowych pni
drzew znalezionych w Niemczech i we Francji. Wzmiankuje, że podobne
pnie drzew są znajdowane także na różnych poziomach. Na przykład w
Joggins, w Nowej Szkocji zarejestrowano na dwudziestu poziomach pnie
drzew rozmieszczone w odstępach na przestrzeni około 8000 m osadów.

W artykule Rupkego znajdujemy ponadto znamienny przykład
zarejestrowany w Wielkiej Brytanii. Otóż w kamieniołomach piaskowca w
pobliżu Edynburga odsłonięto pochyloną skamienielinę pnia drzewa
wielkich rozmiarów. Mierzyło ono bowiem „nie mniej niż 25 metrów i
przecinało 10 lub 12 różnych warstw, będąc pochylone w stosunku do nich
pod kątem około 40 stopni”.
(Zob. także „The Creation Explanation”,
str. 49).

Te wielostrefowe skamienieliny są zjawiskiem powszechnym. W
istocie są one zgubne dla geologii uniformitarnej, natomiast doskonale
przystają do koncepcji geologii potopowej. Prezentują bowiem oczywiste
dowody na to, że skały osadowe nie były odkładane stopniowo lecz,
przeciwnie, nagromadzone zostały w sposób nagły przez wodę działającą
na niewyobrażalną skalę.

Węgiel i ropa naftowa. Powszechnie sądzi się, że na wytworzenie się
węgla i ropy naftowej potrzeba było milionów lat. Ale znaleziono
wielostrefowe skamienieliny, które przechodziły przez dwa lub więcej
pokładów węgla. Godnym wspomnienia jest jedna taka skamienielina
odkryta w kopalni węgla w Newcastle (Anglia). Jest to skamienielina
drzewa wysokiego na 20 m, ze średnicą pnia u podstawy sięgającą 1, 7 m,
stojącego pod pewnym kątem i przecinającego dziesięć oddzielnych
warstw węgla. Stanowi to dowód, iż te wielkie pokłady węgla zostały
złożone niezwykle szybko.

Znaleziono ponadto w węglu kilka niespodziewanych rzeczy, które
wyraźnie dowodzą, iż wytworzony on został w czasie trwania historii
ludzkiej. W Niemczech, Ameryce i we Włoszech odkryto w pokładach
węgla, rzekomo liczącego trzydzieści milionów lat, takie przedmioty jak
dwa duże ludzkie zęby trzonowe, żuchwę dziecka, żelazny rondel, a także
starannie skręcony 8-karatowy złoty łańcuszek.

Ropa naftowa. Na podstawie datowania metodą węglową C-14,
zastosowaną w Zatoce Meksykańskiej, wiek znajdujących się tam złóż
ropy naftowej określono na kilka tysięcy lat; a dane dostarczone przez
The Petroleum Institute w Nowej Zelandii wskazywały, że złoża ropy
naftowej zostały utworzone jakieś 6-7000 lat temu. W laboratorium
naukowcy przemienili w ropę śmiecie miejskie w ciągu niespełna jednej
godziny, a więc nie w ciągu milionów lat, lecz w czasie nie
przekraczającym sześćdziesięciu minut.

Ciśnienie i temperatura są tymi czynnikami, które wytworzyły węgiel
i ropę naftową — i bynajmniej nie na przestrzeni milionów lat. Sama
rzeczywistość jest dobitnym świadectwem tego, że węgiel i ropa naftowa
wytworzone zostały niedawno i że wytwarzanie to nastąpiło szybko z
przyczyny zatopienia i pogrzebania przez wielkie powodzie ogromnej
ilości materii organicznej. Fakty rzeczywiste świadczą, że owe rzekome 60
milionów lat okresu karbońskiego są po prostu mitem.

Geofizyk Thomas Gold z Uniwersytetu Cornell (Nowy Jork),
przedstawił niedawno inną teorię powstania nafty i gazu. Teorię
tę tłumaczy w artykule pt. „Nafta ze środka ziemi” („New Scientist”
26. 6. 86, str, 42-46). Twierdzi on, że węglowodany powstały niekonie-
cznie z zakopania substancji organicznych, ale że pierwotne węglowodany,
nafta i gaz, znajdują się głęboko w środku ziemi i przedzierają się
przez szczeliny w skorupie ziemskiej w górę ku jej powierzchni, gdzie
te nieorganiczne nafta i gaz zostały uchwycone w porowatych re-
zerwuarach (polach naftowych) pokrytych nieprzepuszczalnymi war-
stwami skał.

Podstawą teorii Golda jest obserwacja, że węglowodany występują
obficie na innych planetach, takich jak Jowisz, Uran i inne, gdzie nigdy
nie było substancji organicznych. Znajduje się je również w asteroidach i
kometach.

Teoria ta jest tak przekonywująco przedstawiona przez Golda, że
przynajmniej jeden kraj, Szwecja, podjął już w oparciu o nią, próby
wiertnicze.

Nawet jeżeli teoria Golda jest prawdziwa, nie wyklucza to możliwo-
ści powstania nafty i gazu z substancji organicznych. Dokonano

uż laboratoryjnego przetwarzania śmieci w naftę. Jeśli teoria ta
jest prawdziwa oznaczałoby to, że część nafty i gazu pochodzi z
substancji organicznych, a część z substancji pierwotnych. Organiczną
naftę można by datować przy pomocy węgla C-14, nieorganicznej
— nie.

Jak w wielu sprawach, i tu oczekujemy dokładnych odpowiedzi,
które pojawią się z czasem.

WYSCHNIĘTE KORYTA RZEK
I ZATOPIONE GÓRY

Rzeki. Wszędzie istnieją dowody świadczące o tym, że niegdyś rzeki
świata były ogromne i że stopniono kurczyły się aż do obecnych
rozmiarów. Na przykład Tamiza w Anglii znajdowała się 100 m powyżej
poziomu morza, później 50 m, następnie 30 m i wreszcie 17 i 7 m.
Natomiast wody basenu Potomac w pobliżu Waszyngtonu (USA)
przekraczały kiedyś o 88 m swój obecny poziom, później o 72 m,
następnie o 53 m i 30 m. Wielki Kanion zaś musiał być żłobiony falami
wody o szerokości dochodzącej do 30 km. (Zob. „Bibie Science Newsletter
Supplement”
, maj 1975).

Akweny śródlądowe nie są już dzisiaj tym, czym były niegdyś. Mo-
rze Kaspijskie kurczy się nieustannie. Był czas, kiedy morze to było
o co najmniej 80 m wyższe niż teraz i najprawdopodobniej łączyło
się z Morzem Aralskim i Morzem Czarnym w jeden wielki śród-
lądowy akwen. W USA natmiast jezioro Bonneville oraz Wielkie Słone
Jezioro połączone były kiedyś w jedno wielkie jezioro, które pokrywało
znaczną część stanu Utah. Jego najwyższa linia brzegowa przekraczała o
330 m poziom dzisiejszy. Wypalona Dolina Śmierci (Death Valley)
była niegdyś wypełniona jeziorem Manley. Jezioro Texcoco w Meksyku
było wyższe o 60 m; zaś jezioro Titicaca w Południowej Ameryce
przewyższało obecny poziom o 100 m; natomiast Morze Martwe było
aż o 470 m wyższe. Jeziora afrykańskie w Kenii i Abisynii, zajmo-
wały o wiele większe powierzchnie, podobnie jak jezioro Eyre w
Australii.

Pustynia Saharyjska była kiedyś zaludnionym i urodzajnym obsza-
rem, nawadnianym przez rzeki i jeziora. Pozostałe pustynie były również
pokryte wielkimi jeziorami, nie wyłączając pustyń Arabii, Środkowej Azji,
Australii, Ameryki Północnej oraz Patagonii. (Zob. „The Genesis Flood”,
str. 313-314).

Góry. Dzięki złożom osadowym, skamienielinom oraz innym
świadectwom wiemy, że góry znajdowały się kiedyś pod wodą.
Interesującym jest fakt, że góra Ararat w Turcji, na której, jak się sądzi,
osiadła Arka, jest pochodzenia wulkanicznego. Dane wykazują, że jej
lawa wypłynęła spod wody unosząc się na co najmniej 4700 m wysokości.
Powyżej tego poziomu góra pokryta jest wiecznym lodem. Na wysokości
4500 m znajdują się tam także skały osadowe. (Zob. „The Creation
Explanation”
, str. 50).

Żaden z wymienionych wyżej faktów nie odpowiada twierdzeniom
geologii uniformistycznej. Wszystkie one natomiast odpowiadają koncep-
cji ogarniającego cały świat potopu i jego pozostałości w postaci wielkich
koryt rzecznych i uwięzionych mórz śródlądowych oraz jezior, które
kurczyły się coraz bardziej od tamtego czasu, w miarę jak wysychała
namoknięta ziemia.

CMENTARZYSKA SKAMIENIELIN. Jeśli wątpi się w realność
potopu, to w takim razie powinno się wziąć pod uwagę wielkie
cmentarzyska skamienielin znajdowane na całej kuli ziemskiej. Znaleźć w
nich można niezwykłe ilości stworzeń wszystkich rodzajów razem
pomieszanych.

W wielu częściach świata występują cmentarzyska dinozaurów
zawierające mnóstwo ich szczątków nagromadzonych, wymieszanych i
pogrzebanych razem. Nie umarły one jednak tam — zostały w sposób
gwałtowny naniesione przez ogromne wody.

Niektóre cmentarzyska skamienielin usytuowane są wysoko w
górach. Na Sycylii na przykład, na Etnie, na wysokości 1300 m znajdują
się dwie groty wypełnione kośćmi tysięcy gigantycznych hipopotamów. Na
Malcie odkryto pomieszane razem szczątki lwów, tygrysów, mamutów,
ptaków, bobrów, hipopotamów i lisów. Jedna grota na Malcie zawiera tak
wiele zwierząt, iż wyspa ta, w swoich obecnych rozmiarach, nie
wyżywiłaby ich nawet przez jeden tylko tydzień.

W Ameryce, w Los Angeles, znajduje się głęboka jama wypeł-
niona dziesiątkami tysięcy okazów wszystkich rodzajów zwierząt
wymarłych i żyjących do dziś, nie wyłączając słoni. Stado słoni w jednej
jamie! Przecież kiedy Hiszpanie przybyli do Ameryki, to nie było tam
ani jednego słonia! Pamiętajmy także i o tym, że Hiszpanie w Ameryce
nie znaleźli ani jednego konia, a jednak odkryto tam setki tysięcy
pogrzebanych koni. Encyklopedie informują nas, że konie w Ameryce
zniknęły w tajemniczy sposób około roku 2000 przed Chrystusem.
Przestanie to być tajemnicą jeśli przyjmiemy realność wielkiego potopu.

Grota kości (Bone Cave) w Cumberland (stan Maryland) zawiera
tuziny gatunków ssaków, jak również gadów i ptaków. Pochodzą one z
wszystkich obszarów kuli ziemskiej, poczynając od Arktyki a kończąc na
strefach tropikalnych, od suchych środowisk do wilgotnych.

W Gieseltal (RFN) odkryto pogrzebane razem szczątki ponad 6000
zwierząt kręgowych, wiele owadów i mięczaków oraz roślin, pochodzą-
cych z wszystkich stref klimatycznych i wszystkich regionów geogra-
ficznych. W niektórych przypadkach zachowały się nawet miękkie
części zwierząt, także włosy i pióra, a nawet nieco zawartości treści żołąd-
kowej.

Dowody te świadczą o bardzo gwałtownym i całkowitym pogrzeba-
niu przez osady niezwykłego potopu. Nie była to z pewnością jakaś
lokalna powódź. Wody jej musiały ogarnąć wszystkie regiony świata.

Martwa ryba zawsze wypływa na powierzchnię wody, rozkłada się
lub tonie i jest pożerana przez padlinożerców. A więc w jakiż sposób
wyjaśnić zdumiewające kalifornijskie cmentarzysko skamieniałych ryb o
długości od 15 do 20 cm. Ich ciała zgromadzone są w ilości 50 sztuk na
metr kwadratowy na obszarze przekraczającym 10 km kwadratowych.
Dawałoby to w sumie więcej niż jeden miliard ryb. Ich głowy są
wykrzywione ku tyłowi, co dowodzi, iż porwane zostały nagle i
natychmiast pogrzebane.

W Fifeshire, Anglia, znaleziono w piaskowcu dobrze zachowane
ryby. Więcej niż 1000 ryb ściśniętych było na powierzchni jednego metra
kwadratowego. I znowu musiało to być natychmiastowe pochłonięcie.

W Południowej Afryce obliczono, że w formacji Karroo znajduje się
sto miliardów szkieletów zwierząt kręgowych.

Największym jednak z wszystkich cmentarzysk skamienielin jest
cmentarzysko arktyczne na Syberii. Nie mieści się w jakichkolwiek
opisach. W zamarzniętej tundrze pogrzebane są niezliczone ilości
mamutów i wszelkiego rodzaju innych gatunków takich, jak konie, lwy,
lisy i wielbłądy. Obliczenia wskazują na aż pięć milionów mamutów
pogrzebanych tam. Niektóre z tych mamutów są tak dobrze zachowane,
że ich mięso mogło być pożerane (głównie przez psy) wiele tysięcy lat
później.

Istnienia owych cmentarzysk skamienielin niepodobna wyjaśnić na
gruncie nowoczesnej geologii uniformistycznej. Skamienieliny te bowiem
dostarczają dramatycznego dowodu na to, że jakaś era ziemska
zakończyła się z ogromną gwałtownością — i to przez wodę. (Zob. „The
Genesis
Flood”,str. 156-161; „The Creation Explanation”, str. 51-52; zapis
magnetofonowy wykładu śp. dr. Shelley’a z the Evolution Protest
Movement).

GEOLOGIA POTOPOWA

Geologia ewolucyjna odrzuca potop, a podsuwa nam kolumnę
stratygraficzną przedstawioną tak, aby odpowiadała teorii ewolucji. Ale
przypuśćmy, że potop naprawdę się wydarzył (w rzeczywistości istnieje
wiele dowodów na potwierdzenie tego wydarzenia), jakaś kataklizmowa
powódź spowodowana nie tyle przez deszcze, jakie znamy dzisiaj, lecz
przez „wszystkie źródła Wielkiej Otchłani” (Rdz 7, 11), a mianowicie przez
oceany, przez ogromne wyniesienia dna oceanów, przez działalność
tektoniczną i okresowe zatapianie kontynentalnych lądów oraz zapadanie
się oceanów zatapiających całe kontynenty. Istnieją na to świadectwa.

Co więcej, wielu kompetentnych ludzi sądzi, iż w górnych warstwach
atmosfery znajdował się jakby baldachim z pary wodnej („wody ponad
sklepieniem”, Rdz 1, 7), który został strącony przez działania tektoniczne i
lunął na ziemię potęgując potop.

Jeśli rzeczywiście potop miał miejsce, to kolumna stratygraficzna
ewolucjonistów powinna zostać poddana reinterpretacji. Nie może
bowiem w dalszym ciągu świadczyć na rzecz postępu ewolucji.

Zamiast ukazywania ewolucyjnego postępu różnych form życia, który
miałby zastąpić sam akt stworzenia, kolumna stratygraficzna może być
widziana jako zapis kolejności, w której różne istoty były grzebane przez
potopowe osady.

Na samym dole tej kolumny znajdują się proste gąbki, meduzy,
robaki morskie, skorupiaki oraz trylobity. Sugeruję w tym momencie, że
są one na dnie tej kolumny, ponieważ zajmują miejsce, gdzie w
rzeczywistości żyły, tzn. na dnie morza. I dlatego też były pierwszymi
istotami, które zostały pogrzebane przez zalewowe osady.

Wolno pływające ryby zostały uchwycone później. Z kolei amfibie
zostały pogrzebane jeszcze później, ponieważ żyły wyżej, blisko poziomu
lądu. W ten sposób warstwy skamienielin rejestrowały kolejność grzebania
zwierząt w niesionych przez potop osadach.

Po pewnym stadium tego potopu zaczął oddziaływać inny z kolei
czynnik, a mianowicie naturalne sortowanie. I tak, prostsze, niższe
zwierzęta były porywane przez prąd wody, podczas gdy wyższe, bardziej
złożone stawiały większy opór i dzięki temu nie uległy natychmiasto-
wemu porwaniu. W tych ruchomych falach powodziowych hydrauliczne
zasady działania prądów wodnych wysortowały te prostsze, mniej
złożone stworzenia i spowodowały, że zostały one pogrzebane najpierw
i niżej, podczas gdy złożone i bardziej rozwinięte zwierzęta tonęły
dużo wolniej i dlatego zostały pogrzebane wyżej w kolumnie sedymen-
tacyjnej.

W końcu włączył się w ów dramat trzeci czynnik, który można
określić jako czynnik umykania. Otóż bardziej rozwinięte zwierzęta są
ruchliwsze. Kiedy wody podnosiły się coraz bardziej, ptaki odfruwały na
tereny położone wyżej, również takie zwierzęta, jak konie, małpy i
oczywiście sam człowiek, wszystkie istoty, które były bardziej zwinne i
szybciej biegały, ratowały się ucieczką w miejsca wyżej położone w miarę
jak wody wzrastały, i w ten sposób przetrwały nieco dłużej. One zatem
były ostatnimi stworzeniami, które uległy zatopieniu..

Rzeczywista kolumna skamienielin odpowiada całkowicie temu
modelowi wydarzeń.

Zastanówmy się teraz nad tym, co to oznacza. Oznacza to
mianowicie, że te wielkie skały osadowe złożone zostały w sposób
gwałtowny przez wielką powódź i że ta kolumna skamienielin została (w
większej części) uwięziona w tych osadach przez ten sam zalew. Oznacza
to, że niemal wszystkie żyjące na ziemi istoty zostały porwane przez potop
i pogrzebane w jego osadach. Istoty te uległy skamienieniu, a osady
przekształciły się w skały.

Oznaczałoby to, że miliony skamienielin znajdowanych w skałach to
(w większej części) stworzenia, które żyły na ziemi razem w czasie, kiedy
zaskoczył je wielki potop — nieważne czy były to trylobity, czy też
dinozaury, czy włochate mamuty, czy też człowiek — w rzeczywistości
cały świat ożywiony.

Oznacza to odrzucenie geologii ewolucyjnej i jej, miliardy lat
liczących, okresów czasu; wiedzie nas natomiast z powrotem ku geologii
potopowej i ku młodej ziemi.

CZĘŚĆ 6

IZOTOPOWE METODY DATOWANIA

W tym miejscu przenosimy naszą dyskusję ku ziemi, która nie jest
bynajmniej przeraźliwie stara, lecz zadziwiająco młoda. Można jednak
mieć zastrzeżenie: a co na to izotopowe metody datowania? Czyż nie
mówią nam one, że najstarsze skały mają 4, 5 miliarda lat?

W izotopowych metodach datowania wykorzystuje się takie
pierwiastki, jak uran (rozpadający się w ołów) oraz potas (przechodzący w
argon). Obie metody oparte są na założeniach, nie mających uzasadnienia.

Pierwsze założenie dotyczy zamkniętego układu. Założenie
to polega na przyjęciu, że uran i potas znajdowały się w skałach w ukła-
dzie zamkniętym przez miliony lat. Układ zamknięty oznacza układ
idealny, który nie jest możliwy w skałach. W istocie pierwiastki zawarte
w skałach uległy zanieczyszczeniu, ługowaniu, wymieszaniu i wietrzeniu
oraz wielu innym niszczącym czynnikom, co czyni niemożliwym datowa-
nie na ich podstawie.

Drugie założenie mówi, że radioaktywne wskaźniki rozpa-
du nigdy nie zmieniają się. Wskaźniki rozpadu zmieniają się, jeśli na
przykład zmieni się promieniowanie kosmiczne. Promieniowanie kos-
miczne prawie na pewno zmieniało się z przyczyny zmiany ziemskiego
pola magnetycznego, a także z powodu wybuchów Supernowych w
sąsiednich gwiazdach. W 1972 roku dr Frederick Juneman wyjaśniał, że
takie supereksplozje muszą poprzestawiać nasze atomowe zegary. Dodał
też, że mogłyby „zapędzić w kozi róg” naszą radioaktywną metodę
datowania.

Trzecie z kolei założenie dotyczy pomiarów dokonywanych na
podstawie „rozpadowego” (lub pochodnego) ołowiu czy gazu argonu-40.
Zakłada się, że kiedy macierzysty uran lub potas weszły w skład skały, nie
było ani „mierzonego” rodnikowego ołowiu, ani rodnikowego argonu-40.
Założenie to jednak nie jest uzasadnione, zwłaszcza w świetle wiedzy o
gwałtownych zjawiskach jakie mogą występować w skałach.

Mniej niż jeden procent zawartości argonu w skałach jest rezultatem
rozpadu potasu. Trudno jest wszakże określić, który jest argonem
radiogenicznym, a który nie. Co więcej, ta metoda datowania opiera się
jeszcze na innym założeniu, a mianowicie na tym, że stosunek argonu-
40 (radiogenicznego) do argonu-36 (nieradiogenicznego) zawsze był jak
300 do 1. Sondy kosmiczne dowiodły, że stosunek ten na Marsie różni się
znacznie, bo występuje tam dużo mniej argonu-36; natomiast na Wenus
stosunek ten różni się też znacznie, ale w sposób odwrotny, gdyż zawiera
znacznie więcej argonu-36. Jest to zła wieść dla potasowo-argonowej
metody datowania, jako że dyskredytuje samą jej podstawę.

Kiedy potas rozpada się, wtedy wytwarza się zarówno wapń-40 jak i
argon-40. Zaobserwowany stosunek rozgałęzienia wynosi 0:12,
jednakże w celu sprawienia, aby potasowa metoda datowania potwierdziła
już wcześniej ustanowioną metodę datowania uranowego, stosunek
rozgałęzienia, który był stosowany zmienia się od 0: 12 na 0: 08. Innymi
słowy, metoda potasowa jest tak kalibrowana, aby ją dostroić do metody
uranowej.

Aby skrócić nieco nasze wywody nie będziemy omawiać metody
datowania rubidiowo-strontowej. Odnoszą się do niej podobne zastrzeże-
nia jak do metody potasowo-argonowej.

Istnieje obszerna kreacjonistyczna literatura, która krytycznie trak-
tuje izotopowe metody datowania. Zastrzeżenia powyższe wybrane zostały
z prac dr. Malvina Cooka publikowanych w„Scientific Studies In Special
Creation”, str. 79-89, oraz w„Bible-Science Supplement”, październik
1976; a także z prac dr Harolda Slushera zamieszczonych w tym
suplemencie z lipca 1980 roku, jak również dr. Henry Morrisa,
publikowanych w„Scientific Creationism”, 1974 str. 137-146.

Rozbieżność wyników datowania. Omawiane są one szczegółowo przez
Johna Woodmorappe w „C. R. S. Quarterly”(wrzesień 1979, str. 102-129).
Na ośmiu stronach autor wymienia przykłady odczytów dat uzyskanych
metodą izotopową, które okazały się sprzeczne z oczekiwaniami;
oczekiwane, to znaczy zgodne ze skamienielinami i stratygrafią.
Woodmorappe wysuwa tezę, że chociaż wiele odczytów zgadza się z
biostratygrafią, to jednak niemożliwym jest poznanie rzeczywistej liczby
odczytów rozbieżnych. Dlaczego? Ponieważ zgodne odczyty są publiko-
wane, natomiast „te, które pozostają w sprzeczności do innych danych
rzadko bywają publikowane”.

Wysuwa on ponadto jeszcze jedną tezę, a mianowicie, że „każdy
sprzeczny odczyt może być usprawiedliwiony przez utrzymywanie, że jakieś
wydarzenie otwarło ten system, podczas gdy jednocześnie twierdzi się, że 

owo rzekome wydarzenie nie zostało zarejestrowane w geologii regional-
nej… „‚,
cytuje kilka zdumiewających „wyjaśnień” podanych jako uspra-
wiedliwienie niemożliwych do zaakceptowania odczytów.

John Woodmorappe dodaje: „Prawdopodobnie największymi narusze-
niami z wszystkich są radiometryczne datowania wielokrotnie większe od
przyjmowanego wieku ziemi, a więc większe niż 4, 5 miliarda lat”.
Wspomi-
na trzeciorzędowy bazalt datowany na 10 miliardów lat oraz prekambryj-
ską skalę, której wiek, na podstawie metody rubidowo-strontowej (Rb-Sr),
ocenia się na 34 miliardy lat. Te odczyty były jakoś tam „usprawiedliwia-
ne”. Odwołuje się on ponadto do częstych odczytów uzyskanych metodą
potasowo-argonową, które wahają się w granicach od 7 do 15 miliardów
lat, także „usprawiedliwione”, chociaż przekraczają 6-cio lub 7-
dmiokrotnie przypuszczalny wiek ziemi.

O dalszych interesujących przykładach „datowań” uzyskanych drogą
radiometryczną, które są: (a) anomalne lub (b) nawet sprzeczne w
odniesieniu do tej samej skały, czytaj w pracy Kofahla i Segravesa„The
Creation Explanation”(str. 195 i nast. ).

Test rzeczywisty. Gdyby istniały jakieś skały o znanym wieku,
wówczas można by było sprawdzić na nich ważność izotopowej metody
datowania. Takie skały istnieją rzeczywiście.

W morzu w pobliżu Hawajów wybuchy wulkaniczne utworzyły skały
zaledwie 200 lat temu. Przy pomocy metody potasowo-argonowej wiek ich
określono aż na 22 miliony lat. Zaś w roku 1801 niedaleko od Hualalei
(Hawaje) inne jeszcze skały utworzone zostały przez działalność
wulkaniczną. Metoda potasowo-argonowa określiła wiek tych de facto
młodych skał na 160 milionów do 3 miliardów lat. Tak więc dzięki tej
rozstrzygającej próbie metoda potasowo-argonowa została całkowicie

zdyskredytowana.
Co w takim razie można powiedzieć o metodzie uranowo-ołowiowej?

Otóż metoda ta zawiera w sobie pewien łańcuch etapów pośrednich, jak
rozpad uranu i toru w ołów-206 (+ hel), w ołów-207 (+ hel), ołów-208 (+
hel). Próbka skały przeważnie będzie (choć nie zawsze) zawierać wszystkie
te izotopy, jak również ołów-204, zwykły ołów (Pb). Przypuśćmy, że
pierwotny macierzysty minerał spędził całe swoje trwanie chroniony w

jakimś idealnym układzie zamkniętym, rozpadając się zgodnie z tymi
łańcuchami. Powinno się wtedy zaobserwować, że uran, tor i kilka
izotopów ołowiu znajduje się w zależności, która jest określana jako
wzajemne stosunki równowagi. Jeśli jednak nie znajdują się
one w równowadze, to znaczy, że musiało tam wystąpić zanieczyszczenie,
że system ten nie był zamknięty.

Tam jednak, gdzie rzeczywisty wiek nie jest znany, chociaż zakłada
się, że jest on odległy w czasie, to anomalie te widocznie nie zostały
zauważone. Ale w przypadku skał znanych jako młode oczywistym było,
że wiek kalkulowany nie ma żadnego związku z wiekiem prawdziwym.
(Sidney P. Clementson w „Speak to the Earth”, str. 373).

Jednakże czasami jakaś liczba przyniesie zgodne określenia
wieku i z tej przyczyny utrzymuje się, że potwiedza to samo datowanie.
Clementson nie zgadza się z tym. Twierdzi bowiem, że gdy próbki
pobierane są z tych samych źródeł, proporcje izotopów będą oczywiście
dawały zgodne, rzekome określenia wieku. Ważne jednak jest to, czy
stosunki te są we wzajemnej nierównowadze.

Clementson następnie kataloguje wyniki badań pochodzących ze skał
rosyjskich i z USA, badań nad skałami azorskimi, z Tristan da Cunha i z
Wezuwiusza. Wszystkie te skały zostały utworzone niedawno.
Wszystkie izotopy były w stosunkach nierównowagi, na podstawie czego
można było obliczyć „wiek” tych, w istocie młodych skal sięgający od
100 milionów do 10, 5 miliarda lat. Oczywistym jest, że jeśli macierzysty
pierwiastek był kiedyś czysty, to z pewnością został później zanieczysz-
czony.

Jednym z podstawowych założeń w metodzie izotopowego datowania
jest to, że w czasie zero macierzysty pierwiastek wszedł w skład skały
czysty, bez żadnych rozpadowych elementów. Najnowsze badania
przeprowadzone nad młodymi skałami podważyły to założenie. Ponieważ
stanowi ono podstawę metody izotopowej, oznacza to, że datowanie nie
jest błędne jedynie marginalnie, lecz jest całkowicie pozbawione znaczenia.

Tak więc wiarygodność izotopowego datowania została obalona na
podstawie badań przeprowadzonych na skałach o znanym wieku.

Pozostaje jednak jeszcze jedna kwestia: czy jest możliwe, aby owe
radiometryczne „wieki” mogły mimo wszystko wskazywać, że ziemia jest
stara (ma miliardy lat). Clementson twierdzi: „Te datowania nie mają
żadnego związku z wiekiem ziemi, ponieważ obliczane okresy czasu
różnią się tak znacznie. Tak więc proporcje macierzystych i rozpadowych
pierwiastków są po prostu tylko proporcjami… „.
Są proporcjami, a nie
wiekami.

Warto zwrócić uwagę na to, że ewolucjoniści trzymają się kurczowo
zdyskredytowanych metod radiometrycznych, dlatego, że metody takie
nadają pewien pozór ważności tym ogromnym okresom czasu, które są im
potrzebne dla celów ewolucji. Uparcie zaś ignorują dziesiątki innych
zjawisk, które dostarczają dowodów na to, że zarówno ziemia jak i
wszechświat są młode. Zagadnienie to będzie szczegółowiej omawiane w
dalszej części książki.

DATOWANIE METODĄ WĘGLOWĄ C-14. Metodę tę stosuje się
na szczątkach organicznych, takich jak kości, drzewa oraz węgiel i ropa
przekraczających 30 000 lat. W gruncie rzeczy jednak istnieją poważne
powody, by uważać tę metodę za wątpliwą już w odniesieniu do okresu
przekraczającego 3000 lat. Laboratorium Geochron w Ameryce odrzuca
jej stosowanie, kiedy w grę wchodzi datowanie przekraczające 3000 lat,
twierdząc iż po przekroczeniu tej granicy nie można już na niej polegać.
Kiedy na przykład czytamy, że datowanie metodą węglową C-14 stanowi
dowód na to, iż tubylcy w Australii żyją tam od 30 000 lat, oraz inne
podobne stwierdzenia, wtedy rodzą się w nas pewne wątpliwości co do
wiarygodności tej metody.

