NA TEJ ZIEMI TYLKO UCZYMY SIĘ ŻYĆ

Ojciec Walentin Biriukow
Niewymyślone opowiadania

Wierzyłem w Boga od dziecka, i odkąd siebie pamiętam, zawsze podziwiałem ludzi, patrzyłem na nich z zachwytem: jacy są piękni, godni szacunku, dobrzy. Rzeczywiście, we wsi Koływanskoje, w rejonie pawłowskim Kraju Ałtajskiego, gdzie urodziłem się w 1922 roku, otaczali mnie wspaniali ludzie …
ale nadszedł czas, kiedy w 1930 roku, w pierwszym tygodniu Wielkiego Postu, zamknięto ojca w więzieniu. Za to, że nie zgodził się zostać przewodniczącym Rady Wiejskiej, nie chciał zajmować się organizacją komun, kaleczyć ludzkich losów -jako człowiek wierzący dobrze rozumiał, co to jest kolektywizacja. Władze ostrzegały go:
– No, to cię ześlemy.
– To wasza sprawa — odpowiedział.
W ten sposób ojciec znalazł się w więzieniu, które urządzono w monasterze w mieście Barnauł …

Archimandryta Aleksy (POLIKARPOW)
namiestnik Monasteru Daniłowskiego w Moskwie

„W CIERPIENIACH… TRZEBA UCZYĆ SIĘ KOCHAĆ BLIŹNIEGO”

Kiedy doświadczy się wszelkiego zła, trzeba pomagać ludziom. Znam smak nieszczęścia, uczyłem się współczuć bliźnim, rozumieć cudze cierpienie. W cierpieniach – teraźniejszych i przyszłych – trzeba szczególnie uczyć się kochać bliźnich” – pisze 82-letni protojerej Walentin Biriukow z Berdska w obwodzie nowosybirskim w swojej książce Na ziemi tylko uczymy się żyć. On sam doznał takich boleści, jakie nie każdemu są dane. I teraz chce podać swe pasterskie ramię upadającym, wątpiącym, smucącym się, słabej wiary, odgadnąć cierpienia duszy i ulżyć im.
Prawie 30 lat pełni służbę kapłańską protojerej Walentin Biriukow. Urodzony w ałtajskiej wsi Koływanskoje, jako dziecko przeżył rozkułaczanie, kiedy setki rodzin rzucono na pewną zgubę w głuchą tajgę, bez żadnych środków do życia. Frontowiec, obrońca Leningradu, odznaczony bojowymi orderami i medalami, od najmłodszych lat zna wartość pracy. Pracy ziemskiej i pracy duchowej. Wypielęgnował godny owoc: wychował trzech synów -kapłanów.
Ojciec Walentin Biriukow do podeszłego wieku zachował dziecięcą wiarę, pozostał otwarty czystym sercem i Bogu, i ludziom. „Miłe dziatki, mili ludzie Boży, bądźcie żołnierzami, brońcie niebiańskiej miłości, wiecznej prawdy” – te słowa ojca Walentina, zwrócone do nas wszystkich, uczyniłbym mottem jego książki.
Prostotę wiary odczuwa się sercem, niewymyślne na pierwszy rzut oka opowiadania protojereja Walentina – opowiadania, jak sam mówi, „dla zbawienia duszy”. Ale poprzez te – niekiedy powszednie, niekiedy wstrząsające – historie, spływa na nas wielka miłość Boża.
Życie stykało ojca Walentina z niezwykłymi ludźmi – ascetami, wizjonerami, wyznawcami, mało znanymi światu, ale przejawiającymi niewzruszoną wiarę w Bożą Opatrzność, wiarę czyniącą cuda. Z Bożej łaski dane mu było przewidzieć wiele wydarzeń z obecnego życia, wśród nich cudowne uzdrowienie Klaudii Ustiużaninej – na 16 lat przed zdarzeniami, które miały miejsce w mieście Barnaule i wzburzyły wtedy wierzącą Rosję.
Ojciec Walentin miał szczególny dar – odnajdywania u innych ludzi tej prostoty wiary, jaka była właściwa jemu samemu, wyjaśniania najbardziej zawiłych rzeczy szczerym, czystym sercem. Nie będąc teologiem, znajdował właściwe słowa i dla protestanta, i dla zbłąkanego grzesznika, i dla inteligenta ateisty. I te słowa często poruszały dusze, dlatego że płynęły z głębi niezwykle kochającego i wierzącego serca.
We wszystkich opowiedzianych przez niego historiach czuje się dążenie duszy do Królestwa Niebieskiego, nieustanne poszukiwanie go. Dlatego w opowiadaniach o najcięższych cierpieniach nie gaśnie nadzieja i ufność w Bogu.

Zamiast przedmowy

Światło współczucia

Wszyscy żyjemy według rozmaitych praw. Zasada duchowa, materialna -jest prosta, oczywista. Opuści się jedną literę – zmienia się sens słowa, opuści się cyfrę – wychodzą niedokładne rachunki i mamy awarię.
A jeżeli naruszy się prawo duchowe? Wtedy może nastąpić spora „awaria”- prawdziwa katastrofa duchowa! Choć następstwa łamania praw duchowych nie dla wszystkich są tak oczywiste, jak konsekwencje naruszenia praw ziemskich…
Całe nasze obecne życie oskarża nas o to, że wszyscy łamiemy Prawo Boże. Łamiemy przykazania, a poprawić się nie chcemy. Nie widzimy, nie poczuwamy się do własnej winy, jakby narastająca wokół nieprawość nas nie dotyczyła.
Na przykład w Berdsku, gdzie mieszkam i służę Panu, co chwila spotykam dziewczęta, które bez żadnego skrępowania palą wprost na ulicy. Podchodzę do nich:
– Dzień dobry, dziewczęta. Dlaczego palicie? Czy rodzice pozwalają wam na to?
– A tata i mama sami palą…
Oto macie źródło dzisiejszej demoralizacji – płynie ona od samych rodziców. Jeżeli nie zabraniają swoim latoroślom oglądać nieprzyzwoitych programów w telewizji, dlatego że „dzieciom się podobają” – ileż zmartwienia, ileż nieszczęścia może zasiać taka obojętność! I dzieci nie powiedzą nam dobrego słowa za te naruszenia prawa moralnego. Sami rodzice nie chcą rozumieć spraw duchowych – to jest bieda, to jest nieszczęście, to jest „awaria”: małe dzieci, dziewczynki mówią brzydkie słowa nawet na lekcjach…
Pamiętam, kiedy myśmy się uczyli, nie mieliśmy pojęcia o wulgarnych słowach. Nigdy nawet nie myśleliśmy, żeby kogoś obrazić albo wziąć cudzą rzecz. Nie dlatego, żebyśmy byli jacyś wyjątkowi – po prostu pojęcie posłuszeństwa, prawdy, jednak nie było jeszcze zburzone, pomimo panowania bezbożnej władzy. A teraz zamiast chrześcijańskiej moralności – upadek i kłamstwo. Oto dlaczego tak wiele cierpień. Ale i cierpienia, dopuszczone przez Boga dla zbawienia duszy, wywołują w nas często złość. Pojawia się rozjątrzenie na wszystkich i na wszystko – bywa i tak, że chce się wszystko oblać benzyną, rzucić zapałkę – niech się wszystko spali. Tak działa cierpienie na niektórych ludzi.
Jest tak dlatego, że wróg, szatan rozpala w nas zawiść, czyniąc zamach na Opatrzność Bożą, na Niebiosa. On sam nie może znieść czyjejś radości i pomyślności, ponieważ nie ma w nim miłości i najmniejszej nawet cierpliwości, musi się tylko mścić – i nas wciąga w taki stan.
Ale czy my zapomnimy, że cierpienie Chrystusa dotyczy każdego chrześcijanina, czy zapomnimy, że, jak mówił Chrystus, cierpienia i boleści zbawiają naszą duszę?
W swoim życiu spotkałem wielu ludzi cierpiących dla Chrystusa. I nie tylko męczenników za wiarę, ale i takich, którzy przyjęli codzienne, ziemskie cierpienie jako dar Boży dla zbawienia duszy, którzy poprzez swoje udręki zaczynali żałować i rozumieć wszystkich nieszczęśliwych, cierpiących.
Żeby pojąć nieszczęście innego człowieka, żeby kochać, żeby pomóc, trzeba samemu przejść próbę – jak mówił Chrystus. Kto zna smak tego nieszczęścia, tego cierpienia, ten współczuje bólowi innego, rozumie jego udrękę, lituje się – przecież ma własne wspomnienia takiego samego bólu, wie, jak to jest ciężkie. Kiedy człowiek doznał cierpienia, niechybnie będzie kochać, żałować, pomagać, współczuć, przeżywać, nigdy nie wyrządzi bliźniemu zła. Nawet wrogowi, którego będzie rozumieć i wybaczać mu. Przecież nawet w takiej chwili, kiedy ktoś nas krzywdzi – krzywdziciel też się irytuje, huczy mu w głowie, w sercu, podnosi się ciśnienie i źle sypia, i nie pomagają tabletki.
Trzeba by powiedzieć o wielu rzeczach. Ale nie wiem, czy ktokolwiek z tego skorzysta, czy kogoś pouczą te historie zebrane w tej książce. Nie zamierzałem ich publikować, tylko opowiadałem ludziom Bożym dla zbawienia duszy – i kto inny zapisał te opowiadania. Nie próbuję ich oceniać. Żeby tylko pomóc dzieciom uratować się przed zdziczeniem duchowym. I żebyśmy wszyscy zrozumieli, że wśród bezprawia naszym zadaniem jest -bronić prawdy, miłości, Prawa Bożego. To Ewangelia. To Pismo Święte, napisane dla nas przez Boga, to źródło naszego szczęśliwego życia. To droga do Królestwa Niebieskiego.

SIŁA DUCHA

Boże, przebacz im!

Wierzyłem w Boga od dziecka, i odkąd siebie pamiętam, zawsze podziwiałem ludzi, patrzyłem na nich z zachwytem: jacy są piękni, godni szacunku, dobrzy. Rzeczywiście, we wsi Koływanskoje, w rejonie pawłowskim Kraju Ałtajskiego, gdzie urodziłem się w 1922 roku, otaczali mnie wspaniali ludzie. Mój ojciec, Jakub Fiodorowicz, był nauczycielem klas początkowych i prawdziwym majstrem od wszystkiego, jakich teraz już nie ma: i walonki toczył, i skóry wyprawiał, i piece stawiał bez żadnych cegieł – z gliny… Kochałem swoją macierzystą świątynię Matki Bożej, gdzie mnie ochrzczono w dniu Matki Bożej Kazańskiej. Wobec współmieszkańców naszej wsi miałem dziecięcą, troskliwą miłość.
Ale nadszedł czas, kiedy w 1930 roku, w pierwszym tygodniu Wielkiego Postu, zamknięto ojca w więzieniu. Za to, że nie zgodził się zostać przewodniczącym Rady Wiejskiej, nie chciał zajmować się organizacją komun, kaleczyć ludzkich losów -jako człowiek wierzący dobrze rozumiał, co to jest kolektywizacja. Władze ostrzegały go:
– No, to cię ześlemy.
– To wasza sprawa — odpowiedział.
W ten sposób ojciec znalazł się w więzieniu, które urządzono w monasterze w mieście Barnauł.
Zaraz potem wszystkich nas zesłano. Szedł mi wtedy ósmy rok i widziałem, jak zabierali bydło, wyganiali z domu, jak płakały kobiety i dzieci. Wtedy od razu coś się odwróciło w mojej duszy i pomyślałem: jacy ludzie są źli, nie mogłem zrozumieć – zwariowali wszyscy, czy co?
Zapędzono nas, jak wszystkich zesłańców, za ogrodzenie sielsowietu (wiejskiej rady), miejscowych ludzi ze wsi postawiono jako wartowników, dano im karabiny. Moja chrzestna matka, Anna Andriejewna, dowiedziała się, że spędzili nas do sielsowietu i przyniosła nam pierożków. Podbiega do nas, a tu młody chłopak, postawiony, żeby pilnować zesłańców, zamachnął się na nią karabinem:
– Nie podchodź, będę strzelał!
– Ja chcę dać chrześniakowi pierożków!
– Nie podchodź, to wrogowie władzy radzieckiej!
– Coś ty, jacy wrogowie, przecież to mój chrześniak! Wtedy chłopak zamierzył się na nią karabinem i brutalnie odepchnął kolbą. Kobieta rozpłakała się:
– Za co ty mnie. Iwan?
Swój, miejscowy, Rosjanin, a dali mu karabin – i już uważa mnie, dzieciaka, za wroga władzy radzieckiej. Tacy to z nas grzeszni ludzie. Nigdy tego nie zapomnę. Wtedy oczywiście nie mogłem tego rozumieć, skąd się to wszystko wzięło, dlaczego chłopak z sąsiedztwa – czternastoletni Gurka – dał mi z całej siły w kark, kiedy podbiegłem do chrzestnej: bił mnie po karku i w bok, i pięścią, i kopniakiem! Rozpłakałem się. Pomyślałem: dlaczego ludzie, których dobrze znałem, nagle stali się bestiami?
Potem tego Gurkę zabili na froncie. A wiele lat później, w 1976 roku, kiedy już byłem duchownym, zobaczyłem go we śnie. Jakby prosto w ziemię szła ogromna rura. a on się trzymał za krawędź tej rury – i już omal się nie urwie. Zobaczył mnie -krzyknął:
-Znasz mnie, jestem Gurka Pukin, ratuj mnie!
Wziąłem go za rękę, wyciągnąłem, postawiłem na ziemi. Rozpłakał się z radości, zaczął mi się kłaniać:
– Niech Bóg da ci wieczne zdrowie!
Obudziłem się i pomyślałem: Boże, wybacz mu! To jego dusza prosiła o modlitwę. Poszedłem odprawić nabożeństwo, wspomniałem go, wyjąłem cząsteczkę. Boże, wybacz nam, głupim! Przecież jesteśmy głupi. To nie życie, to zatruwanie życia. Znęcanie się nad sobą i nad innymi. Wybacz, Panie. Przecież on był wyrostkiem, miał 14 lat. Pomodliłem się za niego, jak mogłem. Następnej nocy znowu zobaczyłem go we śnie. Jakbym szedł, czytając Ewangelię, a za mną idzie Gurka. Znowu się kłania i mówi:
– Dziękuję ci, daj ci Boże wieczne zdrowie!

„Jesteście szczęśliwi, że wszystko wam zabrali…”

Wiele z tego, co się zdarzyło przy rozkułaczaniu, przepowiedziała chłopom jasnowidząca mniszka Nadieżda.
Historia jej życia jest zadziwiająca. Od siódmego roku życia przestała jeść mięso i nabiał, żywiła się tylko postnym pokarmem, przygotowując się do życia zakonnego. Jej ojciec przez całe życie był starostą w naszej Kazańskiej świątyni, mama gotowała, sprzątała w cerkwi. Kiedy Nadieżda dorosła, starali się o nią dwaj kupieccy synowie – za żadnego nie wyszła.
– Do widzenia! – ot, i cała rozmowa.
W jej życiu zdarzyło się, że obumarła – trzy doby jej dusza była w Niebie. Potem opowiadała, jak Królowa Niebieska przez trzy doby prowadziła ją na mytarstwa (próby, jakim poddawane są dusze). I kiedy Nadieżda się ocknęła, oddała biednym wszystkie swoje dziewczęce stroje i zaczęła chodzić w lnianej odzieży. Wszystko do ostatniej nitki było u niej lniane – nawet tasiemki w Ewangelii.
Codziennie czytała cały Psałterz i jedną Ewangelię. A potem szła do pracy. Furką przywoziła sobie drwa, sama siała. A kiedy zabrali ziemię, nazbiera kłosów, zawiezie zimą do młyna i z tego żyje. A przy tym nigdy nie chorowała.
Ta mniszka Nadieżda wielu ludziom przepowiadała przyszłość – aż do dzisiejszych czasów. Sam jestem tego świadkiem, że na długo przed „pierestrojką” mówiła, że ludzie będą mieli „duże” pieniądze, z góry znała moje życie.
Było też dla niej jawne, kto nie pójdzie do komuny, kto za to ucierpi. W 28 roku, niedługo przed rozkułaczaniem, podchodziła wieczorem pod drzwi któregoś domu i cichutko, żeby dzieci nie słyszały, mówiła:
– Dzielni jesteście, że nie pójdziecie do komuny. Ale za to was wypędzą, zabiorą ziemię, bydło, wszystkie wartościowe rzeczy i ześlą.
A co to takiego komuna – nikt wtedy nie wiedział, dowiedzieli się później. I ci, których odwiedziła, zostali zesłani, a do kogo nie przyszła – ci poszli do komuny. Taką wiedzę dał jej Bóg. A kiedy zaczęto zsyłać sąsiadów, pocieszała ich:
-Nie płaczcie -jesteście szczęśliwi.
Wyobrażacie sobie, co to za szczęście? Zabrali ziemię, zabrali bydło, wygnali z domu, zabrali najlepsze ubrania. I to się nazywa szczęście?
– Ale kiedy nadejdzie Sąd Ostateczny, będzie wam to policzone. Zostaniecie rozgrzeszeni – nie za to, że jesteście bogaci, ale za to, że was zesłali za Chrystusa, że cierpieliście za wiarę, cierpieliście w pokorze.
Dawała nawet adresy, gdzie kogo ześlą, powiedziała, że wszystkiego tam będzie dużo – pełno zwierzyny, ryb, jagód, grzybów. Las i wolne pola.
Rzeczywiście, mniszka Nadieżda miała rację. Tak się stało. W tajdze, gdzie nas zesłano, było zatrzęsienie ryb, jagód, grzybów, orzeszków cedrowych.
Prawda, że z początku było bardzo ciężko. Ludzie bardzo ucierpieli w drodze – ponad pół miesiąca trwała wędrówka do głuchych lasów obwodu omskiego, gdzie nas osiedlono. Wyczerpały się wszystkie zapasy. A poza tym wszystko nam zabrali – nie było ani mydła, ani soli, ani gwoździ, ani siekier, ani łopat, ani pił. Niczego nie było. Nawet zapałek nie było – wszystkie wypaliliśmy po drodze.
Przywieźli nas do głuchej tajgi, milicjanci wskazują na nią:
-To wasza wieś!
Jaki się wtedy podniósł lament. Wszystkie kobiety i dzieci zawołały na głos:
– Aach! Za co?
– Milczeć! Wrogowie władzy radzieckiej!
I ciągle tak. Strach mówić. Przywieźli nas, żebyśmy pomarli. Jedyna nadzieja – w Bogu. I Pan Bóg dał nam siły …
Położyliśmy się spać wprost na ziemi. Chmary komarów. Palą się ogniska. Rano łosie przyszły do ognisk. Stoją, wąchają, co to za nowi osiedleńcy? Szyszki cedrowe leżą na ziemi, podchodzą niedźwiedzie, wybierają orzeszki z szyszek – ale nas żaden niedźwiedź nie tknął.
Potem rozejrzeliśmy się: lasu co niemiara, i wszystko bezpłatne! Woda czyściutka. Nabraliśmy trochę otuchy.
No, a potem zaczęła się praca. Zaczęto budować. Zbudowano wspólny barak – na pięć rodzin. Wujek Misza Panin został naszym opiekunem, przecież ja byłem jeszcze mały – i on nam pomagał. Tam, w tajdze, wszyscy pracowali – od małego do największego. Mężczyźni karczowali las, a my, dzieci (nawet dwuletnie), rzucaliśmy drewno do ognisk i paliliśmy gałęzie. Zapałek nie było – i tak dniem i nocą pilnowaliśmy ognisk. Latem i zimą. Na setki kilometrów dookoła – tylko tajga. I wśród tajgi pojawiła się nasza wioska Makariewka. Zbudowano ją od zera.
Czy to jest do pomyślenia, że ludzie nie mieli ani kopiejki, nikt nie dostawał żadnej pensji, nie było ani soli, ani mydła, ani narzędzi – niczego. A budowali. Nie było żywności – gotowali trawę, wszyscy, w tym dzieci, żywili się trawą. I byli zdrowi, nie chorowali. Wszystkie nawyki, jakich nabyłem w czasie tych udręk, bardzo mi się przydały później, kiedy na froncie znalazłem się w blokadzie.* * W oblężonym Leningradzie. W tym czasie już przeszedłem „kurs przetrwania”…
To była oczywista łaska Boża, że przeżyliśmy mimo wszystko. Chociaż powinniśmy zginąć, jeżeli liczyć tylko na ludzkie siły. W innych miejscach losy rozkułaczonych układały się o wiele bardziej tragicznie.
W 1983 roku znany stał się los przesiedleńców wywiezionych na bezludną wyspę na rzece Ob koło wsi Kołpaszewo w obwodzie tomskim (jakiś czas mieszkałem w tej wsi po wojnie). Tamtejsi mieszkańcy nazywali tę wyspę Więzienną. W latach trzydziestych przychodziły barki z zesłańcami – ludźmi wierzącymi. Naprzód wybierali duchownych:
– Wychodźcie, bierzcie łopaty, kopcie sobie ziemiankę.
Podzielili wszystkich na dwie grupy i jednej kazali piłować drzewa, a drugiej kopać. Okazało się, że ludzie nie kopali ziemianek – kopali sobie mogiły! Mieli ich rozsiedlać, a tam ich rozstrzeliwali. Posadzili wszystkich rzędem – i strzelają w potylicę. Potem żywym kazali zakopywać trupy, później i tych rozstrzelali i zakopali.
W 1983 roku podczas przyboru wód tę wyspę mocno rozmyło, odsłoniły się doły, w których zakopane były ofiary. Ich trupy wypływały – czyste, białe, tylko odzież zbutwiała – i grzęzły wśród pni i przybrzeżnych zarośli. Ludzie mówili, że to miejsce błogosławione – wszystkie ciała męczenników pozostały całe.