Węgiel (C-14) jest wytwarzany przez promieniowanie kosmiczne
i azot znajdujący się w górnych warstwach atmosfery. Ta meto-
da datowania uzależniona jest od jednego warunku — a miano-
wicie od równowagi, czyli od wytwarzania węgla-14 w górze atmosfery
oraz od jego rozpadu tutaj na dole, na ziemi, pozostających w
równowadze.

Tę metodę datowania wynalazł w 1946 roku Walter Libby, za co
otrzymał Nagrodę Nobla. Jego obliczenia wykazywały, nie równowagę,
lecz 20% nierównoważność — wytwarzanie o 20% większe od rozpadu.
Wydawało się to niemożliwe, ponieważ promieniowanie kosmiczne
działając przez zaledwie niespełna 30 000 lat przyniosłoby w rezultacie
równowagę, a z pewnością każdy wie, że promieniowanie kosmiczne,
ziemia, i wszystko, liczą sobie miliardy lat. Nierównowaga zaś
oznaczałaby, że ziemia ma mniej niż 30 000 lat. Dlatego też liczba 20%
została zignorowana, nazwano to błędem eksperymentalnym, przyjęto
natomiast, że równowaga istnieje. Ale fakty są nieustępliwe. Nierówno-
waga ta bowiem jest oczywista. W istocie jest wyższa niżby to wynikało z
obliczeń Libby’ego. Albowiem wynosi ona 38%, a nawet więcej. Stąd też
odczyty uzyskane metodą węglową C-14 wymagają skorygowania; uczeni
kreacjoniści stosują nierównowagową poprawkę.

Metoda ta również zależy od promieniotwórczego węgla-14 i od
zwykłego węgla-12, które przez cały czas pozostają w stałej proporcji.
Taka proporcja uległaby zmianie wówczas, gdyby jakiś wstrząs w
przyrodzie, taki na przykład jak potop, miał wpływ na wytwarzanie się
węgla-14. Wielu uczonych kreacjonistów sądzi, że przed potopem istniał
baldachim parowy, który obniżał znacznie wielkość kosmicznej radiacji.
Oznaczałoby to, że żyjące przed potopem istoty wchłonęły mniej węgla-14.
Datowanie zatem ich szczątków dałoby niewielki odczyt zawartości węgla-
14, co, według „równowagowego modelu Libby’ego”, byłoby interpreto-
wane jako ogromny okres czasu.

Wydaje się całkiem pewnym, iż pole magnetyczne ziemi było
progresywnie silniejsze, w miarę jak cofamy się w czasie. Redukowałoby
to promieniowanie kosmiczne, a tym samym zmniejszało ilość węgla-14.
Wynik wyolbrzymiałby więc okresy czasu ustalone na podstawie metody
węglowej C-14.

Dla kreacjonisty jednak, uwzględniającego nierównowagę oraz potop
(a także inne czynniki), ten wielki okres czasu musiałby zostać
skorygowany i sprowadzony do skali mniejszej.

Analizując liczbę tej nierównowagi, Melvin Cook, profesor metalur-
gii, oraz Robert Whitelaw, fizyk nuklearny, zastosowali skorygowane
liczby dla węgla-14, które szacują wiek ziemi na maksimum 10 000 lat i,
całkiem prawdopodobnie, na znacznie mniej.

30 000 odczytów uzyskanych metodą węglową. Robert Whitelaw,
wkładając niezwykle wiele trudu w swoje badania, sprawdził 30 000
zarejestrowanych odczytów uzyskanych na podstawie datowania metodą
węglową C-14, zastosował poprawki, sporządził ich wykres. Odkrył dwie
ważne rzeczy:

  • okazuje się, że istniał taki okres, około 5000 lat temu, w którym
    nie było prawie żadnej żywej istoty, ale epokę tę poprzedziło
    bujnie rozwinięte życie. Następnie odkrył świadectwa stopniowo
    rozwijającego się życia, które nastąpiło po tym martwym okresie.
    Uważa on te fakty za świadectwo zagłady życia przez klęskę po
    topu;

  • wszystko, co zostało poddane testowaniu przez metodę węglową C-14
    dostarczyło jakiegoś odczytu węgla-14, z wyjątkiem trzech, megapo-
    dowych jaj pochodzących z groty na Filipinach. W testowanie to
    włączono znaczne ilości skamieniałych szczątków kostnych, takich
    jak neandertalczyka, człowieka z Rodezji i rzekomo niezmiernie starej
    czaszki z Keilor, oraz kości mamuta sprzed 3370 lat, określane jako
    „niewiarygodne!”, wymarłe zwierzęta, jak tygrys szablozęby, dalej
    węgiel i ropa naftowa oraz skamieniałe drewno, a także rdzenie
    głębokiego dna oceanicznego zawierające coś, co rzekomo miało być
    najbardziej prymitywną formą życia.

W istocie każda, kiedyś żyjąca istota, była możliwa do zdatowania
przy zastosowaniu metody węglowej C-14. Wielu tych datowań
dostarczyły zadziwiająco młode odczyty, a wszystkie dały względnie
bliskie datowania.

Dla każdego wiernego ewolucjonisty jest to nie tylko kłopotliwe, lecz
wręcz niemożliwe. Jeśli ewolucja jest prawdziwa i jeśli istoty żyły i
wymierały w ciągu setek milionów lat, to w takim razie z 30 000

wyrywkowych okazów testowanych metodą węglową C-14, tylko dwa
powinny być możliwie do zdatowania, a 29 998 okazów niedatowalnych.
Badania Whitelawa dowiodły czegoś przeciwnego, a mianowicie że 29 997
okazów udało się zdatować. podczas gdy 3 okazy były z jakiegoś powodu
niedatowalne.

Co więcej, wraz z zastosowaniem poprawek nierównowagi oraz
korekt potopowych. Whitelaw umieścił najstarsze daty w okresie nie
przekraczającym 7000 lat. co — jak sugeruje — oznaczałoby czas
stworzenia. (Zob. „Speak to the Earth”, artykuł R. Whitelawa, str.
331-364 a także „Bibie Science Supplement”. lipiec 1980).

Skały księżycowe. Kiedy statek „Apollo” dostarczył nam skały z
księżyca, naukowcy mieli nadzieję, że ustalą dokładnie jego wiek oraz
wiek ziemi i całego układu słonecznego. Te księżycowe skały leżące
nieporuszenie od niepamiętnych czasów bez. żadnych śladów działania
wiatru, deszczu czy powodzi powinny były stanowić znakomity materiał
dla datowania. Ale skały księżycowe tylko pogłębiły wątpliwości.

Przypuszcza się, że księżyc liczy 4, 5 miliarda lat. Kiedy jednak
zastosowane zostały metody izotopowego datowania, wówczas uzyskano
niewiarygodną wręcz rozmaitość odczytów, wahającą się od dwóch
milionów do 28 miliardów lat.

Zinjanthropus i czaszka-1470. Dr Louis Leakey odmówił udostępnie-
nia kości Zinjanthropusa do datowania metodą węglową C-14,
uzasadniając to tym, że są one nazbyt stare, by zawierać jakikolwiek
węgiel-14. Czaszka-1470 także nie była testowana metodą C-14. Biorąc
pod uwagę 30 000 odczytów Whitelawa, interesującym byłoby poddanie
testom obu tych skamienielin

Dla określenia wieku Zinjanthropusa zastosowano metodę potasowo-
argonową, jednakże nie na samych szczątkach kostnych, lecz na skałach,
które znajdowały się ponad i poniżej tych szczątków. Należy zwrócić
baczną uwagę na to, co się wydarzyło. Otóż poddano testom dwie próbki
skalne, znajdujące się pod szczątkami Zinjana. Według jednego odczytu
skała znajdująca się poniżej tych szczątków okazała się młodsza o 250 000
lat od skały przykrywającej je, podczas gdy starsze powinny być położone
niżej. Kolejna próba dała jeszcze gorszy wynik. Według niej bowiem skala
niższa była młodsza o 500 000 lat od skały ponad Zinjanem, a przecież
powinno być odwrotnie. Na domiar złego, jeszcze jeden ewolucjonistyczny
autorytet, von Koenigswald, oświadczył, że ten ostatni test jest
niedokładny i że te pół miliona lat powinno się odczytać jako około jeden
milion lat mniej od skał leżących wyżej. Jeśli odwróci się tę
jednomilionową rozbieżność, to — przypuszczam — przysporzy się sobie
dwumilionowego kłopotu przy ocenie 1 750 000-letniego wieku, który dr
Leakey przypisał Zinjanowi. (Zob. Davidheiser, „Evolution And Christian
Faith”,
str. 294).

Datowanie czaszki-1470. Metoda potasowo-argonowa została zasto-
sowana na tufie wulkanicznym sąsiadującym z tą czaszką. Pierwszy odczyt
dokonany w Laboratorium Uniwersytetu w Cambridge określił jej wiek na
221 milionów lat. Zostało to odrzucone jako niemożliwe.

Dalsze próbki były testowane w tym samym laboratorium i dały
odczyty zawierające się w granicach 2, 4 do 2, 6 miliona lat. Próbka tego
tufu była także testowana przez czołowy autorytet w dziedzinie metod
datowania z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Berkeley (USA) i tu wiek jej
określono na 1, 8 miliona lat.

Ogłoszony wiek czaszki-1470 wynosił 2, 6 miliona lat. Od tego czasu
naukowcy z laboratorium w Cambridge testowali wiele jeszcze innych
próbek tego tufu i otrzymali odczyty sięgające od 290 000 lat do 19, 5
miliona lat.

Łatwo jest więc zrozumieć, dlaczego potasowo-argonowy zegar
był określany jako zegar pozbawiony wskazówek, a nawet zegar bez
tarczy.

ODCISKI STÓP W KAMIENIU. Teoria ewolucji oraz nowoczesna
geologia nauczają, że najwcześniejsze morza obfitowały w trylobity.
Przypominały jakby stonogi, niektóre o długości od 3 do 5 cm, niektóre

dużo większe. Naucza się ponadto, że wymarły one setki milionów lat
przed pojawieniem się człowieka na ziemi.

W skałach kambryjskich, w stanie Utah, odkryto odciski stopy
ludzkiej obutej w sandał, z wdeptanymi w ten odcisk skamienielinami
trylobitów. W tej samej kambryjskiej formacji znaleziono dalsze odciski
sandałów, a także odciski bosych stóp dziecięcych. W tej samej skale, w
każdym odcisku znajdowały się małe trylobity.

Skały kambryjskie i trylobity! Sądzono, że zarówno te skały jak i
trylobity skończyły się setki milionów lat przed rozpoczęciem się ery
ludzkiej.

Morris i Whitcomb w swojej książce pt. „The Genesis Flood”
omawiają odkrycie tego, co najwyraźniej stanowi odciski stóp człowieka
znalezione w różnych miejscach Ameryki, w skałach tak starych jak okres
karboński, liczące ponoć 200 milionów lat. Odciski te stanowią
niepodważalny dowód na to, że zostały postawione przez ludzką stopę
wówczas, gdy skały te były jeszcze miękkie.

Ewolucjoniści jednak nie przyjmą tego dowodu jako przekonywujący.
Jeden z nich komentował to następująco: „Jeśli naprawdę w tak odległym
okresie karbońskim w jakiejkolwiek postaci istniał człowiek, czy nawet jego
małpi przodek, lub nawet tego małpiego przodka wczesny przodek ssak, to
cała nauka geologii okazałaby się tak kompletnie błędna, iż wszyscy
geologowie winni zrezygnować ze swoich zajęć a wziąć się za prowadzenie
ciężarówek”.
(A. C. Ingalls w „Sc. American”, styczeń 1940).

Dlatego też geologowie obchodzą te dowody, uciekając się do
wyjaśnień, że owe odciski stóp musiały być wyrzeźbione przez Indian lub
też pozostawione przez jakieś nieznane, ziemnowodne zwierzęta.

Ta sama książka oraz inne publikacje donoszą o teraz dobrze już
znanych, a zdumiewających znaleziskach sfosylizowanych odcisków
nóg dinozaura oraz odcisków stóp ludzkich znalezio-
nych na szlakach sąsiadujących ze sobą, a nawet wzajemnie się przecinają-
cych. W jednym przypadku odcisk dinozaura nakłada się na odcisk stopy
ludzkiej. Umiejscowione są one w korycie małej rzeki Paluxy w pobliżu
Glen Rose w Teksasie.

Trzeba też rozważyć najnowszy rozwój wydarzeń. W 1982 roku
zaczęły pojawiać się w tej skale pewne zabarwienia, które do wielu
„ludzkich” odcisków wydają się dodawać zarys trzech wielkich palców.
Sugeruje to stopę dinozaura, ale nie dotyczy żadnego ze znanych jego
gatunków. Póki tajemnica tych zabarwień nie zostanie wyjaśniona należy
powstrzymać się od oceny, czy są to ślady ludzkie czy zwierzęce.

Niezależnie od tego, spójrzmy w dół rzeki Paluxy na odkrycie, które
wskazuje, że owe ślady dinozaurów powstały niedawno.

Nowy argument został przytoczony w „C. R. S. Quarterly”(wrzesień
1979). W sierpniu 1978 roku odkryto rozstrzygający dowód na to, że
dinozaury wcale nie żyły w tak odległych czasach. W korycie rzeki Paluxy,
około dwieście metrów w dół strumienia od owych szlaków dinozaurów,
znaleziono zwęgloną gałąź drzewa. Gałąź ta wbita jest w skałę z okresu
kredowego. Jest więc zupełnie oczywistym, iż płonąc wpadła do osadów
wapniowych, kiedy jeszcze osady te nie uległy stwardnieniu.

Także ślady stóp dinozaurów zostały pozostawione na krótko przed
stwardnieniem tych osadów, w przeciwnym bowiem razie nie byłyby
przetrwały. Dlatego też odciski nóg dinozaurów oraz człowieka były z
pewnością pozostawione mniej więcej w tym samym czasie, kiedy ta
płonąca gałąź wpadła do osadów.

Za pomocą metody węglowej C-14 wiek tego spalonego drzewa
określono na około 12 800 lat. Geolog potopowy wprowadziłby zapewne
poprawki, które zredukowałyby tę liczbę do wieku sięgającego około 6000
lat.

Jakby nie spojrzał na to ewolucjonista, trudno mu byłoby zaprzeczyć
oczywistości tego dowodu, z którego wynika, iż dinozaury żyły jeszcze
całkiem niedawno i były współczesne człowiekowi. Niemniej jednak nie
spodziewam się, by nawet ten argument sprowokował wielu geologów do
przyznania, iż ich koncepcja geologii ewolucyjnej jest całkowicie błędna,
i do przestawienia się na prowadzenie ciężarówek.

CZĘŚĆ 7

DRYFT KONTYNENTALNY
(TEKTONIKA PłYTOWA)

Kiedy skamienieliny są znajdowane w niewłaściwej kolejności
ewolucyjnej, zauważamy, że ewolucjonista tłumaczy to wędrówka gór
przez ląd. Wędrujące góry są niczym w porównaniu z wędrującymi
kontynentami. Nową koncepcję, która zdobyła sobie uznanie wśród
większości geologów w ostatnich dwudziestu latach, jest koncepcja
dryfowania kontynentów po kuli ziemskiej.

Podręcznikowe ilustracje zaczynają najczęściej od ukazania superkon-
tynentu (Pangea) obejmującego wszystkie lądy, i od reszty świata czyli
superoceanu (Panthalassa). Ta nowa teoria głosi, że 200 milionów lat
temu Pangea zaczęła rozpadać się na kontynenty, które dzisiaj istnieją.
Kontynenty te w różnych okresach zaczęły wędrówkę ku swoim obecnym
usytuowaniom. Najwcześniej na drodze do złączenia się z Azją znalazły się
Indie. Afryka oderwała się dosyć wcześnie, lecz nigdy nie zawędrowała
zbyt daleko. Australia ruszyła się najpóźniej, bo około 60 milionów lat
temu, pociągając za sobą Nową Zelandię, by później ją zgubić.
Antarktyka (z jakiegoś powodu) pozostała nie poruszona.

Niemniej jednak Pangea nie jest początkiem nowej geologicznej
opowieści. Teoria ta z przekonaniem zapewnia nas, że kontynenty
dryfowały wokół globu przez 2700 milionów lat, przesuwając się na
swoich oddzielnych płytach, zderzających się i przepychających nawzajem.
Później, w czasie trwania tego procesu, wcześniej istniejące kontynenty,
wszystkie — co jest rzeczą raczej dziwną — w jakiś sposób zeszły się
razem i zagęściły w Pangeę (Wszechląd).

Ostatni rozdział tej historii rozpoczął się 200 milionów lat temu.
Pangea poczęła się rozpadać na kontynenty w ich obecnych kształtach i
rozpraszać się.

Większość geologów wyśmiewała ten scenariusz przez dziesiątki lat.
Jednakże około 20 lat temu sceptycyzm ów zaczął się przekształcać w
akceptację, a teraz teoria ta stała się podstawowym geologicznym credo.

Przejście od przekonania o nieporuszalności kontynentów do wiary w ich
wędrowanie okazało się tak nagłą zmianą w myśleniu geologów, iż zaiste
wywołuje to zdumienie.

Jeszcze wyższy stopień zdumienia pojawia się wówczas, kiedy
zauważamy, że pewna liczba uczonych kreacjonistów, po przedstawieniu
nieodpartej naukowej argumentacji świadczącej przeciwko tej nowej
teorii, uznaje następnie — do pewnego stopnia — możliwość jakiegoś
rozszczepienia i odchylania się kontynentów, jednakże nie na przestrzeni
milionów lat, lecz w czasie i po wstrząsach spowodowanych przez potop.
W najwyższym stopniu zdumieni, mamy tylko jedną drogę — odwołanie
się do dowodów. Czy dowody te popierają, czy zaprzeczają teorii o
kontynentalnym dryfcie lub tektonice płytowej?

Od wieków zauważono, iż zachodnie wybrzeże Afryki i wschodnie
wybrzeże Ameryki Południowej wydają się w jakimś stopniu odpowiadać
sobie kształtami linii brzegowych. Trzy stulecia temu niejaki Francois
Placet mniemał, że w czasie potopu nastąpiło rozdarcie kontynentów. Na
początku naszego wieku niektórzy geologowie zupełnie serio wysuwali
myśl o kontynentalnym ruchu, jednak, aż do lat pięćdziesiątych, było to
powszechnie odrzucane jako rzecz zmyślona.

Pierwszym wyłomem było odkrycie podwodnego środkowoatlantyc-
kiego pasma gór, łańcucha gór o długości 40 000 mil, przecinającego
Atlantyk i zbiegającego się z linią występowania trzęsień ziemi. Trzęsienia
ziemi występują także wzdłuż wybrzeży niektórych kontynentów i ciągów
wysp. Wywołało to przypuszczenie, że magma wulkaniczna może
wypływać na całej długości z tego atlantyckiego pasma gór, rozlewając się
i tworząc nowe oceaniczne dno. Wymaga to jednak jakiegoś mechanizmu,
który by usuwał stare dno oceaniczne.

Teoria ta postulowała zatem, że nie tylko kontynenty, lecz również
oceany znajdują się na wędrujących płytach i że tam, gdzie ruchome płyty
oceaniczne spotykają się z ruchomymi płytami lądów, płyty oceaniczne
odginane są ku dołowi. Tak więc są one wciskane pod płyty lądowe w dół
aż pod skorupę ziemską. Nazywa się to subdukcją.

Wiadomą jest rzeczą, iż magnetyzm w niektórych skałach nie ustawia
się zgodnie z polem magnetycznym. Sugerowano więc, że mogłoby to być
wyjaśnione, gdyby przesuwały się kontynenty, nie pola. Także na
podstawie magnetycznych układów rozmaitych skał, geologowie twierdzą,
że magnetyczne bieguny ziemi odwróciły się, fiknęły jakby koziołka 170
razy w ciągu minionych 76 milionów lat. Odkryto następnie, że po każdej
stronie środkowoatlantyckiego pasma dno morza wykazuje pręgowy wzór
magnetycznej zmiany kierunku, który jest jednakowy po obu stronach
tego pasma gór.

Zastosowano więc potasowo-argonową metodę datowania w odnie-
sieniu do tych skał dna morskiego i wykazano, że skały znajdujące się
w pobliżu pasma są najmłodsze, wiek ich zaś zwiększa się progresywnie
wraz ze zwiększeniem się odległości po każdej stronie tego pasma.
Owe magnetyczne prążki, teraz już datowane, wzbudziły zainte-
resowanie geologów. Wysunęli oni wniosek, że magma wulkanicz-
na wycieka nieprzerwanie z tych gór, rozlewając się we wszystkich
kierunkach i tworząc nowe dno morskie. Zdecydowali, że to nowe
dno twardniejąc zachowało ówczesny kierunek ziemskiego pola ma-
gnetycznego, a następnie przesuwało się dalej. Przekonało to ich,
że Ocean Atlantycki otwiera się i rozszerza po obu stro-
nach tego pasma gór w tempie dwóch do pięciu centymetrów na rok.
Dalej obliczono, że dno Pacyfiku poszerza się stale od 15 do
20 cm na rok.

Więcej dobrych wiadomości nadeszło wraz z odkryciem, że po każdej
stronie środkowoatlantyckiego pasma, skamienieliny znajdujące się w dnie
morskim dowodzą (według ewolucjonistycznej skali czasu), iż dno
morskie jest tym starsze, im jest bardziej oddalone od tego pasma gór.

Na Antarktyce znaleziono następnie kopalnego gada (Lystrosaurus)
podobnego do gada, który żył w Afryce, w Indiach oraz w Chinach około
200 milionów lat temu (według czasu ewolucjonistów). Gad ten jednak nie
był w stanie pokonać oceanów. Uznano więc, iż oznacza to, że
Antarktyka i Afryka były niegdyś ze sobą połączone.

Więcej dowodów pojawiło się w danych, że izotopowe datowania i
formacje warstw skalnych oraz minerałów leżących wzdłuż Zatoki
Gwinejskiej (Zachodnia Afryka) wykazują zadziwiającą zgodność z
warstwami, minerałami oraz datowaniami wokół wschodniego zakątka
Brazylii. Formacje skał osadowych w Zachodniej Europie są także
podobne do znajdujących się w niektórych miejscach wschodniego
wybrzeża Ameryki Północnej, przy braku jednak występowania podob-
nych formacji pod Oceanem Atlantyckim.

W kontekście ewolucji, te rozmaite odkrycia pozornie podsunęły
argumentację wymagającą bliższego spojrzenia na teorię dryftu kontynen-
talnego. Wydaje się jednak, że ewolucjoniści poszli jeszcze dalej i że w
imieniu geologii snują spekulacje w sposób dowolny. Spekulacje te
przyjmują postać jakiegoś dogmatu; na przykładno, że kontynenty owej
pre-Pangei dryfowały na przestrzeni miliardów lat. Jak również i to, że
Sahara leżała niegdyś na biegunie południowym z Afryką oddaloną od
Ameryki Północnej o 9000 km; i to, że w 250 000 milionów lat później
Afryka i Ameryka Północna zeszły się razem w ścisłym dopasowaniu jako
część Pangei — jednego lądu.

Czyż jest to nauka ścisła, czy też może raczej podobna jest do tak
zwanej nauki, która mówi nam, że gaz wodorowy wyewoluował w
człowieka? Przed poddaniem zbadaniu głównych argumentów, chciałbym
zauważyć (na ile to warte), iż nasza niegdyś niewielka płyta australijska
zmieniła się ponoć w ogromną indoaustralijską płytę. Również owa
skromnych rozmiarów płyta, początkowo dźwigająca Amerykę Południo-
wą. teraz przeobraziła się w kolosalną płytę amerykańską wraz z małą
płytą karaibską, która pojawiła się z nikąd. Rodzi się podejrzenie, iż
teoretycy przykrawają te płyty tak, aby pasowały do ich teorii.

Co więcej, teoria ta postuluje, iż Morze Czerwone i dołączona doń
Wielka Rozpadlina Afrykańska stanowią prawdopodobnie zaczątki
nowego oceanu, który właśnie poczyna się otwierać. Wnioskuję, że
geologia mogłaby wyjaśnić to wszystko jako masywne opadnięcia
warstw skalnych stałych kontynentów. Podobnie też Uskok San Andreas
w Kalifornii, który — jak się twierdzi — stanowi krawędź płyty Pacyfiku
ocierającej się o krawędź płyty amerykańskiej, mógłby być zadowalająco
wyjaśniany jako rezultat przemieszczania się skał, ich zderzania się i
osadzania.

D O W O D Y. Poważnymi zastrzeżeniami w stosunku do kontynen-
talnego dryfu jest że:

  1. wymaga on okresów czasowych obejmujących miliony i miliardy lat.
    Poddaję pod rozwagę dowód, który przytoczony jest w części dziesią-
    tej niniejszej książki, a który ogranicza wiek ziemi, wykluczając zara-
    zem tak ogromne okresy czasowe;

  2. uzależniony jest od datowania na podstawie skamienielin. I znowu
    poddaję pod rozwagę to, że książka niniejsza dostarcza wystarczają-
    cych naukowych dowodów, które unieważniają datowanie na
    podstawie skamienielin;

  3. zależy od potasowo-argonowych metod datowań dna morskiego.
    Omówiliśmy już wcześniej fatalną słabość długookresowego datowa-
    nia metodą izotopową, ze szczególnym akcentem położonym właśnie
    na metodę potasowo-argonową. Ewolucjoniści nadal uparcie ufają w
    izotopową metodę datowania, ale na pewno nie powinni jej ufać w
    przypadku datowania dna morskiego.

Na temat nieścisłości datowania podwodnego
morza geolog, Stuart Nevins, w artykule dla „Impact Series of
I. C. R. „,
twierdzi, że potasowo-argonowe datowanie, kiedy jest pop-
rawnie interpretowane, nie wykazuje żadnego dowodu na zwiększanie

się wieku wraz z wzrastaniem odległości od pasma gór środkowoatlan-
tyckich. Odwołuje się on przy tym do P. S. Wessona („J. Geol. „,
tom 80, 1972).

Dr H. Morris (w„Scientific Creationism”, str. 147) cytuje takie
powagi naukowe, jak Noble i Naughton, zwracając uwagę na
nieprawdopodobne potasowo-argonowe datowanie wieku hawajskich skal
podmorskich niedawnej formacji:

Okresy czasu na podstawie tych pomiarów wzrastają wraz z
głębokością próbki aż do 22 milionów lat dla law, których pochodzenie jest
niedawne. Zalecana jest ostrożność w stosowaniu odczytów dat dla
glębokooceanicznych bazaltów przy badaniach nad rozszerzaniem się dna
oceanicznego. ” („Science”,
11 października 1968).

Morris przypomina nam następnie, że chociaż ostrzega się przed
stosowaniem metody potasowo-argonowej dla podwodnego datowania, to
jednak nowoczesna koncepcja dryftu kontynentalnego jest w ogromnej
mierze oparta właśnie na takim datowaniu dna Atlantyckiego;

(d) buduje się ona na magnetycznych „zmianach kierunku” i na ich
wzorze o „żebrowych pręgach” występujących na rzekomo rozszerza-
jących się dnach morskich.

Stuart Nevins twierdzi, że „istnieje kilka poważniejszych problemów
odnośnie tego klasycznego i ‚przekonywującego’ dowodu na rozszerzanie się
dna morskiego. Po pierwsze, te magnetyczne pasma nie mogą powstawać na
skutek zmian kierunku ziemskiego pola magnetycznego. Asymetria bowiem
magnetycznych pasm, a nie żadna symetria, jest zjawiskiem normalnym”.
(Zob. Meyerhoff i Meyerhoff, „Amer. Assoc. Pet. Geol. Bulletin”,tom 56,
1972).

Powstaje tutaj następujące pytanie: czy pole magnetyczne ziemi
może zmieniać kierunek? Zależy to od tego, co je wywołuje. Musi to być
prąd elektryczny występujący we wnętrzu ziemi. Ewolucjoniści twierdzą,
że prąd ten jest wytwarzany na skutek tzw. efektu dynama wywołanego
przez ciekłe wiry, jakie mają miejsce wewnątrz rdzenia ziemi. Teoretycznie
nie jest to wykluczone, lecz — o ile dobrze rozumiem — wyjaśnienie tego
wymaga takiej złożoności warunków, że w istocie zdaje się czynić je
zupełnie nieprawdopodobnym.

W artykule „Pangea Shattered”(„C. R. S. Quarterly”,czerwiec 1979)
Mark W. Tippets stwierdza: „Nie jest wiadome w jaki sposób wytwarzane
jest pole magnetyczne ziemi i czy rzeczywiście pole to może się odwracać.
Wiara, iż ziemskie pole magnetyczne jest skutkiem dynamowego wytwarza-
nia i że pole to zmienia kierunek, nie jest żadnym dowodem. Wiadomym jest

natomiast, iż pole magnetyczne ziemi utrzymuje ten sam kierunek już co
najmniej 10 000 lat”.

Jedyną alternatywą w stosunku do owej teorii dynama wydaje się być
to, że istnieje jakiś prąd elektryczny, nie wytwarzany, lecz zanikający.
Zjawisko to wytwarzałoby zatem zanikające pole magnetyczne. To
zanikające pole magnetyczne podlegało i podlega stałej obserwacji i jest
mierzone od 150 lat. Profesor Thomas G. Barnes alternatywę tę uczy-
nił przedmiotem specjalnych badań i postuluje koncepcję zanikającego
prądu elektrycznego. A to nie pozwoliłoby na magnetyczne zmiany
kierunku.

Co w takim razie mogłoby wywoływać obserwowane zmiany
magnetycznych kierunków w skałach? Wydaje się, iż niektóre minerały i
niektóre skały zdolne są do ulegania same w sobie magnetycznym
odwróceniom, testy laboratoryjne jednak dowodzą, iż tylko bardzo
nieznaczny ich odsetek posiada tę właściwość. Są takie autorytety
naukowe, które twierdzą, że jeszcze kilka innych mechanizmów może
powodować, że skały przyswajają sobie magnetyczne pole niezgodne z
polem ziemskim. Takimi mechanizmami mogą być: (a) różnice w
magnetycznej podatności, (b) naciski tektoniczne, (c) wstrząs, (d)
pęknięcia oraz (e) przyczyny chemiczne.