„Teraz jestem w domu…”

Tymczasem nasz ojciec, który uciekł z więzienia, szedł przez tajgę do miejsca naszego zesłania. I nie wiedział, czy zobaczy swoją rodzinę żywą, czy nie.
Sam cudem uniknął śmierci. Mieli go rozstrzelać – on wiedział i przygotowywał się. Wtedy sporządzano wiele fałszywych protokołów wykazujących, że człowiek miał wielu parobków -żeby go rozstrzelać. Dwóm jego współwięźniom z celi już związali ręce, poprowadzili na rozstrzelanie. Jeden z nich, Iwan Moisiejew, zdążył powiedzieć:
– Powiedz naszym – wszystko skończone!
Przyszła kolej na mojego tatę. Przyszedł kierownik robót i mówi:
– Tych czterech nie puszczać dzisiaj do pracy – idą w rozchód.
Wśród nich był też ojciec. A ten kierownik okazał się jego dobrym znajomym. Pokazał mu znakiem – milcz. Potem potajemnie wezwał do siebie ojca i pomógł mu uciec z więzienia.
Inny przyjaciel ojca, wujek Makar, pobiegł do sąsiedniej wsi, żeby się dowiedzieć naszego adresu, gdzie jesteśmy. I ojciec poszedł pieszo z Kraju Ałtajskiego do obwodu tomskiego. Szedł półtora miesiąca, pokonał na piechotę 800 kilometrów. Szedł bez chleba – bał się zachodzić do wsi, bał się ludzi. Żywił się surowymi grzybami i jagodami. Spał cały czas pod gołym niebem – na szczęście było lato.
Odnalazł nas w sierpniu 1930 roku. Buty zdarte, chudy jak szczapa, obrośnięty, zgarbiony, brudny – zmieniony zupełnie nie do poznania, zgrzybiały starzec! My, dzieci, nosiłyśmy w tym czasie do ogniska wszystko, co mogłyśmy udźwignąć. Też brudne – mydła przecież nie było. A ten „staruszek” zawołał:
– A gdzie tu są barnaulscy?
– O, ta ulica jest Tomska, a ta – Barnaulska.
Poszedł tą „ulicą” Barnaulską. Patrzy – moja mama siedzi, tłucze wszy w dziecinnych ubrankach. Poznał ją- przeżegnał się, rozpłakał i upadł na ziemię! Zadrżał ze wzruszenia i krzyknął:
– No, teraz jestem w domu! Teraz jestem w domu!
Mama odskoczyła od niego – zupełnie go nie poznała. Tata podniósł głowę, a w oczach – łzy:
– Katia! Ty mnie nie poznałaś? Przecież to ja!
Dopiero po głosie poznała męża, woła nas:
-Dzieci, chodźcie szybciej! Ojciec przyszedł!!!
Szybko przybiegłem. Tato złapał mnie za rękę, a ja się wyrywam, płaczę. Przestraszyłem się: co to za obdarty staruszek nazywa mnie syneczkiem. A on mnie trzyma:
– Synku! Ja przecież jestem twój tata! – i jak nie zapłacze znowu – przykro mu, że go nie poznałem.
Potem podeszła reszta dzieci: pięcioletni braciszek Wasilij i trzyletnia siostrzyczka Klaudia. Ojciec zdjął z siebie chlebak własnej roboty – płócienny worek, wyciąga brudny ręcznik, w ten ręcznik była zawinięta zimowa czapka, a w niej – tajemny woreczek. Rozwiązał go ojciec i daje nam po sucharku. A sucharki takie okrąglutkie, maleńkie jak kurze żółtko – chował dla nas, chociaż sam głodował półtora miesiąca. Daje nam po sucharku i płacze:
– Więcej nic dla was nie mam, dzieci!
A my sami mamy tylko gotowaną trawę – nic więcej do jedzenia. A ojciec tak osłabł, że nie może ustać na nogach. Chłopi, którzy budowali barak, usłyszeli, podbiegli:
– Jakow Fiodorowicz! To ty?!
-Ja…
Uściskali go, popłakali. Ale nie ma czym go nakarmić -wszyscy mają tylko trawę. Mama postawiła ojcu miskę trawy i oddaje mu jego własne suchary:
– Ty sam zjedz, myśmy się już przyzwyczaili jeść trawę…
Ojciec najadł się trawy. Wujek Misza Panin dał mu półlitrowy kubek kisielu. Ojciec pił, pił, potem zwalił się na ziemię. Popatrzyli – żyje. Przykryli jakąś szmatą. Ojciec spał całą noc – nawet się nie ruszył.
Na drugi dzień zbudził się – słońce było już wysoko. Znowu się rozpłakał. Zaczął się modlić.
– Chwała Bogu! No, teraz jestem w domu! Znowu nakarmili go trawą- tym, co było.
– Dajcie siekierę! – splunął w ręce i poszedł pracować. Przecież był majstrem. Mógł wszystko zrobić – budował wszystkie domy w naszej nowej wsi, od fundamentów po dach. Szybko zbudowali barak. Tylko głuchą nocą rzucali robotę – nie było nafty. A ojciec pracował po nocach – w ciągu tygodnia postawił sobie dom, wcale nie spał. Wyobraźcie sobie: postawić dom w tydzień! Oto, jak pracowali!
Patrzę na tamtych ludzi i na dzisiejszych. Och, jakie z nas nieroby. Jesteśmy strasznymi nierobami w porównaniu z naszymi ojcami. Jak oni pracowali! Ale i my, chłopcy, nawet malcy, co się ledwo nauczyli chodzić – też tyraliśmy jak trzeba! Miałem siedem i pół roku, a już pracowałem siekierą- ojciec znalazł w sąsiednich wsiach siekierę. A jak karczowaliśmy? Odrąbiemy korzenie wokół pnia i czekamy, aż go wiatr powali. Wtedy obcinamy gałęzie – na drewno do ogniska, polana – na stos, a samo drzewo – na budowę.

„Na Bożą wolę…”

Nasza Makariewka zaczęła się rozrastać. Ojciec został kierownikiem robót budowlanych. Wszyscy go szanowali, nawet komendant – taki był z niego robotnik. Sam był i architektem, i cieślą. Wszystko tutaj, w Makariewce, zbudował: i domy, i sklep, i szkołę – dziesięciolatkę, z mieszkaniem dla nauczycieli. W ciągu jednego lata zbudował tę szkołę na miejscu głuchej tajgi.
Ojcu, jeszcze w Kraju Ałtajskim, zabrali przed aresztowaniem młyn, który prowadził razem ze szwagrem na rzeczce Barnaułce. W Makariewce też zbudował młyn wodny – bez jednego łożyska; zrobił drewniany wał, koła zębate z brzozy. Wszyscy podziwiali takie mistrzostwo. Jaka to była pomoc dla zesłańców! Do tego młyna przyjeżdżali ludzie z trzech osad.
A myśmy już siali zboże. Prawda, że kartofli długo nie było. Ale chodziliśmy do innych wsi: dostaniemy jedno albo dwa wiadra, rozetniemy kartofel na kawałeczki, byle tylko oczko było -i sadzimy po takim kawałeczku do dołków. Ziemia była dziewicza, urodzajna, jeszcze popiołem z ognisk ją posypali. Kartofle wyrosły czyściutkie, duże – ludzie płakali z radości!
Kiedy nas zsyłali, mojej mamie przyszło do głowy, żeby wziąć do woreczka nasion. Te nasiona nas uratowały. Innym też pomagaliśmy: każdemu po łyżeczce, po dwie – marchewki, buraków, ogórków. Sialiśmy mak – ziarna makowego młóciliśmy około półtora kwintala** Куль- ok. 9 pudów, tj. ok. 150 kg. Nikt wtedy nawet nie słyszał o narkomanii, nikt nie kradł.
Potem ojciec kupił konika – źrebną kobyłę. Sam zrobił furę -i koła też, i chomąto, i uprząż. Zrobił sanie. Sialiśmy konopie. Międliliśmy len. Kręciliśmy powrozy – wszystko robiliśmy sami.
Po jakim czasie ojciec dostał pracę w spółdzielni w sąsiedniej osadzie, pracował w punkcie skupu – przyjmował futra, orzechy, grzyby, ryby, dziczyznę. I sam zdobywał futra – bez strzelby, bez potrzasku, bez sideł. Jak można tak polować? Teraz wydaje się to dziwne. A on kopał dołki i łowił w nie zwierzynę. Trafiały się i głuszce z jarząbkami, i zające, i wiewiórki, i lisy – wszystko, co potrzebne do życia, posyłał nam Pan Bóg.
Nazbierają futer, zdadzą – wtedy zaopatrywali ich w niezbędne do życia towary. Do naszego sklepu, w którym ojciec pracował jako sprzedawca, wszystko przywozili, ale tylko za futra. Pojawiły się u nas zapałki i mydło, buty i spodnie, mąka i tytoń, i różne inne towary. Ale w naszym sklepie… nie było drzwi! Wszystko leżało na wierzchu. I nawet nie było stróża. I nikt niczego nie brał! Ojciec z początku bał się -jakże to, bez drzwi, a nuż coś zginie? Potem zdecydował:
– A-aa! Na wolę Bożą!
Tylko się przeżegna – i tyle… Rano przychodzi (miał dobrą pamięć), przeliczy towar – wszystko na miejscu. Kiedyś przyszedł jeden chłop:
– Wujku Jaszo! Wczoraj wziąłem od ciebie paczkę papierosów. Za dwadzieścia kopiejek. Przyszedłem – a ciebie nie było. Zobaczyłem papierosy – wziąłem paczkę. Trzymaj pieniądze!
Taki to był sklep – ludziom na podziw. Wielki przykład uczciwości. Jacy to ludzie wtedy byli? Rzeczywiście, jacyś szczególni. Pracowici. Uczciwi. I nazywano ich: wrogowie władzy radzieckiej!

Kara Boża

W Makariewce uczyłem się w szkole, którą własnymi rękami zbudował mój ojciec. Kiedy kończyłem trzecią klasę, pewnego razu rozmawialiśmy z chłopakami o Bogu, o Passze. Nauczycielka usłyszała – no i na następnej lekcji zaczęła nas „objeżdżać”:
– Dzieci, słyszałam, że rozmawialiście o Bogu. A więc -żadnego Boga nie ma, żadnej Paschy nie ma! – i żeby mocniej podkreślić swoje słowa, uderzyła z całej siły pięścią w stół. Wszyscy pochyliliśmy głowy.
Rozległ się dzwonek na następną lekcję – idzie nasza nauczycielka. Ale nie doszła od drzwi do nauczycielskiego stołu -złapały ją konwulsje. Nigdy nie widziałem, żeby w ten sposób mogło skręcać człowieka: wyginała się tak, że stawy trzeszczały, krzyczała ze wszystkich sił. Trzech nauczycieli niosło ją na rękach, żeby zawieźć do szpitala.
W domu opowiedziałem mamie o tym, co się wydarzyło. Mama milczała przez chwilę, a potem powiedziała cicho:
– Widzisz, Pan Bóg ukarał ją na waszych oczach za bluźnierstwo.

Znowu do kołchozu?

Mimo wszystkich przejść, życie w Makariewce zaczęło się z Bożą pomocą stopniowo układać. Ludzie swobodnie zaopatrywali się we wszystko, urządzali wszystko, co potrzebne do życia.
Na czwarty rok zaczęli mówić o kołchozie – widocznie wydało im się, że za dobrze żyjemy. Zaczęli nalegać na mieszkańców: że niby starczyło wam trzech lat na urządzenie się, no i macie już i domy, i kury, i prosięta, a niektórzy nawet krówki.
Mieliśmy jedną kobyłę ze źrebięciem. Pewnego razu, kiedy ojciec był w pracy, przyszło trzech mężczyzn, nikogo nie pytając włożyli naszej kobyle uzdę i zaczęli już nakładać chomąto. Matka zobaczyła, jęknęła:
– Iwanie Wasiljiczu! Co to ma znaczyć? Gdzie wy chcecie konia prowadzić?
– Do kołchozu, Romanowna, do kołchozu.
– Jak to – do kołchozu?
– A no, postanowili zabrać waszego konika do kołchozu. Matka pomyślała z początku, że to tylko chwilowo, żeby popracował. Ale oni go całkiem zabrali.
– No, a wy sami nie będziecie wstępować do kołchozu? -czepili się matki.
– Nie wiem – mówi – nasz ojciec już pracuje – w spółdzielni.
– Nie, to nie to samo! – odpowiadają. – Wszystko jedno, trzeba do kołchozu.
Jak nie upadnie matka na łóżko – i w płacz! Przyszedłem ze szkoły, a ona zanosi się od płaczu:
– Znowu zabrali! I tutaj wszystko zabrali! O mój Boże!
Ale gdzie się podziejesz? Nasz ojciec zbudował duży dom -osiem na dziesięć metrów. Więc w naszym domu zrobili biuro kołchozu. I jak na szyderstwo nazwali kołchoz – „Za zagospodarowanie Północy”.

„Gdzie wasz ojciec?”

Nadszedł rok trzydziesty siódmy. 3 marca. Trzecia w nocy. Nagle wśród nocy – stukanie. A taty nie było w tym czasie w domu – razem z sześcioma myśliwymi poszedł w tajgę zdobywać futra. I tam, w tajdze, nocował…
Stukanie coraz silniejsze. Matka się przestraszyła:
– Kto tam?
– Ciociu Katiu. To ja, Nikołaj Maziński. Starosta.
Matka otworzyła drzwi – a z tyłu za starostą majaczy się komendant. Krawczenko. Ogromnego wzrostu, a jakie ręce, a jakie bary! Wchodzi milcząc i ogląda wszystko dookoła. Obudziliśmy się, a on jak nie warknie na cały głos:
– A gdzie gospodarz? Gdzie wasz ojciec?!
– Jest w tajdze – mówi mama.
– Co to znaczy – w tajdze? Uciekł, czy co? – jeszcze głośniej krzyknął komendant.
– Ależ nie. On chodzi w tajgę na polowanie, i teraz poszedł z myśliwymi po futra.
A na ścianie wiszą u nas futra. Nikołaj Maziński pokazał je komendantowi:
– Patrzcie, ile futer!
– O, rzeczywiście, myśliwy! Zuch! Zuch! No dobrze, szczęściarz z niego, niech łowi lisy. Państwo potrzebuje futer. Szczęściarz. No, zamykaj, gospodyni…
A my leżymy na łóżku – ledwo żywi.
– A tam kto?
– Tam dzieci. Podszedł. Podniósł kołdrę.
– A rzeczywiście, dzieci.
– No, gospodyni, zamykaj. Szczęściarz z twojego chłopa -powiedz mu!
Trzy razy powtórzył, że nasz ojciec to szczęściarz i poszedł. Ledwie mama zamknęła drzwi na haczyk, słyszy – na ulicy lament. I tyle głosów płacze! Dzieci krzyczą, kobiety zawodzą. Słychać nawet przez zimowe ramy okienne. Mama narzuciła na głowę szubkę – wybiegła na ulicę. Wraca wystraszona:
– Och! Zabrali naszych sąsiadów!
A rano dowiedzieliśmy się, że na naszej ulicy Barnaulskiej aresztowano jedenastu chłopów. Tato miał być dwunasty. Cudem uniknął tej nocy aresztu. Dlatego, że poszedł w tajgę za zwierzyną – wykonywać plan skupu futer. Dlatego komendant powtórzył trzy razy: „Szczęściarz ten twój gospodarz!” Takie to było „szczęście”. Słowami się tego nie da opisać. A chłopów z sąsiedztwa zesłali -nikt nie wie gdzie… Straszne jest to – ludzie pracowali w pocie czoła. Wszyscy, tak jak mój ojciec, mieli ręce zgrubiałe od pracy -nie wypuszczali z rąk siekiery czy łopaty. A dali nakaz aresztowania – i pracowici chłopi stali się „wrogami ludu”. Tym, którzy tego nie przeżyli, nawet trudno sobie wyobrazić, jak w naszej Rosji dział się ten koszmar.
Zabierali do więzień, zsyłali także tych, którzy choćby zająknęli się o Bogu. Wszystkich takich nazywali wrogami władzy radzieckiej – i małoletnich, i chorych. Rodziców rozstrzeliwali, a dzieci oddawali do domu dziecka w Koływani, urządzonego w piętrowym domu, zabranym duchownemu. A w klasach na tablicach było napisane: „Niech żyje szczęśliwe dzieciństwo!”. Ale chłopcy z domu dziecka byli już prawie dorośli, nie bali się spytać:
– Jak to – „szczęśliwe dzieciństwo”? Tatę i mamę rozstrzelali, a nam napisali „szczęśliwe dzieciństwo”?
– Milczeć! Wasi rodzice to wrogowie władzy radzieckiej. Jesteście niezadowoleni? Uczymy was, ubieramy, a wy jeszcze jesteście niezadowoleni? Milczeć!
Ale mimo wszystko te dzieci zachowały wiarę. Potem, kiedy dorośli, kiedy zaczęła się wojna, tych chłopców zabrali na front, żeby tak samo bronili Ojczyzny, jak i ci, którzy nie cierpieli. Wszystkich wysłali na pierwszą linię. Ludzie wierzący wiedzą, jak potrzebna jest Ojczyzna, jak potrzebna jest prawda, miłość. I nie szczędząc zdrowia, nie szczędząc nawet życia, bronili Ojczyzny.

Chleb z trawy

Kiedy zaczęła się Wielka Wojna Ojczyźniana, mnie też skierowano do szkoły wojskowej w Omsku. Potem – pod Leningrad, przydzielili mnie do artylerii, z początku jako naprowadzającego, potem jako dowódcę działonu.
Wiadomo, że warunki na froncie były ciężkie: nie było ani światła, ani wody, ani opału, ani żywności, ani soli, ani mydła. Prawda, było dużo wszy i brudu, i błota, i głodu. Za to na wojnie najgorętsza modlitwa sama leci do nieba: „Boże, uratuj!”.
Dzięki Bogu – zostałem przy życiu, tylko trzy razy byłem ciężko ranny. Kiedy leżałem na stole operacyjnym w leningradzkim szpitalu, urządzonym w szkole, nadzieję pokładałem tylko w Bogu – tak było ze mną źle. Przebita miednica, przebita główna arteria, ścięgna prawej nogi przestrzelone – noga jak szmatka, cała sina, straszna. Leżę na stole goły jak kurczak, mam na sobie tylko krzyżyk, milczę, tylko się żegnam, a chirurg – stary profesor Nikołaj Nikołajewicz Borysow, zupełnie siwy, pochylił się nade mną i szepcze mi na ucho:
– Módl się synku, proś Boga o pomoc -ja ci zaraz będę wyciągał odłamek.
Wyjął dwa odłamki, a trzeciego nie mógł wyciągnąć (i on mi do tej pory siedzi w kręgosłupie – żelazo centymetrowej długości). Na drugi dzień rano po operacji profesor podszedł do mnie i pyta:
– No i jak z tobą, synku?
Podchodził kilka razy – obejrzeć rany, sprawdzić puls, chociaż miał tyle zajęć, że trudno sobie wyobrazić. Bywało, że ranni czekali na ośmiu operacyjnych stołach. Ale jakoś mnie polubił. Potem żołnierze pytali:
– On jest twoim krewnym?
– A jakże, oczywiście, krewny – odpowiadałem.
To nieprawdopodobne, ale po miesiącu z kawałkiem moje rany się zagoiły i znów wróciłem do swojej baterii. Może dlatego, że byliśmy wtedy młodzi…
Doświadczenie znoszenia cierpień na zesłaniu, przeżycia w najtrudniejszych warunkach, przydały mi się w latach blokady pod Leningradem i w Siestroriecku, na pobrzeżu Ładogi. Trzeba było kopać transzeje – dla armat, na amunicję, schrony o pięciokrotnym belkowaniu – z bali, kamieni… Ledwie zbudujemy schron, przygotujemy transzeje – a już trzeba uciekać na nowe miejsce. A skąd brać siły do pracy? Przecież trwa blokada! Nie ma co jeść.
Dziś nikt sobie nawet nie wyobraża, co to takiego blokada. To wszelkie warunki dla śmierci, tylko dla śmierci, a dla życia niema niczego – ani żywności, ani odzieży – niczego. Żywiliśmy się trawą – robiliśmy chleb z trawy. Po nocach kosiliśmy trawę, suszyliśmy ją (jak dla bydła). Znaleźliśmy jakiś młyn, przywoziliśmy tam w workach trawę, mełliśmy – no i robiło się mąkę z trawy. Z tej mąki piekliśmy chleb. Przyniosą bochenek – jeden na siedmiu, ośmiu żołnierzy.
– No, kto będzie kroił? Iwan? No, Iwan, krój!
Ale dawali nam też zupę – z suszonych kartofli z suszonymi burakami, na pierwsze danie. Na drugie – nie wiadomo, co to było: jakiś wywar z trawy. No, krowy jedzą, owieczki jedzą, konie jedzą – a przecież są zdrowe i silne. No więc i my jedliśmy trawę, nawet do syta. Taką mieliśmy stołówkę – na trawie. Wyobraźcie sobie: jeden bochenek chleba z trawy na ośmiu – na dobę. Ten chlebuś bardziej nam smakował niż czekoladka.

Przyjacielskie przyrzeczenie

Wiele strasznych rzeczy widziało się w czasie wojny – widziałem, jak w czasie bombardowania domy wylatywały w powietrze jak puchowe poduszki. A my byliśmy młodzi – wszyscy chcieliśmy żyć. No i my, sześciu przyjaciół z jednego działonu (wszyscy ochrzczeni, każdy ma krzyżyk na szyi), postanowiliśmy: chodźcie, chłopaki, będziemy żyć z Bogiem. Każdy z nas z innego obwodu: ja z Syberii, Michał Michiejew – z Mińska, Leontij Lwow – z Ukrainy, ze Lwowa, Michał Korolow i Konstanty Wostrikow – z Piotrogrodu, Kuźma Pierszin – z Mordowii. Umówiliśmy się, żeby przez całą wojnę nie powiedzieć żadnego przekleństwa, nie okazywać żadnej złości, nie robić sobie nawzajem żadnej krzywdy.
Gdziekolwiek byliśmy – zawsze się modliliśmy. Biegniemy do działa, żegnamy się:
-Boże, dopomóż! Boże, zlituj się!
A wkoło latają pociski i prosto nad nami lecą samoloty -niemieckie szturmowce. Słyszymy tylko: żżżż! – nie zdążyliśmy wystrzelić, a on już przeleciał. Dzięki Bogu – Pan Bóg się zlitował.
Nie bałem się nosić krzyżyka, myślę sobie: będę bronić Ojczyzny z krzyżem, i nawet jeżeli będą mnie sądzić za pobożność -niech mi kto zarzuci, że wyrządziłem tym komukolwiek krzywdę albo szkodę…
Nikt z nas nigdy nie oszukiwał. Kochaliśmy jeden drugiego. Jeżeli któryś trochę zachorował, zaziębił się, albo coś takiego -przyjaciele oddawali mu swoją rację spirytusu, 50 gramów, którą dawali na wypadek, kiedy mróz przekraczał minus dwadzieścia osiem stopni. I słabszym też oddawaliśmy spirytus – żeby się wzmocnili. Najczęściej oddawaliśmy Lońce Kołoskowowi (którego później przysłali do naszego działonu) – był słabowity.
– Pij, Lońka!
– Och, dziękuję, chłopaki! – ożywiał się.
A przecież nikt z nas po wojnie nie został pijakiem.

„Bóg podpowiedział: zabierz żołnierzy…”

Nie mieliśmy ikon, ale jak już powiedziałem, każdy miał pod koszulą krzyżyk. I każdy modlił się gorąco i ze łzami. I Pan Bóg nas ratował w najstraszniej szych sytuacjach. Dwa razy zostało mi przepowiedziane, jakby rozległo się w piersi: zaraz tutaj upadnie pocisk, zabierz żołnierzy, uciekaj.
Tak było, kiedy w 1943 roku przeniesiono nas do Siestroriecka, akurat w Wielkim Tygodniu. Powiedzieliśmy sobie szeptem: „Chrystus zmartwychwstał!” – i zaczęliśmy kopać okopy. A ja jakbym usłyszał głos: „Zabieraj żołnierzy, uciekajcie do domu, zaraz tutaj przyleci pocisk”. Krzyczę ze wszystkich sił, jak wariat, szarpię wujka Kostię Wostrikowa (miał czterdzieści lat, a my po dwadzieścia).
– Czego ty mnie szarpiesz? – krzyczy Kostia.
– Szybko uciekaj stąd! – mówię. – Zaraz przyleci tu pocisk.
I całym pododdziałem uciekliśmy do domu. Dokładnie, nie minęła nawet minuta, kiedy przyleciał pocisk i na tym miejscu, gdzie byliśmy przed chwilą, był już lej… Potem żołnierze przychodzili do mnie i dziękowali ze łzami. A dziękować trzeba było nie mnie – tylko chwalić Boga za takie dobre zrządzenia. Przecież gdyby nie te „podpowiedzi” – i ja, i moi przyjaciele dawno bylibyśmy już w ziemi. Wtedy zrozumieliśmy, że Pan Bóg nas chroni.
Ileż razy tak nas Bóg ratował od pewnej zguby! Topiliśmy się w wodzie. Dwa razy przygniótł nas samochód. Jedziemy -zima, ciemna noc, trzeba przejeżdżać z wyłączonymi reflektorami przez jezioro. A tu leci pocisk! Przewróciliśmy się. Armata na boku, samochód na boku, my wszyscy pod samochodem – nie możemy się wydostać. I ani jeden pocisk nie wybuchnął.
A kiedy przyjechałem do Prus Wschodnich, jakaż tam była straszna rzeźnia! Ciągły niszczący ogień. Wszystko latało -skrzynki, ludzie! Wokół wybuchają bomby. Upadłem i widzę: samolot pikuje i leci bomba – prosto na mnie. Zdążyłem tylko się przeżegnać:
– Tato, mamo! Wybaczcie mi! Boże, wybacz mi!
Wiem, że zaraz będę jak siekanina. Nie zwykły trup, ale siekanina! … A bomba rozerwała się przed armatą. A ja – żyję. Tylko jak mnie rąbnęło kamieniem w prawą nogę – myślę: no, nie mam już nogi. Popatrzyłem – nie, noga cała. A obok leży ogromny kamień.
Ale z tych wszystkich opresji wyszedłem żywy. Tylko do tej pory mam odłamek w kręgosłupie.