W artykule Tippeta czytamy: „Magnetyczne zmiany kierunku
zaobserwowane na dnie oceanu są rzeczywiste, lecz ich przyczyna do tej pory
jest
nieznana”. Tippet przytacza opinię tej treści, że na dnie Pacyfiku
oraz Atlantyku Północnego wzory magnetyczne są czasami poplątane i że
ponadto ów wielki magnetyczny skręt na Północnym Pacyfiku wymaga,
jak się zdaje, nieprawdopodobnych form rozszerzającego się dna
morskiego i ruchu płytowego, oraz że nie odkryto żadnych magnetycz-
nych liniowań na powierzchni starszej części dna Oceanu Indyjskiego.

Najwidoczniej w jakimś zapale usprawiedliwienia teorii kontynental-
nego dryftu, przypisano o wiele więcej magnetycznym wzorom i
datowaniom, niżby to było uzasadnione.

Teraz z kolei przypatrzymy się dowodom, które powinny całkowicie
zdyskredytować tę teorię.

Siła napędzająca. Największą słabością tej teorii jest to mianowicie, że
nie ma żadnej takiej znanej czy nawet możliwej do pomyślenia siły,
która mogłaby sprawić, aby kontynenty zaczęły się przesuwać. Wystarczy
prześledzić odpowiednią literaturę, aby dowiedzieć się, iż wysuwający tę
skrajną teorię geologowie przyznają, nie zbici z tropu, że największą jej
tajemnicę stanowi to, co ruch ten sprawia.

Rozważmy na trzeźwo ogrom owych hipotetycznych płyt kontynen-

talnych, długich na 9000 km i tysiące kilometrów szerokich oraz
sięgających setki kilometrów w głąb ziemi.

Jakaż siły byłaby w stanie poruszyć tak ogromne masy? Jakaż siła
byłaby zdolna nie tylko poruszyć je, lecz jednocześnie posiadać także
dodatkową rezerwę mocy, aby wepchnąć Indie w głąb Azji tak
gwałtownie, aby spowodowało to wyniesienie Himalajów z poziomu ziemi
do ich obecnych, niebotycznych wysokości?

I jeszcze jedna rzecz: jeśli płyty oceaniczne ulegają subdukcji
(podginaniu), to jakaż moc byłaby w stanie wepchnąć jedną ogromną
płytę pod drugą i następnie wgnieść ją w dół na 600 i więcej kilometrów w
głąb ziemi? Teoretycy sami są w tak wielkim kłopocie jeśli chodzi o tę siłę
napędową, iż łatwo jest przewidzieć, że nigdy nie znajdą możliwej do
przyjęcia odpowiedzi; a to pozwala wnioskować, że ż a d n a taka siła nie
istnieje i że teoria ta jest błędna.

Subdukcja (podginanie płyt). Wysuwa się teorię, że wzdłuż Rowu
Peruwiańsko-Chilijskiego oraz wzdłuż Rowu Wschodnio-Aleuckiego
jedna płyta jest wpychana pod drugą i naginana w dół, ku wnętrzu ziemi.
Jeśli jest to prawdą, to w takim razie wzdłuż tych rowów powinny być
znajdowane sprasowane i zdeformowane osady oraz ślady ich przemiesz-
czania. Odkryto jednak coś wręcz przeciwnego. Występują tam tylko
miękkie osady, bez śladów sprasowania w strukturze. Tam zaś, gdzie
powinniśmy znaleźć wypiętrzone stosy osadów, które byłyby rezultatem
podginania (subdukcji), znajdujemy osady leżące płasko.

Podobnie dzieje się wzdłuż łuku wysp i wzdłuż nadmorskich gór na
przylądowej stronie tego rowu (góry rzekomo wypiętrzone przez parcie
podginającej się płyty). Wyspy te i góry dostarczają odczytów ciężaru
właściwego wskazujących wyraźnie, że materiał skorupowy cechuje niska
gęstość i brak kompresji.

Stuart Nevins (w artykule w „Impact”, 1973) stwierdza, że każdego
roku w przybliżeniu około 27, 5 miliarda ton osadów składanych jest na
dnach oceanicznych. Ci jednak, którzy lansują ową teorię subdukcji są w
stanie usprawiedliwić usunięcie przez nią osadów jedynie w odniesieniu do
jednej dziesiątej całej ich ilości. Osady oceaniczne bowiem tworzą się
dziesięć razy szybciej niż wzrasta ich zdolność zapadania się przez
subdukcję, co stanowi nie tylko silny dowód świadczący przeciwko teorii
płytowej, lecz także jest doskonałym dowodem na to, że ziemia jest
młoda.

Rękawiczkowe” dopasowanie. Dopasowanie brzegów jednego konty-
nentu do krawędzi innego może być dokonane na wiele różnych

sposobów. Istnieją rozmaite „dopasowania”. Nie wszystkie jednak mogą
być słuszne. Najlepsze „dopasowanie” („dopasowanie Bullarda”) wykazuje
obszar zachodzenia na siebie kontynentów; obejmuje on jeden wielki
teren, Centralną Amerykę, który musi być w jakiś sposób pominięty w
rozważaniach.

Istnieją również „dopasowania”, które geometrycznie są możliwe do
przeprowadzenia, lecz które są bezsensowne; na przykład obracając
Wschodnią Australię można ją dopasować do wschodnich wybrzeży
Ameryki Północnej. (Zob. Stuart Nevins).

WYJAŚNIENIE ALTERNATYWNE


Publikowany w „Readings In Earth Sciences” z 1972 roku artykuł
Johna C. Maxwella na temat teorii dryftu kontynentalnego (za „American
Scientist”,
tom 56, 1968) daje pewną liczbę geologicznych argumentów
przeciwko tej teorii, wśród nich dotyczące braku siły motorycznej oraz
trudności lokowania starej skorupy ziemskiej. J. C. Maxwell twierdzi, że
idea podpychania oceanicznej skorupy pod kontynentalne krawędzie —
jeśli wyobrazimy sobie, że te strefy oznaczają tysiące kilometrów
podbijania — jest w najwyższym stopniu nieprawdopodobna z co
najmniej dwóch następujących powodów:

  • po pierwsze, podsuwanie takiego ogromu powinno zapocząt-
    kować ściskające wykrzywienie się tej skorupy; zamiast tego oceaniczne
    wykrzywienia ku dołowi zdają się odzwierciedlać bierne zatapianie się i
    rozpościeranie;

  • po drugie, istnieje trudność mechaniczna, jeśli nie zgoła
    niemożliwość, wciskania tysięcy kilometrów lekkich skał skorupowych w
    dół, do wnętrza cięższych skał litosfery.

Dr Maxwell stwierdza ponadto: „Skutki rozszerzania się oceanu
wydają się oczywiste i nieskomplikowane pod warunkiem, że rozważany jest
tylko pojedynczy grzbiet, na przykład Środkowo-Atlantyckie pasmo
gór. Rozszerzanie się oceanu związane z tym pasmem gór przypuszczalnie
przemieszczało obie Ameryki ku zachodowi, a Afrykę i Europę na wschód,
na podobne odległości. Jeśli jednakże weźmie się pod uwagę łączny model
tych oceanicznych pasm, to wówczas ukażą się one jako rozmieszczone
zupełnie symetrycznie — wokół Antarktyki, pomiędzy obiema Amerykami i
Europo-Afryką oraz pomiędzy Afryką, Azją, Australią. Model ten nie może
być wytworzony przez zwykłe rozszerzanie się oceanu, chyba że to
rozszerzanie się jest dowodem na powiększanie się ziemi, jak to postulowali
Carey (1958), Heezen (1960), Creer(1965) i inni. Bardziej prawdopodobnym

jest to, że owe oceaniczne pasma gór są dopasowane do obecnej konfiguracji
i są raczej następstwem, a nie przyczyną rozmieszczenia oceanów i
kontynentów”.

Dr Maxwell patrzy na dwie strony tego medalu: (a) czy te siły
wydobywające się z oceanicznych pasm górskich wytwarzają ruchome
płyty, które w konsekwencji wsuwają się pod płyty lądowe i to ciśnienie
wypiętrza góry, (b) czy też pewne podobieństwa pomiędzy oceanicz-
nymi pasmami gór a młodymi systemami górskimi (od
Gibraltaru po Malaje, i dalej okrążające Pacyfik), plus ten fakt, że
oceaniczne pasma gór i młode systemy górskie „zdają się zbiegać wzdłuż
całego ich biegu, sugerując jakieś fundamentalne podobieństwo”.
Jeśli
dobrze to rozumiem, dr Maxwell prezentuje argumenty na to, że pasma
gór w oceanach oraz łańcuchy młodych gór na lądzie tworzą powiązane
ogniwa na całej kuli ziemskiej i że mogą one być spowodowane przez te
same siły znajdujące się głęboko pod ziemią, a mianowicie przez
wyrzucanie gorącego materiału litosfery.

Zamiast owych oceanicznych pasm wytwarzających przyczynę
formowania się lądowych gór, zarówno pasma oceaniczne jak i góry
lądowe są rezultatem jednej przyczyny. W miejsce owej
koncepcji dryftu kontynentalnego, dzielącego planetę Ziemię na około
dziesięć ruchomych płyt, których granice zaznaczone są przez strefy
występowania trzęsień ziemi i wulkanów, argumentacja dr. Maxwella
wiedzie do czegoś zgoła przeciwnego. W rzeczywistości jest ona tak
bardzo odmienna, iż być może ostatecznie przygważdża koncepcję dryftu
kontynentalnego:

W ten więc sposób mamy glob, na którym zarówno oceaniczne pasma
gór jak i młode góry lądowe są wynikiem diapirycznie wyrzucanego
gorącego materiału litosfery, tworzącego krawędzie dziesięciu ‚komórek’, o
mniej więcej równych rozmiarach, rozmieszczonych na całej powierzchni
ziemi. „

Nadal w mniejszości pozostają badacze ziemi (Jeffries, Meyerhoff,
rosyjscy geofizycy i inni), którzy przeciwstawiają się idei dryftu
kontynentalnego jako geologicznie niemożliwego; pojawiają się także
pewne oznaki, które wskazują, że przewaga opinii, być może, zaczyna
odchylać się w przeciwną stronę. („Scientific Creationism”, str. 128).v

CZĘŚĆ 8

EWOLUCJA KULTURALNA CZY REGRES

W ostatnich latach zaniepokojenie wśród ekologów wywołał napór
zwiększającej się populacji na światowe zasoby naturalne. Powinno to
podsuwać myśl, że ludzkość nie mogła zamieszkiwać ziemi przez czas
nieograniczony. W tym też świetle kilka autorytetów naukowych podjęło
badania nad przyrostem ludności, niektórzy posiłkując się komputerami
zaprogramowanymi tak, by uwzględniały trudne parametry.

Poszczególne wyniki bywają różne, ogólny obraz jednak jawi się w
sposób wyraźny. Biorąc pod uwagę wskaźnik przyrostu znacznie mniejszy
od obecnego (i poczynając od jednej rodziny, powiedzmy od Noego)
obecna liczba zaludnienia naszego globu zostałaby osiągnięta w
przybliżeniu w ciągu 5000 lat, a nawet mniej.

Takie obliczenia są zgubne dla ewolucjonistycznego twierdzenia, że
człowiek istnieje na ziemi od co najmniej miliona lat, co oznaczałoby co
najmniej 25 000 pokoleń. Dr Morris oblicza, że przeciętnie wielka rodzina
licząca średnio od 2 do 3 dzieci w ciągu 25 000 pokoleń wytworzyłaby
populację sięgającą liczby 102100. Tę fantastyczną liczbę zaludnienia można
sobie uświadomić dopiero wówczas, kiedy porównamy ją z liczbą
elektronów w całym znanym nam wszechświecie, którą szacuje się na
zaledwie 10130.

Statystyka zaludnienia sprawia, że okresy czasowe odnoszące się do
ewolucji człowieka przedstawiają się absurdalnie, potwierdza ona
natomiast biblijne podziały czasowe.

Współcześnie popularne jest mniemanie, że rasa ludzka strawiła
milion lat, lub więcej, na wolnym doskonaleniu się i wznoszeniu od
prymitywnego poziomu ku szczytom kultury. Idea ta jednak napotyka na
trudny problem ludzi epoki kamiennej. Problem ten sprowadza się do
następującego pytania: jak to się stało, że inteligentni ludzie epoki
kamiennej wcale się nie udoskonalili?

Ludzie epoki kamiennej posiadali taką inteligencję, jaką jest
obdarzony człowiek współczesny. Z wyjątkiem regionów, gdzie wysoka
kultura chyli się ku upadkowi, człowiek szybko doskonali swoją kulturę.
Człowiek epoki kamiennej (według ewolucyjnej opowieści) był człowie-
kiem, który znajdował się na drodze wiodącej ku górze. W jaki zatem
sposób mogły te wysoce inteligentne istoty (ludzie) postępować
bezustannie naprzód, nie podnosząc wcale swojego kulturalnego poziomu,
nie tylko na przestrzeni tysięcy lat, ale — zgodnie z ewolucyjną skalą
czasu — przez setki tysięcy lat?

Ewolucjoniści twierdzą, że rasa ludzka wzięła swój początek od wie-
lu pierwszych zwierzowatych mężczyzn i kobiet pochodzących od zwie-
rzęcych rodziców i że od tych zwierzęcych początków rodzaj ludzki
powoli, poprzez ogromne okresy czasu, wspinał się po kulturowej
drabinie. Z drugiej jednak strony Biblia mówi, że człowiek powstał
wówczas, kiedy zostali stworzeni Adam i Ewa w doskonałej ludzkiej
postaci i że ludzkość była ucywilizowana i obdarzona kulturą od samego
początku.

Historia i archeologia potwierdzają biblijny przekaz, mówiący o tym,
że dzieje ludzkości są krótkie. A tylko pojedyncze rodziny żyły w
jaskiniach, jak to czynią niektóre rodziny i dzisiaj. Tak więc większość
ludzi, zupełnie jak współcześnie, żyła w miastach i osiedlach. Ci starożytni
ludzie byli niezwykle uzdolnieni i odznaczali się wysoką kulturą, być może
nawet wyższą niż nasza współczesna.

Archeologiczne zapisy świadczą, że Środkowy Wschód był gniazdem
cywilizacji i że barbarzyństwa nigdy na tym obszarze nie było. W tej to
kolebce, niewiele tysięcy lat temu, w pobliżu góry Ararat na równinach
Mezopotamii, poczynając od pierwotnej osady zaczęła szybko rozkwitać
wielka prehistoryczna cywilizacja sumeryjska — wysoko rozwinięta,
samoistna kultura.

Zgodnie z dowodami dostarczonymi przez wykopaliska, kultura owa
zrodzona w samym środku świata, od samego początku doskonała,
powstała na Środkowym Wschodzie. Wszystkie jej promienie rozchodzą
się z tego centralnego źródła.

Przedmiotem prehistorii są pogmatwane, mętne i sprzeczne poglądy.
Taki amator jak ja, nigdy nie może być dogmatyczny. Niemniej jednak,
postępując w ślad za opiniami niektórych uczonych, doszedłem do
następującej próby zinterpretowania tego zagadnienia:

Człowiek był cywilizowany od samego początku. Historia ludzkości
dzieli się na dwie ery rozdzielone kataklizmem potopu. Kolebką całej
kultury było centrum świata — Środkowy Wschód — i to zarówno przed
potopem jak i po potopie. Kiedy następnie ludzie zaczęli migrować, tym

bardziej podupadała ich kultura im bardziej oddalali się od centrum
kultury i głównego nurtu tradycji.

Według tej interpretacji, na której potwierdzenie istnieją imponujące
dowody, popotopowa era zaczyna się na górze Ararat, gdzie, jak sądzi się,
wylądowała arka. Kiedy Noe zszedł z niej na ląd, na świecie żyło tylko
ośmiu ludzi, a było to ośmiu cywilizowanych ludzi, albowiem obdarzeni
byli kulturą i znali technologię cywilizowanego świata, który właśnie
został zmieciony z powierzchni ziemi.

Najprawdopodobniej potomkowie Noego żyli przez jakiś czas w
górach. Potem, jak się zdaje, niektórzy z nich zeszli w dół po wschodniej
stronie gór Zagros, by założyć pierwsze osiedla dzisiejszego Iranu,
następnie do Suzy i wreszcie na równiny Mezopotamii, gdzie szyb-
ko wyrosła wielka cywilizacja sumeryjska z gotową już kulturą, na
obszarze, który poprzednio, przed potopem, zamieszkiwały cywilizowane
ludy.

Niemożliwym jest ustalenie dat odnoszących się do czasów
sięgających niepisanej historii, ale cywilizacja Sumerów rozkwitała
prawdopodobnie 3000 do 4000 lat przed Chrystusem, i bynajmniej n i e
wyewoluowała ku swoim szczytom od poziomu barbarzyństwa — na tych
obszarach barbarzyństwo nigdy nie istniało. Gdy spoglądamy pięćdziesiąt
wieków wstecz, ku Sumerii, ukazują się przed nami ludzie w pełni
cywilizowani, żyjący w kwitnących miastach, ludzie używający wyrobów
metalowych. Najwyższym punktem sumeryjskiej kultury był jej wczesny
okres, który wprawia nas w zdumienie pięknością sztuki.

Popotopowe Ur było wielkim sumeryjskim miastem. To w nim
właśnie żył Abraham. Z prac archeologicznych Sir Leonarda Wool-
ley’a dowiadujemy się bardzo wiele o Ur, zarówno popotopowym
jak i przedpotopowym. Jego wysoko rozwinięta cywilizacja pojawiła
się z nikąd. Dzieła sztuki, ubiory tych ludzi odkryte przez archeo-
logów, ukazują stopień kultury, który dorównuje każdej istniejącej
dzisiaj.

Kultura Sumerów przeniesiona została do Egiptu. Tam też powstało
potężne imperium egipskie. Z kolei wędrowcy z tego centralnego obszaru
przenosili się do Indii, gdzie nad rzeką Indus założona została wielka
cywilizacja. Chiny na 2000 lat przed Chrystusem były zaludnione przez
cywilizowane ludy, pochodzące z centralnej kolebki. Do Brytanii, około
2000 lat przed Chrystusem, drogą poprzez Bretanię w północnozachodniej
Francji, przybyli Megalici, wielcy budowniczowie w kamieniu. Ludzie ci
przynieśli z sobą budzącą podziw technikę i organizację, którą my teraz
ledwie zaczynamy poznawać i w pełni doceniać. Na tysiące lat przed
okresem szczytowego rozkwitu Grecji Megalici stawiali już pomniki

swojemu geniuszowi, takie jak Avebury i Stonehenge. Megalita był
doskonałym inżynierem, geometrą, meteorologiem, astronomem i budow-
niczym okrętów. Jedynie współczesne, najbardziej wyspecjalizowane typy
przyrządów pomiarowych przewyższają niektóre z jego precyzyjnych
wytworów. Z takich to wyżyn kultury nastąpił upadek do poziomu
Brytów, których zastali Rzymianie.

Kreta przejęła swoją kulturę od Egiptu. Z Krety przeniknęła ona
następnie do Grecji, a z Grecji do Rzymu. Poprzez wszystkie te ogniwa
kultura, która pojawiła się w Sumerze, w pobliżu góry Ararat, przekazana
została nam.

I jeszcze jedno spostrzeżenie: kultura nie rozwija się ani też nie upada
w sposób automatyczny. Rozkwita ona bowiem z połączenia trzech
czynników: (1) duchowego, (2) intelektualnego i (3) technologicznego.
Jeśli zabraknie jednego z tych czynników, wówczas cała cywilizacja
zaczyna gnić i chylić się ku upadkowi.

Popularnym jest mówienie o kulturze ewoluującej ku górze od
poziomu barbarzyństwa. Dowody jednak świadczą o czymś przeciwnym.
Ukazują one, że kultura stale degeneruje się w dół do stanu
barbarzyństwa. Oznacza to, że plemiona żyjące we współczesnym świecie
nie składają się z ludzi znajdujących się na drodze wiodącej ku górze — są
one smutnym świadectwem tendencji człowieka do schodzenia w dół po
szczeblach drabiny kulturowej.

Należy zwrócić szczególną uwagę na to, że w całej historii nie istnie-
je ani jeden pojedynczy przykład, aby jakiś prymitywny lud, pozos-
tawiony sobie samemu, sam się ucywilizował, czy też w jakiś sposób
udoskonalił.

Z drugiej zaś strony, ilekroć upadała jakaś wysoko rozwinięta
cywilizacja, to jej potomkowie, jeśli tylko byli pozostawieni własnemu
losowi, nigdy już nie zdołali podnieść się do swojego poprzedniego,
wysokiego poziomu.

Według wszelkich świadectw historia człowieka zaczyna się- od
wysokiej kultury na Środkowym Wschodzie; później promieniowanie już
coraz wyższej kultury rozprzestrzeniało się na wszystkie strony. W miarę
jak ludzie oddalali się coraz bardziej od centrum, lub też byli spychani na
jego peryferie, i im bardziej stawali się odcięci od tego głównego nurtu
tradycji, obniżał się poziom ich kultury. Dlatego znajdujemy dzisiaj coraz
niższe stopnie kultury wiodącej aż do Tasmanii. Przykłady regresu kultury
można przytoczyć z wielu miejsc, jako rezultat oddalenia od głównego jej
źródła.

Najbardziej odlegli, najbardziej izolowani tubylcy z Tasmanii zajmują
najniższe miejsce na kulturowej skali.

Ale nie jest to jeszcze samo dno. Istnieje bowiem inny mocny dowód
na to, że człowiek, kiedy pozostawiony jest samemu sobie, nie będzie się
rozwijał, lecz przeciwnie, zniży się do poziomu zwierzęcego.

Zdziczałe dzieci. Na przestrzeni paru minionych stuleci schwytano
pewną liczbę dzieci zdziczałych. Były to dzieci, które zostały porzucone w
niemowlęctwie, lecz jakimś sposobem przetrwały w lasach odcięte od
wszelkich kontaktów ludzkich. Wszystkie one były tak podobne, tak
zdziczałe, że Lineuszowi trudno było pojąć, iż zostały zrodzone jako istoty
ludzkie. Uważał je za odrębny gatunek i sklasyfikował jako „homo ferus”,
człowiek dziki. Wszystkie były bardzo dziwne, wyglądały jak istoty
głupkowate bez żadnego zainteresowania tym, co działo się wokół nich.
Miały wykształcone narządy mowy, lecz wydawały się niezdolne, by
nauczyć się mówić.

Niektóre z wielu opisywanych przypadków zostały w pełni
udokumentowane. I tak na przykład, Peter, dziki chłopiec (znaleziony w
pobliżu Hanoveru w 1723 roku); Victor, „Dzikus z Aveyron” (Francja,
1799 rok); także dwie dziewczynki w wieku około 1, 5 i 8 lat, Amala i
Kamala, które wykarmiła wilczyca (Indie 1920).

Victor miał niespełna 12 lat. Poświęcono mu wiele cierpliwości i
wysiłku, a mimo to potrafił nauczyć się zaledwie kilku pojedynczych słów,
które zdawało się, nic dla niego nie znaczą.

Amala i Kamala miały siebie nawzajem, nie zaobserwowano jednak,
aby szczebiotały między sobą po dziecięcemu. Po prostu nie rozmawiały
ze sobą. Amala, ta młodsza, umarła. Kamala, już w cywilizowanym
otoczeniu, była prawie niezdolna do mówienia. Po upływie sześciu lat
nauczyła się około czterdziestu słów; potrafiła budować dwu i
trzywyrazowe zdania, nigdy jednak pierwsza nie rozpoczynała rozmowy
— mówiła tylko wówczas, gdy zwracano się do niej (zob. Dodatek C).

Zdziczałe dzieci ujawniają naturę ludzką pozbawioną kulturowej
edukacji. Człowiek bowiem nie posiada w swoich genach nic takiego,
mocą czego, nie wspomagany z zewnątrz, zdolny byłby wynieść się sam z
siebie na wyższy poziom kultury. Wymaga kultury darowanej i wtopionej.

Zdziczałe dzieci unaoczniają tajemnicę ludzkiej mowy —
ogromną otchłań pomiędzy człowiekiem a zwierzęciem. Człowiek bowiem
stanowi wyjątek. Za pośrednictwem języka, dźwięków i symboli ludzie
wymieniają informacje i pojęcia, materialne i abstrakcyjne.

Teoria głosząca, że człowiek wyewoluował od zwierząt wiedzie
bezpośrednio do teorii mówiącej o tym, że zwierzęce chrząkanie i wrzaski
ewolucyjnie przeobraziły się w ludzką mowę. Teoria taka zakłada
naturalny postęp od zwierzęcych dźwięków do ludzkich słów. Świadectwo

zdziczałych dzieci dowodzi, że rozumowanie takie jest fałszywe. Ich
przykład wskazuje, że człowiek przebywający w środowisku zwierząt
pozostaje niemy, bez żadnego instynktu czy inklinacji do wypowiadania
jakiegokolwiek słowa. Jeśli mowa i język rzeczywiście rozwijały się w
procesie ewolucji, to w takim razie dzisiaj powinniśmy obserwować wśród
plemion pierwotnych języki będące w różnych stadiach niedoskonałości.
Zamiast tego wszakże, i ku wielkiemu zakłopotaniu teoretyków, okazuje
się, że każda rasa, każde plemię, cywilizowane, i barbarzyńskie, posiada
swój własny, w pełni wykształcony język.

Dzikie plemiona mogą wykazywać brak wszelkich innych oznak
kultury, lecz nigdy nie brakuje im wykształconego języka. Susanne
Langer w swojej książce „Philosophy In A New Key” ze zdumieniem
zauważa, iż najbardziej prymitywne ludy, nie posiadające tkanin, obojętne
na brud, smażące swych wrogów na obiad, „będą jednakże rozmawiać
przy swoich zwierzęcych biesiadach językiem równie poprawnym gramatycz-
nie jak greka i tak płynnym jak francuski”.

Badania lingwistyczne oraz eksperymenty przeprowadzone na
zwierzętach ukazały nieprzekraczalną przepaść pomiędzy zwierzęcymi
wrzaskami a mową ludzką. Dr Henry Morris cytuje dr. Noama
Chomsky’ego, jednego z czołowych światowych lingwistów, na temat
kwestii czy niskie formy zwierzęcych wrzasków mogły rozwinąć się w
wyższą postać ludzkiego języka:

Nie istnieje w tym przypadku żadna racja do przyjmowania
ewolucyjnego rozwoju ‚wyższych’ stadiów od ‚niższych’, jak nie ma żadnej
racji, aby przyjmować ewolucyjny rozwój wiodący od oddychania do
chodzenia”.

Innymi słowy, zwierzęce dźwięki i ludzka mowa nie powinny być
nawet rozważane jako funkcje porównywalne.

Język stanowi dla ewolucjonisty problem nie do przezwyciężenia. Nie
przedstawia natomiast żadnego problemu dla kreacjonisty — opowieść o
Wieży Babel wyjaśnia to całkowicie.

U podstaw języka spoczywa głęboka struktura myśli i rozumowania,
powszechna dla całego rodzaju ludzkiego — ale tylko dla rodzaju
ludzkiego. Bez tego ludzkiego kryterium — języka — zachowanie się
zdziczałych dzieci nie było ludzkim. Ich niepoddawanie się nauce
wskazuje wyraźnie, że dar języka, raz utracony, jest w większym lub
mniejszym stopniu nie do odzyskania. A jednak dzieci te miały
wykształcone narządy mowy i normalnie rozwinięty mózg. Być może ta
właśnie głęboka struktura myśli i rozumowania zanika, jeśli człowiek
zostanie pozbawiony kulturowego katalizatora w pierwszych latach
rozwoju.

Cokolwiek by się nie działo we wnętrzu tych dzieci, to tak czy inaczej,
mówią one nam, że człowiek nie ewoluuje kulturowo; że człowiek został
zaprogramowany, by otrzymać kulturę w dziedzictwie; i że człowiek musi
mieć nauczyciela. Ale nie było człowieka, który mógłby nauczać
pierwszego człowieka — nie było nikogo, z wyjątkiem jego Stwórcy.

CZĘŚĆ 9

ŻYCIE

Tylko życie rodzi życie.

Praca Rediego, Pasteura i innych dała początek długiemu sporowi.
Dowiedli, że życie na ziemi nie rodzi się w sposób spontaniczny; ale
zagadnienie to okazało się niezwykle kłopotliwym problemem dla
ewolucjonistów: w jaki sposób sprawić aby na ziemi zaistniało życie bez
udziału czynnika nadprzyrodzonego.

Problem istnieje ciągle, jednak kłopot jaki stworzył jest pomijany. Po
prostu mówi się powszechnie, że nie ma w ogóle żadnego problemu.
Rozległe kanały informacyjne niezmordowanie przekazują wieść, że życie
wytworzyło się samo na drodze naturalnego procesu chemicznego. Tysiące
uczciwych uczonych może się z tym nie zgadzać, ale na ogół ich odmienne
poglądy bywają ukrywane przed ogółem. Tym sposobem współczesne
środki masowego przekazu sprawiły, że ludzie uważają za fakt to, co jest
niemożliwe.

Śmiem twierdzić, iż człowiek współczesnego świata wyobraża sobie
początek życia jako kropelkę galarety, różniącą się od innych kropelek
tym, że miała szczęście stać się życiem. Jest to błędna koncepcja. Ściśle
mówiąc, NIE MA żadnej takiej rzeczy jak żywa materia. Stanie się to
jaśniejsze w toku dalszych rozważań.

Elektronowy mikroskop umożliwił wgląd do wnętrza oszałamiającej
złożoności żywej komórki, a także umożliwił zrozumienie wzajemnej
zależności jej rozmaitych części, każdej części współdziałającej z
mnóstwem różnych innych w tej zadziwiającej strukturze organizacyjnej.

W samym centrum komórki znajduje się jądro. Jest to centrum
sterujące, kieruje ono bowiem procesami zachodzącymi w komórce, za
pośrednictwem fantastycznie wprost złożonych molekuł kwasu nukleino-
wego (DNA) oraz genów, które się na te molekuły składają.