„Takiej radości nigdy więcej w moim życiu nie było…”

Zwycięstwo zastało nas w Prusach Wschodnich, w mieście Gumbinen niedaleko od Königsbergu. Akurat nocowaliśmy w dużym domu – pierwszy raz w domu przez całą wojnę! Napaliliśmy w piecach. Wszyscy się położyli: ciepło, przytulnie. A potem ktoś wziął i zamknął szyber. No dobrze, położyłem się przy samych drzwiach – spóźniłem się, bo stawiałem wartowników przy dziale. Patrzę: kogoś niosą, otworzyli drzwi. Wszyscy zaczadzieli, a mnie się nic nie stało. Ale, chwała Bogu, wszyscy wyżyli.
A kiedy ogłoszono zwycięstwo – rozpłakaliśmy się z radości. Ależ myśmy się wtedy cieszyli! Nigdy się nie zapomni tej radości. Takiej radości nigdy więcej w moim życiu nie było.
Upadliśmy na kolana, zaczęliśmy się modlić. Jak myśmy się modlili, jak dziękowaliśmy Bogu! Objęliśmy się, łzy ciekły strumieniem. Popatrzyliśmy na siebie:
– Lońka! Żyjemy!
– Miszka! Żyjemy! Oj!
I znowu płaczemy ze szczęścia. Potem poszliśmy nad rzeczkę odpocząć – tam wśród łąki była mała rzeczka Pisa. Znaleźliśmy tam stóg siana, rozwaliliśmy się na nim, grzejemy się w słońcu. Było za zimno, żeby się kąpać, ale i tak wszyscy weszliśmy do wody – zmyć jakoś frontowy brud. Mydła nie było – więc nożami zeskrobywaliśmy z siebie brud razem z insektami…
A potem wzięliśmy się do pisania listów do rodzin – żołnierskie trójkąty (list radzieckiej poczty polowej podczas wojny to kartka złożona w trójkąt), tylko kilka słów: mamo, jestem zdrowy! I do taty napisałem. Pracował wtedy w Nowosybirsku, w wojskach NKWD, był kierownikiem robót budowlanych – w czasie wojny został zmobilizowany. Budował domy mieszkalne. I on oddał Ojczyźnie wszystko, nie zważając na to, że ogłoszono go „wrogiem władzy radzieckiej”.
A teraz, kiedy inny wróg zagraża Ojczyźnie – wróg, próbujący podeptać jej duszę – czy nie mamy obowiązku bronić Rosji, nie szczędząc życia?…

„Rosyjska Madonna”

O tym wstrząsającym wypadku pamiętają wszyscy w Żyrowicach na Białorusi, gdzie w Monasterze Uspienskim służy mój syn Piotr.
Kiedy w czasie Wielkiej Wojny Ojczyźnianej Niemcy zajęli monaster, w jednej ze świątyń trzymali broń, materiały wybuchowe, automaty, karabiny maszynowe. Zarządzający tym magazynem był wstrząśnięty, kiedy zobaczył, jak pojawiła się Niewiasta, odziana jak mniszka i powiedziała po niemiecku:
– Uciekajcie stąd, bo będzie z wami źle…
Niemiec chciał ją złapać – ale nic z tego. Niewiasta weszła do cerkwi – i on poszedł za Nią. Zdziwił się, że nigdzie jej nie ma. Widział i słyszał, że weszła do świątyni – a tu nie ma Jej. Zrobiło mu się nieswojo, nawet się przestraszył. Zameldował swojemu dowódcy, a on mówi:
– To partyzanci, oni są bardzo sprytni. Jeżeli zjawi się jeszcze raz – pojmać!
Dał mu dwóch żołnierzy. Czekali i czekali, aż zobaczyli, jak wyszła znowu i mówi do zarządzającego magazynem te same słowa:
– Uciekajcie stąd, bo będzie z wami źle…
I idzie z powrotem do cerkwi. Niemcy chcieli Ją złapać – ale nie mogli nawet ruszyć się z miejsca, jakby ich przymurowało. Kiedy Niewiasta znikła za drzwiami świątyni – rzucili się za Nią, ale znowu Jej nie znaleźli. Magazynier znowu zameldował swojemu dowódcy, a dowódca dał jeszcze dwóch żołnierzy i powiedział:
– Jeżeli się zjawi, strzelać po nogach, tylko nie zabijać -przesłuchamy ją.
Tacy spryciarze! I kiedy po raz trzeci Ją zobaczyli, zaczęli strzelać po nogach. Kule trafiają w nogi, w suknię, a Ona idzie jak szła i nigdzie nie widać ani kropli krwi. Człowiek nie wytrzymałby takich serii z automatów – od razu by padł. Wtedy Niemcy się przestraszyli. Zameldowali dowódcy, a dowódca mówi:
– Rosyjska Madonna…
Tak nazywali Królową Niebios. Zrozumieli, Kto kazał im opuścić sprofanowaną świątynię w Jej monasterze. I Niemcy musieli usunąć ze świątyni magazyn broni.
Matka Boża ochroniła swoją opieką Monaster Uspienski przed bombardowaniem. Kiedy nasze samoloty rzucały bomby na oddziały niemieckie rozlokowane w monasterze, bomby padały, ale ani jedna nie wybuchła na jego terenie. I potem, kiedy wypędzono faszystów i w monasterze rozlokowali się nasi żołnierze, niemiecki lotnik, bombardujący dwukrotnie ten teren, widział, że bomby upadły w cel i wybuchły wszystkie – z wyjątkiem terenu monasteru. Kiedy wojna się skończyła, ten lotnik przyjeżdżał do monasteru, żeby dowiedzieć się, co to za miejsce, które dwa razy bombardował – i ani razu bomba się nie rozerwała. A to miejsce jest błogosławione. Jest przesycone modlitwą, i Pan Bóg nie dopuścił, żeby wyspa wiary została zniszczona.
A gdybyśmy wszyscy wierzyli – cała Matka-Rosja, Ukraina i Białoruś – to żadna bomba by nas nie ruszyła, żadna! I „bomby” z zarazą duchową też by nie przynosiły szkody.

DOKUMENTY WIARY

Nauki ojca Pimena

Niezapomniane było spotkanie z hieromnichem (kapłan mnich) Pimenem, który służył Bogu w mieście Alejsku w Kraju Ałtajskim po długich latach zesłania na Kołymę.
Usłyszałem o nim w grudniu 1965 roku od kobiety, którą spotkałem w Barnaule, w domu Klaudii Ustiużaninej, do której przyjeżdżałem, żeby dowiedzieć się o cudzie uzdrowienia, jakiego dostąpiła. Ta kobieta była znajomą Klaudii, zwyczajnie przyszła do niej i przeżegnawszy się, podzieliła się swoją radością:
– Klauduniu! U jakiego ja ojczulka byłam! W takich dwóch grzechach mi ulżył…
Spytałem ją o adres tego duchownego, no i pojechałem prosto do o. Pimena do Alejska. Ja sam jeszcze wtedy nie byłem duchownym – śpiewałem w cerkiewnym chórze we wsi Togur.
Na stacji spytałem jeszcze w informacji, kiedy odchodzi pociąg do Barnaułu. Okazało się, że za trzy godziny. No, myślę sobie, chwała Bogu, czasu jest dość. Przyszedłem do niego do mieszkania. Wychodzi siostra posługująca ojca, Maria Jakowlewna, staruszka-mniszka.
– Ojczulku, gość do nas przyjechał…
– Wiem, mateczko, wiem – słyszę odpowiedź.
Patrzę – wychodzi chudziutki duchowny, około pięćdziesiątki, bródka pokryta siwizną. Podchodzi do mnie, zdejmuje palto, bierze mnie pod rękę:
– Chodźmy. Będziemy odprawiać nabożeństwo poświęcenia wody. Zaraz przyjedzie matka: jej syn Anatol, jak wrócił z armii, tak przeleżał dwa miesiące w szpitalu. Ale szpital mu zupełnie nie pomógł. Potrzebuje wody święconej.
A sam przygotowuje wszystko do nabożeństwa: stawia na stół kielich na wodę święconą, kładzie trebnik, kropidło, świece, nakłada epitrachil* (Trebnik – księga zawierająca porządek nabożeństw; epitrachil (gr. epitrachelion) -wstęga (naszyjnik), część stroju liturgicznego, odpowiada godności kapłańskiej) i krzyż – stoi i czeka. No, myślę – on już jest umówiony z tą kobietą, na którą czekamy. Wreszcie kobieta przychodzi.
– Ojcze, czy mogę prosić ojca…
– No chodź, chodź matko, rozbieraj się, daj tu bidon…
Woda już nalana, wszystko przygotowane.
– Błogosławiony Bóg nasz… – zaczął ojciec. Pomagałem mu śpiewać.
Odprawiliśmy nabożeństwo poświęcenia wody. Ojciec Pimen sam napił się wody święconej, dał i mnie, a przybyłej kobiecie nalał wody do bidonu.
– Ojcze! A kiedy jeszcze przyjść?
– Nigdy! Twój syn ma chorą duszę, ale teraz już mu lepiej. Niech pije wodę święconą na czczo, po łyżeczce, albo pół szklanki, niech odmawia modlitwy – no i wyzdrowieje. Będzie pracować, będzie miał dobrą pracę, masz syna zucha.
– Tak, to dobry synek… Boże dopomóż, ojcze! – kłania się kobieta…
Poszedł ojciec Pimen do swojego pokoiku zanieść trebnik. Taki maleńki pokoik – sypialnia, w której modli się po nocach. Zupełnie jak celka.
A ja poszedłem za kobietą. Pytam:
– Pani już dzisiaj była u ojca?
– Nie. Nigdy przedtem nie byłam. Przyszłam pierwszy raz.
Od razu zrozumiałem: mówili mi prawdę, że hieromnich Pimen jest jasnowidzem. I jak najszybciej odchodzę od tej kobiety. Myślę sobie: teraz ojciec mnie zobaczy, będzie niezręcznie, że taki jestem ciekawski. A tu sam ojciec idzie i od razu do mnie:
– No, teraz będziesz wiedział…
Zaczerwieniłem się do pięt. Jak on się dowiedział, że wypytywałem tę kobietę?
– No nic, chodźmy…
Poszliśmy do izby, w której odbyło się poświęcenie wody.
– Ojcze, obiad gotowy – mówi matka Maria Jakowlewna.
– Zaprośmy gościa!
Pomodliliśmy się, usiedliśmy do stołu. I chociaż nie chciało mi się jeść (niedawno zjadłem obiad), łyknąłem zupy – i bardzo mi zasmakowała. Pyszna! Zacząłem jeść szybko, po żołniersku i myślę sobie: „Jaka smaczna zupa!”.
A ojczulek mówi mi na ucho:
– A dlatego smaczna, że mateczka Maria Jakowlewna gotuje. Ona jest mniszką i przestrzega wszystkich klasztornych przepisów. I wszystko robi z modlitwą – zapala lampkę, od lampki rozpala w piecu, a piec swój, pali się drewnem. Obiera na przykład kartofle -„Boże, pobłogosław!”. Na wszystkim robi znak krzyża, wszystko z modlitwą. Bez modlitwy nie może żyć. I dlatego zupa jest smaczna.
Popatrzyłem tylko na niego i myślę: „Jak on żył, że zna moje myśli?”. A on od razu mi odpowiada:
– Teraz zjemy, a potem opowiem, jak żyłem.
Och, Boże mój! Znowu wpadłem! Wtedy zrozumiałem, że on jest naprawdę jasnowidzący. Widzi mnie na wylot. Zna moje myśli. Jaka siła duchowa jest do tego potrzebna! Wtedy poprosiłem w myśli: „Boże! Daj mi dobre myśli!” – a sam pracuję łyżką. A on od razu mówi mi wprost:
– No właśnie! Proś Boga, żeby dał ci dobre myśli.
O mój Boże! Przestraszyłem się. Krępowałem się nawet spojrzeć na ojca. Przysunąłem sobie drugie – była kasza gryczana – wcinam kaszę i już nie patrzę, tylko myślę: „Panie Jezu Chryste, Synu Boży, zmiłuj się nade mną, grzesznym!”. I słyszę nad uchem:
– No właśnie, zawsze odmawiaj modlitwę do Jezusa. Mnisi nie rozmawiają o niczym – tylko odmawiają modlitwę do Jezusa. I ty tak rób. Wróg nie wejdzie już w duszę, ponieważ tam Bóg już pracuje Duchem Świętym.
Mój Boże! Już nie mogę. Czuję, że tak się zaczerwieniłem, że nawet nos mam czerwony. I tylko pilnie odmawiam modlitwę do Jezusa: „Panie Jezu Chryste…”. A kasza – nie wiem, kiedy ją zmiotłem. I herbatę też. Wszystko zjadłem. A ojczulek jeszcze je. Ja po żołniersku, on po cywilnemu… Siedzę, boję się ruszyć. Wreszcie skończyliśmy wieczerzę, podziękowaliśmy Bogu. Pokłoniłem się ikonom:
– Dzięki Ci Boże, daj Boże zdrowie!
– No, chodźmy do izby – mówi ojczulek – porozmawiamy. Poszedł przodem, a ja za nim. Kiedy weszliśmy, zobaczyłem na ścianie zegar. Ledwie spojrzałem na niego i pomyślałem: „Ile czasu mi zostało do odjazdu pociągu?” – a już ojciec Pimen mówi nie oglądając się:
– Dwie godziny do odjazdu. Zdążymy. Wystarczy nam czasu na rozmowę.
Osłupiałem. Nie mogę się ruszyć z miejsca. Tam to przynajmniej siedział obok, a teraz stał tyłem do mnie – i poznał moje myśli!
– Czemu nie siadasz? Siadaj!
A ja nie mogę usiąść. Prawdę mówiąc – wstyd mi. Myślę: „Co ja będę siadać? Taki grzesznik ze mnie”. A on:
– No i czegoś się przestraszył? Kogo się przestraszyłeś? Przecież ja nie jestem ci wrogiem. A że się wystraszyłeś – to ci wyjdzie na dobre. Będziesz czcić Boga.
Usiadłem i boję się: a nuż przyjdą mi do głowy jakieś nieproszone złe myśli.
– Siadaj, to nic… Nie bój się. Przy mnie nie będzie pokusy.
I zaczął opowiadać, jak przeżył swoje życie.