Geny są jednostkami dziedziczności. Każdy niesie w sobie kod
genetyczny dla jakiejś cechy ciała. Kod ten jest zaszyfrowany przez setki

niniejszych jednostek nazwanych nukleotydami, uszeregowanymi w
wysoce specyficznej kolejności wewnątrz genu.

Chromosomy są sznurkiem genów, a geny te nanizane są
w precyzyjnej i specyficznej kolejności. Chromosomy dobrane pa-
rami posiadają podwójne nici, które okręcają się wokół siebie w for-
mie podwójnej spirali. W komórce ludzkiej znajduje się 46 chromo-
somów uszeregowanych w 23 pary, każdy o podwójnej nici. W ją-
drze każdej komórki chromosomy zawierają zaszyfrowany plan budo-
wy ciała.

 

Podwójna spirala

Jądro otoczone jest błoną, przez którą mogą wchodzić i wychodzić
substancje chemiczne. Po drugiej stronie tej błony znajduje się płyn
określany mianem cytoplazmy. W płynie tym niezliczone miniciałka
nieprzerwanie realizują nie kończącą się nigdy pracę komórki.

Błona zewnętrzna otacza komórkę i posiada zdolność decydowania o
tym, co może wniknąć do jej wnętrza, a co może ją opuścić — tajemniczy
proces, który ciągle jest wyzwaniem dla nauki.

Budowanie białka. Wewnątrz komórki zachodzi nieprzerwana
działalność budowania nowych białek. Kod dla poszczególnego typu
białka zaszyfrowany jest w genie, w chromosomach. Budowanie białka
zaczyna się od niezmiernie złożonego enzymu (nazwanego polimerazą
RNA), który wybiera odpowiedni gen. Kiedy enzym ten otrzymuje sygnał
„start”, przystępuje do pracy i buduje molekułę RNA na kształt
zaszyfrowanego kodu. Kiedy praca zostaje wykonana, otrzymuje sygnał
„stop!”. Nowa molekuła RNA przejmuje teraz na siebie rolę nosiciela,
matrycowa RNA (mRNA), i wędruje dalej niosąc jego obraz lub kopię
tego kodu.

Molekuła mRNA przechodzi poprzez błonę do cytoplazmy, gdzie jest
przechwytywana przez jeden z tysięcy rybosomów, których złożoność
wykracza poza zdolność naszego rozumowania, a które są fabrykami
białek. Zadanie rybosomu polega na budowaniu szczególnej drobiny

białka przez połączenie różnych aminokwasów w określonej kolejności
według zapisu genetycznego. Dla spełnienia tego zadania rybosom
potrzebuje wielu wykonawców, których celem jest wychwycenie różnych
aminokwasów. Wykonawcami tymi są drobiny nazywane transportującym
RNA (tRNA), a każdy zaprojektowany jest tak, aby wychwytywał
określony aminokwas. Potrzebują one dalszych podwykonawców, czyli
specjalnych enzymów, które są odpowiednio ukształtowane, by przenosić
jeden typ aminokwasu na odpowiednią drobinę tRNA.

Rybosom otrzymuje sygnał „ruszaj!” i zaczyna odczytywać kopię
kodu przeniesioną przez wychwyconego nosiciela (mRNA). Gromada
wykonawców wychwytuje rozmaite aminokwasy i oddaje je do dyspozycji
rybosomu. Pracując szybko i bezgłośnie, rybosom łączy te aminokwasy,
około 30 na sekundę, w odpowiedniej zakodowanej kolejności i tak
buduje nowe białko. Kiedy białko jest gotowe, rybosom otrzymuje sygnał
„stop!”. To nowe białko jest z kolei przekazywane dalej celem spełnienia
swojego zadania w organizmie.

Taki, nazbyt uproszczony opis, w istocie nie wyjaśnia owych zawiłych
operacji włączających wiele różnych etapów oraz liczne wyspecjalizowane
enzymy. W bezustannej pracy znajdują się setki, a nawet tysiące
rybosomów, wytwarzające najprzeróżniejsze rodzaje białek według
specyfikacji. A dookoła są najprzeróżniejsze ruchliwe ciała wykonujące
swoje szczególne prace w ściśle zsynchronizowanym wzajemnie tempie. Te
ciałka, to na przykład jąderko produkujące rybosomy; mitochondria
dostarczające energii; aparat Golgiego działający jako dyspozytor;
retikulum endoplazmatyczne, podwójna membrana dzieląca komórkę
na przegrody; geny regulatorowe, włączające lub wyłączające geny
operatorowe; antyciała o różnym przeznaczeniu, które wychwytują
i niszczą wkraczające do wnętrza trucizny i zarazki i tak dalej, i
tak dalej.

DNA jest nieodzowna do wytwarzania enzymów, ale enzymy są
potrzebne, by wytworzyć DNA. Co zatem pojawiło się pierwsze? Oto
trudny problem dla ewolucjonistów. Geny operatorowe zniszczyłyby
komórkę, gdyby geny regulatorowe nie sterowały nimi; ale geny
regulatorowe byłyby bez sensu bez genów operatorowych. A więc, które
pojawiły się jako pierwsze?

Żywa komórka stanowi najbardziej złożoną strukturę, jaka istnieje, a
każda jej część zależy w jakiś sposób od pozostałych części. Kiedy więc
uświadomimy sobie, że komórka nie mogła rozwijać się część po części,
lecz musiała zaistnieć w całości lub nie zaistnieć w ogóle, wówczas stanie
się jasnym, że wszelka propaganda na temat spontanicznego wytworzenia
życia jest nienaukowym pobożnym życzeniem.

Wracam w tym miejscu do stwierdzenia, że nie istnieje nic takiego,
jak żywa materia. W komórce wszystkie części i człony są oddzielnymi
jednostkami współpracującymi ściśle ze sobą, lecz same nie są życiem.
Życie nie znajduje się w jakiejkolwiek z tych części czy członów, zupełnie
tak, jak w samochodzie nie ma samochodowości w jakimkolwiek członie
lub części, nie ma w samej świecy iskrowej czy w iglicy gaźnika.
Samochodowość jest super-właściwością, która związana jest z samocho-”
dem pojętym jako całość. Podobnie życie jest ową superwłaściwością,
która wiąże się z całością komórki.

Przypuśćmy, iż z żywej komórki wyrwiemy jakąś strukturę.
Przypuśćmy, że odłączymy jakiś rybosom lub drobinę białka, a nawet
pewne DNA. Stwierdzimy wówczas, że taka struktura, kiedy jest
oddzielona od całości, od zorganizowanej komórki, jest niczym innym jak
tylko jakąś organiczną molekułą — molekułą pozbawioną życia.
Czymkolwiek zatem jest życie, wiąże się ono zawsze z zorganizowaną
komórką, komórką kompletną.

W fantastycznym procesie, jaki zachodzi wewnątrz komórki, amino-
kwasy są niczym innym, jak pokornymi budulcowymi blokami
wykorzystywanymi przez budowniczego. Należy o tym przede wszystkim
pamiętać, ponieważ kiedy sławny eksperyment dr. Stanley’a Millera
wykazał w 1953 roku, że aminokwasy mogą być wytwarzane na drodze
naturalnego procesu chemicznego, wówczas stawiano generalizujące
twierdzenia, że niemalże rozwiązana została tajemnica życia.

Istotą tego eksperymentu było uświadomienie sobie tego, że w
atmosferze ziemskiej wolny tlen uniemożliwia spontaniczne tworzenie się
aminokwasów i innych związków organicznych. Ewolucjoniści z typową
dla siebie pomysłowością wysuwali hipotezę o pierwotnej atmosferze
pozbawionej wolnego tlenu, zawierającej natomiast wszystkie składniki
najbardziej odpowiednie do wytworzenia tego, co chcieli, aby było
wytworzone. Miller w swoim eksperymencie wprowadził do pojemnika te
hipotetyczne gazy: mieszaninę metanu, amoniaku, wodoru oraz pary
wodnej. Następnie poddał tę mieszaninę długotrwałemu iskrowaniu
elektrycznemu, co imitowało błyskawice. Uzyskane w ten sposób
produkty zostały oddzielone i zebrane w wychwytywaczu.
Znaleziono wśród nich pewnego typu aminokwasy, a więc aminokwasy
wytworzone drogą naturalnych procesów. Ewolucjoniści obwieścili, iż
dowodzi to, że naturalne procesy zdolne są wytworzyć pierwotny
„bulion”, z którego mogło wyłonić się życie.

Pierwszym punktem, który należy wziąć pod uwagę jest to, że
aminokwasy są bardzo skromnymi czynnikami w strukturze życia. Co się
tyczy innych punktów, twierdzenie ewolucjonistów jest łatwe do obalenia:

  1. Atmosfera ziemska prawie na pewno nigdy, w żadnym czasie, nie
    przypominała mieszaniny Millera.

  2. Nawet jeśli przyjmiemy atmosferę podobną do wytworzonej przez
    Millera, to gdyby jakikolwiek aminokwas uformował się na ziemi,
    zostałby natychmiast zniszczony przez to samo źródło energii, które
    go wytworzyło — ponieważ nie byłoby w ogóle żadnego tlenu, by go
    ochronić. Wychwytywacz, w który był wyposażony aparat Millera
    chronił aminokwasy przed zniszczeniem przez te same iskry elektry-
    czne, które je wytworzyły.

  3. Aminokwasy wykazują intrygującą cechę charakterystyczną: mogą
    być bądź lewoskrętne, bądź prawoskrętne. Jedyną między nimi różni-
    cą jest to, że roztwór lewoskrętnych aminokwasów będzie powodował
    skręcanie spolaryzowanego światła w jednym kierunku, podczas gdy
    prawoskrętne powodują jego skręcanie w kierunku przeciwnym.
    Drugie prawo termodymaniki wymaga, aby przypadkowo utworzone
    aminokwasy składały się z równych proporcji molekuł lewoskręt-
    nych i prawoskrętnych. Aminokwasy Millera pozostawały w zgodzie
    z tym prawem; były one prawidłową mieszaniną lewoskrętnych i
    prawoskrętnych molekuł. Zagadkę wszakże stanowi to, że ŻYCIE
    wykracza poza to prawo.

W żywych komórkach wszystkie aminokwasy są lewoskrętne
— wyłącznie lewoskrętne molekuły, nigdy prawoskrętne. Jest to jedna z
fascynujących tajemnic życia, ujawniająca nie ślepy przypadek, lecz dzieło
obdarzonej fantazją inteligencji.

Tak więc żywa komórka przekracza niepodważalne prawo przyrody.
Życie w takim razie musi przekraczać naturalne prawo, a to jak sądzę,
przenosi je w wymiar nadprzyrodzoności. Potwierdza się to podwójnie w
ŚMIERCI: to naturalne prawo zaczyna obowiązywać w chwili zgonu.
Molekuły aminokwasów zaczynają bowiem wolno przemieniać się, aż w
końcu osiągają równowagę lewoskrętnych i prawoskrętnych molekuł w
komórce, z której odeszło życie.

Wśród wielu innych powodów dla odrzucania twierdzenia, że
eksperymenty podobne do przeprowadzonych przez Millera pomogły
rozwiązać zagadkę życia, zawiera się jeszcze jedna trafna i prosta racja.
Ów pierwotny „bulion” musiałby zawierać aminokwasy i cukry, które
jednakże nie poszły za owym scenariuszem. Aminokwasy bowiem reagują
szybko z cukrami, tworząc związki bezużyteczne dla życia, a więc
znajdujące się w przeważającej ilości aminokwasy uczyniłyby te cukry
bezużytecznymi. Wszakże zarówno jedne jak i drugie nieodzowne są dla

życia; aminokwasy w tym celu, by tworzyć białka, a cukry, by wspomagać
tworzenie się DNA i RNA.

Co więcej, produkowanie kilku aminokwasów jest dziecinną igraszką
w porównaniu z wytworzeniem bezmiaru tych, które są biologicznie
aktywne i to w prawidłowych proporcjonalnych ilościach. A dalej,
połączenie ich razem w ściśle precyzyjnej kolejności koniecznej do
wytworzenia białka jest nadludzkim zadaniem.

Wielki rozgłos został nadany twierdzeniom Sidney’a Foxa, że
przetworzył łańcuchy aminokwasów w coś podobnego do drobin
białkowych. Stosuje on absolutnie SUCHE aminokwasy (czyste, bez
domieszki żadnych innych substancji) wymieszane w sztucznych propor-
cjach. Podgrzewa te czyste i suche aminokwasy w temp. 175°C przez sześć
godzin. Z kolei miesza je z gorącą wodą i odfiltrowuje zanieczyszczenia.
Kiedy roztwór stygnie, wytrącają się łańcuchy aminokwasów, które Fox
nazywa proteinoidami.

W istocie nie przypominają one w żaden sposób białek. Są to jedynie
mieszaniny lewoskrętnych i prawoskrętnych aminokwasów. Powiązane są
ze sobą bez tego specyficznego porządku, którego wymagałoby białko. Są
krótsze niż łańcuchy białka; są to ponadto łańcuchy bezwładne, które
nigdy nie mogłyby się przyczynić do wytworzenia życia.

Biorąc pod uwagę wymóg utrzymywania owej mieszaniny przez sześć
godzin w wysokiej temperaturze (175°C), Fox sugerował, że odpowiednia
byłaby tu krawędź krateru wulkanu, pod warunkiem że pod koniec tych
sześciu godzin nadejdzie przelotny deszcz i zmyje te aminokwasy. Wydaje
się, iż jest to propozycja mocno naciągana. Przy kraterach wulkanów
temperatury bywają dużo wyższe niż 175°C. Także gazy wulkaniczne
nasycone są wodą, co sprawia, iż warunek suchości tworzących się w tych
warunkach aminokwasów jest niemożliwy do spełnienia.

Cały przebieg procesu Foxa wymaga aminokwasów pozostających w
sztucznych proporcjach, których nie znalazłoby się w jakichkolwiek
naturalnych warunkach. Ponadto proces jego wymaga wyłącznie
mieszaniny aminokwasów i niczego więcej. Tylko w laboratorium Foxa
można by było znaleźć tę szczególną mieszaninę, z pewnością nie na ziemi,
pierwotnej czy też obecnej.

By zaokrąglić nieco naszą krytykę, dodajmy jeszcze rzecz następują-
cą: takie aminokwasy, jak seryna oraz treonina są podstawowymi w
strukturze komórek; jednakże w procesie Foxa zostały one zniszczone
przez podgrzewanie.

Zauważyliśmy już wcześniej, iż Miller wykazał, że aminokwasy są
dosyć łatwe do wytworzenia, a Fox dowiódł, że mogą być one poddane
pewnego rodzaju wiązaniom. Słusznym jest więc następujące pytanie:

jakie jest matematyczne prawdopodobieństwo przeciw jednemu
prawdziwemu białku tworzącemu się przez przypadek? Oto jak to
prawdopodobieństwo obliczył szwajcarski matematyk, dr Charles E. Guye
(przytoczone przez Douglasa Dewara w „ The Transformist Illusion”):

Gdybyśmy mogli wyobrazić sobie nieograniczony materiał mieszający
się razem przez ogromny okres czasu, tak aby ten materiał w pełni ze sobą
reagował, to szanse na wytworzenie się jednej molekuły białka równałyby
się jak 100160 (100 pomnożone przez siebie 160 razy) do 1 przeciw tej
możliwości. Oznacza to, że nie istnieje żadna szansa w ogóle. W istocie,
aby spełnić owe niewyobrażalne warunki, w całym wszechświecie nie
byłoby wystarczająco dużo materiału potrzebnego do owego mieszania.
Potrzebowalibyśmy o wiele więcej takich wszechświatów, i nie tylko trzy
czy cztery więcej, lecz sekstyliony sekstylionów sekstylionów wszechświa-
tów, by otrzymać wystarczającą ilość materii.

Czas potrzebny na wymieszanie razem tego materiału na naszej
planecie sięgałby 10143 lat. Umysł ludzki nie jest zdolny wyobrazić sobie
takiego ogromu czasu, nawet wówczas, kiedy rozpatruje go w
ewolucjonistycznych jednostkach czasowych.

Załóżmy jednak, że jedna, mająca szczęście drobina białka przebiła
się przez te nieskończone szanse i naprawdę powstała; nie byłaby ona
niczym więcej jak zwykłą cząstką organiczną. Życie nadal pozostawałoby
daleko poza nią. Z tej mieszaniny musiałyby powstać inne substancje
białkowe i dołączyć do tego samotnego białka.

Powstaje zatem pytanie: jakie istnieją prawdopodobieństwa na
powstanie jednej kompletnej komórki?

Przed próbą odpowiedzi na to pytanie należy rozważyć wielkości
matematycznych wyrażeń. Jaka jest największa liczba, którą możemy
pomyśleć? Czy jest nią ilość wszystkich atomów w naszej ziemi lub w
całym systemie słonecznym? Czy jesteśmy w stanie uzmysłowić sobie
liczbę atomów lub elektronów w naszej galaktyce, czy we wszystkich
galaktykach? Czyż nie jest to wystarczająco wielka liczba? Gdyby cały
znany wszechświat był mocno upchany elektronami, to byłby on w stanie
zmienić (zmieścić?) jedynie 10130 elektronów. Wydaje się to bardzo skromną liczbą w
porównaniu z liczbami, które już przytaczaliśmy i w porównaniu z tym,
co wkrótce przytoczymy.

Teoria ewolucji zbudowana jest na przypadkowych losowych
wydarzeniach i dlatego też muszą być w nią wkalkulowane prawa
przypadku lub prawdopodobieństwa. Są one wystarczająco godne
szacunku, aby stosować je w nauce i w biznesie, np. takim, jakim jest
przedsiębiorstwo ubezpieczeniowe. Stosuje się je w inżynierii i w

architekturze, przy budowaniu mostów i drapaczy chmur; są także
stosowane w badaniach przestrzeni kosmicznej. Nauka prawdopodobień-
stwa została wykorzystana w zaproponowaniu kwantowego modelu
atomu.

Książka Jamesa F. Coppedge’a „Evolution: Possible or Impossible?”
omawiana jest w„Bible Science Supplement”(luty 1981). Coppedge cytuje
francuskiego matematyka, Emile Borela, który zsumował prawa prawdo-
podobieństwa w swojej pracy pt. „Single Law of Chance”.Borel twierdzi,
że kiedy prawdopodobieństwo równa się 1015 przeciw jednemu, wówczas
szansa wystąpienia danego zdarzenia jest bez znaczenia na skalę ziemską.
Kiedy prawdopodobieństwo wykracza poza 1050, to wtedy w rzeczywis-
tości nie istnieje żadna szansa wydarzenia się tego, nawet na skalę
kosmiczną.

Powróćmy jeszcze raz do owego samotnego białka, które przebiło się
poprzez te prawdopodobieństwa i które oczekuje na dołączenie do niego
innych białek. Drugie białko okaże się trudniejsze do powstania,
ponieważ będzie musiało pasować biologicznie do pierwszego. Trzecie
będzie jeszcze trudniejsze. Jak trudne zatem będzie zebranie się
pełnego kompletu białek, aby utworzyć najprostszą komórkę?
Zgodnie z powyższym artykułem traktującym o książce Coppedge’a,
nawet po uczynieniu wszelkich możliwych, a nawet niemożliwych
ustępstw w celu wspomożenia ewolucjonistycznej argumentacji na rzecz
wytworzenia się tej pierwszej komórki, to jednak pomimo tych wszystkich
ustępstw, prawdopodobieństwo oceniane jest jak jeden do 10119850.
Jakikolwiek by był margines błędu, matematyka potwierdza, to co w
istocie uświadamia sobie nasz umysł, a mianowicie, że spontaniczne
wytworzenie się żywej, samoreprodukującej się komórki jest absolutnie
niemożliwe.

Możemy być pewni: nauka, dysponując rezerwami geniuszu oraz
nieograniczonym wyposażeniem technicznym, nie wytworzyła ani kruszy-
ny życia w laboratorium. Wielki rozgłos otaczał rzekome uzyskanie drogą
syntezy DNA, jakiegoś genu i biologicznie aktywnych cząsteczek.
Wszystko to było wielkim osiągnięciem, ale jednak nie stwarzało życia.
W każdym przypadku eksperyment zaczynał się tu od żywych komórek i
od manipulowania ich częściami.

Inżynieria genetyczna postępuje naprzód w sposób spektakularny,
ale jest to manipulowanie istniejącym życiem, a nie tworzenie nowego
życia.

Doktorowi Sol Spiegelmanowi z Uniwersytetu w Illinois udało się
zsyntetyzować biologicznie aktywne RNA; rozpoczął on jednak swój
proces od wiralnego RNA i specyficznego enzymu pochodzącego od

wirusa. Kiedy zapytano go, czy stworzył życie w probówce, Spiegelman
odpowiedział skromnie:

Tylko Bóg zdolny jest stworzyć życie”.

W 1970 roku, jeden z najwybitniejszych ludzi nauki, Sir Ernst Chain,
F. R. S. (Członek Towarzystwa Królewskiego), który za swoją pracę nad
penicyliną, otrzymał wspólnie z Flemingiem i Florerym Nagrodę Nobla,
powiedział:

Laboratoryjna synteza nawet najprostszej komórki jest po prostu
niemożliwa, a wyobrażenie człowieka, że może konkurować z Bogiem jest
absurdalne… „.

Ludzie tacy przyznają, że istnieje jakiś wymiar, którego nauka nie jest
w stanie dosięgnąć.

Nie tak dawno podano wiadomość, że dwaj wybitni naukowcy
zmienili swoje poglądy i teraz wyrażają opinię, iż do wyjaśnienia źródła
początków życia konieczne jest bóstwo. Ci ludzie, to dawniej agnostyk,
Sir Fred Hoyle, przez długi czas światowa postać w nauce. I były ateista,
Chandra Wickramasinghe, profesor matematyki stosowanej i astronomii
w University College (Cardiff), który czasami współpracował z Sir
Fredem.

The Sunday Mail” z Brisbane (20 września 1981) w czołowym
artykule stwierdzał, że są oni teraz „innymi ludźmi. Obaj są wierzącymi”.

Artykuł wyjaśniał: „To, co przekonało tych obu ludzi, to obliczenia
jakie każdy z nich wykonał, jeden niezależnie od drugiego w kwestii
prawdopodobieństwa życia w sposób spontaniczny. Kiedy obaj skończyli,
spojrzeli na wynik prawie z niedowierzaniem. Każdy z nich uznał, że owe
prawdopodobieństwo powstania przypadkowo iskry życia na ziemi wyraża
się, w matematycznym żargonie, jak l na 1040 000„.

Bez względu na to, czy stosowali odmienny wzór, czy odmienną
specyfikację tego, co konstytuuje życie, ich liczba (1040 000) nie jest tak
spektakularna, jak ta przytoczona przeze mnie wcześniej, niemniej jednak
niesie w sobie równie wymowną treść:

„NIEMOŻLIWE!”

Hoyle, jak się zdaje, przyjął tę zmianę poglądu spokojniej aniżeli
Wickramasinghe. Cytuje się następującą wypowiedź Wickramasinghe’a:
„Czuję się w tej sytuacji całkowicie skrępowany z powodu stanu ducha, jaki
teraz odkrywam w sobie. Nie ma jednak żadnego logicznego wyjścia z tego
… Zwykliśmy mieć otwarte umysły; teraz zdajemy sobie sprawę z tego, że
jedyną logiczną odpowiedzią na pytanie o powstanie życia jest akt
stworzenia — a nie jakieś przypadkowe i losowe wymieszanie materii”.

Należy podziwiać moralną postawę obu tych ludzi publicznie
czyniących takie szczere wyznanie, zwłaszcza we współczesnym klimacie

intelektualnym. Nie wolno nam jednakże wyolbrzymiać tego przypadku.
Wydaje się, że oni obaj nadal wierzą w ewolucję, może nie w sensie
darwinowskich stopniowych małych kroczków, lecz w ewolucję na ziemi
drogą szeregu skoków, i że wszystko wzięło początek dzięki zarodkom
życia przybywającym na ziemię z kosmosu — zarodkom życia, które nie
zostały stworzone przez przypadek.

Co się zaś tyczy pytania: czym jest Bóg, to cytowany artykuł donosi,
iż sugerują oni, że Bóg jest wszechświatem.

Chrześcijanie mają niezachwiane wyobrażenia na temat osobowego
Boga Stwórcy. Pokrzepiającym jest odkrycie, że nauki przyrodnicze oraz
matematyka, dalekie od tego, by obyć się bez Stwórcy, wskazują
bezpośrednio na Niego.

Ślepy, bezrozumny przypadek nie mógł spowodować powstania
pierwszej żywej komórki; tym bardziej nie mógłby on spowodować
wyewoluowania trylionów komórek w tak fantastyczny mechanizm, jakim
jest ciało ludzkie. Mogę więc bezspornie stwierdzić, iż jestem stworzony w
sposób cudowny i nadprzyrodzony.

W relatywnie mniejszym sensie, najskromniejszy nawet mikrob ma
prawo do podobnego twierdzenia.

Zob.: Dr Duane Gish; artykuły zamieszczone w: „l. C. R. Impact Series”(Nr 31, 33,
37), a także w:

Bibie Science Newsletter”,wrzesień 1977.

Dr C. B. Gower, artykuł w: „E. P. M. Pamflet” Nr 220 (październik 1978).
Dr Wayne Frair, Dr Harold Armstrong, Wilbert Rush, senior,: artykuły w:„Why
Not Creation?”

The Creation Explanation”(str. 96 i nast. )
„Scientific Creationism” (str. 59-65)
„The Transformist Illusion”(str. 9-11)

CZĘŚĆ 10

WSZECHŚWIAT A ZIEMIA

Na początku Bóg stworzył niebo i ziemię”.

Te słowa otwierające Księgę Rodzaju są obecnie powszechnie
zastępowane przez:,, Na początku był Wielki Wybuch”. Zgodnie z tą
hipotezą wszelka materia/energia pierwotnie skondensowana w stanie
supergęstym, eksplodowała, a rozbiegająca się na wszystkie strony materia
w końcu przetworzyła się w wodór oraz pewną część helu. Z kolei, po
upływie ogromnego okresu czasu, te rozprzestrzeniające się we wszystkich
kierunkach gazy uformowały się w gwiazdy, galaktyki, planety oraz w
zwierzęta i człowieka.

Przyjęcie możliwości zaistnienia takiego złożonego układu tylko
dzięki prostemu wodorowi, wystawiłoby na pośmiewisko drugie prawo
termodynamiki. Co więcej, nie ma żadnego wytłumaczenia skąd wzięła się
ta supergęsta materia/energia. Istnieje ponadto zastrzeżenie, że — zgodnie
z prawami fizyki klasycznej, nie relatywistycznej — owo supergęste
skoncentrowanie materii wcale by nie eksplodowało, lecz zapadłoby się
pod wpływem swojej własnej grawitacji i w efekcie wytworzyłoby wielką
„czarną dziurę”.

Nawet jeśli przyjmiemy, że ta supergęsta materia eksplodowała
rzeczywiście, to po prostu rozprzestrzeniałaby się jako jednorodny obłok.
Nie mogłaby skonstruować owego cudownego ładu wszechświata i życia.
Sir Fred Hoyle wyraża to następującymi słowami: „Mimo tego, że w wolnej
eksplozji prędkości odśrodkowe zachowane są, to przeciwnie, ruchy
wewnętrzne nie są zachowane, zanikają adiabatycznie i cały ten
ekspandujący system bezwładnieje. Dlatego to więc kosmologie Wielkiego
Wybuchu wiodą do wszechświata, który jest martwy i wykończony niemalże
od samego początku… Wyobrażenie, iż galaktyki tworzą się, wywołując w
konsekwencji aktywną astronomiczną historię, jest iluzją. Nic się nie tworzy.
Cały wszechświat jest tak martwy jak trup”.
(Hoyle, 1981, „New Scientist”, 92; 521-27).

Głoszono, iż wykrycie reliktowego promieniowania kosmicznego
stanowi potwierdzenie teorii Wielkiego Wybuchu. Jednakże J. Norliker
sugeruje, że to mikrofalowe promieniowanie kosmiczne może być z
równym prawdopodobieństwem pochodzenia astrofizykalnego, a nie
koniecznie jakąś pozostałością Wielkiego Wybuchu. (Norliker, 1981, „New
Scientist”,
91: 19-21).

Istnieje tak wiele poważnych zastrzeżeń odnośnie teorii Wielkiego
Wybuchu, tak wiele manipulowania prawami rządzącymi Wszechświatem

dla sprawienia aby teoria ta jakoś funkcjonowała, że naukowcy przyznają,
iż teorii Wielkiego Wybuchu nie da się wytłumaczyć w sposób
przyrodniczy. Musi być ona wyjaśniona jako jakaś „osobliwość”, w której
prawa fizyczne, na tyle, na ile je znamy nie mają zastosowania. Pytamy j
więc: jakim sposobem jakaś „osobliwość” może być naukowo uzasadniana
i uznana za naukę?

Teoria Wielkiego Wybuchu jest wymysłem materialistycznym po to,
by zaprzeczyć stworzeniu. Dzisiejsza nauka nie może znieść koncepcji
gwiazd i galaktyk jako stworzonych w jednej chwili w ich obecnej
postaci. Od gwiazd i galaktyk wymaga się, aby ewoluowały z
rozpraszających się obłoków gazu — a więc czegoś, co nie mogło się
wydarzyć.

GWIAZDY. Żadna ogromna chmura rozproszonego gazu nie
zagęściłaby się w gwiazdy. Według prawa przyrody gaz rozszerzałby się i
stawał coraz bardziej rozrzedzony.

Nie ma też żadnego naukowego uzasadnienia, aby opisywać niektóre
gwiazdy jako „młode”, niektóre jako „dojrzałe”, a inne znowu jako
„stare”. Przypuszczalnie każda gwiazda spala się w tempie proporcjonal-
nym do sześcianu jej masy. Teoretycznie, poczynając od dużej masy,
gwiazda płonie szybciej. Potem, w miarę jak zmniejsza się jej masa, płonie
wolniej. Gdyby ciała te istotnie tworzyły się z pyłu gazów i dalej
ewoluowały w ciągu miliardów lat, to powinniśmy teraz obserwować
szereg różnic występujących w składzie chemicznym najrozmaitszych
gwiazd. Zamiast tego wszakże, obserwujemy ten sam skład chemiczny we
wszystkich gwiazdach, zarówno w „starych”, jak i „młodych”, a nawet w
materii międzygwiazdowej.

Gwiazdy 0 i Gwiazdy B. Te ogromne „młode” gwiazdy spalają się
przypuszczalnie tak gwałtownie, że gdyby z tym procesem cofnąć się
jakieś kilka tysięcy lat wstecz, to okazało by się, że miały one wówczas
niemalże nieskończoną masę — co jest niemożliwe.

Gwiazdy podwójne. Są to pary gwiazd krążące wokół siebie. Często
jedna gwiazda bywa klasyfikowana jako „młoda”, druga zaś jako „stara”,
jakkolwiek zakłada się, iż utworzyły się jednocześnie. Najpiękniejsza
gwiazda, Syriusz, stanowi właśnie taką parę. Syriusz A jest jasny,
przypuszczalnie spalający paliwo w zawrotnym tempie i dlatego jest
„młody”. Syriusz B jest białym karłem, co oznacza, że zakończył on swoją
ewolucję przechodząc poprzez wszystkie stadia gwiazdy do końca tego
ciągu, jako najstarszy ze „starych”. W jaki więc sposób teoria ewolucji
wyjaśnia istnienie starego i młodego Syriusza oraz wiele innych
osobliwych par w podwójnych gwiazdach? Sugerowanie, że jedna gwiazda
musiała ewoluować szybciej od drugiej jest równoznaczne z porzuceniem
nauki i wejściem w dziedzinę tego, co można wyrazić powiedzeniem: „Coś
się wymyśli”.

GALAKTYKI. Kompletną zagadkę stanowi tworzenie się galaktyk z
materii pierwotnej. Dalszą, jest odpowiedź na następujące pytanie: jakim
sposobem galaktyki zachowują swoje kształty, spiralne i eliptyczne,
przez tak długie wieki? Encyclopaedia Brittanica (1964) nazwała to obsza-
rem problemowym będącym „wyzwaniem wobec myśli kosmologicznej”.

Gromady galaktyk. Galaktyki zawsze występują w gromadach, nigdy
pojedynczo. Gromady te utrzymują się razem dzięki siłom ich własnej
grawitacji. Problem jednak polega na tym, że poszczególne galaktyki
poruszają się według własnego przypadkowego ruchu, wszystkie zaś
gromady nie mają wystarczającej siły grawitacyjnej, by utrzymać się
razem. Stąd też, po krótkim okresie czasu, wiele pojedynczych galaktyk
powinno było uciec ze swojej gromady i powinny być teraz obserwowane
jako pojedyncze galaktyki. Dotąd jednakże nie zaobserwowano żadnych
samotnych galaktyk. Po upływie kilku milionów lat wszystkie galaktyki
powinny były uciec, teraz więc nie powinna pozostać żadna ich gromada.

Galaktyki spiralne. Obracają się one szybciej w centrum aniżeli dalej,
wzdłuż ramion. Po jednym lub dwóch obrotach ramiona spirali powinny
zwinąć się ciasno. Niektóre mają rzeczywiście wygląd jakby były zwinięte
wokół ogromnego wirującego środka. Ale jak mamy rozumieć olbrzymią
liczbę spiralnych galaktyk (nie wyłączając naszej Drogi Mlecznej) z nadal
ciągnącymi się pięknie ogonami? Galaktyk, które — jak się uważa —
mają miliardy lat?

Galaktyki spiralne z poprzeczką prezentują dodatkową niemożliwość.
Ewolucjoniści nie potrafią wyjaśnić, dlaczego ta prosta poprzeczka, jak oś

w środku, pozostaje nadal prosta. Poprzeczki te powinny zacząć wyginać
się na początku pierwszego obrotu, a więc na długo przedtem, zanim
ramiona spirali zaczęły się zwijać. Jakim sposobem więc pozostały one
proste po upływie miliardów lat?

Galaktyka Spiralna          Galaktyka Spiralna z Poprzeczką

Przesunięcie widma ku czerwieni a rozszerzający się Wszechświat.

Astronomowie zaobserwowali, że światło widmowe pochodzące z
odległych galaktyk jest „przesunięte” w kierunku czerwonego końca
widma. Interpretując to zjawisko na podstawie zasady Dopplera, doszli
do wniosku, że galaktyki muszą bezustannie uciekać, oddalając się od nas,
tym samym rozciągając długości falowe światła i sprawiając, że światło
widmowe wydaje się czerwieńsze. Galaktyki znajdujące się w coraz
większych i większych odległościach wykazują coraz większe przesu-
nięcie widma ku czerwieni. Sugerowało to, że im bardziej jest odda-
lona galaktyka, tym większa jest jej szybkość. Tak więc przesunięcie
widma ku czerwieni stało się miarą odległości galaktyki i szybkości jej
oddalania się.

W 1929 roku astronom Edwin Hubble wysunął teorię, że — skoro
galaktyki pędzą, z ogromną szybkością we wszystkich kierunkach,
oddalając się od obserwatora — wszechświat musi się rozszerzać.
Zakładano, iż rozszerzający się wszechświat jest wynikiem eksplozji,
Wielkiego Wybuchu, który miał miejsce 15 lub 20 miliardów lat temu
(obliczenia bywają różne).

Przesunięcie widma ku czerwieni jest faktem; ale interpretacja według
zasady Dopplera jest wyłącznie założeniem. Proponuje się obecnie inne
wyjaśnienia dla zjawiska przesuwania się widma ku czerwieni.

Astronom dr Halton Arp z Obserwatorium Hale w Pasadenie (USA)
w sposób poważny kwestionuje interpretację dopplerowską. Przedstawia
dowody na to, że wiele galaktyk, a także większość kwazarów, wykazuje
niezgodne przesunięcia widma ku czerwieni. Oznacza to, że ich
przesunięcia widma nie odpowiadają ich teoretycznym odległościom.

Jeszcze bardziej druzgocącym dowodem dr. Arpa jest to, że pewne
ciała niebieskie, które są zgrupowane mniej więcej w tej samej od nas
odległości, wykazują różne przesunięcia widma ku czerwieni. (Zob. „Bible-
Science Newsletter”
, sierpień 1974, str. 2).

Kwazary stanowią szczególny problem. Wypromieniowują one dużo
więcej energii aniżeli pozwalałyby na to ich rozmiary. Oznacza to, iż nie
mogą być tak odległe, jak na to wskazują ich przesunięcia widma ku
czerwieni. Co więcej, jeden kwazar może mieć więcej niż jedno
przesunięcie widma: zaobserwowano, iż jeden ma aż pięć różnych
przesunięć widma ku czerwieni. (Zob. „The Creation Explanation„,
str. 153).

Najnowsze zakwestionowanie interpretacji według zasady Dopplera
zostało opublikowane przez „The New Scientist”(20 czerwca 1985) w
artykule Johna Gibbona zatytułowanym„Galaxy Red Shifts Come In
Clumps”.
Gibbon twierdzi, że wszelka sugestia, iż powszechna interpreta-
cja przesunięcia widma ku czerwieni może być fałszywa lub przynajmniej
niekompletna, przyprawia o dreszcz zgrozy klasycznych kosmologów.
Artykuł jego następnie przechodzi do omówienia nowych teorii
dotyczących zjawiska przesunięcia widma ku czerwieni wysuniętych przez
W. G. Tiffta z Uniwersytetu Arizony.

Otóż Tifft wysuwa przypuszczenie, iż zjawisko przesunięcia widma
czerwieni jest jakąś wewnętrzną własnością poszczególnej galaktyki —
własnością wewnętrzną, która nie wiąże się w ogóle ze wzrostem
prędkości; jakąś wewnętrzną własnością, mocą której przesunięcia widma
ku czerwieni przyjmują preferowane stany, podobnie jak kwantyzowana
energia wewnątrz atomu.

Musi to rzeczywiście wywołać dreszcz zgrozy; tak czy inaczej, Gibbon
stwierdza, że bez względu na to czy Tifft ma rację, czy też się myli, praca
jego jest wystarczająco poważna, by dostarczyć zarówno obserwatorom,
jak i teoretykom czegoś, co naprawdę wymaga przemyślenia.

Reasumując, należy powiedzieć, że hipoteza o rozszerzającym się
wszechświecie i o Wielkim Wybuchu uzależniona jest od interpretacji

według zasady Dopplera zjawiska przesunięcia widma ku czerwieni. Jeśli
okaże się ona fałszywa, to współczesna kosmologia rozleci się. Tak wiele
kontrowersji otacza interpretację dopplerowską, że wolno nam nie
wierzyć w rozszerzający się wszechświat i jego Wielki Wybuch, pozostając

w dobrym naukowym towarzystwie.

* *

CZY ŚWIATŁO ZMNIEJSZA SWOJĄ PRĘDKOŚĆ? Jeśli popro-
simy kogokolwiek, aby wymienił jedną rzecz, która jest zawsze stała, to
większość pytanych odpowie, że jest nią prędkość światła, nie
zmniejszająca się stała „C”, od której uzależnione są, bezpośrednio lub
inwersyjnie, inne stałe fizyczne. Jednakże, od około roku 1981,
kontrowersyjna hipoteza głosi, że prędkość światła stale wykładniczo
maleje.

Autralijczyk, Barry Setterfield, którego dyscyplinami naukowymi
są geologia, fizyka oraz astronomia, prowadził badania nad róż-
nymi pomiarami prędkości światła, których dokonano w ciągu ostat-
nich 300 lat. Odkrył on, że pomiary te nie ujawniają bynajmniej stałej
prędkości jak go uczono, lecz progresywne zwalnianie zgodnie z geome-
trycznie malejącą funkcją. W pracach tych pomagał mu Trevor
Norman, nauczyciel matematyki w Flinders University w Południowej
Australii. Wprowadzili surowe dane do uniwersyteckiego komputera.
Otrzymany wynik wskazywał, że prędkość światła maleje wykładniczo.
Została wybrana krzywa rozkładu, która w sposób wyraźny najbardziej
odpowiadała wszystkim danym. Ekstrapolacja tej krzywej wstecz
wskazywała, że prędkość światła 6000 lat temu była bliska nieskończo-
ności, co mogłoby być uważane za punkt początkowy, który zbiega się
w sposób możliwy do przyjęcia (bez jakiegokolwiek manipulowania przez
Setterfielda) z datą Stworzenia obliczoną na podstawie biblijnej
chronologii.

Setterfield wystąpił z radykalną tezą. Gdyby ta jego teza okazała się
prawdziwa, to wywróciłaby pewne zasady, które współczesna nauka
przyjmuje za własne, tj. prędkość rozpadu promieniotwórczego, przesu-
nięcia widma ku czerwieni, kosmiczne szacunki czasu. Z drugiej jednak
strony dostarczyłaby pewnych odpowiedzi, których bezskutecznie poszu-
kują kreacjoniści. Nie naruszyłoby to podstawowej struktury nauki, lecz
wywróciłoby zasady stanowiące podstawy dla ewolujonizmu. Nic więc
dziwnego, że powszechnie pogardza się i ignoruje tezę Setterfielda. Nawet
niektórzy uczeni kreacjoniści stronili od niej.

Setterfield nie przerwał badań, kiedy podniesiono zastrzeżenia
przeciwko jego tezie. Wprowadził ważną poprawkę odnoszącą się do
punktu, który wywoływał krytyki. Pierwotnie jego teza dowodziła, że
rozkład ten zmalał w roku 1960 i że od tej daty prędkość światła pozostała
stałą. Ostatnio jednak odkrył, że pomiary dokonane po roku 1960
wskazywały na stałą prędkość światła z powodu technicznego błędu
popełnionego w metodzie mierzenia czasu. Poprawiwszy ten błąd,
Setterfield stwierdza, że rozkład trwa nadal nieprzerwanie po roku 1960.
Tym sposobem więc usunął to, co stanowiło przyczynę zastrzeżeń w
stosunku do jego pracy.

Książka z roku 1986,„It’s A Young World After All”, napisana przez
Paula D. Ackermana, dr fil., w sposób zajmujący poddaje rozważaniom
wiele dowodów świadczących o młodym wieku ziemi, nie wyłączając
pracy Setterfielda. Ackerman stwierdza na str. 77: „Jak dotąd nikt nie
potrafił podważyć tych odkryć, potwierdzenia zaś dla pracy Setterfielda
zdają się nagromadzać”.

Naukowcy skłaniający się ku ewolucji są do tej tezy wrogo
ustosunkowani. Uczeni kreacjoniści podzielili się — niektórzy są za,
niektórzy przeciw. Najświeższa informacja pochodząca z The Creation
Science Foundation stwierdza, że niektórzy uczeni kreacjoniści, którzy

wystrzegali się hipotezy Setterfielda, zaczynają ją teraz akceptować.

* *

RADIOAUREOLE POLONU: „PODPIS STWÓRCY”. Kiedy ja-
kiś promieniotwórczy pierwiastek rozpada się w przezroczystym mine-
rale (takim jak mika w granitowej skale), to wówczas emitowane
cząstki alfa powodują powstanie w nim sferycznego odbarwienia —
radioaureoli.

Kiedy rozpadowi ulega uran, to pozostawia on swoją charakterysty-
czną aureolę w tej skale. Łańcuch rozpadu uranu wytwarza także trzy
izotopy polonu. Te z kolei pozostawiają w skale właściwe sobie
odbarwienia — radioaureole.

Jesteśmy tutaj zainteresowani zwłaszcza izotopem polonu-214.
Powstaje on w rozpadowym łańcuchu uranowym, a następnie sam szybko
ulega rozpadowi. Rozpada się i znika całkowicie w czasie krótszym niż
jedna minuta. W swoim krótkim istnieniu polon-214 pozostawia w skale
własną radioaureolę, którą można zidentyfikować.

Obecnie polon nie występuje nigdzie w stanie wolnym, lecz pojawia
się jedynie jako produkt rozpadowy uranu. Jednakże w skałach

prekambryjskich znajdowane są tryliony jego tajemniczych radioaureoli.
Tajemnica leży w tym, że cząsteczki polonu, które formowały te aureole,
nie były nigdy związane z macierzystym uranem. Wszelkie bowiem
możliwe testy eliminowały możliwość wcześniejszego istnienia macierzys-
tego uranu. Musiały to być zatem swobodne cząsteczki pierwiastka
polonu. Musiały się pojawić jako wolne i niezależne pierwiastki, istniały
swoje kilka chwil, tworząc radioaureole w otaczającej je litej skale, by
potem rozpaść się i zniknąć.

Radioaureole nie wytworzą się w roztopionej skale ani też w skałach
rozgrzanych. Powstają tylko w skałach litych, których temperatura jest
niższa niż 300° C.

Hipotetyczne skały powstałe na skutek „Wielkiego Wybuchu” byłyby
płynne i potrzebowałyby długiego czasu, by ostygnąć i stężeć. Na długo
jednak przedtem, zanim by to nastąpiło, każdy wolny polon uległby
rozpadowi i zniknął. Radioaureole obalają spekulacje jakoby skały
prekambryjskie kiedykolwiek występowały w stanie płynnym. W tych
bowiem rzekomych skałach „Wielkiego Wybuchu” mogłyby być aureole
polonu jedynie pochodzące od polonu wytworzonego z uranu już po
ostudzeniu i stwardnieniu skał.

Ewolucjoniści nie znajdują żadnego sposobu, by wyjaśnić owe
tryliony radioaureoli, które zostały pozostawione przez wolny polon-214.
Przyznają, iż stanowi to dla nich rzeczywiście tajemnicę.

Kreacjoniści natomiast nie mają żadnego problemu. Ich odpowiedź
jest taka, że te pierwotne prekambryjskie skały powstały nagle, w jednej
chwili. Wewnątrz tych litych i nowych skał powstał też w tej samej chwili
wolny pierwotny polon, który natychmiast pozostawił swoje aureole
i po kilku chwilach przestał istnieć, podczas gdy te lite skały,
naznaczone aureolami, pozostały. Innymi słowy, w momencie stworzenia,
pojawiły się podstawowe lite skały oraz swobodny polon, polon
jednak szybko zniknął, a skały pozostały, niosąc w sobie przekaz
radioaureolowy.

Wysoce szanowanym międzynarodowym autorytetem w dziedzinie
badań nad radioaureolami jest dr Robert Gentry. Przyznaje on, że właśnie
badania nad radioaureolami zmusiły go do uznania ich za dowód na
stworzenie ziemi w jednej chwili. Owe radioaureole przemieniły dr. Gentry
z wierzącego w ewolucję, w wierzącego w dosłownie sześć dni trwające
stworzenie. (Zob.„Bible-Science Newsletter”, styczeń 1982, październik

1984; także „C. R. S. Quarterly”,grudzień 1984).

SYSTEM SŁONECZNY. System słoneczny opiera się wszelkim
wyjaśnieniom. Od 300 lat pojawiają się kolejne teorie — żadna z nich nie
jest zadowalająca. Najnowszą jest teoria Geralda Kuipera ale on sam
uznaje jej słabość. Posuwa się jeszcze dalej mówiąc — odnośnie systemu
słonecznego — że nie jest bynajmniej przesądzonym, iż problem ten ma
jakieś naukowe rozwiązanie.

Najbardziej popularnym tematem rozważań teoretycznych jest teoria,
według której wirująca chmura pyłu i gazu zagęściła się, tworząc Słońce i
jego planety. Rozważmy pokrótce niektóre z nie dających się przezwycię-
żyć trudności.

  1. Chmura taka nie mogła zagęścić się, siła ciążenia byłaby nie wystar-
    czająca. Przyciąganie grawitacyjne nie byłoby skuteczne dotąd,
    dopóki cząsteczki nie osiągnęły rozmiarów księżyca.

  2. Cząsteczki nie skumulowały się, by utworzyć planety. Nauka nie zna
    żadnego procesu, mocą którego drobiny pyłu zlepiają się razem i
    akumulują do takich rozmiarów, gdzie już zaczyna oddziaływać cią-
    żenie.

  3. Słońce obraca się o wiele za wolno, by mogło spełniać warunki tej
    teorii. Jego masa wynosi więcej niż 99% ogólnej masy całego systemu
    słonecznego. Gdyby więc powstało ono z zagęszczenia jakiejś chmu-
    ry, to miałoby 99% obrotowego momentu całego systemu słonecz-
    nego. Zamiast tego jednak stwierdzamy, że leniwie obracające się
    Słońce ma mniej niż 1% obrotowego momentu, podczas gdy mało
    znaczące planety mają więcej niż 99%. W jakiż sposób mogło Słońce
    przenieść prawie cały swój obrotowy pęd na te maleńkie planety?
    Genialne umysły usiłowały odpowiedzieć na to pytanie i nadal
    usiłują

4a) Wszystkie dziewięć planet krąży wokół Słońca we właściwym kierun-
ku; siedem z nich obraca się właściwie wokół własnych osi. Dwie zaś,
Wenus i Uran, wirują w odwrotnym kierunku. Ponadto Uran leży
płasko na „plecach” z osią położoną prawie wzdłuż płaszczyzny
orbity wokół Słońca.

    1. Z 31 księżyców w systemie słonecznym 20 orbituje wokół swoich
      planet w tym samym kierunku, w którym obraca się planeta wokół
      własnej osi; 11 natomiast krąży wokół swoich planet w przeciwnym
      kierunku.

    2. Planeta Pluton obiega Słońce po płaszczyźnie różnej od płaszczyzny
      pozostałych planet.

5) Badania przestrzeni kosmicznej dowiodły, że nasz księżyc różni się
znacznie od Ziemi. Jego pochodzenie jest całkowitą zagadką. Nie

mógł być oderwany od Ziemi; nie mógł także. utworzyć się z tej samej
co ona chmury.

6) Na Słońcu i w całym wszechświecie wodór i hel znajdują się w obfito-
ści, cięższe natomiast pierwiastki prawie nie występują. Na planetach
wewnętrznych — Merkurym, Wenus, Ziemi i Marsie — cięższe pier-
wiastki występują równie obficie jak wodór i hel, co sprawia, że
planety te są wyjątkami w całym wszechświecie. Trudno pojąć w jaki
sposób mogły się one utworzyć z tej samej chmury, z której rzekomo
powstało Słońce.

Tymi i wielu innymi problemami najeżony jest system słonecz-
ny, piętrząc przed uczonymi trudności. Nauka mogłaby zaoszczę-
dzić drogocenny czas stawiając czoło nieuniknionej odpowiedzi, tak
jak to uczynił Isaac Newton, odpowiedzi, że system słoneczny
jest tworem Inteligencji, a nie przypadku. (Zob. J. C. Whitcomb, „The
Origin of The Solar System”;artykuł George’a Mulfingera, „Why
Not Creation”,
str. 39-66 oraz „The Creation Explanation”, str.
140-143).

* *
*

MŁODA ZIEMIA, MŁODY SYSTEM SŁONECZNY,
MŁODY WSZECHŚWIAT

Wyłania się następujące pytanie: czy Ziemia jest stara czy też młoda?
A co można powiedzieć o wieku wszechświata? Przyjmowane, miliardy lat
liczące, podziały czasu wzięły się z dwóch idei: z założenia, iż ewolucja
rzeczywiście miała miejsce oraz z datowania radiometrycznego. Jeśli te
dwie idee nie wytrzymają próby, to konsekwentnie i owe wielomiliardowe
okresy czasu upadną.

Z drugiej jednak strony występuje wiele przyrodniczych zjawisk,
które zdają się ograniczać wiek Ziemi i wszechświata do okresu
sięgającego zaledwie kilku tysięcy lat. Przyjrzyjmy się teraz bliżej kilku z
nich.

Nierównowaga węgla-14. W celu osiągnięcia równowagi pomiędzy
wytwarzaniem a rozpadem węgla-14 wymagany byłby okres wynoszący
ledwie 30 000 lat. Jednakże, jak to wcześniej było już omawiane, daleko
jest do osiągnięcia równowagi. Wytwarzanie węgla-14 w górnych
warstwach atmosfery przekracza jego rozpad na ziemi o 30-40%. W

braku lepszego wyjaśnienia utrzymuje się, iż oznacza to, że promieniowa-
nie kosmiczne oddziałuje krócej niż 30 000 lat. Melvin Cook oraz Robert
Whitelaw, posługując się różnymi równaniami nierównowagi, obliczyli
wiek atmosfery odpowiednio na 10 000 i 5000 lat.

Hel. Kiedy rozpada się uran, to wytwarza się nie tylko ołów, ale także
hel. Hel ten ulatuje do atmosfery. Zagadkę dla ewolucjonistów stanowi
fakt, że w atmosferze nie znajduje się dosyć helu, jeśli rozpadający się
uran wytwarzał go przez miliardy lat. Ewolucjoniści wyjaśniają ten
problem przy pomocy założenia, iż brakujące ilości helu musiały po
prostu uciec w przestrzeń kosmiczną. Istnieje jednakże kilka prac
naukowych, które dowodzą, że hel raczej wchodzi do atmosfery z
korony Słońca, (np. praca prof. Melvina Cooka w „Naturę”, 26. 1. 57).
Ponadto istnieją prace, które wykazują, że zakładana ucieczka helu w
ilości wystarczającej dla sprostania temu problemowi jest nieprawdopo-
dobna. Zagadnienie to opisane jest przez Larry Vardimana, dr. fil.,
w „The Helium Escape Problem” (l. C. R. „Impact”, maj 1985). Vardiman
wyznaje opinię, że problem ucieczki „nie odejdzie i pozostanie nie-
rozstrzygnięty”.

Kreacjoniści zaś utrzymują, że hel znajdujący się w atmosferze jest w
przeważającej ilości wyjściowym, pierwotnym helem wraz z pewną ilością
helu gromadzącego się z promieniotwórczego rozpadu na przestrzeni
kilku tysięcy lat.

Komety. Krótkookresowe komety zakończają obieg po swojej orbicie
w czasie krótszym od 200 lat. Za każdym razem, kiedy kometa okrąża
Słońce, osiąga wspaniały „szczytowy” moment, kiedy formuje się jej
piękny warkocz. Ale płaci za tę glorię utratą części samej siebie, tracąc w
zawrotnym tempie znaczną część swojej masy. Komety są stosunkowo
niewielkie, średnio sięgają prawdopodobnie 1 km średnicy, nie mogą więc
doświadczać wielu takich momentów przed całkowitym rozpadem.

Astronom R. A. Lyttleton obliczył, że żadna krótkookresowa kometa
nie może przetrwać więcej niż 10 000 lat. („Mysteries of The Solar
System”,
1968). Najnowsze obliczenia dotyczące komety Halley’a
przypisują tej wielkiej komecie o wiele dłuższe trwanie aniżeli 10 000 lat,
niemniej jednak musi to być nadal bardzo ograniczony okres istnienia.

Te nadal licznie trwające krótkookresowe komety są niebiańskimi
świadkami tego, że system słoneczny jest bardzo młody. Stanowią istotny
problem dla ewolucjonistów, którym potrzebny jest, wiele miliardów lat
istniejący system słoneczny. Wychodzą naprzeciw tej trudności przez
założenie, że musi istnieć ogromna liczba rezerwowych komet oczekują-

cych w przestrzeni międzygwiazdowej. Sugerują ponadto, że nowe komety
są wstrzeliwane z tej przestrzeni do wnętrza układu słonecznego, by
zastąpić stare komety. Nie ma żadnego dowodu na poparcie owej
hipotetycznej chmury komet, tzw. „Chmury Oorta”. W rzeczywistości idea
ta upada w obliczu naukowej krytycznej analizy. Co więcej, krótkookre-
sowe komety mają paraboliczne, a nie hiperboliczne orbity, co stanowi
dowód na to, że nie zostały one do układu słonecznego wstrzelone z
przestrzeni międzygwiezdnej. Całość tego zagadnienia jest w sposób
przekonywający opisana przez Paula Steidla w „Bible-Science Newsletter”,
maj 1986, str. 12 i 14.

Krótkookresowe komety są więc jaskrawym dowodem na to, że
system słoneczny jest bardzo młody.

Pole magnetyczne ziemi. Dr T. G. Barnes, profesor fizyki Uniwersy-
tetu Teksaskiego w El Paso, badał i zmodernizował wcześniejsze prace
naukowców na temat siły ziemskiego pola magnetycznego, które
było skrupulatnie mierzone przez prawie półtora stulecia. Jego siła zanika
wykładniczo prawdopodobnie w połowie trwania, wynoszącej 1400 lat.
Oznacza to, że było ono dwukrotnie większe 1400 lat temu, czterokrotnie
większe 2800 lat temu. Rzutowanie tego rozpadu w przyszłość
oznaczałoby, iż z magnetycznego pola nie pozostanie nic w A. D. 4000.

Kofahl i Segraves omawiają te odkrycia w „The Creation Explanation”
(str. 194). Twierdzą, że gdyby wygasanie pola magnetycznego trwało
nieprzerwanie przez 30 000 lat, to rozpadająca się energia, przekształcona
w ciepło, wytworzyłaby temperaturę wystarczająco wysoką, aby całkowi-
cie zamienić Ziemię w gaz. Utrzymują, że dowód ten stanowi
potwierdzenie tezy, iż dzieje Ziemi nie przekraczają 10 000 lat.

Sam prof. Barnes stwierdza: „Wynikałoby z tych dowodów, że
początek magnetycznego momentu Ziemi mial miejsce o wiele później niż
20 000 lat temu”. (,. Speak to the Earth”,
str. 309).

Źródła ropy naftowej i gazu. Fakt, iż występowaniu ropy naftowej i
gazu towarzyszy nadal niezmiernie wysokie ciśnienie jest czymś
tajemniczym dla współczesnej geologii. Gdyby rzeczywiście ropa naftowa i
gaz uwięzione były w skałach przez miliony lat, ciśnienie to przesączyłoby
się poprzez skały. Nie powinno więc być teraz w ogóle najmniejszego
nadmiaru ciśnienia, jeśli wiek tych formacji istotnie jest dłuższy niż kilka
tysięcy lat. („The Creation Explanation”, str. 192-193).

Efekt Poynting-Robertsona oznacza, że pyl i kamienie orbitujące
wokół Słońca są bombardowane przez promienie słoneczne. Zmniejsza to

ich prędkość i sprawia, że stopniowo poruszają się ruchem spiralnym ku
Słońcu. Im mniejsze cząsteczki, tym szybsze jest ich zmiatanie do wnętrza
Słońca. Działanie to powinno było oczyścić nasz układ słoneczny z pyłów
i drobin nie przekraczających 4 cm średnicy w czasie krótszym niż 200
milionów lat. Jest to w istocie niewielki tylko ułamek zakładanego wieku
układu słonecznego, obliczanego na 4, 5 miliarda lat; a jednak pyły nadal
istnieją.

Z kolei, jeśli weźmiemy pod uwagę owe rzeczywiście ogromne słońca
(gwiazdy 0 i gwiazdy B) o sile promieniowania przekraczającej 100 000
razy moc promieniowania naszego Słońca, to giganty te powinny
wchłonąć swoje pyły 100 000 razy szybciej niż to czyni nasze Słońce. A
jednak te ogromne gwiazdy nadal są niemal całkowicie otoczone przez
ogromne chmury pyłów i gazu. Oto jeszcze jeden dowód na to, że
wszechświat jest młody.

Istnieje jeszcze inny problem dotyczący gwiazd 0 i B. Spalają one
swoją energię w zawrotnym tempie. Aby więc utrzymać zużycie tej energii,
każda z nich musiałaby mieć nieskończoną masę niewiele tysięcy lat temu.
Ewolucjoniści zdają sobie z tego sprawę. Najprostszą odpowiedzią jest ta,
że wszechświat ma zaledwie kilka tysięcy lat. Te i inne dowody zostały
doskonale zaprezentowane przez Harolda Slushera, geofizyka i astrofi-
zyka, w artykule „A Young Universe”, zamieszczonym w „Bible-Science
Newsletter”
(styczeń 1975).

Pył meteorytowy. Ten drobny pył bezustannie przedostaje się przez
atmosferę ziemską. W ciągu miliardów lat powinien utworzyć warstwę o
grubości 45 m, gdyby gromadził się bez przerwy. Nie ma jednakże
żadnego śladu takiej warstwy. Pył meteorytów jest bogaty w nikiel. Ale w
skałach ziemskich nikiel jest rzadkością. W ciągu zatem miliardów lat
bogaty w nikiel pył powinien uczynić nasze oceany zasobnymi w ten
pierwiastek. W rzeczywistości wody oceanu i oceaniczne osady zawierają
go tak niewiele, że pył meteorytowy mógł spadać na ziemię co najwyżej
przez kilka tysięcy lat.