Opowiadanie ojca Pimena

No, to słuchaj. W życiu świeckim nazywali mnie Misza. W dzieciństwie byłem psalmistą, nabożeństwa znałem doskonale – czytałem, śpiewałem. Czas mijał. Podrosłem, byłem już chłopakiem. Do wojska mnie nie brali, dlatego że byłem słabowity, nie przeszedłem komisji. Wszyscy moi przyjaciele pożenili się, mieli już dzieci, nieraz po dwoje. A ja byłem jeszcze sam. Nie miałem towarzyszki życia. Mówili mi:
– Misza, co z tobą? No, choćby Maria Panowa, patrz jaka dziewczyna! Ożeń się, będzie z was dobra rodzina. Dzieci będą ładne.
Doskonale znałem Marię. Ładna dziewczyna. Odprowadzałem ją raz do domu, potem drugi raz – tylko jak przyjaciółkę, nawet jej nie dotknąłem…
A potem wróciłem do świątyni, wszedłem do ołtarza – sto razy pokłoniłem się do ziemi tak, że mi nawet koszula zmokła… Przyszedłem do domu, obrządziłem bydło, zjadłem kolację i położyłem się spać. Rano wstaję – i czuję jakąś niemoc. Mija dzień, tydzień – nie mogę jeść, straciłem apetyt. Mijają dwa tygodnie, trzy – niczego nie mogę jeść. Napiję się wody – i tyle. A nic mnie nie boli. Jakieś takie zmęczenie – i tyle. Mama się martwi – co z synem?… Póki jeszcze miałem siły, chodziłem, pracowałem. A potem już nawet chodzić nie mogłem. Wtedy mama sprowadziła duchownego – wyspowiadał mnie, udzielił komunii, po miesiącu przyszedł jeszcze raz – udzielił namaszczenia. Na pożegnanie powiedział mamie:
– Wszystko z woli Bożej.
E-e… Wtedy mama zrozumiała. Skoro ojciec tak już powiedział: wszystko z woli Bożej – to znaczy, że sprawy źle stoją. Mama wróciła i buch na kolana. Pokłony, łzy. Tato przyszedł, stanął obok i płacze:
– Boże, jedyny synek – Misza, i jeszcze taki miły, taki dobry. Nie może powstrzymać łez. Zaczęli się modlić razem z matką. A ja leżę kamieniem. Tak byłem wycieńczony, że zrozumiałem -już się nie ożenię. Co ze mnie za narzeczony – sam siebie nie mogę podnieść. I zrozumiałem, że nie mam błogosławieństwa na ożenek.
– Boże, zostaw mnie przy życiu – proszę – żal mi mamy, ona tak płacze… Jeżeli umrę – nie wiem, czy mama to przeżyje.
Tato z mamą płakali, ale tak czy inaczej, trzodę trzeba obrządzić… Wrócili, zjedli, pomodlili się, położyli się spać. Wtedy mówię do mamy:
– Mamo, daj mi pić.
Och, jak ona się ucieszyła, że Misza poprosił chociaż pić! Zrozumiała, że wraca mi apetyt. A do tej pory nawet pić nie prosiłem – trzeba było mnie poić na siłę.
Od tego czasu zacząłem pomaleńku jeść i wracać do zdrowia. Potem powiedziałem tacie:
– Tato, zaprzęgaj konika, zawieź mnie do cerkwi.
Tato wziął mnie pod rękę, matka pod drugą- wyprowadzają z sań, prowadzą do cerkwi. A ludzie patrzą, szepczą:
– Misza przyjechał… Misza przyjechał! Dzięki Bogu!
Cieszą się ludzie. A Maria stoi, zwiesiła nos – nie wie, gdzie się podziać. I Maria została sama, i ja sam. No tak. Taki los…
Potem, kiedy już znowu zacząłem służyć w cerkwi, ojczulek spytał mnie:
-No i jak Misza, będziesz się żenić, czy jak?
– Nie, gdzie tam. Co ze mnie za narzeczony…
Zostałem psalmistą w Alejsku. A potem wyświęcono mnie na diakona, a za dwa miesiące – na kapłana. Zostałem hieromnichem Pimenem. Dwa lata pełniłem posługę i zobaczyłem we śnie: będą burzyć naszą cerkiew. I widziałem, kto konkretnie z naszej wsi będzie burzyć świątynię. A za dwa lata przyszedł ten czas. Ci sami ludzie, których widziałem we śnie, których dobrze znałem, zamknęli cerkiew na kłódkę, mnie – za brodę (a brodę to jeszcze miałem – trzy włoski), do wagonu i na Kołymę. No, jak wieźli -wiadomo. W bydlęcych wagonach. W czym mnie wzięli, w tym pojechałem. Ani poduszki, ani łyżki, ani chleba. Chleba nie dali wziąć nawet na drogę!
Przywieźli nas na Kołymę – a tam już tysiące ludzi pracuje. Wielu nagromadziło się „wrogów władzy radzieckiej”. A my -uzupełnienie „wrogów”. Kazali mi czyścić ryby. Tam jedni łowili . ryby, inni czyścili, jeszcze inni piłowali drewno, a tamci robili beczki. Nie wolno było rozmawiać – tak samo w pracy jak i przy stole. I nocą stał wartownik – żeby nie było żadnych rozmów. Kto się odezwał – buntownik.
Karmili nas tylko gotowanymi rybimi głowami. Przyniosą pełną miskę tych głów, kubek albo dwa wrzątku, bez esencji, bez cukru (o cukier nawet nie pytaj!) – i to jest całe pożywienie. Wszystkich oblazły wszy, wszyscy byli niemożliwie brudni, wycieńczeni do ostateczności. Mieszkaliśmy w koszarach. Narzuci się na drewniane prycze trochę gałęzi – i masz posłanie. Żadnej odzieży nie dawali. W czym ludzie przyjechali – w tym pracowali, a nasza odzież to dla nas pościel i poduszka. Mydła dawali czasem po kawałeczku, a czasem nie dawali. Za to wrzątku ile chcesz. No, dobrze, najadaliśmy się choćby tymi rybimi głowami. A ryby -solono i w beczkach toczono na statek. Pracowali tylko więźniowie, a konwojenci byli cywilni. Uzbrojeni. I pejcze mieli. Pracowaliśmy dosłownie do śmierci. Kto nie mógł – rozstrzeliwali i zakopywali jak psa… A ja kiedyś się ośmieliłem i powiedziałem na głos:
– Pasą nas tu jak bydło i karmią jak bydło.
A wartownik, chociaż stał przy drzwiach (a ja byłem szósty z brzegu) zobaczył i usłyszał.
– Kto to powiedział?
Podszedł. Złapał mnie za rękę, a ręce -jak obcęgi:
-No, buntowniku! Wychodź!
Wyciągnął mnie zza ławki. Wyprowadził na dwór, zdjął mi czapkę. Z dachu kapie – śnieg i deszcz. Postawił mnie pod tym dachem. Kapie mi prosto na ciemię. Stoję. I czuję, że głowa mi całkiem zamarza. A wartownik krzyczy do mnie:
-Stój!
I jeszcze raz, ze złością:
-Stój!!!
Chciał mnie uderzyć kolbą – zamachnął się. Myślę – albo mi wybije zęby, albo oko, albo złamie nos. Ale nie uderzył, bo stałem spokojnie. Myślę: co będzie, to będzie… Potem zakręciło mi się w głowie, zachwiałem się i upadłem – nie pamiętam jak.
Kiedy się ocknąłem – leżałem na łóżku w szpitalu. Głowa -jakby się ogniem paliła i wydawała się ogromna jak beczka. Straszna gorączka. Apetyt zniknął. Przez dłuższy czas nawet słowa nie mogłem powiedzieć – taki był piekielny ból. I nie wiedziałem, co się ze mną dzieje. Potem dowiedziałem się, że mam zapalenie opon mózgowych – to straszna choroba. Podchodzili do mnie, pytali:
– Po co ty tu przyjechałeś?
– Nie wiem…
– Skąd jesteś? A ja tylko:
– Mama, mama! Tata, tata! Zabierzcie mnie!
W tym czasie przywieziono na Kołymę uzupełnienie, i konwojentom, którzy wracali z powrotem, kazano:
– Weźcie tego tutaj chłopca, który cały czas krzyczy: „mama, mama!”. Zabierzcie go, on jest jeszcze młody…
Krótko mówiąc, spisali mnie jako zupełnie niezdolnego do pracy, jako ledwie żywego. Oddali dokumenty. Konwojenci zawieźli mnie do domu, do Alejska, do ojcowskiego domu – prosto pod podany adres. Przekroczyłem próg – tatuś był w domu, mamy nie było. Jak mnie tato zobaczył – padł na kolana:
– Oj!!! Misza przyjechał!
Wkrótce przyszła mama. Napłakaliśmy się. A potem nakarmili milicjantów, czym było. Potem odjechali. Okazuje się – dobrzy ludzie, ci milicjanci. Dobrze, mówią, że mnie przywieźli. A ja upadłem – nie wiem jak długo spałem. Obudziłem się – głowa boli, i boli, i boli. Jak wstaję, żeby się pomodlić, robi mi się lepiej. Siądę do modlitwy – robi mi się lepiej. Zacząłem czytać Psałterz. Czytałem, czytałem – i znów upadłem, nie wiem jak długo spałem. Kiedy upadłem, nie ruszano mnie. I tak zacząłem czytać dopóty, dopóki nie padałem i nie zasypiałem. Zbudzę się -i znowu. Tylko modlitwa mi pomagała.
A potem sąsiadka przynosi gazetę:
– Popatrzcie, rozkaz Stalina – włożyć pagony, otworzyć cerkwie…
To był rok 1943. Coś się zmieniło w kraju, jeżeli stało się coś takiego. Poczytaliśmy, popłakali, pocieszyliśmy się, usiedliśmy -wypiliśmy herbaty, posiedzieliśmy w milczeniu. Potem sąsiadka poszła. Za dwie godziny przyjeżdża przewodniczący alejskiego ispołkomu*, a z nim dwaj dziadkowie.
– Dzień dobry, ojcze. Ot, gazeta wyszła. Rozkaz Stalina -otworzyć cerkwie! My już opróżniliśmy cerkiew, zabraliśmy ziarno, wysprzątaliśmy, umyliśmy wszystko. Ludzie stoją – czekają. Przyjechaliśmy po ojca. Jak zdrowie? Da radę ojciec odprawiać nabożeństwo?
Patrzę na nich, milczę – nie wiem, co odpowiedzieć. Jak moje zdrowie? Ledwie siedzę, ledwie chodzę. Nie ma co mówić o zdrowiu. Głowa bardzo boli, zapalenie opon – to straszna choroba. Pytają mnie drugi raz, trzeci:
– No, ojcze, czemu nie odpowiadacie? Czy może ojciec odprawiać nabożeństwo? Jedziemy!
Исполнительный Комитет – Komitet Wykonawczy danej Rady (Sowietu), organ władzy administracyjnej (odpow. dawnego Prezydium Rady Narodowej).
A ja milczę. Nie wiem, co odpowiedzieć.
– Niech ojciec patrzy – zaczynają znowu – otworzyli cerkwie – a przecież nie ma ani jednego duchownego, wszystkich rozstrzelali, tylko ojciec został.
Pomyślałem, podumałem, podniosłem palec, wskazałem na wschód i mówię:
– A tam, z powrotem, nie zawieziecie mnie?
– Ależ nie – mówią- to wszystko już minęło! Teraz wyszedł rozkaz Stalina!
– No dobrze, dajcie ubranie! – powiedziałem w końcu. Ubrali mnie, posadzili na furę, zawieźli do tej samej cerkwi, z której mnie wzięli. Jak zobaczyłem – upadłem na kolana, łzy popłynęły mi strumieniem. Nie mogłem ustać na nogach. Strasznie nawet wspominać… Popełzłem na kolanach do ołtarza i ciągle płakałem. Ludzie uklękli – i też płakali…
Miałem w domu podriasnik (sutanna), krzyż – wszystko włożyłem na siebie. Przyczołgałem się jakoś do prezbiterium, staruszkowie poszli ze mną. Ołtarz był przykryty dyktą, prześcieradłami. Odsłoniłem – na ołtarzu leżał krzyżyk i Ewangelia. Dzięki Bogu -przynajmniej Ewangelia ocalała! Przyniesiono świece, zapalono. Przyszedł psalmista.
– Ojcze, wznieś wozgłas! (Aklamacja, błogosławieństwo rozpoczynające nabożeństwo.)
Postawiono mnie na nogi. A ja nie mogę stać – płaczę. Łzy ściskają mi gardło. Dwaj staruszkowie podnieśli mnie – jeden z prawej, drugi z lewej, trzymają pod ręce, pomogli mi podnieść ręce. Powiedziałem tylko:
– Błogosławiony Bóg!… – i upadłem. Nie mogłem utrzymać się na nogach. Zalałem się łzami. Ludzie znowu zapłakali. Znowu mnie podnieśli.
– Ojcze, wznieś wozgłas!
Wtedy zebrałem siły i powiedziałem tylko:
– Błogosławiony Bóg nasz, teraz i zawsze, i na wieki wieków!… – i znowu upadłem. Wtedy oni sami powiedzieli:
– Amen! – i zaczęło się nabożeństwo.
Przygotowali prosfory – przynieśli, kielich przynieśli, wino -wszystko się u ludzi znalazło. Trzy doby nie wychodziłem z cerkwi – trzy doby się modliłem. Nie jadłem, nie piłem, nie wychodziłem nawet na dwór za potrzebą. Głowa mi opada – zdrzemnę się na chwilę, ocknę – i znowu wracam do nabożeństwa. Dniem i nocą. Ludzie nie chcieli wychodzić z cerkwi – tak się stęsknili za nabożeństwami. Tak byli szczęśliwi, tak się chcieli modlić! Jedni – wychodzą – inni przychodzą:
– Ojcze, chcielibyśmy ochrzcić, wyspowiadać się…
Czwartego dnia, całkiem już bez sił, wyszedłem na cerkiewny dziedziniec. Mówią mi:
– Ojcze, napaliliśmy w stróżówce, wysprzątaliśmy, wymyli. Chodźmy tam!
Upadłem i spałem – nie wiem ile czasu… Minęły dwa tygodnie, i pomyślałem sobie: „Trzeba by pojechać do domu po bieliznę”. Dwaj parafianie podjęli się mnie odprowadzić. Przyprowadzili konika. Ledwie wyszedłem za bramę, ledwie się przeżegnałem – zakręciło mi się w głowie. Upadłem – i nie pamiętam, jak upadłem. I słyszę, jak w mojej duszy rozlegają się słowa: „Módl się! Wyślij kogoś – przyniosą bieliznę. Módl się!”.
I ocknąłem się. Boże! Bóg kazał mi się modlić! Upadłem nawet – a i tak, módl się. Zaprowadzili mnie z powrotem do stróżówki. Potem przynieśli bieliznę, umyłem się gorącą wodą. I -dzięki Bogu! I zacząłem się modlić.
I od tej pory Pan Bóg obdarzył mnie darem jasnowidzenia. Widzę każdego człowieka – jaki jest. Widzę ludzkie myśli. Znam przyszłość każdego człowieka. Strasznie nawet mówić o tym. Do tej pory nikomu o tym nie mówiłem. Ale tobie mówię jak synowi: to nie jest ode mnie, to Pan Bóg obdarzył mnie taką mocą…
Z góry było mi wiadome, że Nikita Siergiejewicz Chruszczow zamknie naszą cerkiew. Powiedziałem tym samym dwóm staruszkom, którzy przyprowadzili mnie do cerkwi w 1943 roku:
– Jutro odprawimy ostatnie nabożeństwo. Po nabożeństwie przyjdą zamykać cerkiew na polecenie Chruszczowa.
I tak się wszystko stało. Zabraliśmy wszystkie sprzęty liturgiczne, księgi. Patrzymy – stoi czterech ludzi. Dwaj milicjanci i dwóch z ispolkomu. Mają już swoje kłódki, plomby.
Mówię moim staruszkom:
– Idźcie koło mnie. Zaraz do mnie podejdą i zwrócą się do mnie po imieniu.
Ruszyli ci ludzie nam naprzeciw.
– No, Michale… – mówi, dodając patronimik – na polecenie Chruszczowa wasza cerkiew zostaje zamknięta.
Ja im powiedziałem tylko:
– Nie nasza wola, wasza wola. Na razie…
Założyli swoje dwie kłódki – na obydwu drzwiach, a także dwie plomby.
Miałem antymins (Antimesnion (gr.) – chusta na ołtarz z wizerunkiem Chrystusa w grobie) i zacząłem odprawiać nabożeństwa w domu, nocami, w sypialni, gdzie mieściło się pięć osób. Zaczęła mi pomagać mniszka, matka Maria Jakowlewna i kilka staruszek. Wszystko działo się w tajemnicy, na nabożeństwa przychodzili tylko zaufani ludzie. No, i jeżeli ktoś był w potrzebie – po trochu udzielałem też sakramentów.
Zbliżała się Pascha, przygotowywaliśmy się do całonocnego nabożeństwa. Ale języki nie próżnowały – dowiedziała się o tym milicja. Ale ja wiedziałem z łaski Bożej, że w tę Paschę, o piątej rano przyjdzie pięciu milicjantów, żeby nas zabrać – za to, że odprawiamy nabożeństwo. Podczas nabożeństw zasłanialiśmy okna kołdrami, żeby światło nie padało – na ulicy i u sąsiadów było wiele oczu. Zakończyliśmy nabożeństwo wcześniej. Już o trzeciej w nocy wszyscy poszli. Otworzyliśmy drzwi, wywietrzyliśmy pokój, żeby nie czuć było w powietrzu zapachu kadzidła. Wszystko zostało sprzątnięte – żeby nie było śladu, że odbywało się tu nabożeństwo. Stoję, modlę się, czytam Kanon Paschalny. W epitrachilu, z krzyżem. Świece się palą, sień otwarta, drzwi otwarte, furtka otwarta. O piątej zastukano do drzwi. Mateczka Maria Jakowlewna zaprasza:
-Wejdźcie!
Wchodzi pięciu milicjantów. A ja przygotowałem w przedpokoju 6 krzeseł: pięć w rzędzie i jedno naprzeciw. Oni wchodzą, jak weszli w czapkach, tak stoją. Wiem, że błogosławieństwo im niepotrzebne. Podchodzę – podaję każdemu rękę:
– No, dzień dobry, Iwanie Pietrowiczu, dzień dobry, Grigoriju Wasiljewiczu!
Każdego nazywam po imieniu. Jeden z milicjantów zdejmuje czapkę i mówi:
– Takiego człowieka jeszcze nie widziałem. Nie zna nas, a po imieniu nazywa…
Odpowiadam im:
– Usiądźcie, mili synkowie, przyszliście mnie zabrać, ale sami wpadliście!
Oni myślą: co to znaczy – wpadliście? Co to, jakaś pułapka? Rozglądają się dookoła – nie, nikogo nie ma, żadnych przeszkód.
Wtedy mówię do nich:
– Żyjemy na świecie, na którym panuje grzech. A grzechy bywają takie…
I zacząłem. Powiedziałem jednemu o jego grzechach – od A do Z. Drugiemu i trzeciemu. A oni:
– Ojcze! Przecież o mnie mówicie!
I drugi. I trzeci też. A ja to samo – czwartemu i piątemu. Wtedy osłupieli.
– Ojcze! Naucz nas! My niczego nie rozumiemy. Tylko nikomu o tym nie mów!
– Wy sami nie mówcie – odpowiadam – bo ja nie powiem. A wy przyjdziecie do domu i swoim żonom: tak i tak…
– Nie, nie! Nikomu nie powiemy!
– A ty masz żonę nie ochrzczoną – mówię – a twoja matka też nie jest ochrzczona… A ty sam jesteś nie ochrzczony…
A oni znowu proszą:
– Ojcze, ucz nas! Ochrzcij nas!
Żegnając się, powiedzieli:
– Ojcze, mów czego trzeba! Pomożemy we wszystkim.
I w ten sposób zaczęli mi pomagać – i pomagali z wielką miłością. Nocą kopali ogród. Sadzili nocą, żeby nikt nie widział, a sami się tak przebrali, żeby nikt ich nie poznał. Przywieźli drewno. Oczyścili studnię. Wyremontowali parkan. Okopali kartofle i wszystkie wykopali – Bóg im zapłać. Nie pozwalali mi nic robić.
– Ucz nas, ojcze, ucz nas!
Wszyscy się ochrzcili. Wszystkim im dałem śluby, tutaj, w tym domku. I tak zostaliśmy przyjaciółmi!…

Tak to bywa w życiu. Widzicie, co to znaczy prawda Boża. W duszę wstępuje łaska, dlatego że jest potrzebna, dlatego że jest prawdą, miłością – to nie fałszywa i nie sztuczna miłość, tylko miłość prawdziwa, prawda Niebieska. Wnika w duszę i człowiek zaczyna ją rozumieć, i z wroga staje się przyjacielem.
Żeby to pojąć, wszystkim nam potrzebny był człowiek tak nabożny, jak ojciec Pimen. On przecież był czysty, nigdy nie dotknął kobiety. Ale warunki jego życia były tragiczne. On sam był chudziutki, słabiutki, nawet schorowany, a tak silny duchem! Sami osądźcie – czy choroba to zło, czy dobro, jeżeli cielesne niedomagania pomagały w zachowaniu czystości duszy…
Po dwóch latach od naszego spotkania ojciec Pimen odszedł do Pana. Ale jego nauki mam do dziś w pamięci. Żegnając się, pokłoniłem się ojcu Pimenowi i powiedziałem:
– Wielkie dzięki ojcu!
A on tak jakoś groźnie na mnie spojrzał:
– Proś o wybaczenie!
– A za co? – zdziwiłem się.
– Powiedziałeś niewłaściwe słowo. -A jak trzeba?
– Dzięki Ci, Boże! – głośno powiedział o. Pimen. – Tylko tak. Mówić inaczej – to grzech. Przecież to Sam Zbawiciel. Komu składamy dzięki? Bogu, a nie jakiemuś „bo” (Nieprzetłumaczalne: ojciec Walentin powiedział: „спаси-бо” (dziękuję), na co ojciec Pimen odparł: nie „спаси-бо”, tylko ,,спаси Бог!” (zachowaj, Boże!), przypominając pierwotną formę tego zwrotu grzecznościowego, która z biegiem czasu uległa skróceniu.) I tak trzeba mówić: Dzięki Ci, Boże, dzięki Ci, Jezu Chryste! Dzięki Ci, Panie! Powiedz wszystkim…
I ja też od tej pory mówię o tym każdemu. Zbawiciel i Bóg przyszedł nas wszystkich zbawić. A my nawet lenimy się albo nie chcemy na głos wymawiać słowa – Bóg. Nie zdajemy sobie sprawy, jakie to zubożenie naszego życia. Można pomyśleć – co tam jedna litera! A przypuśćmy, że nauczyciel powie:
– Dzieci, napiszcie „stos”.
Dzieci napiszą, ale ostatniej litery nie dopiszą i wyjdzie nie „stos”, tylko „sto”. No, zupełnie co innego. Takich przykładów jest wiele. Niech sprzedawca opuści w rachunku jedną cyfrę – co się stanie? O, ho, ho! Serce zacznie walić. Ciśnienie podskoczy. A potem przeprowadzą kontrolę: wszystkie towary są na miejscu. A co się stało? Opuścił jedną cyfrę! Tyle znaczy jedna cyfra w życiu. A tutaj – napisane jest prawo Boże. Prawo! Boże! A my opuszczamy go całkiem. Nie jedną literę, ale wszystkie litery. Więc co z nami będzie?
Kiedy Klaudia Ustiużanina znalazła się na tamtym świecie, spytała:
– Jakże ja będę żyć, kiedy całe ciało mam pocięte?* (Patrz rozdział „Nie miałam wiary i Pan Bóg się zlitował…”)
A my musimy zrozumieć, że wszyscy mamy pocięte dusze! Tam jest ciało. A tu – dusza. Wszyscy jesteśmy porażeni. Wszyscy mamy chore dusze. Zróbmy w naszych duszach kontrolę! Widzicie, ile w naszym życiu jest braków! W rodzinie. W społeczeństwie. Na Kremlu. W ziemskiej szkole wymagamy, żeby w tekście stawiać na swoim miejscu każdy przecinek. A tutaj – szkoła Niebieska. Tutaj – prawo Boże, które nie jest u nas przestrzegane. A gdyby wszystkich nas wychowywano do życia według prawa Bożego – nie mielibyśmy ani zasuwek, ani zamków, ani dozorców, ani więzień, ani zabójstw, ani złodziejstwa, ani przemocy, żadnego wulgarnego słowa. I nie trzeba nam żadnej śmiercionośnej broni. Popatrzcie, ile możemy zrobić dobrego! A my – nie możemy czynić dobra. Dlatego że jesteśmy kalekami – i na ciele, i na duszy. Dlatego musimy zawsze i wszędzie prosić Pana Boga o oświecenie, o modlitwę. A żeby złe myśli nie przychodziły do głowy, trzeba, jak mówił ojciec Pimen, „zamykać swoją duszę prawem Bożym. Nie zajmować się próżnym gadaniem, tylko rozmawiać z Bogiem”. Kochać i cenić Jego łaskę.

„Strzelba mądrzejsza ode mnie!…”

To zdarzenie opowiedział mi staruszek Georgij, zesłaniec -mój sąsiad ze wsi Kołpaszewo, gdzie pracowałem po wojnie.
Zdarzyło się to wiosną 1931 roku w Kraju Narymskim, we wsi Togur. Mieszkał tu zesłany kapłan z Ukrainy – ojciec Dymitr. Nie miał ani kopiejki, ani okrucha chleba. Mateczkę zesłali do Kraju Krasnojarskiego, a jego zabrali do obwodu tomskiego, do Narymu. Chodził i prosił o jałmużnę – obrośnięty staruszek, w marynarce, bez podriasnika, w czapce. Trafił się pewien człowiek, który się zlitował:
– Masz tu dziadku wędkę, masz tu robaków, weź łódkę i płyń na rzekę, trochę powędkować – ryb tutaj pełno.
Staruszek wsiadł do łódki, ale sam się chwieje – omal nie upadnie. Głodny, wycieńczony, znużony. Patrzy – niedaleko jest krzak, w dole rzeki. Podpłynął do niego, chciał przywiązać łódkę i zacząć łowić. Patrzy, a tam zastawiona jest nieduża sieć, a w niej pełno ryb. Podniósł wiosłem sieć i nakłada sobie do łódki małych rybek, które nazywają koszturami – na uchę. Drży z osłabienia i głodu, i płacze:
– Boże, wybacz mi, że biorę cudze ryby…
A właściciel sieci, stróż w wiejskiej spółdzielni, o dziewiątej skończył zmianę na posterunku i pojechał wybrać sieć. Płynął łódką i miał ze sobą strzelbę. Zobaczył, że jakiś staruszek wyciąga ryby z jego sieci – podniósł strzelbę i chciał go zabić.
Dziwię się, że ludziom starcza siły, żeby zabić człowieka za jakąś rybę! To się po prostu nie mieści w głowie… Wycelował stróż strzelbę, ale strzelba nie strzela! Stuk – niewypał! Stuk -niewypał!
Włożył inny nabój – i znów niewypał. Obrócił nabój i znowu niewypał. Co to takiego? Strzelba nigdy się nie zacinała. Nowa, kaliber dwadzieścia. Podniósł lufę do góry – i od razu padł strzał. Ten staruszek, duchowny, odwrócił się. A posiadacz sieci, ponieważ strzelba nie strzelała – zaczął mu wymyślać: coś ty za jeden, co ty tu robisz?
Dziadek mówi:
– Synku miły, jestem zesłańcem z Ukrainy, z Poczajewa. Biorę od ciebie rybki – głodny jestem.
– Wiem, że jesteś zesłańcem! Ale coś ty za człowiek, że strzelba do ciebie nie strzela?
A dziadek odpowiada:
– Byłem duchownym, a teraz, widzisz – nikim.
I ten stróż, Iwan, rozpłakał się:
– Ojcze, wybacz mi! Chciałem cię zastrzelić, ale strzelba okazała się mądrzejsza ode mnie… Nie wystrzeliła strzelba do ciebie!
Wybrał sieć z rybami, przywiózł ojczulka do domu, nakarmił.
– Kładź się, odpocznij. Karmił go dwa miesiące:
– Jedz i odpoczywaj. Odpoczywaj i jedz.
Podkarmił go, wzmocnił, ubrał. A potem pomógł mu wrócić do domu – dał mu pieniędzy na drogę. W górę rzeki wiózł go w małej łódeczce, nazywanej „obłasok”. Czterdzieści kilometrów wiosłowali razem. Potem wsadził go na statek i wyprawił do Tomska, a stamtąd – pociągiem na Ukrainę.
Później, już po wojnie, ojczulek zaprosił tego Iwana – przyjedź do mnie. Już zostali przyjaciółmi. Taki się stał cud.
To zdarzenie było wtedy wszystkim znane. Georgij, który woził mnie do tego Iwana, mówił:
– Ten gospodarz, który chciał zastrzelić ojczulka, sam o tym opowiada i łzy mu płyną. No, bo jakże? Przecież to Bóg kierował strzelbą.
Tak Bóg strzeże swoich wiernych. Więc bądźcie wierzący. Teraz dana wam jest najprawdziwsza prawda – wiara.

Tajemny uczynek mnicha Leontija

Iluż jest wokół nas wybrańców Bożych, o których nic nie wiemy. Sam Bóg wie, jacy ludzie pobożni niosą obok nas swoją niewidzialną ofiarę.
Bóg pozwolił mi spotkać jednego z nich – zasłanego mnicha Leontija. Zesłano go w 1930 roku z Poczajewa do rejonu narymskiego. Zesłańcy zbudowali w tajdze wioskę Tatarinską, a on jeszcze 40 kilometrów od niej postawił sobie pustelnię – chałupkę 3 na 4 metry, bez okien, tylko z malutkimi drzwiami, przez które wczołgiwał się na kolanach – i modlił się tam jak w eremie. Żywił się jagodami, grzybami, orzeszkami cedrowymi, sadził w tajdze kartofle. Jeszcze przed wojną słyszałem o nim jako o jasnowidzu. Podczas wojny modlił się gorliwie, żeby nasza armia zwyciężyła faszystów, żeby w Rosji nastał pokój.
Zesłany mnich miał jeszcze jedną tajemnicę. W czasie wojny nie było kombajnów, mężczyzn we wsi zabrakło – wszyscy poszli na front. Kosić i żąć zboże sierpem musiały kobiety, dzieci i chorzy. Brygadier przydzielał każdemu zagony, które żęto sierpami. A mnich Leontij wiedział, gdzie jest zagon wielodzietnej matki: przychodził nocą, nażął sierpem, pozgarniał zboże – pozostawało tylko powiązać snopy. Robotnica przychodzi rano na swój zagon i dziwi się:
– Cóż to jest? Zdaje mi się, że wczoraj po ciemku przeniosłam wszystkie snopy. A skąd się wzięło zżęte zboże? Kto to za mnie zrobił robotę?
I nikt nie wiedział, kto potajemnie pomaga kobietom. Mnich Leontij skrywał swoje dobre uczynki, nie przechwalał się tak, jak zwykle chwalą się wszyscy. W ten sposób pracował przez całą wojnę.
A świątynie w tych czasach były zamknięte. We wsi Togur, osiem kilometrów od naszego Kołpaszewa, była świątynia Zmartwychwstania Chrystusa, poświęcona jeszcze przez świętego Joanna Tobolskiego. Kiedy kołchoz zabrał świątynię, urządzono tam magazyn ziarna.
W 1946 roku, zanim zwrócono świątynię Cerkwi, nastąpiło tam zdumiewające wydarzenie. Mieszkańcy wioski, którzy przechodzili koło świątyni, zobaczyli przez okna, że w ołtarzu na świeczniku płonie mnóstwo świec. Zdumieli się, nie wierzą własnym oczom. Podeszli do drzwi wejściowych – a tu wisi kłódka. A zresztą, kto w magazynie ziarna będzie odprawiał nabożeństwo? Pobiegli do magazyniera, który odpowiadał za zboże, zawołali go. On też spojrzał przez okno – tak, świece się palą. Otworzyli cerkiew, weszli do ołtarza – a tam pusto. Nie ma ani świecznika, ani świec. Ale jak tylko wyszli z cerkwi – znowu widać przez szyby: w ołtarzu palą się świece.
Zebrali się ludzie z całej wsi, wszyscy widzą z ulicy jawny cud, a w cerkwi – nie ma nic. I wszyscy zrozumieli: to widzenie nie było przypadkiem – trzeba otworzyć świątynię. Poproszono przewodniczącego ispołkomu – przyszedł, sam się o wszystkim przekonał. Nie miał się już gdzie podziać: cała wioska obstąpiła go jak jeden mąż – otworzyć świątynię! Wtedy zabrano z pomieszczenia ziarno, wszystko umyto, wysprzątano. Wprawdzie kapłana długo jeszcze nie było, ale ludzie przychodzili do świątyni i sami się modlili.
Stale przychodził do cerkwi mnich Leontij – wcześniej niż wszyscy, chociaż ze swojej pustelni pod Tatarinskim musiał iść na piechotę 50 kilometrów. Był już bardzo stary, chudziutki jak szczapa, ale Pan Bóg dawał mu siły do takich wyczynów. Przychodził do cerkwi pierwszy, szedł do kąta – i modlił się. I o wszystkich, którzy przychodzili, wiedział wszystko – sam Pan Bóg odsłaniał mu ich myśli. Słyszałem opowiadanie o jednym z takich przypadków.
Pewna kobieta przyszła do świątyni, przeżegnała się, pokłoniła trzy razy. Stoi i myśli: „Boże, ja tu przyszłam do cerkwi pomodlić się, a kto tam nakarmi prosiaka, kto da kurkom?”. A jasnowidzący Leontij znał ludzkie myśli. Pan Bóg odkrył mu, o czym ta kobieta myślała. Stał opodal niej – w kącie świątyni. Podszedł, stanął obok, przeżegnał się, pokłonił i mówi tak, żeby kobieta usłyszała:
– Boże, ja tu przyszedłem do cerkwi, a kto tam nakarmi prosiaka, kto da kurkom?
Zdumiona kobieta padła mu do nóg:
– Dziadku, ty mówisz moje myśli! Przecież to ja tak pomyślałam!
– A ty przecież przyszłaś pomodlić się do Boga – odpowiedział mnich – prosić o odpuszczenie grzechów, a sama myślisz o prosiaku…
Znałem tego jasnowidzącego Leontija. Po wojnie byłem parafianinem tej samej co i on świątyni Zmartwychwstania, śpiewałem na chórze. Leontij mógł powiedzieć o każdym człowieku: i odkryć jego myśli, i rozpoznać jakie nieszczęście kogo spotkało, i przepowiedzieć przyszłość – nie każdemu z osobna, ale powiedzieć, jakie będziemy mieli życie. Wiele z tego, co sam od niego słyszałem, spełniło się. To był wielki człowiek. Wielki duchem. Zmarł na początku lat pięćdziesiątych, pochowano go w Tatarinskim. Jego życie było jak płonąca świeca, która w pustej, zamkniętej świątyni paliła się dla ludzi siłą modlitwy.