Historia Księżyca mówi to samo. Pył meteorytów spada na jego
powierzchnię zupełnie tak jak na Ziemię. Na Księżycu nie ma wiatrów, nie
ma wody, ani żadnych pogodowych zjawisk, które mogłyby zakłócić
gromadzenie się pyłów. Przyjmując miliardy lat sięgający wiek Księżyca,
obawiano się, że lądujący statek astronautów może zanużyć się w pyle do
głębokości 20 lub 30 metrów, dlatego też wyposażony został w łapy o
kształcie naleśnika, przewidziane do lądowania w takich warunkach.
Kiedy astronauci wyszli na powierzchnię Księżyca, stwierdzili, że znaj-
duje się na niej zaledwie centymetr pyłu. Wskazywałoby to, że Księżyc

istnieje około 8000 lat. (Zob.„Bible-Science Newsletter„, marzec
1975 oraz „Suplement”, kwiecień 1979, a także „The Creation Explana-
tion
„, str. 190).

DLACZEGO GWIAZDY PŁONĄ? Długo zastanawiano się nad
pytaniem co sprawia, że Słońce płonie.

Spalanie chemiczne jest nieadekwatne. Mogłoby ono trwać zaledwie
około 5000 lat.

Zapadanie grawitacyjne (Kolaps). Około roku 1850 Herman von
Helmholtz wysunął wniosek, że żarzenie słoneczne bierze się z kurczenia
grawitacyjnego Słońca. Odkrył on, że czasowa długość tego spalania nie
przekroczy 20 milionów lat. Jego teoria została odrzucona, dlatego (i
tylko dlatego) że ewolucja potrzebuje miliardów lat.

Fuzja termonuklearna. Na początku naszego stulecia pojawiła się
nauka o radioaktywności. Ewolucjoniści uchwycili się tej idei, bowiem
termonuklearna fuzja na Słońcu i innych gwiazdach mogła trwać
nieprzerwanie przez miliardy lat. Stało się to ogólnie akceptowanym
dogmatem, chociaż nie miało lepszego naukowego uzasadnienia aniżeli
kurczenie grawitacyjne.

Czy jest to słuszne? Jeśli termonuklearna fuzja istotnie jest źród-
łem energii Słońca, to powinno ono bezustannie zalewać ziemię elemen-
tarnymi cząsteczkami neutrinowymi. Specjalne przyrządy wychwytujące,
neutrina liczyły te cząsteczki elementarne przez okres ponad 10 lat;
nie wykryto jednakże dostatecznej ilości neutrin, czyli takiej ilości,
która mogłaby stanowić poparcie teorii fuzji nuklearnej zachodzącej
na Słońcu.

Niemożność wykrycia słonecznych neutrin stanowi poważne zagro-
żenie dla podstawowego założenia astrofizyki, a mianowicie tego, które
mówi, iż termonuklearna fuzja sprawia, że Słońce (i inne gwiazdy) płoną.
Tak więc uczeni powinni teraz ponownie rozważyć alternatywę dotyczącą
„grawitacyjnego kolapsu”, jako że istnieje bezpośredni dowód na to, że
Słońce kurczy się.

W roku 1979, w referacie przedstawionym Amerykańskiemu
Towarzystwu Astronomicznemu, fizyk układu słonecznego, John A. Eddy
oraz matematyk, Aram A. Boornazian, stwierdzili, że pomiary średnicy
Słońca dokonywane w Royal Greenwich Observatory od roku 1836 do
1955 wskazują na kurczenie się Słońca wynoszące 2 sekundy łuku na sto
lat. Przy takiej prędkości kurczenia się zniknęłoby całkowicie w ciągu

niespełna 100 000 lat. Stało się to bodźcem do dalszych badań, które de
facto przyczyniły się do odkrycia, że zapisy Obserwatorium Greenwich
zawierają systematyczny błąd. Następnie, w roku 1980, dwie grupy
uczonych dokonały niezależnych odkryć. Obliczenia ich były zgodne,
niemniej jedna grupa utrzymywała, że Słońce stale się kurczy, inna
natomiast, że jest wielkością stałą.

W roku 1981 nastąpił przełom. Jeden z uniwersyteckich przyjaciół
Eddy’ego, Ronald Gilliland, wykorzystując zapisy Obserwatorium
Greenwich (poprawione już z błędu) oraz stosując cztery inne zestawy
danych odkrył, że całkowite kurczenie się wynoszące około 0, 1 sekun-
dy luku na stulecie ma rzeczywiście miejsce, licząc od wczesnych
lat siedemnastego wieku. W swoim stwierdzeniu Gilliland używał bardzo
ostrożnych słów: „Biorąc pod uwagę wiele problemów z zestawami
danych, nie jest to absolutny wniosek, że ujemny trend w zapisie
promienia słonecznego zachodzi istotnie od A. D. 1700, przewaga jednak-
że aktualnych dowodów wskazuje na to, że prawdopodobnie jest to
faktem”.

R. Gilliland odkrył także niewielką pulsację o 0, 02% promienia z
siedemdziesięciosześcioletnim rytmem; oraz jeszcze mniejszą pulsację,
która wiąże się z 11-letnim cyklem występowania plam słonecznych. To
ogólne kurczenie się oznacza, że dwa miliony lat temu Słońce było dwa
razy większe. Przybiera to więc postać następującej alternatywy: albo to
kurczenie się będzie musiało być w jakiś sposób wytłumaczone, albo też
koniecznym stanie się przyjęcie, że Słońce jest o wiele młodsze.
Ewolucjoniści opowiadają się za pierwszą możliwością. Sugerują oni, że
skoro zostały zidentyfikowane niewielkie pulsację o 11-sto i 76-letnich
cyklach, to całkowite kurczenie się może być interpretowane jako faza w
jakimś większym cyklu kurczenia się i ekspansji, powodującym
długookresową stabilność. Sugestia ta jednak nie daje się zweryfikować.
Wyjątek mogą stanowić dane z obserwacji prowadzonych w przeszłości na
przestrzeni setek lat.

Tymczasem jednak zaobserwowano następujące fakty:

  1. brak słonecznych neutrini jest tym, co powinno dyskredytować zało-
    żenie, iż Słońce (oraz inne gwiazdy) płoną dzięki termonuklearnej
    fuzji, oraz

  2. dowód, iż średnica Słońca skurczyła się podczas trzech ostatnich
    stuleci jest bezpośrednim świadectwem na rzecz teorii, że grawitacyj-
    ny Kolaps jest źródłem spalającej się energii Słońca i gwiazd.
    Tak, czy inaczej, mogłoby to nasuwać wniosek, iż całkowite istnienie

Słońca zostałoby ograniczone do około 20 milionów lat, a więc

znikomego jedynie ułamka miliardów lat, jakie są wymagane dla ewolucji,
(Zob. „New Scientist”(3. 3. 83) str. 592-595. A także artykuły Hiltona
Hinderlitera oraz Paula Steidla, „C. R. S. Quarterly„, czerwiec 1980).

A teraz- coś interesującego. Trzy wieki temu James Ussher,
arcybiskup Armagh, stosując chronologię biblijną ocenił, że Stworzenie
nastąpiło w roku 4004 przed Chrystusem. Naukowcy dobrze się uśmieli z
szacunku Usshera. Ale teraz śmiechy winny ustać.

W 1978 dr John Eddy, specjalista z zakresu fizyki Słońca,
przemawiając na Uniwersytecie stanu Luizjana złożył urzekająco uczciwe
wyznanie. Eddy, który jest ewolucjonistą, przyznał, że wierzy, iż Słońce
ma 4, 5 miliarda lat, ale wypowiedział to z zastrzeżeniem. Powiedział
„… jednakże sądzę, że moglibyśmy żyć z szacunkiem wieku Ziemi i Słońca
bpa Usshera. Nie wydaje mi się, byśmy mieli wiele danych obserwacyjnych z
zakresu astronomii, które sprzeciwiałyby się temu szacunkowi”. („Geoti-
mes”,
23. 9. 1978 str. 18-20).

Te słowa wybitnego fizyka Słońca muszą oznaczać, że szacunek
biskupa Usshera dający Ziemi i Słońcu około 6000 lat tak samo zasługuje
na zaufanie, jak szacunek współczesnego kosmologa wyrażony w
miliardach lat.

CZĘŚĆ 11

POWSTANIE Z NICOŚCI

Księżyc jest całkowicie pozbawiony życia. Uwięziony przez Ziemię
przypomina, że przestrzeń kosmiczna jest nieprzyjazna życiu. Badamy
cały układ słoneczny i stwierdzamy, że każde miejsce poznane
gdziekolwiek w kosmosie, jest wrogie życiu. Z tego, co wiemy do tej pory
wynika, że w przestrzeni kosmicznej, nie ma gościnnego miejsca — istnieje
jedynie obcy życiu wszechświat. W tym jałowym bezmiarze nasza Ziemia
jawi się jako odmienne ciało. Buchająca życiem, jest czymś wyjątkowym
— fenomenem, jedynym miejscem uformowanym dla życia.

W naszych czasach daje się zauważyć narastające szaleństwo
nieuzasadnionych domysłów, iż gdzieś we wszystkich zakątkach wszech-
świata istnieją inne ziemie i inne życia. Punktem wyjścia do takiego
modnego myślenia jest wykluczenie wszystkiego, co nadprzyrodzone.
Kreacjonizm jest więc tutaj nie do pomyślenia. Stąd też przyjmuje się, iż
życie musiało się począć z martwej materii drogą naturalnych procesów
chemicznych, czyli przez spontaniczne wytwarzanie się (samorództwo).
Jest to nauka błędna, której już dawno temu przeciwstawił się wielki
Louis Pasteur.

Kiedy Pasteur ukończył swoje znakomite eksperymenty, w sposób
naukowy unicestwił starą ideę o spontanicznym powstaniu życia.
Dowiódł, że tylko życie może zrodzić życie. Od czasów Pasteura do nauki

weszło coś nowego, coś określanego mianem „bezbożności”. Nauka
odrzuca nadprzyrodzoność. Teraz zmuszona jest do cofnięcia się w czasy
ciemności sprzed Pasteura i do twierdzenia, że życie istnieje, lecz że nie
wolno nam uznawać Stwórcy. Dlatego też — wbrew Pasteurowi —
musimy mówić, że materia spontanicznie trysnęła życiem. Wyobraźmy
więc sobie samoistne powstanie życia kiedyś, w odległej i tajemniczej
przeszłości, wbrew prawom termodynamiki, wbrew matematyce i
zdrowemu rozsądkowi. Ten rodzaj nauki złamałby raczej wszelkie prawa
przyrodnicze niżby miał uznać działanie Stwórcy.

Uczeni, którzy wykluczają stworzenie, uważają za „logiczne”
twierdzenie, że jeśli jeden układ słoneczny zaistniał drogą przypadku, to w
takim razie inne systemy słoneczne musiały także zaistnieć w ten sam
sposób, gdzieś w przestrzeni międzygwiazdowej. Jeśli żywa materia
istnieje na ziemi, to życie musi być wydarzeniem naturalnym i dlatego
musi istnieć inne życie na owych innych planetach, których istnienie
wyobrażamy sobie gdzieś we wszechświecie.

W rzeczywistości wyobrażanie sobie istnienia innych układów
słonecznych, kiedy nasz własny system jest niemożliwy do wyjaśnienia,
stanowi jedynie absolutnie założeniową rację. Nasz układ słoneczny
pozostaje nadal tajemnicą.. Żaden uczony nie potrafi go wyjaśnić. Od
trzech stuleci powstawały i ginęły teorie dotyczące naszego układu. Isaac
Newton ustosunkował się krytycznie do jednej z najwcześniejszych teorii.
Twierdził on, że żadna naturalna przyczyna nic była w stanie wytworzyć
układu słonecznego. Utrzymywał, że system słoneczny musiał być
wynikiem namysłu, to znaczy dziełem inteligencji. Współczesne stanowis-
ko w tej kwestii jest następujące: po trzystu latach powstawania jednej
teorii po drugiej, nie jesteśmy bynajmniej bliżsi teraz niż kiedykolwiek
przedtem wyjaśnienia zagadki naszego układu słonecznego. Jest to
powszechnie przyznawane.

Niezrażeni jednak niemożnością zgłębienia układu słonecznego
teoretycy nadal przedkładają swoje opinie usiłujące wyjaśnić cały
wszechświat. Współcześnie popularną jest teoria „Wielkiego Wybuchu”,
który eksplodował ogromne masy pierwotnej materii, rozrzucając ją na
wszystkie strony; materia ta następnie, nadal pędząc, poczęła się
zagęszczać w gwiazdy, w gromady gwiazd, tworząc w końcu ów cudowny
wszechświat. Dumny człowiek, dysponujący odrobiną danych, ale
niecierpliwie domagający się odpowiedzi, buduje bezustannie hipotezy na
hipotezach, pomijając jedyny klucz do lego wszystkiego — Stwórcę.

Zachowując pełne uznanie dla obserwatorów spodziewających się
odkryć nową gwiazdę w mgławicy Oriona i dla tych, którzy wyobrażają
sobie istnienie innych systemów planetarnych, możemy być spokojni, że

— jak na razie — żaden teleskop nie ujawnił innego systemu
platnetarnego, ani też żaden astronom nigdy nie był świadkiem narodzin
jakiejś gwiazdy, i nie zaobserwował tworzącej się galaktyki. Tak więc
żaden uczony nie ma cienia naukowego prawa do zakwestionowania
Twojej, Czytelniku, wiary w to, że gromady gwiazd wyszły, już płonące, z
ręki Boga.

Przed podjęciem jakiejkolwiek próby wyjaśnienia materialnego
wszechświata, jego narodzin i formowania się, byłoby dobrze najpierw
zrozumieć, czym jest sama materia, nieuchwytna materia znikająca, gdy
podda się ją gruntownym badaniom. A kto zdolny jest rozwiązać zagadkę
drugiego wcielenia materii, czyli energii? Kto potrafi zatrzymać światło?
Któż potrafi wyjaśnić tajemnicę ciążenia?

Wszędzie stajemy naprzeciw nieodgadnionego, a tymczasem pozba-
wione Boga teorie usiłują wyjaśnić to, co jest niemożliwe do wyjaśnienia;
usiłują wyjaśnić mechanizm zegarka bez zegarmistrza.

Jeśli wszechświat został stworzony, to w takim razie wszechświat jest
czystym aktem Boga i stąd też niepodobna wyjaśniać go przy pomocy
teorii uniformitarnej.

Wiek pozorny. Prawdopodobnie był taki moment po stworzeniu, w
którym wiek pozorny różnił się od wieku rzeczywistego. Należy rozważyć
bacznie kwestię, ku której usiłuję skierować uwagę Czytelnika — wiek
pozorny przeciwstawiony wiekowi rzeczywistemu.


Pomyślmy o cudzie w Kanie Galilejskiej, kiedy woda została
przemieniona w wino. Wprawny degustator spróbowałby to wino i
powiedział: stare wino! I byłby w błędzie. Wiek pozorny wina liczył lata,
jego zaś wiek rzeczywisty — zaledwie kilka minut.

Przypomnijmy sobie cuda w Lourdes. Weźmy na przykład
uzdrowienie medycznie poświadczone, a wykraczające ponad siły
przyrodzone. Oto mężczyzna, którego noga została złamana i część kości
zgniła tak, że powstała luka, wytworzona przez brakującą kość. W
momencie cudu nowa kość zapełniła tę lukę. Każdy bezstronny specjalista
mógł zbadać tę nogę i stwierdzić: ta kość ma 30 lat, i byłby w błędzie.
Pozorny wiek bowiem wynosił 30 lat, wiek rzeczywisty kilka minut.

Tak więc, nasz akuratny uczony obserwuje ów wspaniały wszechświat
i usiłuje wyjaśniać wszystko, cofając się do jakiegoś przedpierwia-
stkowego bulionu.

Jeżeli nie jesteśmy całkowitymi ateistami, to przyjmujemy istnienie
Boga. Jeżeli istnieje jakiś Bóg, to wówczas ten Bóg mocą swojego „Fiat —
niech się stanie”,
mógł natychmiast wywołać z nicości doskonały
wszechświat. Nawet Huxley, agnostyk, największy sprzymierzeniec

Darwina — „Buldog Darwina” — nawet on — arcybiskup ewolucji, wróg
religii — nawet Huxley przyznawał, że gdyby dopuścić Bóstwo, to wów-
czas nie miałby żadnej trudności w zrozumieniu tego, że tam, gdzie nic nie
istniało, wszechświat mógł nagle pojawić się z nicości, jedynie mocą aktu
wolitywnego tego Bóstwa.

Pragnę teraz zasugerować Czytelnikowi, a sugestia ta poparta jest
wiarą wielu setek, a być może tysięcy, wysoko kwalifikowanych
naukowców — co sprawia, że nie potrzebujemy się tego wstydzić — że
owo „Fiat” Stwórcy stworzyło w pełni ukształtowany, doskonale
działający i dojrzały wszechświat. A z prochu ziemi, jeszcze jedno „Fiat”
dało dojrzałego człowieka. A kiedy człowiek ten spojrzał ku górze, to
przypuszczam, że dostrzegł on dzieło Boga w gwiazdach na niebie bez
oczekiwania latami na światło, aby pokonało przestrzeń.

W tym momencie pozorny wiek wszechświata mógłby uniformitar-
nemu naukowcowi wydawać się sięgającym miliardów lat, gdy jego
rzeczywisty wiek liczyłby zaledwie sześć dni. Wiek pozorny Adama,
powiedzmy, 21 lat, ale jego wiek rzeczywisty — kilka minut — na tej
dopiero co stworzonej ziemi.

Przypuśćmy, że moglibyśmy ściąć drzewo w ogrodach raju. Możliwe,
iż ukazałoby ono zwykłe słoje wzrostu, które zawsze znajdują się w
drzewie; jego pozorny wiek wynosiłby wiele lat, natomiast jego wiek
rzeczywisty, kilka dni. Gdyby geolog mógł wejść do ogrodu rajskiego i
zbadać próbkę skały, to jest całkiem prawdopodobne, że znalazłby w niej
pewną ilość potasu i pewną ilość argonu oraz określiłby wiek tej skały na
miliony lat — tej dopiero co stworzonej skały!

Jeśli ziemia i wszechświat zostały stworzone, to w takim razie my
musimy zapuszczać się tam, dokąd nauka nie potrafi dotrzeć; tam, gdzie
chrześcijańscy uczeni przerywają „wyjaśnianie” i gdzie zaczynają oddawać
hołd Stwórcy.

Ta propozycja wieku pozornego przeciwstawiona wiekowi rzeczywis-
temu nie jest jakąś sprytną ideą, którą można przyjąć lub odrzucić. Jeśli
się jej nie zaakceptuje, to nie będzie się zdolnym zaakceptować
jakiegokolwiek pierwotnego stworzenia. Z drugiej jednak strony, bez
względu na to, co Bóg mógł uznać za godne stworzenia, przekorny umysł
człowieka może wymyślić jakiś rodzaj ewolucjonistycznej historii,
uprzedzającej to stworzenie, po to, by je „wyjaśnić”. Ale aby dokonać
owego wyjaśnienia, człowiek naciąga i łamie podstawowe prawa przyrody.
łamie niepodważalne prawa termodynamiki za każdym razem, kiedy
usiłuje wyjaśniać istotę zegarka bez jego Twórcy.

Dzisiaj, kiedy można wykazać, że teoria ewolucji jest niewiarygodna,
dostrzegamy paradoks nowej fali ewolucjonistycznej propagandy zalewa-

jącej świat za pomocą masowych środków przekazu oraz naszych
systemów edukacyjnych. Przekonywanie innych, że są tylko zwierzętami i
że nauka nie potrzebuje żadnego Boga, musi być strasznie ważne dla
niektórych ludzi.

Jeśli zastanawiasz się teraz Czytelniku, dlaczego tak się dzieje, to
poniższe słowa pomogą Ci to wyjaśnić. Newman Watts, londyński
dziennikarz, napisał książkę zatytułowaną „Britain Without God”
(„Brytania bez Boga”). W poszukiwaniu materiałów do tej książki odkrył
rzecz niezwykle ważną, a mianowicie, że ci, którzy chcieliby rozszarpać
chrześcijaństwo na strzępy, wykorzystują dla swoich celów pociski
ewolucjonizmu. Oto jego ostrzeżenie, stanowcze i jasne:

Każdy atak czyniony dzisiaj na wiarę chrześcijańską ma jako swoją
podstawę doktrynę ewolucji”.

DODATEK A

STANOWISKO KOŚCIOŁA

Fundamentalnym jest to, byśmy wierzyli w stworzenie z nicości nieba
i ziemi przez jednego wszechpotężnego Boga, którego moc teraz
podtrzymuje Jego stworzenie. (Czwarty Sobór Laterański i Vaticanum I).

Możemy wierzyć w ewolucję ciała (jeśli przekonamy się o tym na
mocy dowodów), lecz nie w ewolucję duszy, a odnośnie ziemskiej rasy
człowieka, poligenizm jest zabroniony. (Humani Generis).

Wszelka myśl o Bogu ewoluującym wraz ze wszechświatem została
potępiona przez Sobór Watykański Pierwszy.

W dwudziestym wieku, z przyczyny rozrastania się ewolucjonistycz-
nych idei, papież Pius XII uczynił jasnym stanowisko Kościoła:

  • po pierwsze, w roku 1941, w przemówieniu do Papieskiej
    Akademii Nauk papież stwierdził, że Księga Rodzaju poświadcza
    następujące pewniki, bez jakiejkolwiek możliwości alegorycznej inter-
    pretacji:

    1. Zasadnicza wyższość człowieka nad innymi istotami z racji duchowo-
      ści jego duszy.

    2. W jakiś sposób pierwsza kobieta wywiedziona została od pierwszego
      mężczyzny.

    3. Pierwszy człowiek nie mógł być po prostu zrodzony przez zwierzę we
      właściwym sensie tego terminu, bez Boskiej interwencji;

  • po drugie, w roku 1950, papież Pius XII wydał Encyklikę Humani
    Generis
    , która traktuje o rozmaitych współczesnych błędach.

Wykazał w niej w jaki sposób ewolucjonizm może do tego prowadzić:
„Ktokolwiek rozejrzy się dokładnie w świecie poza owczarnię
Chrystusową, łatwo spostrzeże główne kierunki myśli, którymi kroczy nie
mało uczonych. A więc są tacy, co przyjąwszy nierozważnie i bezkrytycznie

system ewolucyjny, w samej dziedzinie nauk przyrodniczych nie udowodnio-
ny dotychczas bezspornie, tłumaczą nim powstanie wszystkich rzeczy,
skłaniając się lekkomyślnie ku monistycznej i panteistycznej hipotezie
nieustającej ewolucji wszechświata. Tym właśnie poglądem posługują się
chętnie zwolennicy komunizmu do skuteczniejszej propagandy materializmu
dialektycznego celem pozbawienia ludzi jakichkolwiek pojęć o Bogu.

Tego rodzaju ewolucjonizm, odrzucający pojęcia i rzeczywistości
absolutne, stałe i niezmienne, przygotował grunt dla nowej błędnej filozofii”.
(Z oficjalnego polskiego tłumaczenia encykliki).

Nawiązując do stanowiska „nauk pozytywnych” (jak się je określa)
stwierdzał, że to „niewątpliwie zasługuje na pochwałę, jeśli tylko chodzi o
fakty istotnie udowodnione. Z ostrożnością wszakże należy postępować przy
hipotezach, choć uzasadnionych w pewien sposób naukowo, gdy dotyczą
doktryn Kościoła”.

I dalej, w odniesieniu do ciała i duszy człowieka: „Dla tych powodów
Kościół nauczający nie zabrania uczonym i teologom polemiki nad doktryną
ewolucjonizmu, według dzisiejszego stanu nauk przyrodniczych i teologicz-
nych. Gdy się mianowicie bada problem pochodzenia ciała ludzkiego z
materii istniejącej uprzednio i organicznej; bo uznanie bezpośredniego
stworzenia dusz przez Boga nakazuje nam wiara katolicka. Swoboda jest
dopuszczalna pod warunkiem wszakże, że będzie się z należną powagą,
umiarem i opanowaniem rozważać i oceniać dowody i zwolenników i
przeciwników ewolucjonizmu. Z tym też, by wszyscy byli gotowi poddać się
zdaniu Kościoła”.
(Z oficjalnego polskiego tłumaczenia encykliki). i

Następnie Pius XII wyraża ubolewanie z powodu braku rozwagi u
tych, którzy czynią niewłaściwy użytek z tej swobody dyskusji przez
traktowanie ewolucji ciała, jak gdyby została ona dowiedziona ponad
wszelką wątpliwość.

Z kolei przechodzi do kwestii poligenizmu: „Nie wolno bowiem
wiernym przyjmować opinii, której zwolennicy twierdzą, że po Adamie
istnieli na ziemi ludzie nie pochodzący od niego jako prarodzica, drogą
naturalnego rozmnażania się, lub że Adam oznacza pewną liczbę
prarodziców. Okaże się bowiem całkiem niemożliwe jakoby się dało
pogodzić taką teorię z nauką źródeł prawdy Objawionej i dokumentów
Kościoła nauczającego o grzechu pierworodnym, który pochodzi z grzechu
rzeczywiście popełnionego przez jednego Adama i przeszczepiony rodzeniem
na wszystkich, jest zarazem wrodzonym grzechem własnym każdego
człowieka”.
(Z oficjalnego polskiego tłumaczenia encykliki). (Przypis Rz 5,
12-19 i Sobór Trydencki, sesja V, kan. 1-4, wskazuje, że to nauczanie
Kościoła zostało już dawno ustanowione).

Uwaga I: O. McKee (w „The Enemy Within The Gale”) podsumowuje
to mówiąc, że wyraźną intencją tej encykliki jest wykluczenie poligenizmu
z teologii. Dodając ponadto, że ta część encykliki poucza, iż Adam byt
pojedynczym człowiekiem, nie grupą; jego grzech był faktycznym
historycznym grzechem, który przekazywany jest nam poprzez krew
przodków.

Uwaga II: Humani Generis wyraźnie stwierdza, że w encyklikach pa-
pież naucza jako namiestnik Chrystusa, objaśniając jedynie to, czego uczy
Kościół, a to wyłącza ten przedmiot ze swobodnych dysput między
teologami. Pomimo to, wielu teologów nadal usiłuje pominąć Humani
Generis
czyniąc wysiłek w kierunku pogodzenia grzechu pierworodnego z
poligenizmem.

MISTICI CORPORIS (1953): Pius XII wzmocnił encyklikę Humani
Generis
encykliką Mistiei Corporis. Część tej nauki jest przedstawiona w
streszczeniu dokonanym przez o. McKee, obejmującym następujące
prawdy:

  1. Adam był ojcem całego rodzaju ludzkiego;

  2. został stworzony jako doskonały;

  3. cała ludzkość odziedziczyła plamę jego grzechu.

PRZEMÓWIENIE PAPIEŻA PAWŁA VI (1966): Paweł VI
skierował swoje słowa do grupy teologów przypominając im, że
„Katolicka doktryna na temat grzechu pierworodnego została jeszcze raz
potwierdzona przez Vaticanum II” (w Lumen Gentium
i w Gaudium et Spes)
„w pełnej zgodności z Boskim Objawieniem i z nauką poprzednich synodów
i soborów w Kartaginie, Orange i w Trydencie”.
(Zob. Lumen Gentium część
2, Gaudium et Spes część 18,. 22 i 24).

Papież strofował niektórych współczesnych autorów, których wyjaś-
nienia grzechu pierworodnego wydają się „nie do pogodzenia z prawdziwą
nauką katolicką”.
Potwierdził nauczanie Kościoła, „zgodnie z którym
grzech pierwszego człowieka jest przekazywany wszystkim jego potomkom,
nie poprzez naśladowanie, lecz poprzez zrodzenie”
(tj. poprzez dziedzicz-
ność krwi).

Paweł VI potwierdził również indywidualne stworzenie przez Boga
każdej ludzkiej duszy.

Katechizm Katolicki (o. J. A. Hardona SJ) na stronie 106 stwierdza:
„Chociaż nigdy wyraźnie nie sprecyzowany, fakt bezpośredniego stwarzania
każdej indywidualnej duszy należy do depozytu wiary chrześcijańskiej.
Pośrednio wyłożona przez Sobór Laterański V… jest częścią ogromnej
skarbnicy prawd objawionych, na straży których stoi Kościół. Zostało to

jasno uwydatnione w Humani Generis”.

* *

*

CREDO LUDU BOŻEGO (1968): Papież Paweł VI ponownie
wyjaśnił stanowisko Kościoła, że nasi pierwsi rodzice zostali ustanowieni
„w świętości i sprawiedliwości, w której człowiek był wolny od zła i śmierci”,
lecz Adam spowodował, iż „natura ludzka, wspólna wszystkim ludziom, z
powodu grzechu pierworodnego została doprowadzona do stanu, w którym
ponosi szkody stąd wynikłe: nie jest ona tą naturą, którą posiadali pierwsi
nasi rodzice… „

Wyjaśnia on także GRZECH PIERWORODNY: „Tak więc upadła
natura ludzka została pozbawiona daru łaski, którym przedtem była
ozdobiona, została zraniona w swoich siłach naturalnych, poddana władztwu
śmierci, która przeszła na wszystkich łudzi; z tego powodu człowiek rodzi się
w grzechu. Utrzymujemy więc za Soborem Trydenckim, że grzech
pierworodny wraz z naturą ludzką przekazywany jest „przez zrodzenie a nie
przez naśladownictwo”, że jest on „własnym grzechem każdego”.

ZBAWIENIE: „Wierzymy, że Pan nasz Jezus Chrystus odkupił nas
przez ofiarę krzyża od grzechu pierworodnego i od wszystkich grzechów
osobistych przez każdego z nas popełnianych… „

UPADEK: Katechizm Katolicki (str. 100-101) stwierdza: „Od
początków Pelagianizmu aż do najbardziej wyszukanych teorii racjonalis-
tycznych, Kościół nigdy nie zachwiał się w swojej zasadniczej nauce o
pierwotnej kondycji człowieka, gdy opuścił on twórczą rękę Boga, i o tym. co
się wydarzyło, kiedy pierwszy człowiek nie usłuchał swojego Stwórcy”.