Jak święty męczennik Jerzy otworzył świątynię

Pierwsze lata diakoństwa i kapłaństwa były dla mnie trudne. Zaostrzyły się moje frontowe dolegliwości: rozbolały mnie obie zranione nogi, dokuczał odłamek w krzyżu, wywiązał się skrzep żył w nodze, i to taki, że trzeba było robić operację i usunąć większą część żyły. Podczas nabożeństw tak męczył mnie ból, że pod koniec moja koszula robiła się mokra. Zacząłem rozglądać się, gdzie by tu wyjechać, żeby moje zdrowie choć trochę się poprawiło. Chirurdzy poradzili mi wyjechać do Taszkientu. A tam miałem znajomych. Już stamtąd wysłano mnie do Samarkandy, gdzie pełniłem posługę kapłańską w świątyni św. męczennika Jerzego Zwycięzcy.
Poznałem tam Georgija, nauczyciela z zawodu, który śpiewał w tej świątyni na chórze. Właśnie on opowiedział mi zdumiewającą historię, która wydarzyła się w Samarkandzie w latach rządów Chruszczowa podczas nabożeństwa odprawianego przez archimandrytę Serafina (Saturowa). Ten kapłan, rodem z Permu, był represjonowany, odsiedział 10 lat, wiele nieszczęścia widział w życiu, był już schorowanym staruszkiem, ledwie sił mu starczało, żeby chodzić. Swoim ciepłem i życzliwością przyciągnął niemało młodych ludzi do świątyni. Wielu się ochrzciło.
Ale kagebiści zobaczyli, że młodzież poszła do świątyni i postanowili podstawić ojcu nogę, znaleźć jakiś pretekst, żeby zamknąć świątynię Jerzego Zwycięzcy. Ale co można znaleźć?… Jednak władze tak wszystko chytrze spreparowały, że na całe dwa lata odsunęły ukochanego przez wszystkich ojca od posługi kapłańskiej …
Kiedyś przyszli do ojca Serafina mąż i żona, i zaczęli go namawiać:
– Ochrzcij nas, ojcze, tylko nie zapisuj, że ochrzciłeś, bo wyrzucą nas z pracy!
Tak, wtedy były takie czasy: do danych paszportowych trzeba było podawać gdzie pracujesz, gdzie mieszkasz, i chrzestnych rodziców – każdego trzeba było podawać. A potem wszystko to przeglądał funkcjonariusz… Ojciec był litościwy – zgodził się ochrzcić bez zapisywania. A tymczasem za bramą stali przedstawiciele organów, którzy zaczepili tych młodych ludzi:
– No, młodzi, po co przychodziliście do cerkwi, coście tam robili?
Pytani z początku milczeli – nie chcieli odpowiadać. -No, jeżeli milczycie, zapytamy duchownego: dlaczego milczą, skąd oni są…
– Nie wiem, skąd oni są – odpowiedział ojciec Serafin.
Nie chciał wydawać ochrzczonych – przecież prosili, żeby nie zapisywać, bo wyrzucą ich z pracy i tak dalej… Ale okazało się, że kagebiści umówili się z nimi. Zrobili całą historię z tego „bezprawnego” chrztu.
– Jak to nie wiecie?! Przecież oni się przed chwilą ochrzcili! Przecież zapisaliście, gdzie pracują!
– Nie, nie zapisałem.
– Ach, nie zapisaliście! Dlaczego?
– Bo prosili, żeby nie zapisywać. Zlitowałem się nad nimi…
Funkcjonariusz wyciągnął papier, sporządził protokół, że duchowny ochrzcił ludzi, a do rejestru nie zapisał – czyli nie podporządkował się kodeksowi cywilnemu. I za to zabroniono mu odprawiać nabożeństwa – tylko za to. Dwa lata nie było w świątyni nabożeństw. Ale po nocach potajemnie odprawiano nabożeństwa, zbierało się po dwie, trzy osoby…
Minęły dwa lata od zamknięcia świątyni. Zbliżało się parafialne święto Jerzego Zwycięzcy. Wszyscy parafianie martwili się, że tego dnia nie będzie nabożeństwa… A władze już postanowiły: powstanie tu doskonałe przedszkole – siedem mieszkań, pomieszczenie świątyni jest przestronne, łaźnia, piekarnia, jadalnia, duże podwórko, studnia, dwa dęby… Wszyscy zrozumieli, że niedługo przyjdzie kres świątyni…
Ale w wigilię 6 maja zdarzyło się coś niezwykłego. Przy świątyni, razem z ojcem Serafinem mieszkały dwie moskwianki, jego siostry posługujące – mniszka Julia (która pięknie malowała ikony) i nowicjuszka Jewdokia, obydwie zesłane, tak jak ojciec. Ojciec przygotowywał się w tym czasie w swojej celi do święta, czytał kanony, a matka Julia zamiatała cerkiewne podwórze. Nagle zobaczyli, że otwiera się brama w cerkiewnym ogrodzeniu i wjeżdża wierzchem dwóch oficerów w starodawnych, dawno nie widzianych mundurach, na białych koniach. Jeden starszy, drugi młodszy. Ten pierwszy – dostojny, urodziwy, zgrabny. Zeskakuje z konia i zwracając się do mniszki po imieniu, oddaje jej cugle:
– Matko Julio, potrzymaj cugle, a ja pójdę do ojca Serafina. Matka, zatrwożona, upadła na kolana:
– Och, mój miły, twój konik jest silny – nie utrzymam go -i podniosła ręce, jakby poddając się.
Wtedy oficer oddał cugle swojemu adiutantowi i o nic nie pytając, poszedł prosto do celi ojca Serafina. Zastał go klęczącego przed ikonami (a ojciec słabowity był, stary, podkładał pod kolana poduszki) i odezwał się władczo:
– Ojcze Serafinie, przygotuj się do nabożeństwa – dzisiaj świątynia zostanie otwarta!
Ojciec dosłownie osłupiał: co to za oficer, skąd się wziął?! I jego słowa są pełne siły, bohaterskie! I głos piękny, mocny -czysty baryton, a słowa – jak rozkazy! I kapłan nagle zrozumiał, że był to sam święty męczennik Jerzy. Wyjrzał przez okno – obydwaj jeźdźcy lekko wskoczyli na konie i pojechali, tylko iskry posypały się spod kopyt! A po wizycie u ojca Serafina skierowali się prosto do ispołkomu miasta Samarkandy.
Święty męczennik Jerzy zostawił swojego „adiutanta” koło wejścia przy koniach, a sam wszedł do ispołkomu, minął milicjantów – a milicjanci tylko oczy na niego wytrzeszczyli, ale nie powiedzieli ani słowa, nie spytali do kogo i skąd. Jerzy Zwycięzca poszedł prosto na piętro, przeszedł koło sekretarki, która też zaniemówiła. Nikogo o nic nie pytając, otworzył drzwi do gabinetu przewodniczącego ispołkomu i zwracając się do niego po imieniu, powiedział:
– Żeby mi dziś jeszcze świątynia św. męczennika Jerzego została otwarta! W przeciwnym razie zostanie pan ukarany bez litości.
Przewodniczący okropnie się wystraszył tym pojawieniem się niezwykłego oficera i słowami o bezlitosnej karze. A oficer odwrócił się i wyszedł. Przewodniczący chciał go spytać: „Kim pan jest? Skąd?” – ale nie mógł wymówić słowa i przyjść do siebie, wstrząśnięty niezwykłą siłą rozkazu, który wydał nieznajomy. Wyjrzał przez okno – a on już z niezwykłą lekkością wskoczył na siodło i tylko iskry sypnęły się spod kopyt…
Urzędnik w strachu podniósł słuchawkę i zadzwonił do pełnomocnika od spraw religii:
– Natychmiast poślijcie pracownika do świątyni świętego męczennika Jerzego! I natychmiast otwórzcie świątynię! A zarządzenie napiszecie później.
Nie było nawet kiedy napisać zarządzenia – taki strach go ogarnął!
Pełnomocnik niezwłocznie wysłał swojego zastępcę. Po kwadransie zastępca był już u ojca Serafina.
– Otwierajcie świątynię, ojcze! Odprawiajcie nabożeństwa swobodnie!
Następnego dnia przewodniczący ispołkomu przyjechał samochodem do ojca Serafina.
– Ma ojciec jakąś władzę nad sobą?
– A jakże, jest władza.
– Można zobaczyć jego fotografię?
Ojciec wyniósł fotografię biskupa taszkienckiego w kłobuku.
– Nie, to nie ten. A jeszcze wyżej jest ktoś? Wczoraj był u mnie wasz zwierzchnik, taki oficer – i tak władczo rozkazał, żeby natychmiast otworzyć świątynię, inaczej, powiada, ukarzę bez litości! Od razu widać – władza…
Ojcu popłynęły łzy, nie mógł wymówić słowa… Wyniósł tylko starą ikonę świętego męczennika Jerzego na białym koniu. Przewodniczący ispołkomu tylko spojrzał:
– To on! ON był u mnie wczoraj! I też się rozpłakał.
Wielu ludzi było świadkami tego zadziwiającego, niezwykłego wydarzenia: jak Jerzy Zwycięzca otworzył świątynię. I ojciec Serafin, i nauczyciel Georgij, i mniszka Julia, i milicjanci, i sekretarka-maszynistka. Ja sam byłem w miejskim ispołkomie i słyszałem te opowiadania. I naszym parafianom dobrze była znana ta historia. Tylko od samego archimandryty Serafina nie udało mi się, niestety, usłyszeć o tym, niewiele się spóźniłem i nie zastałem go przy życiu. Odszedł do Pana na dwadzieścia dni przed moim przyjazdem do Samarkandy.
Chwała Bogu za wszystko!

„Taka jest wiara rosyjska!…”

Kiedyś do ojca Serafina przyszedł Uzbek, przyprowadził piętnastoletniego syna i upadł do nóg kapłanowi:
– Ojcze rosyjski! Pomódl się za syna, atak go męczy!
– A czy wierzysz, że Bóg może pomóc?
– Wierzę! – odpowiada ojciec. – Byłem wszędzie: u mułły w Taszkiencie, u mułły w Bucharze, w Samarkandzie – wszystkich obszedłem. Nikt nie pomógł. Ty mi pomóż!
– No cóż, pomódlmy się razem – powiedział ojciec.
Uklękli we trzech. Ojciec Serafin odmówił kanon i modlitwy w intencji chorych, namaścił chłopca olejem – mimo że nie był ochrzczony, tylko obyczajem muzułmańskim obrzezany. I mówi:
– W sobotę i w niedzielę nie będę miał czasu – będzie dużo ludzi na nabożeństwie. Ale przyjdź w poniedziałek – też po obiedzie.
I kiedy ten człowiek z synem zjawił się w poniedziałek koło ogrodzenia świątyni Jerzego Zwycięzcy, zdjął przed bramą obuwie, uklęknął i na kolanach poczołgał się całe 36 metrów – odległość pomiędzy bramą a domkiem ojca Serafina! Oto lekcja dla nas wszystkich! Kto z nas, Rosjan, pójdzie tak na kolanach do swego dobroczyńcy? Nie słyszałem i nie widziałem czegoś takiego. A Uzbek z radości szedł na kolanach przez całe cerkiewne podwórze i płakał. Dwie sprzątaczki wytrzeszczały na niego oczy:
– Przecież to ten sam Uzbek, który przyprowadzał syna! Czemu on tak płacze?
Przyczołgał się Uzbek do ojca Serafina, upadł mu do nóg, dziękuje i daje tysiąc rubli. W latach sześćdziesiątych to były niemałe pieniądze.
– Jestem mnichem – mówi ojciec Serafin – niepotrzebne mi pieniądze! Zanieś do jakiegoś meczetu, oddaj któremuś mulle.
– Nie, mułła mi nie pomógł, meczet nie pomógł. Masz, ojcze, to dla ciebie! – i położył pieniądze na stole. Ale ojciec i tak nie wziął podarku.
– Nie trzeba mi, nie modliłem się za pieniądze, ale w imię Boże – dlatego że prosiłeś…
Potem mówi:
– No, dobrze, zanieś to naszej księgowej, Tatianie Aleksandrownej (ona też była zesłana, z Moskwy), ona weźmie twoją ofiarę na świątynię Jerzego Zwycięzcy.
Ale czarny materiał na podriasnik, 5 metrów, ojciec Serafin wziął.
Żegnając się z duchownym, Uzbek obiecał:
– Pójdę i opowiem wszystkim mułłom – jaka jest rosyjska wiara!
Trochę później zaprosił sześciu mułłów, którzy przyjechali dwoma samochodami zobaczyć ojca. Zdziwili się. Ojciec był maleńki, stary, zgarbiony – przecież odsiedział dziesięć lat za wiarę…
Po tym cudownym uzdrowieniu Uzbecy, ojciec i syn, zaczęli przychodzić do świątyni i mówić:
– Tak, wasza wiara to słońce, a nasza – maleńki księżyc…

„Moc Boża w niemocy się spełnia”

Co u ludzi jest wielkie – u Boga bywa niczym. I słusznie powiedziano, że moc Boża w niemocy się spełnia.
Żył w moich rodzinnych stronach, we wsi Koływanskie, niezwykły człowiek Boży – Misza Drianiew. On był nie tylko słabowity od urodzenia – był tak lekki na ciele, że wydawało się – wcale nie ma mięśni, tylko suche, cieniutkie kosteczki i przezroczystą jak celofan skórę. Ręce i nogi miał od urodzenia zgięte, nigdy się nie wyprostowały, dłonie ściśnięte w piąstki. W takim skurczonym stanie przeżył całe swoje krótkie życie – 36 lat… Jadł bardzo mało – tyle, co kociak: ćwierć blina i dwie łyżki mleka – i już się najadł.
Ale dusza tego człowieka była niezwykła. Nie umiał czytać ani pisać, nawet nie znał liter, tylko modlitwy, których nauczyła go matka. I będąc złożony taką niemocą, znał ludzkie myśli, wszystko przepowiadał matce – kto i po co do niego przyjdzie. O tym, że będzie wojna, też wiedział z góry. Mówił wszystko, o co tylko ludzie go pytali – całą prawdę. I nikt się na niego nie obrażał, uważano go za nawiedzonego w imię Chrystusa. Pisma Świętego nie czytał, nie znał, ale wszystko w nim rozumiał. Swojego ojca, mechanika, nauczył, jak lepiej zrobić wózek! Sam bezwładny, siedzi -oparty o poduszki, nie widział ani koła, ani dyszla, a nauczył ojca… Strach ogarnia, kiedy się pomyśli, co może zrobić Pan Bóg – to, co nam się wydaje niemożliwe.
Do Koływanskiego przyjechałem zaraz po wojnie, spotkać się z rodziną. I z Miszą spotkałem się dwa razy. Miałem takie wrażenie, że widzi mnie na wylot, jak rentgen. Wszystko, co byś pomyślał, mówił ci i uśmiechał się.
Opowiadał o sobie, że – tak się zdarzyło – zrzędził kiedyś, po co mama i tata wydali go na świat, takiego słabowitego. A Pan Bóg mu to wyjawił: właśnie taki jest potrzebny, żeby mówił ludziom prawdę. Żeby pomagał ludziom. Leczył ludzi.
Do jego wiejskiego domu ludzie chodzili do niego jak do lekarza dusz. Przyjeżdżali nawet z miasta. Klękali, zadawali swoje pytania – dlaczego w rodzinie nie ma zgody, dlaczego mają takie czy inne zmartwienie.
A Misza mówił im wprost: nie nosicie krzyżyka, nie znacie modlitw, nie dziękujecie Bogu, pracujecie w święta, nie przestrzegacie postów… No i podobne rzeczy… Potem radził – po prostu, szczerze: żyjcie po chrześcijańsku, przestrzegajcie Bożych przykazań – i życie się ułoży. Weźcie ślub, odmawiajcie modlitwy, noście krzyżyk, chodźcie do cerkwi. Świątynia – mówił – to nasz duchowy okręt.
Niczego szczególnego Misza nie mówił, niczego od siebie -tylko przypominał to, co wiadomo z Ewangelii, z Bożych przykazań, z nauki Cerkwi. Wydawało się, że wszystko jest jasne i proste, ale wielu ludzi uważało, że trudno jest tak prosto żyć. Szamotali się, szukali czegoś zawiłego. Ale ci, którzy wzięli do serca rady Miszy -doznali uzdrowienia, ich życie zaczęło się układać.
Kiedyś przyszły dwie kobiety, popatrzyły na Miszę, przeraziły się – sama skóra i kości, mówi cieniutkim głosikiem jak małe dziecko, ledwie go słychać. Kiedy matka odprowadzała je do furtki, wyraziły jej „współczucie”:
– Och, ciociu Frosiu, jaka u was bieda… Takiego syna macie! A druga kobieta dodała:
– My cieszymy się, że on nam wszystko mówi, a dla pani to zmartwienie. Niechby Bóg go wziął…
No tak. Życzyły mu śmierci. Przychodzę do Miszy, a on płacze, łzy płyną po twarzy – nie da rady ich wytrzeć.
– Misza, czemu ty płaczesz?
– A dlaczego przychodzą tacy ludzie, którzy mi życzą śmierci?
Widzicie, on się nie boi, chociaż jest kaleką – żyje, a ludzie życzą mu śmierci. I on wiedział, co te kobiety powiedziały matce koło furtki, chociaż nie słyszał tego – ale wiedział w duchu…
Jakże potrzebni są nam tacy ludzie, nauczyciele duchowi! Żeby odsłaniali nasze grzechy, pomagali nam leczyć się duchowo. Nawiedzony Misza był jakby duchowym narzędziem w Bożych rękach. Całe jego życie było proste i jasne jak promyk słońca.
My, zdrowi, biegamy tam i z powrotem, troszczymy się o wiele rzeczy, a często nie rozumiemy sensu życia. A chory Misza nigdzie nie chodził, tylko odmawiał modlitwę – bywało, że cały dzień i całą noc. I za wszystko dziękował Bogu, choć żyło mu się niełatwo.
A czy my, zdrowi i zadowoleni, robimy to samo? Przecież Bóg stworzył ludzkość dla dobra i powinniśmy dziękować za wszystko. Trzeba dziękować za pożywienie, za słońce, za wodę, za to, że nosimy w sobie obraz Boga. Za to, że z każdym oddechem wdychamy Bożą łaskę, że każdy oddech daje nam życie.
To jest zupełnie nieskomplikowane. A my nie chcemy tej prostoty, tej szczerości życia. Dlatego zamiast dziękować – klniemy, palimy, mówimy wulgarne słowa, albo jeszcze gorzej. To straszne, że takie proste, bardzo proste zasady duchowe są łamane. Dlatego dookoła jest tyle nieszczęścia.

„Dusza chodziła…”

Pod koniec lat siedemdziesiątych miałam dość niezwykłe spotkanie w Taszkiencie. Mieszkanka Taszkientu Akilina, usłyszawszy, że odbyłem kilka spotkań z parafianami, opowiadając im o przypadku Klaudii Ustiużaninej, zwróciła się do diecezji i zostawiła swój telefon, żeby i ona mogła usłyszeć o Klaudii, kiedy przyjadę następnym razem.
Potem poprosiła, żeby pozwolić jej opowiedzieć o tym, co jej samej się zdarzyło. Właściwie nie ma w tym nic szczególnego i ktoś może odnieść się do takiego świadectwa z niedowierzaniem, a przy tym Święci Ojcowie uczą, żeby nie wierzyć w sny. Ale Akilina opowiedziała o sobie z pokorą, mocno przeżywając to, co się zdarzyło. Dlatego postanowiłem przekazać czytelnikom jej opowieść.

„Leżałam w szpitalu na ulicy Szpitalnej, akurat naprzeciwko eparchii – miałam złamaną nogę. W końcu zdjęli mi gips i leżałam na łóżku – odpoczywałam po obiedzie. Nagle podchodzi do mnie jakaś młoda mniszka, zwraca się do mnie po imieniu i mówi:
– No, Akilino, wstawaj – pójdziesz ze mną.
Od razu wstałam, zapomniawszy, że przed chwilą nie mogłam stanąć na chorej nodze. Poszłam za mniszką – nie wzięłam ani kul, ani laski. Tylko prawą nogę miałam zabandażowaną. Schodzimy z naszego pierwszego piętra na dół, wychodzimy na ulicę. Ledwie przeszliśmy przez jezdnię do przystanku tramwajowego (zapamiętałam jeszcze, że przejeżdżał tramwaj nr 5), kiedy zobaczyłam tuż za nim błękitne, przezroczyste schody – prowadzące do góry, prosto do Nieba.
– Idź za mną – powiedziała mniszka i zaczęła wchodzić po tych schodach.
Ze strachem i trwogą idę za nią. Weszliśmy wysoko. Ale jakoś nie boję się, jestem radosna i spokojna. Dookoła – jasność, cała ziemia w kwiatach, przy zielonych ulicach całymi rzędami ciągną się wielkie namioty – błękitne, seledynowe i zielone. Ludzie są promienni, rozmawiają serdecznie, ale nie słychać, co mówią. Mniszka mówi do mnie:
– Zapamiętaj, będziesz opowiadać.
A dalej – znów schody do Nieba, jeszcze wyższe niż pierwsze. Mniszka powiedziała, że to jest drugie Niebo. Tam już są domy drewniane, rzeźbione, niewypowiedzianie piękne. Ludzie się cieszą. Przechodzimy koło nich – kłaniają się nam. Mniszka mówi znowu:
– Patrz i zapamiętaj.
Potem poprowadziła mnie po schodach jeszcze wyżej: do trzeciego Nieba, jak powiedziała. Wchodzimy, a tam domy wysokie, wysokie i białe. Pełno kwiatów, i to jak pachnących! Ludzie cali w bieli, promienni. Chodzą i radują się.
– Patrz i zapamiętaj. Będziesz opowiadać – znowu mówi mniszka.
Patrzę na to piękno i myślę: jakże to mnie, grzesznicy, Pan Bóg pozwolił ujrzeć tę radość? I nie chce mi się nigdzie stąd iść. Ale mniszka prowadzi mnie z powrotem. Zeszłyśmy do drugiego nieba, do pierwszego, a potem na ziemię. Zaprowadziła mnie z powrotem na moją salę i mówi:
-No, Akilino, teraz kładź się i odpoczywaj.
Ledwie usiadłam na łóżku, a ona już odeszła. Momentalnie stanęły mi przed oczami te cudowne miejsca, które mi pokazała, i wydało mi się niemożliwe, żeby odeszła, nie opowiedziawszy o nich.
– Matko, matko, wróć! Porozmawiaj ze mną- krzyczę do niej na cały głos.
Wtedy podbiegła pielęgniarka:
– Akilina, czemu ty krzyczysz?
– Zawróć ją, zawróć! – odpowiadam.
-Kogo?
-No, tę mateczkę!
– Jaką mateczkę?
– Przecież jest tam, tam poszła!
– Coś ty, nikogo nie ma.
– Jak to, nikogo nie ma?
Rozejrzałam się – rzeczywiście, nikogo. Nikt mniszki nie widział i nie słyszał. Podszedł lekarz:
– Co to za hałasy, Akilino? Wszyscy odpoczywają, a ty krzyczysz.
– A myśmy chodziły z jedną mniszką…
– Gdzieście chodziły?
– Na ulicę…
– Ty wychodziłaś? A powiedz no – gdzie ty jesteś? I jak potrafiłaś chodzić ze złamaną nogą?
Wszystko im opowiedziałam – i to, że na korytarzu, którym szłyśmy, po lewej stronie są dwa kwiatki, i że balustrada na schodach jest drewniana, rzeźbiona, pomalowana niebieską farbą, i że przejeżdżał koło nas tramwaj nr 5. Zdziwili się: wszystko opowiedziałam dokładnie, chociaż nie mogłam tego widzieć – przecież przywieziono mnie do szpitala karetką pogotowia, a z sali nigdy nie mogłam wyjść. Ale kiedy zaczęłam opowiadać o schodach do Nieba, o swojej wędrówce z mniszką, lekarz zaczął mi badać puls, mierzyć ciśnienie. Potem powiedział:
– No, sama się zastanów, Akilino. Przecież nawet laski nie masz, żeby chodzić, jeszcze nie trzymasz się na nogach nawet o kulach. Nawet kapci nie masz. A bandaż na nodze bielutki, czysty. Gdybyś choć raz postawiła nogę na asfalcie, zostałby ślad. Więc jak ty mogłaś chodzić?
Spojrzałam na bandaż – i cała się zaczerwieniłam. Wychodzi na to, że wszystko wymyśliłam? Ale wiem na pewno, że wchodziłam po schodach do Nieba z tą mniszką. W duszy została taka radość, że nie da się jej opisać i wyrazić. Jakże bym chciała znaleźć się tam znowu! Ale jak bezgrzesznie trzeba żyć, żeby tak się stało…

Wszyscy, którym Akilina opowiadała o tym wydarzeniu, uważali, że to coś w rodzaju halucynacji od wysokiego ciśnienia. Ale ja myślę, że to było realne przeżycie duchowe. Czy ona chodziła nogami? To jej dusza chodziła do Nieba! A jej ciało leżało.
I jeżeli dusza nagle podążyła do czegoś świętego, wysokiego – czy to nie jest prawdą? Przecież tak samo było z Klaudią Ustiużaniną. Przed operacją, przedtem, zanim jej dusza znalazła się w Niebie, była taka, jaka była, a potem – stała się kimś zupełnie innym.

Ostatnia słomka

Zdarza się, że Pan Bóg obdarza ludzi szczególną łaską, kiedy znajdują się, jak to się mówi, na skraju przepaści. Na przykład, kiedy w ostatnim stadium raka wypisują ich ze szpitala, żeby umarli, albo kiedy zachorują na inną nieuleczalną chorobę. Wtedy chwytają się słomki – idą do Cerkwi, bowiem nic więcej już nie pomaga. Ja sam wiele razy byłem świadkiem, jak tacy ludzie spowiadali się, przyjmowali komunię, zaczynali modlić się (to znaczy zupełnie zmieniali poprzednie bezbożne życie) i całkowicie wracali do zdrowia.
* * *
Zdarzyło się to w Berdsku, w 1987 roku. Do świątyni przyszła młoda kobieta:
– Ojcze, moją mamę wypisano ze szpitala onkologicznego, żeby umarła w domu. Nie pomagają już żadne lekarstwa. Mama prosi, żeby ją wyspowiadać i udzielić ostatniego namaszczenia -przygotować do śmierci.
Przyszliśmy do tej kobiety – nie wstawała już z łóżka. Pod głową trzy poduszki, leży cała opuchnięta, sina, pojawił się już trupi zapach. Ledwie mówi. Wyspowiadałem ją, udzieliłem namaszczenia, komunii. Pytam:
– Znasz modlitwy?
– Znam trzy modlitwy – odpowiada.
– Odmawiaj modlitwy – mówię chorej – nie myśl o jutrzejszym dniu, nie myśl o nikim i niczym – rodzina zatroszczy się o ciebie, a ty tylko módl się nieustannie. Możesz choć raz dziennie przeżegnać się – nawet to wystarczy. A Bóg uzdrowi cię, jeżeli taka będzie Jego święta wola.
A synowej i córce kazałem:
– Nie denerwujcie jej, wszystko, co trzeba dla pielęgnacji, róbcie cicho, niepostrzeżenie, nie zadawajcie jej pytań. Niech tylko się modli bez żadnych przeszkód…
Po dwóch miesiącach przychodzi córka tej kobiety z synową; z początku ich nie poznałem – widzę, że twarze znajome, ale nie mogę sobie przypomnieć, gdzie je widziałem.
– Czy ojciec pamięta, jak był u nas? – zapytały i rozpłakały się.
Wtedy sobie przypomniałem – po głosach. Pomyślałem: coś się stało.
– Stał się cud – powiedziała córka. – Mama zrobiła wszystko, co jej ojciec kazał – nieustannie się modliła. Teraz jej się polep-szyło i posłała nas, żebyśmy ojcu podziękowały.
Ja mówię:
– Nie mnie trzeba dziękować, tylko Bogu.
Rzeczywiście, tylko Pan Bóg mógł sprawić to, co się stało z tą kobietą. Była zarejestrowana w szpitalu onkologicznym, każdego dnia przyjeżdżali do niej, żeby zrobić zastrzyk przeciwbólowy. Patrzą – opuchlizna spadła, zniknął trupi zapach, chorej się polepszyło: zaczęła jeść, rozmawiać, chodzić. W szpitalu zrobili analizę – nie znaleźli żadnego raka. Zdziwili się:
– To niemożliwe! Czym się pani leczyła?
Kobieta powiedziała, że wezwała duchownego, wyspowiadała się, przyjęła komunię, zaczęła się modlić – i zaczęło się jej polepszać.
– Teraz mama modli się stojąc – podzieliła się swoją radością córka – kupiła lampkę, teraz u nas w domu wiszą ikony.
Macie więc fakt: jak działa spowiedź, komunia i modlitwa. Nie same z siebie, oczywiście, ale z naszej wiary, z woli Pana Boga. Ale jakież zadziwiające lekarstwo dał nam Bóg!
* * *
W 1977 roku, w Samarkandzie byłem świadkiem jeszcze jednego przypadku zdumiewającego uzdrowienia po modlitwach.
Kiedyś pewna matka przyprowadziła do mnie dwie córki; jedna z nich miała ataki.
– Ojcze, może ojciec wie, jak wyleczyć Olę? Całkiem zamęczyły ją ataki —zdarzają się dwa razy dziennie.
– Córka jest ochrzczona? – pytam.
– A jakże, ochrzczona…
– A krzyżyk nosi? Matka zawahała się:
– Ojcze… jak by tu powiedzieć… Dopiero dwa tygodnie temu nałożyliśmy jej krzyżyk.
Pokiwałem głową: co to za chrześcijanin bez krzyża? Tak samo jak żołnierz bez karabinu. Zupełnie bezbronny. Zacząłem z nimi rozmawiać. Poradziłem wyspowiadać się i przyjąć komunię, i codziennie odmawiać Psalm 90. – „Kto przebywa w pieczy Najwyższego”.
Po trzech dniach przyszła ta kobieta z dwiema córkami, Olą i Galą. Wyspowiadały się, przyjęły komunię i zaczęły codziennie po 40 razy odmawiać psalm, tak, jak im radziłem (tej zasady modlitewnej nauczyli mnie rodzice). I stał się cud – tylko dwa dni cała rodzina odmawiała Psalm 90., a już Olę przestały męczyć ataki. Wyleczyła się z ciężkiej choroby bez żadnych szpitali. Wstrząśnięta matka przyszła do mnie i pyta, ile pieniędzy się należy za „pracę”.
– Cóż znowu, matko – mówię – to nie ja zrobiłem, tylko Pan Bóg. Sama pani widzi: tego, czego nie potrafili lekarze, dokonał Bóg, kiedy tylko zwróciłyście się do Niego ze skruchą.
* * *
Z Psalmem 90. związany jest jeszcze jeden przypadek uleczenia – z głuchoty.
Przyszedł do naszej Wozniesienskiej świątyni w Nowosybirsku pewien starszy człowiek imieniem Nikołaj. Zaczął się skarżyć na dolegliwości:
– Ojcze, już od dawna źle słyszę, od 4 klasy. A teraz to już zupełnie jest nie do wytrzymania. W dodatku boli mnie wątroba i żołądek.
– A ty przestrzegasz postu? – pytam.
– Ależ nie, jakiego postu! Co dadzą w pracy – to zjem. A trwał piąty tydzień Wielkiego Postu.
– Nikołaj – mówię mu – aż do Paschy jedz tylko postne jedzenie i 40 razy dziennie odmawiaj „Kto przebywa w pieczy Najwyższego”.
Kiedy już minęła Pascha, Nikołaj przyszedł ze łzami w oczach i przyprowadził ze sobą brata Władimira.
– Ojcze, niech ci Bóg błogosławi!… W czasie Paschy zaśpiewano „Chrystus zmartwychwstał”, a ja nie słyszę. No, myślę sobie, ojciec mówił – pościć, a Bóg pomoże, a ja jak byłem głuchy, tak głuchy zostałem. Jak tylko to pomyślałem – jakby mi korki z uszu wyskoczyły. Od razu, w jednym momencie, zacząłem normalnie słyszeć.
Oto, co znaczy post, oto, co znaczy modlitwa. Oto, co znaczy odmawiać „Kto przebywa w pieczy Najwyższego”. Bardzo nam jest potrzebna czysta, pełna skruchy modlitwa – bardziej niż woda i jedzenie. Jeżeli w szklance jest mętna woda – nie będziemy jej pić. Tak samo Bóg chce, żeby z naszej duszy płynęła czysta, a nie zmącona modlitwa, oczekuje od nas czystej skruchy… A do tego mamy teraz i czas, i swobodę. Byle by tylko była gorliwość.

W górach koło Suchumi

Macie tu jeszcze jeden dokument – co może wiara.
Wiele pisano o suchumskich ascetach, którzy mieszkają w górach Kaukazu – bez dachu nad głową, w rozpadlinach, w górach kryją się przed deszczem i śniegiem. Żywią się dzikimi owocami.
Ja też słyszałem taką opowieść z ust archimandryty Serafina (Bryskina), który teraz jest spowiednikiem w krasnojarskim monasterze Zwiastowania. Wraz ze swoim młodszym bratem, hieromnichem Warsonofijem (teraz ihumen Wiktor), pojechał w 1962 roku na Kaukaz, do Suchumi – po tym, jak o. Serafina wywieźli z soboru katedralnego w Krasnojarsku, za to, że sprzeciwiał się zamknięciu soboru.
W górach pod Suchumi prawosławni asceci ukrywali się przed władzami, żyli bez paszportów, bez zameldowania. Do nich wybrał się ojciec Serafin z ojcem Warsonofijem. Przed pielgrzymką pościli przez trzy dni, wyspowiadali się, przyjęli komunię, zabrali sucharki, zapałki, bieliznę, buty, pościel. I poszli według mapy i kompasu – w las, a góry, bez dróg i ścieżek. Uprzedzano ich: jeżeli spotkacie węża dusiciela, nie ruszajcie się, bo może zadusić.

– Idziemy według mapy – opowiadał mi ojciec Serafin – patrzymy: z góry toczy się jakieś wielkie koło, jakby rzucone przez kogoś. A to był wąż dusiciel. Rozciągnął się przed nami i znalazł się naprzeciwko nas, o dwadzieścia centymetrów. Wyciąga się to do jednego, to do drugiego z nas, każdego obwąchuje. Wyobraźcie sobie: staliśmy około dwóch godzin, baliśmy się poruszyć – tylko odmawialiśmy po cichu modlitwę. A wąż trzymał głowę na wysokości naszych oczu. Potem nagle znowu zwinął się w koło – i tak samo potoczył się w górę. Pytamy jeden drugiego:
– Żyjesz?
– Chwała Bogu!
To było straszne spotkanie. Kiedy niebezpieczeństwo minęło, rozpłakaliśmy się. I znowu poszliśmy według kompasu.
I wtedy spotkaliśmy pustelnika – hierodiakona Awwakuma. Znał on cały Psałterz na pamięć, tak jak my „Ojcze nasz”. Był jasnowidzem – wiedział, że spotkaliśmy węża dusiciela, i widać dzięki jego modlitwie ten dusiciel gdzieś się potoczył… Podchodzi do nas ten sługa Boży – kłania się do nóg i zwraca się do nas po imieniu.
– Chodźcie ze mną!
Zaprowadził nas do swojej pustelni. Uklęknął, zaczął dziękować panu Bogu. Psałterz odmawiał z pamięci. My też klęczeliśmy, a potem położyliśmy się i zasnęli, a on wciąż się modlił. I kiedy usiedliśmy do wieczerzy, nie przestał się modlić – żeby nie zapomnieć o Panu Bogu. Opowiadał nam, że o nic nie pyta, o nic nie prosi, niczego nie potrzebuje – choćby ściągali z niego koszulę, on będzie odmawiał Psałterz. Ale zobaczyliśmy, że jest cały przepocony – umyliśmy go jak mogliśmy, ubraliśmy go we wszystko nowe i czyste: nowe buty, nową bieliznę, nowe spodnie. On się nie sprzeciwiał, ale sam w tym czasie odmawiał Psałterz. Potem opowiedział nam o przyszłości, o cierpieniach, które przyjdzie nam przeżyć. Tuż obok był erem innego pustelnika – hieromnicha Mardaria, z którym spotykaliśmy się często w Suchumi.

Ojciec Serafin z Ojcem Warsonofijem spędzili u ojca Awwakuma- dwa tygodnie. Oprócz Psałterza, ten pustelnik stale odmawiał modlitwę „Niech zmartwychwstanie Pan”. Albowiem wszędzie są pokusy. Koło jego pustelni biesy krzyczały jak kobiety. Bez modlitwy teraz w ogóle nigdzie nie można żyć.
Wiadomości o życiu pustelników docierały do mnie, kiedy mieszkałem w Samarkandzie. Wtedy przyjeżdżał do mnie z gór koło Suchumi mnich Aleksander – powiedziano mu, że jestem z Syberii, dano mu adres.
Zaprosiłem go, żeby zamieszkał u mnie. Wiele mi opowiadał, jak żyją kaukascy pustelnicy – bez jakichkolwiek budynków, praktycznie pod gołym niebem, chroniąc się przed deszczem i śniegiem w pieczarach. Na zimę suszą owoce. Są wśród nich jasnowidzący. Są ludzie wielkiej pobożności. Dzięki modlitwom pewnego mnicha pojawiają się źródełka. Wystarczy go poprosić -że potrzebna jest woda – przyjdzie, pomodli się dwie, trzy godziny, uderzy różańcem w skałę – i pojawia się woda. Wiedział też zawczasu, kiedy przyjdą ich szukać i przylecą śmigłowce – uprzedzał innych pustelników. Wszyscy chowali się, gdzie mogli – jak wróble przed jastrzębiem…
Wierni przynosili im żywność i prosili o modlitwę. A paszportów pustelnicy nie mieli. I zameldowania też. Mieszkali tam mnisi i nowicjusze z różnych monasterów, w tej liczbie i z Poczajewa, i z pustelni Glinskiej. Całe ich życie było modlitwą.

ŚWIADECTWA NIEBIOS

Zwiastun

Kiedy wróciłem z wojny, zacząłem pracować jako sprzedawca we wsi Griszkino w obwodzie tomskim. Tak bardzo chciałem wstąpić do seminarium albo pójść do monasteru. Ale nie puszczali mnie z pracy.
Był rok 1948, kiedy zdarzył się wypadek, którego do dziś nie mogę wspomnieć bez wzruszenia. Była godzina 8 wieczorem, dzień pracy już się skończył. Nagle przyszedł do mnie do sklepu jakiś człowiek. Nie znałem go, zresztą do dziś nie wiem, kto to był – wygląd pospolity, lat 55, twarz bardzo dobra. Od razu poczułem do niego sympatię – przecież twarz to zwierciadło duszy. Nieznajomy zamknął drzwi na zasuwkę i mówi do mnie:
– Uklęknij Walentin – twarzą na wschód, trzy razy się przeżegnaj. Słuchaj – powiem ci o twoim życiu, przeszłym i przyszłym, o twoich przyjaciołach, co się z tobą działo – wszystko ci powiem, tak jak było. Słuchaj uważnie.
Mówił powoli, wyraźnie – tak, jakby chciał, żebym zrozumiał i zapamiętał każde słowo. I powiedział, gdzie, co i jak mi się przydarzyło, opisał wszystkie miejsca, w jakich byłem. Wymienił moich krewnych i wszystkich przyjaciół – z kim mieszkałem i wojowałem, o ranach, o operacjach, o mojej przyszłej chorobie.
Popatrzyłem na niego z niedowierzaniem i myślę: „On tego wszystkiego nie może wiedzieć! Skąd on wie, że byłem w blokadzie?”. A kiedy ów człowiek powiedział, że w krzyżu tkwi mi odłamek, wtedy uwierzyłem, że rzeczywiście mówi prawdę. I nawet rozpłakałem się ze strachu – przecież tutaj, na Syberii, dosłownie nikt nie wiedział o odłamku! Pomyślałem: no, gdzie bywałem, to może wiedzieć – może jest z wywiadu. Jakie i za co dostałem odznaczenia – też nietrudno się dowiedzieć, kagebiści dobrze pracują. Ale o odłamku, który utkwił pomiędzy trzecim i drugim kręgiem, nie mówiłem nawet ojcu i matce – nie chciałem ich martwić, myślałem – ścierpię.
A potem ten człowiek mnie spytał:
. – Pamiętasz, was sześciu umówiło się wtedy, żeby nigdy nie mówić żadnych wulgarnych słów i nikogo nie obrażać?
– A jakże… Pamiętam! – powiedziałem tylko (a kto, oprócz moich przyjaciół żołnierzy mógł o tym wiedzieć?).
Łzy mi po prostu popłynęły z przerażenia, że ten człowiek wszystko wie. Człowiek nie może znać takich sekretów – nigdy nikomu o tym nie mówiłem. A poza tym po co to komu jest potrzebne?
– Modliliście się, prosiliście Boga, żeby zachował wam życie. No i żyjesz. I twoi przyjaciele też wszyscy żyją. A widziałeś, jak dokoła was leżały trupy? Tak, że gdybyście i wy przeklinali, mówili wulgarne słowa, dokładnie tak samo leżałyby tam wasze kości… Oto czym jest przekleństwo – i czym jest modlitwa… Powiedz wszystkim, żeby nie przeklinali…
Wiele mi ten człowiek powiedział też o przyszłości – to znaczy o naszej teraźniejszości i czasach bardziej odległych. Przepowiedział, że ludzie będą dostawać po milionie, po dwa i nawet więcej.
– I ty też będziesz milionerem! – powiedział.
Zdziwiłem się:
– A co ja zrobię z tymi milionami?
Przecież wtedy, w 1948 roku, dostawałem 46 rubli. A on mówi:
– Nie martw się, te pieniądze nic nie będą warte.
Jak to rozumieć – nic nie warte? Wtedy trudno było to zrozumieć. Jak można w coś takiego uwierzyć? Milion – i nic nie warty? Nie wdawał się w długie wyjaśnienia:
– Potem zrozumiesz.
No i w latach 90. zrozumiałem, jakimi zostaliśmy „milionerami”. Same zera!
Powiedział, że niedługo zaczną budować cerkwie, złocić kopuły, a życie będzie coraz gorsze i gorsze. Powiedział, że będzie ostatnie prześladowanie prawosławnych, ale kiedy to będzie – nie zdradził, o szczegółach nie mówił. Powiedział tylko:
– Mógłbym ci opowiedzieć o każdym dniu przyszłego życia, ale i tak nie zapamiętasz. A zresztą to niepotrzebne…
I wszystko, co mi przepowiedział – spełniło się. Powiedział nawet o sosnach koło świątyni w Berdsku, gdzie będę kapłanem. Z tych drzew zrobiono teraz pulpit do cerkwi… Wszystko to mógł wiedzieć tylko człowiek Boży. Nie wiem, czy to był Anioł niebieski, który przybrał postać człowieka – nie potrafię tego rozstrzygnąć. Ale czuję to: on mówił prawdę. Miał takie czyste spojrzenie! Jakby spływała od niego łaska – tak mi było dobrze.

„Teraz potrzebni są ludzie wierzący…”

Ten zwiastun przepowiedział mi jeszcze o mojej przyszłej żonie. Nie mogę powiedzieć, żeby ucieszyły mnie jego słowa:
– Musisz się ożenić.
Powiem wprost – miałem wtedy zupełnie inne plany. No i wiedziałem, jak trudno jest żyć w rodzinie, wychowywać dzieci. Myślałem: ja wierzę, a jakie dzieci wyrosną, jakie będzie ich życie? Przecież wtedy za słowo Boże wsadzali do więzienia, rozstrzeliwali. Bałem się tego.
Zacząłem więc mówić na przekór temu człowiekowi:
– Nie chcę się żenić!
A on wymienił przyczyny, dla których nie chciałem się żenić, powiedział, czym zamierzałem się zająć. Potem powiedział tak, jakby rozkazywał:
– Pan Bóg błogosławi twoje małżeństwo! Ale ja wciąż jeszcze się sprzeciwiałem:
– Przecież jestem chory, słaby, niezdolny do życia małżeńskiego.
– Ale Pan Bóg da ci wytrwałość. Przyjedzie tu sługa Boża Antonina, będzie pracować jako lekarz, poznasz ją, a potem się z nią ożenisz.
Chwyciłem się ostatniej słomki:
– Oprócz mnie jest przecież wielu ludzi.
– Nie – mówi nieznajomy – potrzebni są ludzie wierzący. Na razie większość dzieci rodzi się od niewierzących, którzy ich nie prowadzą do wiary. A wy będziecie uczyć swoje dzieci wiary.
Wtedy już umilkłem, przestałem się sprzeciwiać, myślę: „Mimo wszystko – nie moja wola”.
Minęło niewiele czasu, około dwóch lat – i wszystko to okazało się prawdą. Do wsi Makariewka przyjechała młoda kobieta. Przyszła do sklepu, w którym pracowałem. Przyjrzałem się jej, a potem pytam:
– Czy pani na długo tu przyjechała?
– Myślę, że na długo, będę tu lekarzem – mówi.
– Jak pani na imię?
– Antonina.
„Antonina! – przypomniałem sobie. – Lekarka Antonina! Przecież to o niej mówił mi zwiastun!”
– A skąd pani pochodzi?
– Z nad Wołgi.
– A wierząca, czy nie?
– Wierząca.
No i zaczęła się rozmowa. Poznaliśmy się, odprowadziłem ją do domu. Opowiedziałem wszystko o sobie. Ona opowiedziała swoje życie: tato poległ na froncie, młodszy brat jeszcze się uczy. Po trzech miesiącach założyliśmy rodzinę, zarejestrowaliśmy się, ale na razie nie braliśmy ślubu, ponieważ nie było jeszcze u nas cerkwi, a jechać gdzieś daleko nie było jak – ona pracuje, ja pracuję.
– No dobrze, jakoś się wyrwiemy, weźmiemy ślub – powiedziałem żonie.
I ona uważała tak samo.
W roku 1951 urodził nam się syn Włodzimierz. Wtedy powiedziałem:
– Panie Boże, niech on tylko chwali Boga, niech nie żyje byle jak, tylko na chwałę Bożą.
Tak samo modliłem się za drugiego syna Mikołaja. I za trzeciego – Wasilij a. Cały czas prosiłem Pana Boga o dzieci, ponieważ przepowiedziano mi: potrzebni są ludzie wierzący. I starałem się wychować ich w wierze. Wszyscy trzej synowie zostali duchownymi. Włodzimierz i Wasilij – u nas, na Syberii, Mikołaj (w zakonie nosi imię Piotr) – jest ihumenem w żyrowickim monasterze Uspienskim na Białorusi.