Wyjaśnia nam też, że „nauka św. Augustyna na temat pierwotnej
sprawiedliwości, upadku i grzechu pierworodnego była wiele razy
potwierdzana przez kolejnych papieży”.

Odwołuje się do Drugiego Synodu w Orange i dalej czytamy:
„Tysiąc lat później Sobór Trydencki powrócił do tego samego przedmiotu… „

i doktryna Kościoła w Trydencie staje się bardziej wyraźnie określona.

W ten sposób „pierwszy człowiek. Adam. natychmiast utracił sprawiedliwość
i świętość, w której został ukonstytuowany, kiedy nie usłuchał nakazu Boga
w ogrodzie rajskim”.

Cytowany katechizm mówi także o tym, że Sobór Trydencki pragnął
„dokładnie rozróżnić dwa stany egzystencji człowieka, przed upadkiem i po
upadku. Przed upadkiem Adam radował się darem prawości, która
oznaczała brak konfliktów, jakich my dzisiaj doświadczamy pomiędzy
naturalnymi popędami a nakazami rozumu słusznego. P o upadku Adam
utracił ten dar dla siebie samego i dla przyszłych pokoleń, gdyż nawet ci,
którzy zostali odrodzeni duchowo w chrzcie, są trapieni przez wewnętrzną
walkę, jaka się toczy z ich niepohamowanymi pragnieniami i obawami”.

W ten sposób również Sobór Trydencki powtórzył w bardziej
sprecyzowanych kategoriach to, czego nauczały wcześniejsze Sobory.
Adam miał zachować nieśmiertelność ciała, ale kiedy zgrzeszył stał się
śmiertelny.

Sobór Trydencki potwierdził naukę św. Pawia, że grzech Adama
zaszkodził nie tylko jemu samemu, ale również jego potomstwu.
Konsekwencjami grzechu Adama były nie tylko śmierć ciała, lecz również
utrata łaski — śmierć duszy — co przeszło z jednego człowieka na cały
rodzaj ludzki.

Czym jest grzech pierworodny? „Zgodnie z tym, co miał później
wyjaśniać Akwinata, istotą grzechu pierworodnego jest utrata tego, co Bóg
przyznał wszystkim potomkom Adama, gdyby pierwszy człowiek nie
zgrzeszył. Nie jest to jednak jakieś zło tkwiące
w tym, co tworzy Bóg”. (Ka-
techizm Katolicki, str. 105).

* *

*

Ufność jednakże w prawdę Pisma Świętego została ostatnio
nadszarpnięta. Punktem początkowym tej erozji jest Księga Rodzaju, a
zwłaszcza partie dotyczące Adama i Ewy. Z tego miejsca rozszerza się ona
na całą Biblię.

Część niniejszą kończymy ostrzeżeniem papieża Leona XIII,
ostrzeżeniem, które powinno być wzięte pod rozwagę, szczególnie przez
dzisiejszych wychowawców młodych umysłów:

… Co się zaś tyczy młodzieży, to jeśli tracą oni swoją cześć dla Pisma
Świętego u’ odniesieniu do jakiegoś jednego lub więcej punktów, z łatwością
dają się zawieść do rezygnacji z uwierzenia w całość”.

DODATEK B

KOŚCIÓŁ A O. TEILHARD DE CHARDIN

Jest jeden pisarz, który wywarł i wywiera nadal taki wpływ na
liberalną myśl katolicką, zwłaszcza od czasu Soboru Watykańskiego II, iż
niepodobna w niniejszej pracy nie poświęcić mu szczególnej uwagi.
Pisarzem tym jest Teilhard de Chardin. (Hugh J. O’Connel, C. SS. R. dr fil.
w „Keeping Your Balance In The Modern Church”).

Stowarzyszenie Księży Katolickich w Anglii (The Catholic Priests’
Association of England) w swoim „Newsletter” (styczeń-marzec 1972)
opublikowało artykuł ks. prałata Johna W. Flanagana, zatytułowany „A
Periscope On Teilhard de Chardin”.
Artykuł ten ukazywał w streszczeniu w
jaki sposób sprawa Teilharda sytuuje się w Kościele. Oto wyciąg z tego
artykułu:

Po pierwsze, kolejność oficjalnych posunięć i edyktów:

  1. r. Przełożeni Zakonu Jezuitów zakazują o. de Chardin dalszego
    nauczania.

  2. r. Stolica Apostolska odmawia „Imprimatur” dla jego książki „Le
    Milieu Divin”.

1933 r. Rzym nakazuje Teilhardowi zrezygnować z posady w Paryżu.
1939 r. Rzym umieścił na indeksie jego książkę „L’Energie Humaine”.
1941 r. De Chardin przedłożył Rzymowi swoją najważniejszą książkę,
„Le Phenomene Humaine”.

    1. r. Rzym zabronił mu pisać i wykładać na tematy filozoficzne.

    2. r. De Chardin został wezwany do Rzymu przez generała jezuitów.
      Jedzie z nadzieją, że otrzyma od Stolicy Apostolskiej pozwolenie na
      publikację swojej najważniejszej książki, „Le Phenomene Humaine”.
      Po raz pierwszy zakazano jej publikacji w 1944 r. Zakaz ten został
      odnowiony w 1948. Zabroniono także Teilhardowi de Chardin
      zajmowania stanowisk dydaktycznych w „College de France”.

1949 r. Odmowa pozwolenia na opublikowanie książki, „Le Groupe
Zoologique”.

1955 r. Zakazano Teilhardowi uczestnictwa w Międzynarodowym Kon-
gresie Paleontologicznym. W tym także roku o. Teilhard nagle umie-
ra.

1957 r. W kwietniu wszystkie publikacje jezuitów w języku hiszpańskim
zawierały ostrzeżenie ich prowincjała w Hiszpanii, że prace Teilharda
zostały opublikowane w tym kraju bez uprzedniego kościelnego
sprawdzenia i wbrew zarządzeniom Stolicy Apostolskiej.
1962 r. Wydano Monitum (ostrzeżenie): zarządzenie Świętego Oficjum z
upoważnienia papieża Jana XXIII ostrzegało, że prace Teilharda są
przesycone dwuznacznościami lub też raczej obfitują w poważne
błędy, które obrażają naukę katolicką. Napominało osoby odpowie-
dzialne, aby skutecznie chroniły umysły, zwłaszcza młodych ludzi,
przed niebezpieczeństwami prac o. Teilharda de Chardin oraz jego
następców.

W 1963 roku Wikariat Rzymu (Diecezja zarządzana w imieniu Pawła VI
przez jego kardynała wikariusza) nakazał w swoim dekrecie, aby
katolickie księgarnie w Rzymie wycofały z obiegu-prace Teilharda
de Chardin, a także te książki, które popierają jego błędne nauki.

Ostateczny wniosek jest następujący: papieże Pius XI, Pius XII, Jan
XXIII oraz Paweł VI usiłowali zapobiec rozprzestrzenianiu się modernis-
tycznych błędów Teilharda de Chardin.

II;* *

*

Po drugie, artykuł „Periscope” wyjaśniał w jaki sposób pra-
ce Teilharda zostały opublikowane po jego śmierci za sprawą „postę-
powych” elementów znajdujących się wewnątrz Kościoła oraz niektó-
rych na zewnątrz, bez usłuchania zwierzchników Teilharda i Stolicy
Apostolskiej.

* *

*

Po trzecie, czytamy w „Periscope”, iż owi moderniści w Kościele
prowadzą systematyczną kampanię w celu wprowadzenia nauk Teilharda
do seminariów, szkół, college’ów, klasztorów, itd. Kampania ta obraca się
wokół trzech kwestii, a mianowicie, że:

      1. dekret z 1957 roku oraz Monitum z roku 1962 były niewłaściwie
        rozumiane i że obecnie są ignorowane przez Stolicę Apostolską;

      2. papież Paweł VI miał wypowiedź pochwalającą prace Teilharda jako
        „niezbędne”;

      3. chociaż pewne punkty prac Teilharda mogą być kwestionowane, to
        jednak na ogół dają się one doskonale pogodzić z nauczaniem Koś-
        cioła, a dostarczają nowego, głębokiego i stymulującego „wglądu” w
        teologię katolicką.

Odpowiedź na punkt 1):

        1. edykt oraz Monitum są krystalicznie jasne, stąd też nie może być
          mowy o złym ich zrozumieniu;

        2. w odpowiedzi na oficjalne zapytanie, Święta Kongregacja Doktryny
          Wiary oświadczyła: „Orzeczenie i dyspozycje wydane przez Kongrega-
          cję, a dotyczące pism Teilharda de Chardin, nie zostały zmienione. W
          ten sposób więc Monitum z 30 lipca 1962 roku zachowuje nada swoją
          moc”.
          (8 marca 1967);

        3. kolejne ponowne potwierdzenia (20 października 1967, marzec 1970
          oraz 4 sierpnia 1971) pochodzące od delegatur, które działały jednak
          na mocy instrukcji Kongregacji Doktryny Wiary, usunęły wszystkie
          możliwe wątpliwości odnośnie tej kwestii.

Odpowiedź na punkt 2):

aby uczynić jasnym niniejszy punkt, postawiono pytanie Kongrega-
cji Doktryny Wiary. Kongregacja, za pośrednictwem Delega-
tury Apostolskiej w Waszyngtonie (8 marca 1967), sformułowała nas-
tępującą odpowiedź:

Mogę autorytatywnie poinformować, że Ojciec Święty nigdy
ani publicznie, ani prywatnie nie wyraził stwierdzenia jakoby o. de
Chardin był przydatny i bardzo potrzebny naszym czasom”.

Odpowiedź na punkt 3):

jeden z największych erudytów i znawca Teilharda de Chardin, sza-
nowany teolog, kardynał Journet, wydał swój osąd na temat prac
Teilharda, który brzmi następująco:

Prace de Chardin są zgubne… jego synteza jest logiczna i musi
być przyjęta lub odrzucona jako całość, lecz jest ona sprzeczna z
chrześcijaństwem… Jeśli więc ktoś akceptuje wyjaśnienie Teilharda, to
musi jednocześnie odrzucić chrześcijańskie pojęcia Stworzenia, Ducha,
Boga, Zła, Grzechu Pierworodnego, Krzyża, Zmartwychwstania, Bos-
kiej Miłości, etc. ” (Nova et Vetera,
październik—grudzień, 1962).

DODATEK C

ZDZICZAŁE DZIECI

Ewolucjoniści, którzy wysuwają tezę, że niektóre naczelne poruszały
się w pozycji wyprostowanej, jako że były one „prawie ludźmi” lub
„dopiero co ludźmi”, zakładają, iż to stopień człowieczeństwa sprawia, że
zwierzęta stają w postawie pionowej. Jednakże zdziczałe dzieci pouczają
nas o czymś odmiennym. Amala i Kamala, z istniejącym w nich od wielu
generacji prawdziwym człowieczeństwem, ale wychowane w legowisku
wilczycy, nie potrafiły stanąć wyprostowane na dwóch nogach. Chodziły
opierając się na kolanach i rękach; biegały na czworaka, unosząc na
zmianę to tył, to głowę.

Kiedy w roku 1920 zostały schwytane i wzięte pod opiekę przez
misjonarzy z sierocińca w Midnapore (Indie), zachowywały się jak
wystraszone, zamknięte w klatce zwierzęta. Jadły na czworaka, chłepcząc
językiem napój i chwytając pożywienie wargami. Przez jakiś czas po
schwytaniu, zakłócały nocny spokój sierocińca niesamowitym wyciem o
godz. 10 wieczorem, o pierwszej i o trzeciej w nocy, a więc w czasie, kiedy
wilki wyły nawołując się z sąsiadującymi stadami.

Kamala miała około ośmiu lat, Amala zaledwie półtora roku, kiedy
zabrane zostały do sierocińca. Amala jednak umarła w niespełna rok
później. Rokowała ona nadzieję na nauczenie się języka i ludzkiego
sposobu postępowania z mniejszą trudnością aniżeli starsza Kamala, co
stanowi wielce znaczący szczegół.

Po upływie około dwóch lat Kamala podnosiła się na kolanach,
opierając się o stół i używała obu rąk, by podnieść miseczkę ryżu do ust.
Jednak dopiero dużo później nauczyła się stawać na dwóch stopach. Ale
nigdy nie biegała na dwóch nogach. Nawet po szeregu lat opieki ludzkiej,
kiedy szybkość była konieczna wracała do czworonożnego biegania i
poruszała się przy tym tak szybko, iż trudno było ją dogonić.

Po sześciu latach dostosowała się już do życia w sierocińcu.
Wzbogaciła swój słownik do 45 słów, a więc o 50% więcej niż dwanaście

miesięcy wcześniej. Rozumiała słowne instrukcje. Potrafiła tworzyć
niewielkie zdania, jak np. „lalki w pudełku”, wtrącając przyimek, co
sugerowało dojrzałość językową lepszą niż u normalnego dwuletniego
dziecka.

Rok później była już na tyle odpowiedzialna, że przez krótkie okresy
mogła sprawować opiekę nad niemowlętami w sierocińcu. Zaczęła kochać
te dzieci i one wszystkie ją kochały. Miała wówczas około piętnastu lat. W
dalszym ciągu najwyraźniej robiła postępy w mówieniu. Jednakże dwa
lata później zachorowała. Zanotowano, że chociaż bardzo osłabła i długo
cierpiała, to jednak mówiła bardzo dużo i „z pełnym zrozumieniem
używanych słów”.
Umarła w listopadzie 1929 roku, a więc w dziesięć lat po
opuszczeniu wilczej nory.

 

Kamala karmiona przez p. Singh.

(Reprodukcja z fotografii zamieszczonej w „Harpers Magazine”. )

Obrazuje to postęp w duchowym odradzaniu się Kamali. Kiedy
Kamala i Amala zostały uwolnione z wilczego legowiska, ich jedynym
słownikiem było wycie. W sierocińcu kuliły się w kącie swojego pokoju.
Pokarm trzeba było pozostawiać na podłodze, a one na ogół chwytały go
ustami. Kamala zwykła wywracać oczyma i warczała, jeśli ktoś się zbliżał
kiedy jadła.

Upłynęło więcej niż sześć miesięcy zanim odważyły się przyjąć ciastko
z rąk pani Singh, chwytając je jednak zębami i rzucając się z powrotem do
swojego kąta.

Pewien rzeczywisty postęp osiągnięty został do chwili śmierci Amali.
Utrata Amali wywołała pierwszą łzę w oczach Kamali. Nie chciała jeść i
ponownie powróciła do stanu dzikości. Szczególna jednak opieka pani
Singh pozwoliła odzyskać Kamalę, co ukazuje powyższa ilustracja.

Lektura uzupełniająca:

Ks. J. A. L. Singh i Robert M. Zingg, „Wolf Children and Feral Man”. Hamden,
Connecticut, Archon Books, The Shoe String Press, 1966,
Artykuł Arnolda Gasella M. D., „Biography of A Wolf Child”, Harpers Magazine”,
styczeń 1941.

Harlan Lane, „The Wild Boy of Aveyron”, Harvard University Press, 1976.
Susanne K. Langer,”Philosophy In A New Key” (Rozdział V: Język), Harvard
University Press, 1951.

DODATEK D

JESZCZE O EWOLUCJI CZŁOWIEKA
I SŁOWO O PTAKACH

Rozdział 4 niniejszej książki, wśród innych spraw, omawia dwa
niedawne odkrycia zespołu Leakey i Walker, które wstrząsnęły teorią
ewolucji hominidów.

Po pierwsze, w lipcu 1986 znaleziono czaszkę A. Boisei (Zinjanthro-
pus). Datowanie jej na 2, 5 milionów lat spowodowało, że okazała się za
stara by pasować do teorii, przez co wymazała do czysta listę kandydatów
do ewolucji hominidów.

Po drugie, w 1984 r. znaleziono szkielet chłopca. Czaszka sugerowała,
że mamy do czynienia z Neandertalczykiem (Homo sapiens). Poniżej
czaszki szkielet wyglądał jak szkielet współczesnego człowieka. Ale
datowany był na 1, 6 milionów lat, a to uczyniło go za starym, by
klasyfikować go jako Homo sapiens w obrębie teorii ewolucji. Problem
ten ominięto przez zaklasyfikowanie go do wygodnej grupy Homo
erectus.

A teraz spójrzmy na trzecie odkrycie, które nie było omówione w
rozdziale 4: niedawno ogłoszone znalezisko ekspedycji Johansona.

W lipcu 1986 r. znalazła ona część czaszki i trochę kości kończyn
jednego osobnika. Znalezisko to oznaczono OH62 i opisano w „Naturę”
(21 V 1987, str. 205 i następne).

Zęby i części czaszki sugerują, że OH62 to Homo habilis. Natomiast
są problemy z kośćmi kończyn. Jak podaje „Naturę”: „Jest to po raz
pierwszy, że elementy kończyn zostały definitywnie przypisane do Homo
habilis”
(str. 209).

Homo habilis był uważany za zaawansowanego hominida. Ale
znalezione kości wskazują na bardzo małą istotę, ledwie metr wysoką. Jest
równie mała jak Lucy (A. Afarensis), lub od niej mniejsza. Długie
ramiona, z sięgającymi kolan palcami podkreślają, jak u Lucy,

podobieństwo do małpy. Ale ten Homo habilis był datowany na 1,8
milionów lat, czyli na 2 miliony lat p o Lucy. Oto dowód, że w tym
mniemanym 2 milionowym okresie od Lucy do habilis nic się nic
zmieniło. Ewolucja stała w miejscu.

Gdy się zatrzymamy i zastanowimy nad tymi trzema odkryciami
zauważymy po pierwsze, że A. Boisei likwiduje całkowicie kandydatów na
ewolucyjnych przodków.

Dalej, jeżeli użyjemy Lucy jako punkt orientacyjny sprzed 3, 8
milionów lat i przesuniemy się 2 miliony lat do przodu do Homo habilis
(OH62), zauważymy, że w ogóle nie ma żadnego postępu ewolucyjnego.

Ale oto, małe 200 000 lat później, w cudownym ewolucyjnym tempie
pojawia się nagle Chłopiec, który wygląda zupełnie jak Homo sapiens.
Potem posuwamy się o dalsze 1, 6 milionów lat do naszych czasów i
stwierdzamy, że nasz szkielet, oprócz czaszki, jest taki sam jak szkielet
Chłopca. Oznacza to, że nie było istotnej ewolucji w tym 1, 6 milionowym
okresie czasu.

Tak więc, gdy patrzymy na blisko 4 miliony lat dzielące nas od Lucy,
nie znajdujemy ewolucji z wyjątkiem owego cudownego skoku, który dał
nam Chłopca. Burzy to wersję ewolucyjną. Czekamy jak to wyjaśnią
ewolucjoniści.

Fakty i znaczenie znaleziska OH62 przedstawia przejrzyście artykuł w
„Impact„, nr 171 (wrzesień 1987) napisany przez dr. Duane T. Gish’a.

Warto również dodać, że artykuł ten omawia znalezisko dwóch
kopalnych ptaków datowanych na 225 milionów lat, co podało
czasopismo „Naturę” (322-677, 1986). Zgodnie z tym datowaniem te
bardzo prawdziwe ptaki żyły 75 milionów lat przed Archeopteryksem,
powinny więc ostatecznie przekreślić błąkające się twierdzenie o nim jako
o ogniwie pomiędzy gadami i ptakami.

Oczywiście nie przyjmujemy tych ewolucjonistycznych datowań i
milionów lat, wokół których osnuta jest teoria ewolucji; wydaje się
jednak, że każde następne znalezisko czyni ewolucję bardziej niemożliwą.

ODPOWIEDZI NA WYBRANE PYTANIA

PYTANIE: W jaki sposób arka mogła pomieścić wszystkie rodzaje
zwierząt?

ODPOWIEDŹ: Kwestia ta jest omówiona szczegółowo przez Morrisa
i Whitcomba w „The Genesis Flood”. Jeśli przyjmiemy 42, 5 cm na łokieć,
to arka miałaby ok. 133 m długości, 22, 5 m szerokości i 13, 5 m wysokości
— zbudowana byłaby jak ogromna barka i praktycznie nie do
wywrócenia. Jej tonaż brutto wynosiłby 14 000 ton. Była więc bez
porównania największym statkiem, jaki — wyłączając ostatnie czasy —
kiedykolwiek zbudowano. Trzy pokłady dawały w sumie pojemność
równą 522 standardowym amerykańskim wagonom kolejowym.

„Rodzaje” wymienione w Genesis nie zawierały wszystkich gatunków,
a z pewnością nie wszystkie odmiany gatunków. W ten sposób zwierzęta
w arce ograniczone zostały do typów lub rodzajów. Arka nie zabrała ryb
ani też żadnych wodnych stworów. Ostateczny wniosek jest taki, że w
najlepszym przypadku arka musiałaby pomieścić nie więcej niż 35 000
okazów zwierząt kręgowych. Przeważająca ilość zwierząt nie przekracza
rozmiarami wielkości przeciętnej owcy. Zamiast więc okazów w pełni
dojrzałych mogły być zabrane młode osobniki bardzo dużych zwierząt.
Uwzględniając nawet średnie zwierzę o rozmiarach owcy, obliczono, że te
35 000 zwierząt mogłyby się zmieścić w 146 wagonach kolejowych.

Arka pomieściłaby je więc z łatwością na jednym pokładzie, jeden
pozostawiając dla ludzi i jeden na magazyny.

PYTANIE: W jaki sposób udało się Noemu spędzić wszystkie te
zwierzęta?

ODPOWIEDŹ: Noe nie mógł tego dokonać. Musimy uznać, że to
sam Bóg spowodował owo zebranie się zwierząt. Biblia wyjaśnia to w ten
sposób, że Noe i jego rodzina weszli do arki i że wszystko stworzenie
weszło do arki Noego. „Gdy już weszły do arki samiec i samica każdej
istoty żywej, jak Bóg rozkazał Noemu. Pan zamknął za nim (drzwi)”.
(Rdz
7, 13-16).

Jeśli zastanawiamy się nad tym, w jaki sposób kangury, niedźwiedzie
polarne oraz inne zwierzęta zamieszkujące oddalone od siebie regiony
ziemi wykonały swoją wędrówkę do arki, to najpierw musimy uświadomić
sobie to, że dostępne nam dzisiaj dowody wskazują, iż cała ziemia cieszyła
się absolutnie jednolitym i łagodnym klimatem, bez jakichkolwiek
skrajności. Dlatego też nie istniały w owych czasach żadne wyspecjalizo-
wane stworzenia, przystosowane do takich skrajności jak wysoka
temperatura lub mróz. Prawdopodobnie nie było też niedźwiedzi
polarnych, ponieważ nie istniały strefy zimna, w których mogłyby one żyć.
Tak więc wszystkie wówczas żyjące gatunki mogły żyć w bliskości arki.

Wielu kompetentnych naukowców uważa, że Ziemia prawdopodob-
nie otoczona była wtedy przezroczystym baldachimem z pary wodnej,
zawieszonym wysoko w stratosferze (wody ponad firmamentem) i że ów
baldachim wywoływał na niej tzw. efekt szklarniowy, wytwarzając
jednolicie łagodny klimat.

PYTANIE: W jaki sposób ta cała menażeria mogła być utrzymywana
w ryzach oraz karmiona w arce przez ponad rok?

ODPOWIEDŹ: W przypadku bardzo dużych zwierząt drapieżnych,
trudność ta mogła być uniknięta dzięki wprowadzeniu na pokład tylko
okazów młodych.

Wyjaśnić to można jeszcze inaczej, a mianowicie, że Bóg mógł
wykorzystać takie mechanizmy, jak hibernacja (sen zimowy), estywacja
(odrętwienie w okresie letnim), aby uspokoić te stworzenia i uczynić
niekoniecznym stałe ich karmienie.

Morris i Whitcomb podnoszą bardzo interesującą myśl, zgodnie z
którą hibernacja, estywacja oraz migracja stanowią trzy sposoby stawiania
czoła surowym warunkom klimatycznym; jednak, jeśli panował wtedy
niezmiennie łagodny klimat, to przed potopem nie miały żadnej racji
istnienia jakiekolwiek z tych trzech mechanizmów. Sugerują oni zatem, że
być może właśnie w wigilię potopu zdolności te zostały przydane
zwierzętom po raz pierwszy. Z pewnością boska moc zdolna była
utrzymać te zwierzęta w stanie spoczynku w arce, aby zminimalizować ich
karmienie oraz jakiekolwiek doglądanie.

Pismo Święte zapewnia nas, że Bóg przez cały czas kierował
wydarzeniami. W Księdze Rodzaju bowiem czytamy: „Ale Bóg, pamiętając
o Noem, o wszystkich istotach żywych i o wszystkich zwierzętach, które z
nim były
w arce… „ (Rdz 8, 1). Pismo Święte bynajmniej nie sugeruje, iż Bóg
w roztargnieniu zapomniał, a później nagle przypomniał sobie, że Noe i
arka nadal znajdują się w żywiole potopu. Ten biblijny ustęp nabiera
właściwego sensu dopiero wówczas, jeśli zawiera następujące znaczenie:
„Ale Bóg ochronił Noego i wszystkie żywe istoty” etc. Ponoć hebrajskie
słowo „pamiętać” może zarazem znaczyć „ochraniać”.

Morris i Whitcomb informują nas, że „zgodnie z hebrajskim
zastosowaniem, pierwotne znaczenie słowa „Zakar” (pamiętać) zawiera w
sobie ‚spełnienie życzeń, osłanianie, wybawienie’ wtedy, kiedy Bóg jest
podmiotem, a osoby są przedmiotem”.

PYTANIE: Skąd wzięła się ta woda zdolna objąć potopem cały
świat?

ODPOWIEDŹ: W naszych współczesnych warunkach nie ma w
atmosferze wystarczająco wiele wody, by powodować nieprzerwane
utrzymywanie się deszczu przez 40 dni i 40 nocy na całym świecie. Gdyby
w rzeczywistości wszystka woda została strącona, to pokryłaby ona ziemię
zaledwie do wysokości nie przekraczającej 5 cm.

Istnieją nieodparte dowody geologiczne, że potop ogarniający całą
ziemię wydarzył się naprawdę i że zatopione zostały nawet najwyższe

góry. Nie możemy pomijać tego problemu mówiąc, że potop nigdy nie
miał miejsca. Skąd w takim razie pochodziła ta woda?

Ów baldachim z pary wodnej, wspomniany już w odpowiedzi na
drugie pytanie, mógłby stanowić jedynie część rozwiązania. Innym
źródłem byłyby „wody dziewicze”, to znaczy te wody, które są dodawane
do oceanów przez wulkany, gorące źródła oraz inne ujścia. Nawet
obecnie, każdego roku co najmniej 3 km3 takiej wody dodawane są do
oceanów. Potop był nie mającym precedensu wstrząsem, któremu
towarzyszyła niewyobrażalnych rozmiarów aktywność wulkaniczna.
Spowodowało to wydostanie się ogromnych ilości wód dziewiczych na
powierzchnię ziemi.

Z kolei pył wulkaniczny wyrzucany w górne warstwy atmosfery mógł
dostarczyć jąder dla skraplania się owego baldachimu z pary wodnej, na
skutek czego wody jego poczęły opadać jako deszcz na ziemię.

W roku sześćsetnym życia Noego, w drugim miesiącu roku,
siedemnastego dnia miesiąca… trysnęły z hukiem wszystkie źródła Wielkiej
Otchłani
(czyżby podwodne wulkany?) i otworzyły się upusty nieba
(baldachim z pary wodnej?); przez czterdzieści dni i czterdzieści nocy padał
deszcz na ziemię”
(Rdz 7, 11-12).

A jednak nawet te źródła nie wystarczyłyby dla zatopienia takich gór,
jak Everest (8848 m) czy chociażby Ararat (5156 m). Koniecznym jest
wszakże zrozumienie tego, że w czasach potopu nie było tak wysokich
gór, które mógłby on zalać. Topologia uzależniona jest od zasady
„izostazy” (równych obciążeń). Gdzieś, głęboko w skorupie ziemskiej,
znajduje się podstawowa linia graniczna i, w celu zachowania równowagi,
obciążenia wykraczające ponad tę granicę muszą się równoważyć.
Obszary więc wysokiej topografii muszą charakteryzować się niską
gęstością i vice versa. Przed potopem ilość wody była znacznie mniejsza
niż obecnie, dlatego też ciężar oceanów mógł zrównoważyć tylko
stosunkowo niskie góry. „Góry były stosunkowo niskie, a baseny
oceaniczne stosunkowo płytkie w porównaniu z obecnymi warunkami”.
(„Genesis
Flood”,str. 268).

Mimo, iż góry te były dosyć niskie, i tak trzeba by było większej ilości
wody, aby je zatopić, a przecież wody, które powodowały największe
zalewanie pochodziły z samych oceanów. Wiadomym jest, że Europa
pokryta była przez morze już w czasach historii człowieka; nawet wysoki
płaskowyż irański uległ zniszczeniu przez wody morskie. Wszystkie
kontynenty noszą świadectwa zatopienia przez oceany. Wielkie pokłady
węgla złożone zostały pod ich wodami. Geologowie zwykli wyjaśniać
zalew kontynentalny obniżeniem się lądu; istnieje wszakże poważny

powód, aby łączyć to z jednoczesnym podwyższeniem się dna morskiego,
unoszącego się wraz z wielką aktywnością wulkaniczną i wstrząsami
tektonicznymi.

Podczas owego kataklizmu czasów Noego woda padała z niebios,
wypływała z podziemnych głębin, a oceany podnosiły się, by pochłonąć
ląd. Wulkany zaś i trzęsienia ziemi spowodowały ogromne bałwany
morskie, które rozchodziły się po całej planecie i zatapiały ją. Ostatecznie
jednak wszystka ta woda musiała z lądu spłynąć.

Biblia wyraźnie mówi o owych „źródłach Wielkiej Otchłani”, stąd też
wnioskujemy, że największą aktywność wykazywały podmorskie wulkany.
Wyrzucane lawy oraz wody dziewicze pozostawiały wielkie rozpadliny w
skorupie ziemskiej, głęboko pod dnami oceanów. Osłabione oceaniczne
dna nie były w stanie dźwigać tego rosnącego ogromu wód powierzchnio-
wych i wielkiej ilości osadów zmywanych z lądu. Podłoża denne oceanów
zapadały się pod tym ciężarem a bloki kontynentalne zostały odpowiednio
wypchnięte ku górze. Mogło to stanowić ów mechanizm, dzięki któremu
wody potopu usunięte zostały z powierzchni lądów.