„Nie miałam wiary i Pan Bóg się zlitował…”

Przepowiednia

Wtedy, w 1948 roku, kiedy klęczałem przed Bogiem obok cudownego zwiastuna, z lękiem i trwogą uwierzyłem mu. Uznałem jego słowa za prawdę. I z pełnym zaufaniem przyjąłem jeszcze jedną przepowiednię tego człowieka:
– Przyjdzie czas – w Barnaule Pan Bóg wskrzesi kobietę
o imieniu Klaudia, ty będziesz u niej pięć razy, a potem będziesz opowiadać ludziom, jak to wszystko się stało. Najpierw będziesz śpiewać w chórze, potem zaczniesz służyć Bogu.
Wszystko to zostało powiedziane w roku 1948 – to znaczy na 16 lat przed znanym wielu ludziom cudem w Barnaule! Przed Bogiem i imieniem Pańskim świadczę: mówię prawdę! Za te słowa odpowiem przed Bogiem na Sądzie Ostatecznym!

„Więc pan w to wierzy?!”

Wcale nie wątpiłem, że wszystko właśnie tak się stanie. I kiedy usłyszałem, że w 1964 roku w Barnaule Pan Bóg wskrzesił kobietę, Klaudię Ustiużaniną, wziąłem zwolnienie z pracy i niezwłocznie tam pojechałem. Wtedy, w grudniu 1964 roku, nie miałem jeszcze święceń kapłańskich, śpiewałem na chórze świątyni św. św. Piotra i Pawła w Tomsku.
Przyjechałem pod podany mi adres, znalazłem dom Klaudii Ustiużaninej, a tam nikogo nie ma. Furtka zamknięta. Czekam. Idzie wysoka, postawna kobieta z synem – Andriusza był wtedy mały, miał osiem lat. Podchodzę:
– Dzień dobry, Klaudio Nikityczna! Ja do pani! Ona wcale się nie zdziwiła.
– Proszę wejść.
– Klaudio Nikityczna! – mówię. – Mam w Barnaule znajomych, ale nie wiem, gdzie mieszkają. Jestem z innego miasta. Czy mogę u pani przenocować?
– Ale ojciec Mikołaj powiedział, żebym nikogo nie wpuszczała, bo mogą mi zabrać dokumenty. A czym będę potwierdzać, że byłam w szpitalu, że niczego nie wymyśliłam?
Przeżegnałem się przed ikonami i wyjąłem paszport.
– Proszę się nie bać, oto mój paszport!
Tymczasem Andriusza podszedł do mnie i objął mnie, jakby mnie dawno nie widział i zatęsknił, położył główkę na mojej piersi -jak by był moim rodzonym synkiem. Klaudia Nikityczna powiesiła palto, odwróciła się:
– Nie trzeba, nie trzeba paszportu! Po Andriuszy widzę, że można panu zaufać. Proszę, niech pan się rozbierze i wejdzie.
Od razu zapytałem ją o cud wskrzeszenia:
– Klaudio Nikityczna, jak jest na tamtym świecie – źle pani tam było, czy nie?
Bardzo się zdziwiła:
– Czy pan już był u mnie?
– Nie – odpowiadam – ani razu!
A jej popłynęły łzy. Siedzi i nie może wymówić słowa. Wreszcie pyta:
– Więc pan w to wierzy?
– Tak – odpowiadam.
– Jacy to ludzie bywają wierzący! Pan usłyszał pierwszy raz – i od razu uwierzył. A ja bym nigdy nie uwierzyła. Nawet gdyby żyła moja rodzona matka, którą kochałam i której wierzyłam bezgranicznie – i jej bym nie uwierzyła, gdyby Pan Bóg sprawił taki cud z mamą. A o obcym człowieku nawet nie ma co mówić – nawet bym nie chciała słuchać…
Ona sama długo była niewierzącą, choć z natury była bardzo dobrym człowiekiem. A to, że nie miała wiary – nie było wielkim nieszczęściem. Nie można jej za to sądzić – tylko Pan Bóg wie, dlaczego straciliśmy wiarę. Jest ku temu wiele przyczyn zewnętrznych, wiele zrobiono, żeby zepsuć naszą Rosję… I teraz takich niewierzących jest bez liku! Ale nad jedną z nich Pan Bóg jednak się zlitował – żeby nas wszystkich umocnić w wierze. To nie żart, nie bajka, nie dziecinna zabawa. To jest poważne! To łaska Boża.
I żeby to zrozumieć, niepotrzebne mi były żadne dokumenty i świadkowie! Przecież doświadczyłem na samym sobie, co to jest łaska Boża: dwa razy Pan Bóg uprzedzał mnie – zabierz żołnierzy, zaraz tu przyleci pocisk. A przepowiednia o wskrzeszeniu w Barnaule Klaudii, dana mi w 1948 roku? Oto dlaczego, usłyszawszy opowiadanie Klaudii, od razu uwierzyłem jej bezwarunkowo. Nie szukałem świadków – czy to prawda, czy nieprawda. Nie potrzebowałem innych świadków – 16 lat wcześniej wiedziałem, że stanie się taki cud.
Dane mi było jako jednemu z pierwszych usłyszeć opowiadanie Klaudii Nikitycznej o jej życiu, dosłownie „na gorąco” -nieco ponad pół roku po jej cudownym wskrzeszeniu i uzdrowieniu.

„Ty drwisz z Boga!”

Przytaczam opowiadanie Klaudii Nikitycznej Ustiużaninej tak, jak je usłyszałem:
Koło mojego sklepu, w którym pracowałam jako sprzedawczyni, była świątynia. Kiedyś poszłam popatrzeć: co tam się robi. Stanęłam sobie w kącie, obserwuję: jeden, drugi, piąty, dziesiąty, żegnają się, całują ikony i nawet kłaniają się przed ikonami do ziemi. Podeszłam do ikony, postukałam po desce, popatrzyłam: namalowany był jakiś dziadek. A na drugiej ikonie jakaś kobieta -matka z niemowlęciem. Myślę sobie: „No i co, ja też trzymałam Andriuszę na rękach… .Okazuje się, jakie oni mają pojęcie, cóż to za Bóg… ”
Poszłam do sklepu z lekkim uśmieszkiem i opowiedziałam
o swoich wrażeniach. A jedna z pracownic sklepu powiedziała mi:
– Milcz, Klaudio. Ty drwisz z Boga!
– Daj spokój! – odpowiedziałam jej.
Potem poszłyśmy razem z drugą sprzedawczynią popatrzeći upewnić się. I też wszystkich źle oceniłam – oni chyba trochę… nie tego… jakby jacyś chorzy, czy co.
Ale Pan Bóg zlitował się jednak nad Klaudią Nikityczną, nie pozwolił jej pozostać w takim zamroczeniu – Klaudia ciężko zachorowała. Na raka. Jak już wiele o tym pisano, choroba była zesłana dla zbawienia duszy. Operował ją Izrael Isajewicz Neumark, doskonały utalentowany chirurg, profesor znający swój fach. I na stole operacyjnym jej dusza opuściła ciało. Oto, jak o tym opowiadała:
Nawet strasznie o tym mówić. Mój trup leżał na stole – rozkrojony jak świńska tusza. A ja widzę i słyszę, przemieszczam się, tam gdzie chcę…

A to jej dusza wszystko widziała, wszystko słyszała – dusza wszystko czuła! A ciało – było jak ubranie duszy. Tak, jakbyśmy zdjęli palto – a sami poszli, gdzie chcieliśmy. No i Klaudia pomyślała, że pójdzie do domu – gdzie miała się podziać?… Ale nie udało się. Słyszała, co kto mówił, widziała, jak przyjechał jej dyrektor, jak syn Andriusza przychodził i płakał, ale niczego nie mogła zrobić. Kiedy jej martwe ciało wywieźli z sali operacyjnej, poczuła coś niezwykłego – o czym wcześniej nigdy nie słyszała:

Moja dusza, jak jaskółka, z błyskawiczną szybkością uniosła się w górę. Leciałam jakby w szklanym futerale. Nie czułam żadnego oporu powietrza! I nagle widzę — ziemi nie ma! Tylko błyszczy z oddali jak gwiazdka…

Klaudia Nikityczną opowiadała, że kiedy leżała w nieznanym jej miejscu – głową na zachód, nogami na wschód – miała pod sobą jakby puchowy, brązowy dywanik.

Na lewo ode mnie była aleja szerokości około 6 metrów — długa i prosta jak struna – nie było widać jej końca ani kresu. Ogrodzona żywopłotem z liści laurowych – tak gęstych, że nawet kura nie przecisnęłaby głowy.

A na wschodzie zobaczyła lśniącą bramę, wysoką jak ośmio- albo dziewięciopiętrowy dom – żaden człowiek na świecie nie potrafiłby stworzyć czegoś tak pięknego! Nie można sobie nawet tego wyobrazić. Brama lśniąca jak słońce, różnokolorowa, kolory migoczą, mienią się, latają świetliste iskry…

Jest pięknie i ciepło. Ale gdzie się znajduję – nie wiem. Chciałam się dowiedzieć – ale nikogo nie ma. Aromatyczne powietrze… Zapomniałam, że żyłam na ziemi, zapomniałam, że umierałam i zapomniałam nawet o Andriuszy. I nagle przez tę owalną bramę z powietrza idą matka i córka (tak mi się wtedy wydało) w brunatnej mniszej odzieży. Idą szybko. Córka płacze, prosi o coś matkę. Matka nie zwraca na to uwagi, idzie prosto do mnie.

Anioł ją opłakiwał

Klaudia Nikityczna myślała wtedy, że z „mniszką” jest jej córka, a to był Anioł Stróż, dany przez Boga słudze Bożej Klaudii. To on ją opłakiwał.

Pomyślałam: spytam teraz, gdzie się znalazłam. A matka jest tak piękna, że nigdy takiej piękności nie widziałam wśród ziemskich ludzi. Nie można patrzeć na taką piękność. I spogląda na mnie tak surowo — czuję, że jest ze mnie niezadowolona. A ja myślę: w jaki sposób ta młoda mniszka została matką? I nagle czuję: ona wie o mnie wszystko – od A do Z. I zawstydziłam się – nie wiem, gdzie mam się odwrócić czy odejść. Ale nic nie wychodzi -jak leżałam, tak leżę. Nie można wstać, nie można się odwrócić.
I nagle ta młoda kobieta podnosi łagodnie głowę i pyta (a w jej głosie czuje się tylko miłość): „Panie, gdzie ona pójdzie?”. A mnie jakby prąd poraził — od razu zrozumiałam, że jestem w Niebie, a przede mną stoi Królowa Niebios…

W ten sposób stopniowo zaczęła orientować się, co się dzieje, przypominała sobie wszystko, o czym mówił jej ojciec. Andriusza jeszcze wtedy był mały – nie zapamiętał wszystkiego, o czym matka mówiła ze łzami. A ja szczególnie wierzę właśnie temu opowiadaniu, opowiedzianemu praktycznie zaraz po cudownym wskrzeszeniu… Klaudia słyszała, jak Pan Bóg odpowiedział Matce Bożej.

Słyszę głos skądś z góry: „ Sprowadzić ją z powrotem na ziemię, umarła przedwcześnie”. Tak się ucieszyłam, chociaż cała się trzęsłam!… A Królowa Niebios poszła ku tej lśniącej bramie, a ona otworzyła się przed nią z błyskawiczną szybkością. A przez otwartą bramę widać było silne, przezroczyste, błękitne światło. A potem wrota Nieba zamknęły się z powrotem… Leżałam jak pusta skorupka, nie miałam pojęcia, co się ze mną stanie. I wtedy poczułam, jak ktoś – a to był Anioł Pański – podsuwa mi myśl: o co mam poprosić. I pytam:
– Jak będą żyć na ziemi, Panie – moje ciało jest całkiem pocięte?
A Pan Bóg odpowiada (ale słyszę tylko głos, a w tym głosie absolutna miłość!):
– Będziesz żyć lepiej… Wy, niewdzięczni, nie czcicie swego Stwórcy, tylko bluźnicie. Nie żałujesz za grzechy, tylko grzeszysz coraz więcej. Twój syn poszedł do domu dziecka, a twoja nieczysta dusza przybyła do Mnie…
Leżę. I znów milczę. I znów Anioł jakby podpowiadał mi, o co spytać. I wtedy mówię:
– Panie, mój syn został sierotą.
A Pan Bóg, zamiast odpowiedzi, pyta:
– Wiem. Czy żal ci twojego syna? Mogłam tylko wyrzec:
– Bardzo.
I tak zapłakałam, że oczodoły wypełniły mi się łzami.
– A mnie jest trzykroć bardziej żal każdego człowieka.

Tak, wszyscy jesteśmy dziećmi Bożymi i Pan Bóg wszystkich nas żałuje bezgranicznie – wiele razy się o tym przekonywałem.. . Przekonała się potem i Klaudia.
A w tym momencie leżała bezradna, nie wiedząc, co się z nią stanie. Nie potrafiła nawet myśleć rozsądnie. Przecież jej dusza nie miała świadomości duchowej, wychowania duchowego. Czuła tylko lęk i wstyd.

„Pozostał mizerny okres życia…”

Anioł podsunął jej w myśli trzecie pytanie i Klaudia spytała:
– Panie, u nas na ziemi mówią, że tu, w Niebie, jest Królestwo Niebieskie.
Na to pytanie Pan Bóg jej nie odpowiedział.

Wiem, że słyszy, ale dlaczego nie odpowiada – nie wiem. Kręciłam już głową, w jedną i drugą stronę, ale nie doczekałam się. Patrzę: brama otworzyła się znowu. Królowa Niebios wyszła w brązowym płaszczu, szybko podeszła do mnie — w ręku trzymała warkocz.
Pan Bóg mówi do Królowej Niebios:
– Podnieś ją i pokaż jej „raj”.
Królowa Niebios uczyniła ledwo zauważalny ruch palcami -a mnie jakby wstrząsnął prąd: momentalnie wstałam — twarzą na wschód. Potem Ona wyciągnęła rękę na północ – a tam z błyskawiczną szybkością jakby odsunęła się zasłona i coś mnie odwróciło twarzą w tę stronę. Widzę przed sobą ogromne pole – rozciąga się z prawa na lewo i w dal, nie widać końca. Z początku pomyślałam, że to pole spalonych kretowisk. A kiedy się przyjrzałam, widzę: wszystkie się ruszają. Ogarnął mnie strach: jak to, kretowiska się ruszają? A to byli ludzie, żywi, ale spaleni, zwęgleni ludzie, chociaż i nosy, i uszy, i palce – wszystko było całe. To były ich dusze – czarne jak węgiel! I nie można było poznać, kto to – on czy ona. Nie do odróżnienia. Ruszają się. Rozmawiają – jakby szumiał morski przypływ. Proszą mnie, zwracając się po imieniu, żebym przekazała na ziemię: kto walczy z Bogiem, lepiej, żeby wcale się nie urodził. Ze skruchą wyznają przede mną swoje grzechy („ja jestem rozpustnik”, „ja złodziej, ja bandyta”, „ja jestem mordercą… „). Zrozumiałam, że to ci ludzie, którzy żyli bez wiary i umarli bez skruchy.

Klaudii nie powiedziano, kim są ci ludzie, kiedy i dlaczego tu się znaleźli. Ale Pan Bóg dał jej taką zdolność rozumienia słów, które płynęły z tego ludzkiego morza, że wiedziała, o co każdy z nich prosi. Ale ogólnie prośba była jedna: módlcie się, módlcie się za nas, żałujcie za grzechy! A tam, w Niebie, skrucha nie będzie przyjęta – tylko tu, na ziemi. Wszyscy ci ludzie nie wejdą do Królestwa Niebieskiego za bluźnierstwo. Przecież każdy grzech jest bluźnierstwem przeciw Bogu.
Klaudia czuła płynący od nich nieznośny smród i nigdzie nie mogła się przed tym smrodem ukryć: nie mogła ani odwrócić twarzy, ani poruszyć się – nogi miała jakby przyspawane… A ludzie ci stali tak samo, nie mogąc się poruszyć – stłoczeni jak w ciasnym autobusie.
I wtedy przeszyły ją Słowa Boże, wypowiedziane, zanim zobaczyła to morze ludzkiego nieszczęścia – o tym, że żyjący na ziemi nie czczą swojego Stwórcy, a jedynie grzeszą. „Trzeba żałować za grzechy, a nie grzeszyć, bo życia pozostał mizerny okres” – te słowa Boże wciąż słyszała całą duszą. Nagle zrozumiała, że powiedziano to dla nas, dla nas wszystkich! Przecież Pan Bóg zostawił na ziemi jedno Prawo, a nie dwa! Jedno dla wszystkich. Dlatego powinniśmy modlić się za tych ludzi. Oni przekazali Boże ostrzeżenie Klaudii, a ona przekazuje je nam – żyjącym na ziemi. To właśnie stanowi wielką, żywą naukę Bożą. Poprzez tę naukę Łaska dotyka naszej planety…
Klaudia Nikityczna nie wszystko to zrozumiała od razu, ale doznała takiego wstrząsu, że łzy popłynęły jej strumieniem i zawołała z głębi serca:
– Panie Boże! Królowo Niebios! Niech będę żywą na ziemi! Będę się modlić, będę wszystkim opowiadać, co widziałam i słyszałam w Niebie!
Królowa Niebios znów skinęła ręką – i widzenie znikło, powietrze oczyściło się z odoru. Kiedy Klaudia opowiadała mi o tym, przypomniałem sobie jej słowa: „Gdyby Pan Bóg uczynił to z moją mamą, nigdy bym nie uwierzyła”. Rzeczywiście – jak może uwierzyć ten, kto sam nie przeżył czegoś podobnego?
Kiedy Królowa Niebios skinęła ręką w dół – miasto Barnauł stało się widoczne jak w szkle powiększającym. Widać było wszystko z najdrobniejszymi szczegółami – nawet słomki. Klaudia zobaczyła swój sklep i powiedziała:
– To jest sklep, w którym pracowałam. A Bogarodzica odpowiedziała krótko:
– Wiem!
Klaudia omal się nie rozpłakała ze wstydu, myśląc: „Komu ja to mówię? Przecież Ona wie wszystko!”. A Królowa Niebios wskazuje:
– Popatrz na świątynię!
I w tym momencie Klaudia zobaczyła w dole błękitną kopułę
i krzyż.
– Popatrz, jak tam się modlą!
I znowu – kopuły jakby nie było, jak gdyby zmieniła się w kryształ albo szkło. Klaudia popatrzyła na wszystkich, którzy byli w świątyni – nie zobaczyła ani jednego swojego znajomego…
Tylko odprawiającego nabożeństwo ojca Mikołaja Wojtowicza, którego znała. A kiedy zobaczyła, jak staruszek i staruszka żegnają się, całują ikony, biją pokłony – przypomniała sobie, jak dwukrotnie wstępowała do świątyni Pokrowskiej, kiedy była żywa i zdrowa, i jak wszystkich źle osądziła, wyśmiała, nazwała głupimi. A teraz, zobaczywszy tych ludzi z góry, zawołała ze łzami:
– Boże, jacy ludzie są mądrzy – wierzą, że Bóg jest, kłaniają
się Jego wizerunkowi!
Cała się trzęsła, szlochała. I Królowa Niebios pozwoliła się jej wypłakać. Potem znów skinęła palcami – i wszystko znikło…
Tymczasem od lśniącej bramy podpłynęło dwanaście płyt -przezroczystych, jakby szklanych, przypominających wagoniki połączone złotymi łańcuszkami. Królowa Niebios powiedziała
Klaudii:
– Wejdź na nie, naprzód postaw prawą nogę na płytę, a potem lewą.
I tak na każdą. I kiedy doszła do dwunastej płyty, zobaczyła,
że jest tam tylko złota rama, a dna nie ma.
– Ja tam wpadnę! – mówi Klaudia.
– Nie bój się – pocieszyła ją Królowa Niebios i dała jej warkoczyk, jakby upleciony z jej włosów. Klaudia chwyciła za warkocz prawą ręką, Matka Boża podniosła ją (dusza nic nie waży -jest leciutka jak maleńka drewniana łyżeczka), potrząsnęła -i Klaudia poleciała prosto w dół z szybkością błyskawicy, zupełnie nie czując oporu wiatru. Zobaczyła leżącego mężczyznę bez nóg -pociąg odciął mu nogi, zdążyła zobaczyć swoje ciało. A potem niczego nie pamiętała.

„Muszę opowiedzieć, co widziałam i słyszałam…”

Przy łóżku Klaudii wyznaczono dyżury – i lekarze, i pielęgniarki zmieniali się co kilka godzin. Nikt nie wiedział, czy będzie jeszcze żyła, co się z nią stanie.
Kiedy ocknęła się na swojej sali, nie czuła bólu i długo nie mogła zrozumieć, gdzie się znajduje. Zobaczyła okno, lampkę, człowieka w bieli, przypomniała sobie, że to lekarz – stopniowo wracała jej pamięć. Przypomniała sobie, że żyła na ziemi, ciężką operację, przypomniała sobie wszystko, co stało się z nią w Niebie po śmierci… I nagle jej palce same złożyły się do znaku krzyża (a przecież przedtem prawie wcale nie umiała się żegnać, zapomniała, jak to się robi!)… Otworzyła oczy – patrzyła na nią dyżurna pielęgniarka.
– Chwała Ci, Boże, chwała Ci, Boże, chwała Ci, Boże! -wykrzyknęła nagle Klaudia, chociaż do tej pory nie znała żadnych modlitw.
Pielęgniarka pełniąca dyżur koło niej, rzuciła się do drzwi i krzyknęła, nie spuszczając oczu z pacjentki:
– Tutaj, szybko!
Przybiegła jeszcze jedna kobieta w białym fartuchu. Klaudia mówi im:
– Zbierzcie ludzi, ja muszę wam opowiedzieć, co widziałam i słyszałam w Niebie…

Kiedy odzyskałam przytomność, ponagliłam je, nie wiedząc, jak długo jeszcze pożyję, jaki czas wyznaczył mi Pan Bóg — czy godzinę, czy dwie, czy może więcej. Ale nie czułam absolutnie żadnego bólu -jakbym była zupełnie zdrowa.

Ale była jeszcze bardzo słaba – długo nie mogła jeść i pić. Kiedy wypisano ją do domu, nadal codziennie dostawała zastrzyki. Wielu ludzi chodziło za nią, przychodziło w imię Chrystusa.
A jej potrzebne było wsparcie duchowe. Przecież karta informacyjna wydana przez szpital kolejowy w Barnaule 10 marca 1964 roku była równoznaczna z wyrokiem. Diagnoza: „zapalenie okrężnicy poprzecznej (nowotwór z przerzutami)” – oznaczała raka w ciężkim stadium. Rozpacz zaczęła ogarniać Klaudię:
– Jakże ja będę dalej żyć?
Wtedy Krystyna, jej opiekunka, postanowiła:
– Jutro pójdę do świątyni, zamówię nabożeństwo poświęcenia wody, przyniosę wody święconej, pokropimy wszystko -przyjdzie ulga…
Nazajutrz Klaudia została sama w głębokim smutku.