Geologowie przyznają, że niemal wszystkie

obszary zawierają
plioceńskie i plejstoceńskie skamienieliny w bliskości swoich szczytów, co
oznacza, że zostały one wypiętrzone nie tak dawno, faktycznie
równocześnie. (Zob. str. 128).

Geologowie przyznają również, iż miały miejsce „niedawne”
podniesienia w górskich systemach Europy, Ameryki i Azji; sądzi się
także, iż wysokie stożki wulkaniczne Pacyfiku, Azji i Wschodniej Afryki
były utworzone w niedawnej przeszłości. Warto tutaj wspomnieć, że lawa
góry Ararat scalona została pod wodą.

Należy jeszcze wyjaśnić, iż kreacjoniści nie akceptują okresów
pliocenu i plejstocenu w kontekście „milionów lat”, lecz co do oznaczania,
odwołują się do niedawnych czasów. (Zob. „Genesis Flood”; „Scientific
Creationism”; „Science of Today and the Problems of Genesis”).

PYTANIE: W jaki sposób powstały rasy ludzkie?

ODPOWIEDŹ: Co się tyczy powstania ras, to — zarówno
ewolucjoniści jak i kreacjoniści — zgodni są co do tego, że wstępnym
warunkiem jest chów wsobny (inbredowanie) w jakiejś niewielkiej,
wyizolowanej grupie ludzi.

Dr Morris w „Scientific Creationism” cytuje Ralpha Lintona z Yale,
wybitnego antropologa i ewolucjonistę, który w 1958 roku wyjaśniał:

 „ Obserwacje wielu gatunków wykazują, że sytuacja małych i w znacznej
mierze wsobnych grup jest idealna dla utrwalenia się mutacji i,
konsekwentnie, do przyspieszenia procesu ewolucyjnego. Na ogół im
mniejsze inbredowanie grupy, tym bardziej znacząca staje się każda mutacja
dla tworzenia się jakiejś nowej odmiany”.

Dr Morris przypomina, że mutacje są szkodliwe, a nie pomocne i
prawdopodobnie zniszczyłyby populację przed spowodowaniem jakich-
kolwiek dających się wyobrazić korzyści. Jednakże, jeśli słowo „mutacje”
zastąpimy określeniem „geny recesywne”, to wówczas kreacjoniści
zgodziliby się ze stwierdzeniem Lintona.

W wielkich zbiorowiskach populacje na ogół wykazują cechy
charakterystyczne dla genów dominujących. Tylko wtedy, gdy mała grupa
jest odizolowana i występuje chów wsobny, geny recesywne mają
możliwość stania się genami typowymi.

Nie istnieje żadna potrzeba powolnego rozwijania się rasowych różnic
na przestrzeni długich okresów czasu. Raczej małe wsobne grupy,
wykazujące cechy charakterystyczne dla genów recesywnych, mogą
zupełnie szybko spowodować istotne zmiany fizyczne.

Po to, aby wyjaśnić wytwarzanie się głównych rasowych podziałów,
należy najpierw odpowiedzieć na wyłaniające się pytanie, co we wczesnej
historii człowieka spowodowało, że ludzkość rozproszyła się na małe
grupy. Ewolucjoniści nie potrafią dostarczyć jakiejkolwiek odpowiedzi.
Dla kreacjonistów natomiast istnieje oczywiste wyjaśnienie. W jakiej bądź
grupie fundamentalną potrzebę stanowi wzajemne porozumiewanie się,
a porozumiewanie to odbywa się za pośrednictwem języka. Gdyby jakaś
duża grupa o wspólnym języku odkryła, że jej język został nagle podzie-
lony na języki odmienne, to wzajemne porozumiewanie się pomiędzy
różnymi podgrupami okazałoby się niemożliwe. Ta większa grupa
musiałaby wówczas posegregować się na mniejsze, według języków. Dla
ewolucjonistów język stanowi tajemnicę; język jednakże jest naturalną
przyczyną powstania owych małych zamkniętych grup, których wsobność
wytworzyła rasy.

Dr Duane Gish wyjaśnia, że kiedy na wieży Babel język został
pomieszany, ludzie podzielili się na grupy i rozproszyli po różnych lądach,
prawdopodobnie w dość małych grupach, które następnie rozmnażały
się w izolacji. Sugeruje on, że Bóg rozmyślnie nadał języki, aby wyizo-
lować podobnych genetycznie ludzi w takie same językowe grupy.
W ten sposób więc osoby posiadające wyższą proporcję genów o cechach
negroidalnych lub cechach kaukazyjskich, etc., mogły otrzymać wspólny
język.

ODPOWIEDŹ: Dowody wskazują na to, że był taki okres
przedhistoryczny, kiedy na całej Ziemi panował klimat umiarkowany.
Wielu uważa, że mogło to być spowodowane przez istnienie nad
stratosferą baldachimu z pary wodnej wytwarzającego efekt szklarniowy.
Klimat równomiernie umiarkowany oznaczałby brak silnych prądów
powietrznych i burz. Rośliny i zwierzęta, wraz z przedstawicielami
dzisiejszych gatunków, były gigantyczne. Są także dane na temat istnienia
osobników ludzkich o wielkich rozmiarach. Był to świat pod wieloma
względami odmienny od naszego. Pismo Święte notuje kilkusetletnie
okresy życia ludzi z okresu przedpotopowego.

Joseph C. Dillow w artykule opublikowanym w „C. R. S. Quarterly”
(czerwiec 1978) pisze, że gdyby istniał na dużej wysokości baldachim z
pary wodnej o wielkości wystarczającej, żeby spowodować (w czasie
potopu) ogromne opady deszczu trwające 40 dni i nocy, to taki baldachim
wytworzyłby w przedpotopowym świecie ciśnienie atmosferyczne dwukro-
tnie wyższe niż obecnie. Oznaczałoby to, że również ciśnienie cząstecz-
kowe tlenu byłoby o dwa razy wyższe niż w czasach nam współczesnych.

Wyższe ciśnienie tlenu jest korzystne dla systemów biologicznych. Na
Florydzie hiperbaryczne tlenowe kuracje, przy których zastosowano 2, 5
atm czystego tlenu, przyniosły złagodzenie procesów starzenia, ułatwiły
leczenie zawałów, poprawiły pamięć i ogólną witalność. Autor przyznaje,
że 2, 5 atm czystego tlenu to znacznie więcej niż cząsteczkowe ciśnienie
tlenu w warunkach zakładanego baldachimu; jednakże sugeruje on, że
kiedy to cząsteczkowe ciśnienie oddziaływało przez cały okres życia,
mogło mieć podobnie korzystne skutki w opóźnianiu starzenia.

Kevin C. McLeod zwraca uwagę w„C. R. S. Quarterly”,(marzec 1981)
że w doświadczalnych badaniach lekarskich stosowano pola magnetyczne
wobec różnych pacjentów uzyskując korzystne efekty, między innymi
opóźniając starzenie, stabilizując kod genetyczny i zwiększając dopływ
wapnia do tkanek. Ważne jest to, iż zakłócenia w metabolizmie wapnia
stanowią czynnik uważany za sprzyjający starzeniu. Pole elektromagnety-
czne zastosowane w przypadku kości, które nie chciały się zrastać
przyspieszało ich wzrost i powodowało zrastanie.

Ziemskie pole magnetyczne maleje wykładniczo. W okresie przedpo-
topowym byłoby więc znacznie silniejsze niż obecnie. Zatem ludzie żyjący
w tej epoce poddawani byli znacznie silniejszemu magnetyzmowi niż
żyjący później, co przypuszczalnie mogło mieć wpływ na długowieczność.

Donald W. Patten(.. C. R. S. Quarterly”,czerwiec 1982) rozpatruje w
tym aspekcie rolę dwutlenku węgla. W badaniach laboratoryjnych,
atmosfera wzbogacona w CO2 wpływała korzystnie na krew. Powodowała
też rozszerzanie naczyń krwionośnych, co powoduje większy dopływ
tlenku do komórek mózgowych. Jest w mózgu mały gruczoł zwany
hypothalmus, który determinuje starzenie systemu endokrynologicznego.
Zwiększone natlenienie komórek mózgu redukuje aktywność tego
gruczołu i w ten sposób ogranicza jego wpływ na starzenie się.

Patten sugeruje, że atmosfera przedpotopowa była o wiele bogatsza w
dwutlenek węgla niż atmosfera po potopie. Dlaczego? Dlatego że zimne
oceany wchłaniają więcej CO: z atmosfery niż ciepłe. Obecne mają średnio
temperaturę wody +30C, podczas gdy przed potopem mogły mieć —15 C.
Cieplejsze oceany powodowały, że atmosfera była bogatsza w CO2, co
czyniłoby hypothalmus mniej aktywnym i opóźniałoby procesy starzenia.

Przy okazji Patten czyni ciekawą uwagę. Wiek temu było w
atmosferze 290 ppm CO2. Od tego czasu wzrastające spalanie paliw
kopalnych zwiększyło stężenie CO: w atmosferze do 330 ppm. Patten
sądzi, że istnieje jakiś związek między zwiększaniem się zawartości CO2 w
atmosferze, a rosnącą przeciętną wzrostu człowieka obecnej generacji oraz
wydłużeniem się średniej życia ludzkiego.

Skamienieliny ukazują, że rozmiary ssaków przed plejstocenem były
od 30% do 40% większe niż w dzisiejszym świecie. Ten gigantyzm
występował wszędzie. Natomiast po plejstocenie, który to czas oceniamy
jako popotopowy, występuje zmniejszenie się rozmiarów zwierząt we
wszystkich częściach świata. Skamienieliny nie są w stanie ukazać czy
maleje również średnia przeżywalność. Natomiast zapisy w Księdze
Rodzaju wskazują na spadek długowieczności człowieka.

Zarówno Dillow jak i Patten zwracają uwagą, że od Adama do
Noego patriarchowie żyją bardzo długo, ale ich długowieczność jest mniej

więcej stała, natomiast po potopie wiek ludzi stale maleje. Od syna Noego,
Sema, który miał 600 lat, poprzez 17 pokoleń do rówieśników Mojżesza,
kiedy to 70 lat stało się normalnym okresem życia ludzkiego, można
wykreślić wyraźnie wykładniczą zależność między długością życia, a
pokoleniem. Dillow zwraca uwagę, że taka krzywa występuje często gdy
system znajdujący się w stanie równowagi, poddany nagłym zmianom,
dostosowuje się do nowej równowagi. Sądzi on, że mity nie mogły
wyprodukować takiej matematycznie dokładnej zależności. Jest bardzo
mało prawdopodobne, by taka krzywa pojawiła się w wyniku czegoś
innego niż faktyczne zdarzenie historyczne. Ta krzywa wykładnicza
„sugeruje, że nowe czynniki pojawiły się w środowisku popotopowym”.

Tlen, dwutlenek węgla, pole magnetyczne Ziemi — wszystkie mogły
odegrać jakąś rolę w długowieczności i w tajemnicy starzenia się. Sprawy
te są jeszcze w fazie wstępnych badań, ale poznane już zależności powinny
skłonić sceptyków do poważnego zastanowienia się zanim zaczną
odrzucać jako mit podany w Księdze Rodzaju wiek patriarchów.

PYTANIE: Kto był żoną Kaina?

ODPOWIEDŹ: Pytanie to stawiane jest często i czasami w tonie,
który implikuje: „Tu cię mam tym razem”.

Odpowiedź jest prosta: żoną Kaina była jego siostra. Z kolei zaś
pojawia się zastrzeżenie, że Biblia nie wspomina nic o innych dzieciach
Adama i Ewy żyjących w tym czasie, kiedy Kain zabił Abla. Biblia
wymienia Kaina i Abla, ponieważ opowiada o wydarzeniu bezpośrednio
ich dotyczącym. Jej milczenie na temat innych dzieci nie może być
interpretowane jako brak innych dzieci w ogóle.

Angielskie tłumaczenie Biblii pochodzące z Douay jest bezsprzecznie
katolickie. W przypisie objaśniającym Rdz 4, 14 w odniesieniu do Kaina,
Biblia Douay stwierdza: „Jego obciążone sumienie sprawiło, że obawiał się
swoich własnych braci i siostrzeńców, których w tym czasie mogła żyć spora
liczba na Ziemi; trwało to blisko sto trzydzieści lat, jak można
wywnioskować z Księgi Rodzaju 5, 3, w porównaniu z Rdz 4, 25. chociaż w
zwięzłej relacji podanej w Piśmie Świętym wspomniani są tylko Kain i Abel”.

Inny przypis w Biblii Douay wyjaśnia Rdz 4, 17, który dotyczy żony
Kaina: „Była ona córką Adama, a Kaina rodzoną siostrą; Bóg zezwalał na
takie małżeństwa na początku świata, gdyż w przeciwnym razie rodzaj
ludzki nie mógłby się rozkrzewić”.

Wywołuje to zwykle dalsze zastrzeżenia: Bóg nie pozwoliłby na
kazirodztwo. Jednakże Biblia wyraźnie mówi nam, że Bóg dał początek
rodzajowi ludzkiemu od jednej pary — Adama i Ewy. Jeśli Bóg nie
pragnął, aby rasa ludzka skończyła się po jednej generacji, to chciał, aby

na tym etapie bracia i siostry zawierali związki małżeńskie pomiędzy sobą.
Zanim jednak wyrazimy nasze rozczarowanie z powodu Boskiego
przyzwolenia na to kazirodztwo, spojrzymy najpierw na przyczyny, dla
których dzisiaj uważamy kazirodztwo za karygodne. Zasadniczą przy-
czyną jest tutaj raczej ryzyko genetyczne dla potomstwa aniżeli jego
moralny aspekt.

My, istoty ludzkie, niesiemy w sobie to, co się nazywa „obciąże-
niem genetycznym”. Jest to nagromadzenie się na przestrzeni stuleci
niekorzystnych mutacji. Na szczęście dla nas genetyczny skutek tych
mutacji jest zazwyczaj recesywny. Pozostaje on w utajeniu, chyba że
oboje rodzice niosą w sobie ten szczególny gen. W tym przypadku po-
tomstwo będzie prawdopodobnie ujawniać ten defekt. Jeśli rodzice są
blisko spokrewnieni, to wówczas ryzyko jest większe, gdyż oboje będą
nosić odpowiadający sobie gen recesywny pochodzący z genetycznego
obciążenia i stąd też ryzyko urodzenia się ułomnych dzieci jest
większe.

Kazirodztwo zwiększa ryzyko genetyczne, ale niekoniecznie oznacza
to, że dzieci muszą być ułomne. Panujące w starożytnym Egipcie rody
praktykowały zawieranie związków małżeńskich pomiędzy braćmi i
siostrami, a jednak wydały zdrowych królów i królowe. Wspomina o tym
Ashley Montagu, autor„Human Heredity„; podaje on również kilka
innych przykładów, takie jak: mieszkańcy Wysp Pitcairn, wspólnota
hinduska z Tengger Hills oraz ludy zamieszkujące wiele małych wysepek.
Wszystko to zdaje się nie ujawniać żadnych chorobliwych skutków. Z
drugiej jednak strony inbredowanie pośród Indian Nanticoke z Delaware
spowodowało obwisanie górnej powieki; a inbredowanie w populacji z
Martha’s Vineyard stało się przyczyną głuchoty u górskiego ludu Nowej
Anglii oraz znacznego ograniczenia umysłowego. (Zob. suplement do
„Bibie Science Newsletter”, kwiecień 1957).

Teraz dochodzimy do głównego punktu naszej odpowiedzi. Adam
i Ewa byli cieleśnie doskonali. We wczesnych stadiach istnienia
rodzaju ludzkiego nie było w istocie żadnego genetycznego
obciążenia. Kiedy Kain pojął swoją siostrę za żonę, oboje byli
dziećmi Adama i Ewy. Nie istniało zatem żadne ryzyko genetyczne dla
ich dzieci.

Filozoficznie rzecz ujmując, należy dodać, że plan Boga był mądry:
zapoczątkował ludzkość za sprawą jednej pary i dzięki temu cały rodzaj
ludzki stanowią bracia i siostry. Dając nam w ten sposób początek, Bóg
był w pełni świadom tego, że nie będzie żadnego genetycznego ryzyka z
powodu łączenia się w związki małżeńskie bliskich krewnych w ramach
tych wczesnych pokoleń.

PYTANIE: Pośród studentów w pewnej wyższej szkole rozprowadza-
na była ulotka głosząca, że najnowsze badania nad chromosomami
dowodzą, iż ludzie i szympansy różnią się między sobą w sposób
zadziwiająco nieznaczny; że wielkie małpy mają 48 chromosomów a
człowiek 46 i że zasadniczo każde pasmo i podpasmo zaobserwowane do
tej pory u człowieka ma wyraźny odpowiednik w chromosomach
szympansich. Ulotka ta ponadto głosi, że nasz wspólny przodek miał
prawdopodobnie także 48 chromosomów, lecz — w czasie naszej ewolucji
— dwa z nich połączyły się, by utworzyć to, co teraz stanowi chromosom
nr 2 u człowieka.

Pytanie zatem brzmi następująco: czy jest to nowy dowód na
ewolucję człowieka?

ODPOWIEDŹ: Ulotka ta stwierdza pewne fakty, które są słuszne;
jednakże dołącza do nich założenia, które są tylko przypuszczeniami, na
przykład to, iż ewolucja jest faktem oraz założenie o jakimś
hipotetycznym, nie dającym się bliżej określić „wspólnym przodku”.

Musimy pamiętać o tym, że człowiek ma 46 chromosomów w 23
parach, szympans zaś ma 48 chromosomów w 24 parach.

Co się tyczy chromosomów szympansa i człowieka, to światowym
autorytetem w tej dziedzinie jest profesor Jerome Lejeune z Uniwersytetu
Paryskiego. W 1978 roku, w Australii, stwierdził co następuje: „Wiemy już
teraz, dzięki badaniom przeprowadzonym przez jednego z moich asystentów,
że szympans ma o dwa chromosomy więcej niż człowiek. Szympans ma dwa
chromosomy, które są rozłączone. Człowiek zaś ma jeden wielki chromosom,
który jest utworzony przez połączenie analogicznych dwóch szympansich
chromosomów”.

Moja interpretacja tego jest taka. że wtedy, kiedy prof. Lejeune mówi
o dwóch chromosomach szympansich, to ma on na myśli dwie pary.
Tak więc dwie pary zwykłych chromosomów u szympansa mają swój
odpowiednik w jednej parze wielkich chromosomów u człowieka.

Prof. Lejeune wyjaśniał, że połączenie tych dwóch chromosomów
nastąpiło „głowami”, co — aż do niedawna — uważane było za rzecz
niemożliwą. Kiedy chromosomy połączone są w ten sposób, to informacja
genetyczna tego drugiego szympansiego chromosomu odczytywana jest w
jednym kierunku, podczas gdy jego odpowiednik u człowieka czytany jest
w kierunku odwrotnym. Odczytywanie informacji w sposób ukierunko-
wany jak u szympansa może dać jeden sens. lecz kiedy czytana jest ona
zgodnie z ludzkim ukierunkowaniem, wówczas dostarcza odmiennego
znaczenia.

Skoro jeden gen zawiera 1000 lub więcej nukleotydów, skoro jeden
nukleotyd determinuje aminokwas i skoro jeden aminokwas w złym

położeniu może spowodować dezorganizację biologiczną, to wyobraźmy
sobie skutek odwrócenia całego chromosomu zawierającego tysiące
genów. Kiedy taki ogrom informacji genetycznej może być czytany ku
przodowi (w przypadku szympansa) i do tyłu (w przypadku człowieka)
bez biologicznego uszkodzenia szympansa czy też człowieka, to sugeruje
wyjątkowo mądre planowanie będące dziełem jakiejś superinteligencji.

Profesor Lejeune stwierdził, że badania chromosomowe wyraźnie
dowodzą, iż różnice genetyczne pomiędzy człowiekiem a każdą z trzech
wielkich małp są tak znaczne, iż mogą stanowić rozstrzygający
dowód na to, że człowiek nie wyewoluował od swych najbliższych
krewniaków — od małp człekokształtnych. Istnieje tak wiele różnic
chromosomowych pomiędzy człowiekiem a poszczególnymi małpami, jak
wiele ich jest pomiędzy jakimkolwiek jednym gatunkiem małp a drugim.

Prof. Jerome Lejeune potwierdził, iż poczynając od roku 1971 badania
wykazały, że darwinistyczna idea ewolucji drogą stopniowych zmian jest
genetycznie niemożliwa. Jest on zdecydowanie przekonany, że jedyną
drogą, aby cokolwiek zdolne było ewoluować, są nagłe i kompletne
zmiany. Oznacza to ewolucję na drodze wielkich skoków, tak więc
powracamy tutaj znowu do idei „obiecującego potworka”.

Ustaliwszy, iż człowiek, szympansy, goryle i orangutany są
gatunkowo równie od siebie odległe, i że żaden z tych gatunków nie mógł
wyewoluować w drugi, Lejeune konkluduje w sposób następujący:
„Uproszczona teoria mogłaby zakładać, że te wszystkie cztery gatunki
wywiodły się od jakiegoś wspólnego przodka, przechodząc swoją ewolucję
poprzez odmienne gatunki, które rozdzielone zostały dawno temu, i że
wspólny przodek wcale nie był małpą, lecz jakimś niewielkim ssakiem”.

Naukowe stanowisko jest więc jasne: nauka obserwuje człowieka i
trzy gatunki małp człekokształtnych i nauka oświadcza, że człowiek nie
mógł wyewoluować od jakiejkolwiek małpy. Oto wszystko, co nam może
powiedzieć nauka. Naukowcy mogą wysuwać najrozmaitsze hipotezy, jeśli
pragną ewolucji. Stąd też niektórzy uczeni (i niektórzy nauczyciele)
wysuwają hipotezę, że ewolucja człowieka rzeczywiście miała miejsce oraz
że człowiek i szympans wyewoluowali w dwie oddzielne linie od jakiegoś
nieznanego „wspólnego przodka”.

W budowie ciała istnieje pewne powierzchowne podobieństwo
pomiędzy człowiekiem a szympansem, dlatego też nie jest rzeczą dziwną,
że występuje także znaczne podobieństwo w chromosomach. Jednakże,
jeśli nawet owa jedyna różnica tkwi w tym połączonym chromosomie u
człowieka, to fakt ten zawierałby kilka tysięcy genów ludzkiej informacji
genetycznej odwrotnych informacji szympansiej i to właśnie stanowi tę
ogromną różnicę. J. Lejeune przypomina nam, że nasze ciała są ludzkie,

ponieważ genetyczna informacja, która uformowała naszą cielesną
materię, jest ludzką informacją. „W przeciwnym razie — mówi prof.

Lejeune — bylibyśmy muchami albo szympansami”.

* *

Jeśli chcesz wierzyć, Czytelniku, w ewolucję, to musisz odrzucić ideę
ewolucji na drodze stopniowych małych kroczków. Musisz zatem uwie-
rzyć w nagłe i kompletne zmiany. Musisz zaakceptować koncepcję
ewolucji za sprawą „potworków”, które (zamiast wymarcia, jak to się
dzieje z wszystkimi potworkami) przeżywają i dają początek nowym
gatunkom i musisz zaakceptować ponadto, że owe „obiecujące potworki”
pojawiały się wystarczająco często, aby móc wytworzyć niezliczone
gatunki, jakie kiedykolwiek żyły na Ziemi.

Tak częste pojawianie się potworków nie może zakończyć się nagle
teraz. Tak więc, Czytelniku, Twoja ulubiona źrebna klacz mogłaby
urodzić coś, nie źrebię, lecz coś, czego nigdy przedtem nie widziano na
ziemi.

Po to, aby być konsekwentnym, nie wolno Ci dziwić się, jeśli —
pewnego dnia — Twoje własne dziecko nie okaże się tym oczekiwanym
niemowlęciem, lecz czymś zupełnie innym niż istota ludzka, czymś nigdy
przedtem nie oglądanym na ziemi i że ten maleńki potworek przetrwa, ale
nie będzie zdolny wydać potomstwa do spółki z człowiekiem. Lejeune
powiedział, że aby dać początek jakiemuś nowemu gatunkowi, muszą
zrodzić się co najmniej dwa takie potworki. Zanim Twój potworek będzie
mógł zrodzić nowy gatunek, musi urodzić się drugi taki potworek w tym
samym czasie, o odmiennej płci i z komplementarnymi organami
rozrodczymi.

Ewolucjoniści lubią wysuwać hipotezy wstecz, w głąb mglistej i
niesprawdzalnej przeszłości. Ale jeśli, Czytelniku, pragniesz postępować
uczciwie, musisz zapytać samego siebie: Czy nie może się to wydarzyć
równie łatwo w mojej własnej dzielnicy, w moim własnym domu, w
jakimkolwiek czasie?

Ja wiem i Ty wiesz, Czytelniku, że to się nie zdarzy.

LITERATURA UZUPEŁNIAJĄCA

Książki o. Patricka O’Connella są tymi nielicznymi, traktującymi o
przedmiocie ewolucji z katolickiego punktu widzenia. Niektóre z jego prac
musiałyby być zmodyfikowane pod kątem bardziej nowoczesnych badań, jednak
nadal są cenne. Dostarczają one również doskonałego streszczenia dokumentów
Kościoła i oficjalnych wypowiedzi na ten temat.

Science ofTodayAnd the Problems of Genesis”, wyd. II, 1969. Rozprowa-
dzane przez Regina Publications Ltd, Rotunda, Dublin 1, Ireland.
„The Origin And Early History of Man”, Lumen Christi Press, Houston, Texas.
„Orginal Sin In The Light of Modern Science”, Lumen Christi Press.

Kultura człowieka:

Dr Arthur C. Custance, „Doorway Papers” (Nr32).„Primitive Culture, Their
Historical Originals
„, Część 1 i część 2. Zaopatrzone w skrót i informacje.
Seria „The Doorway Papers”zebranych w kilku tomach przez Grand Rapids:
Zondervan.

Poniższe pozycje dostępne są w Creation Life Publishers, 2716 Madison Ave., San
Diego, California 92115, USA.

Dr Duane T. Gish, „The Origin of Life: A Critique”.

Harold S. Slusher, M. S., „Critique ofRadiometric Dating”.

Thomas G. Barnes, prof. fizyki Uniwersytetu Teksaskiego w El Paso, „Origin

And Destiny of Earth’s Magnetic Field”.

Acts/Facts/Impacts”, tomy będące kompilacją artykułów„Impact Series”.
Henry M. Morris, dr fil. i John C. Whitcomb, Jr., dr teologii, „The Genesis
Flood”,
1961; wyd. 15, 1972.

Dr H. M. Morris, „The Twilight of Evolution”, 1963, „Scientific Creationism”.
1974.

Biology: A Search For Order In Complexity”1973. Praca zbiorowa naukow-
ców z Creation Research Society. Podręcznik do biologii dla szkół wyższych.
John C. Whitcomb, Jr., dr teologii, „The Origin of The Solar System”, 1964.
„Why Not Creation?”,1971; wybrane artykuły z „C. R. S. Quarterlies”.
„Scientific Studies In Special Creation”,
1971; dalsze artykuły z „C. R. S. Quar-
terlies”.

 „Speak To The Earth”, 1975; wybrane artykuły z „C. R. S. Quarterlies”od roku
1969 do 1974.

Robert E. D. Clark, dr fil., „Darwin: Before And After”,1967.

Melvin A. Cook, dr fil.,„Prehistory And Earth Models”,1966.

Duan Т. Gish. dr fil.,„Evolution: The Fossils Say No!”,1973.

Bolton Davidheiser, dr fil..„Evolution And Christian Faith”,1969.

Douglas Dewar, F. Z. S., „The Transformist Illusion”,1955.

Paul D. Ackerman. dr fil.... It’s aYoung World After All”,1986.

Duane I. Gish. dr fil.,.. Evolution: The Challenge of the Fossil Record”.1985.

Luther D. Sunderland, B. S.,.. Darwin’s Enigma”.1984.

Robert E. Kofahl, dr fil., i Kelly L. Segraves, doktor nauk honoris causa,

„The Creation Explanation”,1975.

W Australii powyższe pozycje dostępne są za pośrednictwem Creation Science
Foundation, P. O. Box 302, Sunnybank, Queensland 4109, a także:
Dr John Rendle-Short... Man: Ape or Image”, 1981.
Sylvia Baker, M. Sc.,.. Bone of Contention”.
Malcolm Bowden. „Ape-Men: Fact or Fallacy? ‚”.1977.

W Anglii Ruch na Rzecz Naukowego Kreacjonizmu (Creation Science
Movement), czyli dawny Ruch Protestu wobec Ewolucji (Evolution Protest
Movement) od niemal pól wieku wydaje zasługującą na uwagę naukową, antyewo-
lucjonistyczną literaturę. Dwiema najbardziej poczytnymi pozycjami są:

prof. W. R. Thompson, F. R. S., „A Challenging ‚Introduction’ to the Origin of
Species”.
1956.

Francis Vere,.. Lessons of Piltdown”(Naukowe badania dotyczące rewelacji
z Piltdown, Jawy i Pekinu), 1959.

Adres:The Secretary, Creation Science Movement, 20 Foxley Lane, High Sal-
vington, Worthing. W. Sussex BN 13 ЗАВ, Anglia.

W USA Stowarzyszenie Biblijnych Nauk Ścisłych (The Bible-Science
Association, Inc. ) służy dużym wyborem literatury kreacjonistycznej.
Adres: 2911 E. 42nd Street, Minneapolis MN 55406, USA.

Poleca się następujące periodyki:

.. Creation Research Society Quarterly”,2717 Cranbrook, Ann Arbor, Michi-
gan 48104, USA.

Bible-Science Newsletter”2911 E. 42nd Street, Minneapolis, MN 55406,
USA.

I. C. R. Acts and Facts”i jego dodatek.. Impact „wydawane przez The Institute
for Creation Research, 2100 Greenfield Dr., El Cajon, Ca 92021, USA.
Creation Ex Nihilo”,kwartalnik „The Creation Science Foundation”,P. O. Box
302, Sunnybank. Queensland 4109, Australia.

Creation Science Movement”,Bulletin, 20 Foxley Lane, High Salvington,
Worthing, W. Sussex BN 13 ЗАВ, Anglia.

1 — chów w pokrewieństwie (kazirodczy).


 



Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii święty i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.