Położyłam się na łóżku. Zamknęłam drzwi na klucz. Nagłe słyszę: ktoś do mnie wszedł. Przestraszyłam się – przecież drzwi zamknięte! Patrzę – stoi nade mną starzec z białą bródką, w podriasniku, rękę trzyma na piersi i mówi do mnie łagodnym głosem: „Nie płacz, Klaudio, nie masz żadnego raka”. Odwraca się i wychodzi. A ja wołam za nim: „Dziadku, dziadku, poczekaj, porozmawiaj ze mną!”. A on się nie zatrzymuje – ale idzie nie do drzwi, tylko do kuchni. Ucieszyłam się – teraz w kuchni porozmawiam z nim. Wchodzę do kuchni – a tam nie ma nikogo… Myślałam, że coś jest ze mną nie w porządku. Chciało mi się krzyczeć ze zmartwienia, ze złości: co się ze mną dzieje – widziałam i słyszałam, a tu nikogo nie ma… Ale jak wciągnęłam powietrze do płuc, poczułam niezwykły aromat: pachniało kadzidłem… Wtedy zaczęłam się żegnać: oj, kto to był? Ktoś błogosławiony w Panu?! Ale kto -nie wiem… I tak mi się zrobiło dobrze, że nie mogłam się nacieszyć. Poszłam do pokoju, a tam niezwykły aromat kadzidła. Usiadłam w fotelu, żegnałam się i modliłam bez końca. Spojrzałam na zegar – była już siódma wieczór. Nie zauważyłam, jak upłynął czas. Oto, jakie bywają radości…

Kiedy wyznaczono Klaudii Nikitycznej drugą operację w szpitalu miejskim, Walentyna Wasiljewna Alabiewa, która miała operować, poprosiła o modlitwę w intencji pomyślnego przebiegu.
– Przenajświętsza Bogarodzico – zaczęła się modlić Klaudia – pobłogosław, żeby operacja nie była bolesna, a Walentynę Wasiljewną pobłogosław na tę operację…
Operacja (przeprowadzona kilka miesięcy po pierwszej -„śmiertelnej”) wykazała to, co większości lekarzy do tej pory nie mieści się w głowie: całkowite wyleczenie raka, chociaż jeszcze niedawno stwierdzono przerzuty w jamie brzusznej…

„diabeł mnie bije!…”

Uświadamiając sobie wszystko, co jej się przydarzyło, Klaudia Nikityczna przeżywała jeszcze jeden cud: z osoby niewierzącej przemieniała się w świadomie wierzącą. A to było niełatwe.
Z początku, kiedy Klaudia Nikityczna dopiero wróciła do domu po pobycie w szpitalu i zaczęło ją odwiedzać mnóstwo ludzi, żeby zapytać, jak to wszystko się stało – pełna wrażeń z przeżytego stanu łaski Klaudia mówiła wszystkim:
– Opowiadajcie swoim krewnym o wszystkim, co ode mnie usłyszycie, piszcie do znajomych!
Ale przychodziło niemało ludzi po prostu ciekawych. Ci niewierzący ludzie mówili:
– Po prostu miała pani taki sen!
Przychodzili też kapusie – sprawdzić, o czym ona opowiada. W swoich opowiadaniach Klaudia nie zaczepiała władzy – bo i jakby nie było czego się czepiać. Ludzi też interesowało to, co się z nią stało -jak była Klaudia i jak się zmieniła. Była niewierząca -a tu nagle zaczęła mówić o Bogu… Jak dokonała się taka przemiana? Tylko dlatego władze zaczęły twierdzić, że jest nienormalna.
Ale wkrótce zaczęły się napaści diabła – przez złych ludzi.
Sąsiedzi Klaudii, którzy mieszkali obok niej, w drugiej połowie domu, zajmowali się czarami. Gdy zaszedłem do nich kiedyś, sam się przekonałem, że można ich słusznie nazwać „adeptami czarnej magii”. Przywitali mnie bardzo niechętnie: nie odpowiedzieli na pozdrowienie, staruszek zaczął na mnie krzyczeć, zamachnął się, brzydko nazwał Klaudię. Zacząłem odmawiać
psalm „Kto przebywa w pieczy Najwyższego” – poczuli się niedobrze. Starucha aż się zaczęła trząść, upadła na moich oczach -dostała coś w rodzaju ataku konwulsji. To zrozumiałe: wróg nie lubi, kiedy sławi się Boga. A ci ludzie służyli wrogowi…
Kiedy pierwszy raz przyjechałem do Klaudii Nikitycznej, długo nie chciała mnie wypuścić. Może dlatego, że widziała tyle niedowiarstwa i drwin w stosunku do siebie – ponieważ wierzyłem jej bez zastrzeżeń, było jej lżej. A poza tym widocznie bardzo pomagało jej to, że modliłem się w jej domu: napaści diabelskich było mniej.
Ale długo jeszcze dręczyły ja w domu diabelskie napaści. Pewnego razu przyjechałem do niej, wchodzę do jej domu, a ona krzyczy:
– Szybciej! Bies mnie bije! Szybciej przeżegnaj mi plecy -oni mnie tak dręczą!
Klaudia, zgięta od bólu, oparła się o piec, nie mając siły stać, a ja zacząłem odmawiać modlitwę „Niech zmartwychwstanie Pan” i żegnać ją krzyżem świętym. Nagle moja ręka stała się tak ciężka, jakbym podnosił odważnik albo mieszał glinę! Czuję, że ręka mi drętwieje. Ale nie przestawałem modlić się gorliwie i wkrótce oboje poczuliśmy ulgę.
– Oj, chwała Bogu! – westchnęła Klaudia i wyprostowała się. Możliwe, że wskutek działania biesów, napadających na nią,
Klaudia Nikityczna zachorowała kiedyś tak, że nie mogła chodzić. Stawy tak ją bolały, że nie mogła nawet odwrócić się na drugi bok – odwracała ja staruszka o imieniu Krystyna, która podjęła się opieki nad nią. Paliła w piecu, ale Klaudia niczego nie jadła -straciła apetyt.

Błogosławieństwo na nauczanie

Pewnego razu Krystyna położyła się w kuchni, żeby odpocząć. A ja leżę bez ruchu na łóżku. W domu nie ma nikogo. Drzwi jak zwykle są zamknięte. Nagle słyszę czyjeś kroki. Spojrzałam: a do mnie podchodzi młoda mniszka, taka ładna. Zwraca się do mnie po imieniu:
– No i co, Klaudio, bolą cię stawy?
A w tym czasie rzeczywiście tak mnie bolały stawy, że straciłam władzę w rękach. Ale w tej chwili zapomniałam o bólu, tylko wytrzeszczyłam na nią oczy: jak ona tu weszła? Przecież Krystyna śpi, a drzwi są zamknięte… Zapomniałam, gdzie ją widziałam, taką piękną, i kim jest – też nie wiedziałam… Wtedy mniszka mówi:
-No, wstawaj, Klaudio. Trzeba chodzić. Trzeba jeść. Trzeba opowiadać.

O czym opowiadać? Klaudia od razu zrozumiała, że chodzi o jej opowiadania o cudzie, jakiego doznała. Przecież lekarze twierdzili, że wszystko to sen, majaczenie, nic takiego w rzeczywistości nie było… Ale po słowach tej niezwykłej niewiasty minęły wątpliwości i Klaudia poczuła się tak lekko i swobodnie! Przecież Święta Niewiasta potwierdziła, że opowiadanie Klaudii nie jest snem, tylko żywym przekazem z Nieba. To znaczy, że chwalebnie jest mówić o sprawach Bożych…
A mniszka cofa się plecami do drzwi. Weszła na próg. Wtedy spuściłam nogi na podłogę – i sama nie spostrzegłam, jak wstałam, a przecież przedtem nawet się nie mogłam poruszyć. Idę za nią, chciałam obudzić Krystynę, powiedzieć jej: „ Czemu ty śpisz, kiedy mamy takiego gościa!”. Tylko na moment odwróciłam wzrok na Krystynę – a już tej Świętej Niewiasty nie było, chociaż drzwi się nie otworzyły! W tej chwili Krystyna się obudziła i krzyknęła:
– Oj, Klaudio! Co ja widziałam we śnie! Była tutaj jakaś niezwykła święta!
Pocałowała próg:
– Tędy ona stąpała!
I klamkę, którą ona trzymała, też pocałowała…
– Kława, jaka ja jestem szczęśliwa, że podjęłam się opieki nad tobą i widziałam taki święty sen…
Kiedy zaś Krystyna zobaczyła, że stoję na własnych nogach -jeszcze bardziej się rozpłakała:
– Oj, Klaudio, przecież ty stoisz! Jaka to radość! I rozpłakałyśmy się obydwie.

Po tym zdarzeniu Klaudia Nikityczna zaczęła opowiadać o wszystkim, nie bojąc się obmowy. Stało się tak, że zaczęła głosić to na polecenie Świętej Niewiasty, która zjawiła się w jej domu. To było jak błogosławieństwo Boże, przekazane przez nieznaną błogosławioną Pańską…
Do Klaudii przyjeżdżało wielu ludzi – sam jestem świadkiem. Przy mnie przyjechali ludzie z obwodu nowosybirskiego, a także z tomskiego. Przyjeżdżali z całego kraju. Była u niej moja cioteczna siostra i szwagier. Wiele razy widział ją i słuchał jej diakon ojciec Nikifor.
A w Tomsku wieść o cudzie Bożym rozległa się z cerkiewnej ambony. Ojciec Aleksander Piwowarów opowiedział o barnaulskim cudzie podczas kazania w sobotę św. Łazarza.
Akurat w tym czasie służyłem w świątyni św. św. Piotra i Pawła, i byłem świadkiem wrażenia, jakie wywarły na ludziach słowa ojca Aleksandra.
– Adres! Jaki jest jej adres? – rozległo się w świątyni. Wtedy ojciec Aleksander dodał:
– Tym, którzy pragną osobiście przekonać się o wskrzeszeniu Klaudii z Barnaułu, chcą się spotkać – mogę podać jej adres…
Po tym kazaniu wielu ludzi pojechało do Barnaułu. A ojca Aleksandra zaraz wzięto na spytki:
– Co wy tam opowiadacie? Kto to zmartwychwstał? Zamierzali wszcząć przeciwko niemu sprawę kryminalną,
grozili nawet pozbawieniem godności kapłańskiej. Przecież ojciecAleksander był energiczny, zapobiegliwy – przyciągał do siebie młodzież, uczył ją. A władzom wtedy nie było to potrzebne.
Wielu ludzi w Tomsku pytało mnie, co opowiedziała mi Klaudia. Wszystkim opowiadałem o tym cudzie, nikomu nie odmawiałem – ani w świątyni, ani u kogoś w domu. I natychmiast kagebiści zaczęli mnie śledzić. Parafianie uprzedzili mnie:
– Kobiety, które za panem chodzą, nasłane są przez KGB.
– Niech chodzą! – odparłem. – Niech śledzą. Opowiadam tylko o tym, co sam widziałem i słyszałem, niczego nie dodaję, a o władzy nie mówię ani słowa.

Pod opieką św. Sergiusza

O cudzie dowiedziano się w Ławrze Troicko-Siergijewskiej. Przyjeżdżali pielgrzymi z dalekich krajów:
– Gdzie jest ta kobieta, która została wskrzeszona?
Mnisi słyszeli o tym, ale nie potrafili opowiedzieć szczegółowo: Klaudia Ustiużaniną mieszkała na Syberii, gdzie cudzoziemców nie wpuszczano.
Ihumen Ławrentij i ihumen Naum (dziś obaj są archimandrytami), zaprosili ją do Zagorska – potrzebna była jako żywy świadek…
Zgromadziło się duchowieństwo Ławry. Kiedy Klaudia, na klęczkach, opowiedziała wszystko starcom (wymieniła imię jednego z nich – archimandryta Serafin, imienia drugiego nie znam) -płakali przed ikoną Zbawiciela, prosili Pana Boga, aby pozostawił cały świat w pokoju, by mógł żałować za grzechy. Poczuli, że ta opowieść jest żywym świadectwem, że to świadectwo Klaudii Ustiużaninej jest posłaniem z Nieba na naszą ziemię, abyśmy otrząsnęli się z grzechu, potępili swoje grzeszne uczynki i żyli tak, by być gotowymi na spotkanie z Panem…
Klaudii Nikitycznej coraz trudniej było żyć w Barnaule. Ale nie od razu zdecydowała się przenieść pod opiekę św. Sergiusza. Nie
wstydząc się, otwarcie powiedziała mi o przyczynach takiego zwlekania. Rzecz w tym, że podczas jej pierwszego pobytu w Zagorsku karmiono ją borodińskim chlebem, który bardzo jej nie smakował. Przecież pracując jako sprzedawczyni, przyzwyczaiła się do białego chleba sybirskiego – pulchnego i pachnącego. I kiedy zaczęto ją zapraszać do zamieszkania w Zagorsku, nie pojechała… z powodu chleba. Po jakimś czasie przyjechała pewna kobieta z listem z Ławry, żeby pomóc jej sprzedać dom i gospodarstwo. Klaudia znowu nie pojechała – i znowu z powodu chleba. I jeszcze trzeci raz odmówiła wyjazdu. A potem zastanowiła się:

Potem zrozumiałam, że teraz wróg będzie mnie wyganiać! Zobaczyłam we śnie: przychodzą dwie czarne kobiety z rogami na głowie. Obudziłam się i myślę – mój Boże, co teraz ze mną będzie? Nagle po obiedzie przychodzą dwie kobiety — i prosto do stołu. Wyjmują dokumenty: „Proszę podpisać – to jest pisemne ostrzeżenie, żeby nikt do pani nie przychodził. Bo opowiada tu pani o jakimś Bogu „. Nie znałam tych kobiet, ale domyśliłam się, że są z ispołkomu. Otworzyłam drzwi i mówię im: „No to proszę wyjść! Rozkazywać mi przyszłyście! Mnie Pan Bóg wskrzesił, żebym wszystkim o tym opowiadała. A wasze ostrzeżenia na nic się nie zdadzą „.

Klaudia była surowa, ale miała rację – słów jej nie brakowało, zawsze mówiła prawdę w oczy. Kobiety poszły, ale zagroziły na pożegnanie:
– My pójdziemy, ale zamiast nas przyjdzie kto inny. I będzie zupełnie inaczej z panią rozmawiać. Zrozumiała pani?
– Wszystko zrozumiałam: przyjdzie milicja! – odpowiedziała im Klaudia i czując, że dzieje się źle, pobiegła do Agafii, która mieszkała naprzeciwko po drugiej stronie ulicy.
– Pomóż mi się spakować!
Nie było już czasu, żeby układać rzeczy w walizce – powrzucały je byle jak do worka. Nagle Klaudia zobaczyła przez okno: do drzwi idzie dwóch milicjantów. A więc milicja już przyjechała. ..
– Oj, Agafiuszka! Szybciej zamknij mnie w szafie! Wchodzą milicjanci:
– Dzień dobry! A gdzie gospodyni?
– Poszła do szkoły po Andriuszę – oszukała ich Agafia. Milicjanci poszli. Agafia otwiera szafę – a Klaudia jest cała
mokra ze zdenerwowania.
– Dzięki Bogu! Udało się…
Trzeba wychodzić. A może pilnują przed domem? Trzeba było uciekać opłotkami, żeby milicja nie zobaczyła.
Klaudia zabrała Andriuszę po drodze ze szkoły i zostawiwszy na gospodarstwie sąsiada, pojechała do Zagorska. Po jakimś czasie kupiła domek w małym miasteczku Strunino, niedaleko od Zagorska. Tam, pod opieką św. Sergiusza, mieszkała Klaudia, opowiadając ludziom o wszystkim, co uczynił dla niej Pan Bóg – po tej nieuleczalnej chorobie, raku z przerzutami, zostało jej darowane czternaście lat życia. A jej syna Pan Bóg powołał do służby kapłańskiej – ukończył seminarium i Akademię Duchowną
w Zagorsku.
* * *
Tak, jak przepowiedziano mi w 1948 roku, udało mi się spotkać z Klaudią Ustiużaniną tylko pięć razy. Trzy razy byłem u niej w Barnaule. Dwa razy spotykałem się w Struninie, kiedy już byłem diakonem – przyjeżdżałem ze swoim synem Piotrem, który akurat wtedy wstąpił do seminarium. Ale i Andriusza, którego tak pokochałem, też został kapłanem – posługuje teraz w monasterze Uspienskim w Aleksandrowie.
Jak już mówiłem, nigdy nie wątpiłem we wskrzeszenie Klaudii. Pan Bóg wskrzesił Klaudię Nikityczną dla podtrzymania naszej wiary – to jest wielka nauka. Wielka łaska spłynęła na prawosławnych dla wsparcia nas wszystkich. Trzeba dziękować Panu Bogu za tak wielki dar.
Ale spotykałem się też z innym stosunkiem. Pamiętam, jak opowiadałem o tym wydarzeniu pewnemu człowiekowi. To był przyjaciel mojego ojca – dobry, wykształcony człowiek. Kiedyś wierzył w Boga. Ale w latach trzydziestych, kiedy burzono cerkwie, stracił wiarę. Opowiedziałem mu o barnaulskim wydarzeniu, a on mi odpowiedział:
– No, mój miły, opowiedziałeś mi ładną bajkę. Ale ja nie wierzę, że jest Bóg i że człowiek ma duszę. Umarł, zakopią go -i to wszystko!
A potem on sam umarł. Gdzie teraz jest jego dusza? Modlę się za niego…
Tak, każdemu dane jest według jego wiary. „Nie miałam wiary, ale Pan Bóg zlitował się nade mną” – mówiła często Klaudia Nikityczna Ustiużanina. I my też módlmy się do Boga o łaskę dla nas, ludzi słabej wiary…

DO KOGO PÓJDZIEMY PO POMOC?

diabelskie „lekarstwo”

Nie daj Boże zwracać się o „pomoc” do wroga Pana Boga. Iluż teraz różnych znachorów proponuje nam „podleczyć się”! Oni nas bezwstydnie oszukują, że niby ich zdolności są od Boga. A my nastawiamy uszu – i słuchamy. A potem ludzie przychodzą do cerkwi i skarżą się:
– Ojcze, głowa mnie boli, nie mogę sobie znaleźć miejsca -jakby jakieś węże po mnie pełzały.
Zdarza się też, że człowiek za życia gnije od ich leczenia. O duszy nawet nie ma co mówić. Oto co znaczy diabelskie „lekarstwo”.
Iluż łatwowiernych ludzi łapie się na diabelską przynętę! Kiedy w roku 1990 posługiwałem w świątyni Aleksandra Newskiego w robotniczej osadzie Koływań pod Nowosybirskiem, przyszedł do mnie młody chłopak, sekretarz organizacji komsomolskiej.
– Ojcze, zdarzyło się u nas nieszczęście! Dziewczęta z naszego internatu, Julia i Ksenia, kupiły w Nowosybirsku książkę „Czarna magia”, przeczytały jak trzeba wywoływać duchy i postanowiły spróbować. No i w ubiegłą sobotę, o 12 w nocy, duchy im się pokazały: dwa straszydła w przeraźliwie brudnej, zbutwiałej odzieży, zamiast źrenic węgle. Jak opowiadały dziewczęta, Ksenia zemdlała, a Julia zaczęła się modlić: „Boże! Boże! Boże!”. Wtedy te „duchy” odwróciły się tyłem i poszły sobie. Po tym wydarzeniu dziewczęta nie śpią już cały tydzień, dają im zastrzyki nasenne, a one i tak nie mogą zasnąć. Są na granicy obłędu. Co robić, ojcze?
– Jutro niedziela – mówię – przyprowadź je rano jak najwcześniej.
Sekretarz przyprowadził te dziewczęta o siódmej rano. Nie mogły nawet ustać na nogach. Ledwie usiądą – i już śpią. Cały tydzień w ogóle nie spały – wyobrażacie sobie, co to takiego? Ale jak tylko zasną – od razu stają im przed oczami diabły. Na lekcjach padają ze zmęczenia, ale ledwo się zdrzemną – znowu ten sam straszny obraz. Wyspowiadałem je i udzieliłem komunii.
Po nabożeństwie Julia pyta mnie:
– Ojcze, czy teraz będziemy spać?
– Będziecie – mówię.
No a potem przyszedłem do nich, do internatu szkoły mechanicznej, gdzie uczyły się na księgowe. Dzieci zaprosiły mnie. Zebrało się jakieś 25 osób młodzieży. Opowiedziałem im, jakie bywają grzechy i jak one działają na ludzką duszę. Potem pytam dziewczęta:
– No i jak spałyście?
– Och, ojcze – mówi Julia – szłyśmy z cerkwi i spałyśmy po drodze, przyszłyśmy do domu – spałyśmy cały dzień i całą noc, ledwie się nas dobudzili na lekcje…
Pomyślałem sobie, że to bardzo pouczający przypadek. Poszedłem do redakcji gazety, do której pisałem egzorty na święta i wszystko opowiedziałem.
– Ale ten fakt, to za mało – mówią.
Jak to za mało? A dwoje żywych świadków? Jakie jeszcze potrzebne są dokumenty? I nie napisali o diabelskim wpływie na duszę. No, wtedy jeszcze władza radziecka była silna, bali się. A ogłoszenia różnych „uzdrowicieli” drukowano bez przeszkód.

„Paszport” wiary

Kiedyś przybiegła do mnie kobieta do spowiedzi – szlochała, upadła do nóg:
– Ojcze, chcę się powiesić, otruć! Takie zmartwienie! Nie wiem, co robić!
– Usiądź – odpowiadam – opowiedz, jak żyłaś.
– Strach opowiadać: to nie życie, tylko śmietnik!
– No, to żałuj za grzechy. Jesteś ochrzczona?
– Tylko tyle, że ochrzczona. Żyłam i niczego nie rozumiałam.
Opowiedziała o swoim życiu. Co tu mówić – straszne życie bez Boga. Wyspowiadałem ją, odmówiłem modlitwę i udzieliłem rozgrzeszenia.
– Chodź do świątyni – mówię – zachowaj przez trzy dni post, a potem przyjdź jeszcze raz wyspowiadać się.
Po trzech dniach przyszła – przyniosła cały zeszyt grzechów… Przychodziła kilka razy. I jej dusza zaczęła się powoli rozjaśniać.
– Ojcze, jaka ja byłam głupia! Chciałam się powiesić, a teraz chce mi się żyć!
To prawda. Widzicie, jak grzech, jak diabeł wycieńcza duszę! Doprowadza ją do nienawiści wobec życia, danego przez Boga. A iluż ludzi cierpi dzisiaj wskutek takich grzechów? Niezmierzone mnóstwo.
Do świątyni przychodzi bardzo wielu cierpiących. Wszystkim daję radę – wyspowiadać się z grzechów, przyjąć komunię i po 40 razy dziennie odmawiać 90. Psalm („Kto przebywa w pieczy Najwyższego”). To bardzo silna modlitwa. Mój dziadek i ojciec z matką uczyli mnie tak się modlić. Odmawialiśmy tę modlitwę na froncie – i z Bożą pomocą takie cuda się działy! Cierpiącym radzę odmawiać tę modlitwę z pamięci. Ta modlitwa ma szczególną moc chronić nas.
Modlitwa i krzyż mogą ocalić w sytuacji bez wyjścia. Kiedy byłem na froncie, opowiadano u nas, jak kiedyś przed rozstrzelaniem Niemcy kazali jeńcom:
– No, odmawiajcie modlitwę!
Jeżeli człowiek odmawiał „Ojcze nasz” – darowali mu życie. Jeżeli nie znał modlitwy i nie miał krzyżyka – to znaczy, że komunista i takiego rozstrzeliwali. Czyż nie przypomina to próby -mytarstwa duszy? Tam, jeżeli jesteś wierzący – znasz modlitwy, możesz osłonić się krzyżem. Krzyż – to „paszport” świadczący, że wierzę w Jezusa Chrystusa.
Tak drwią sobie ze świętości!
Zdarzają się ludzie tak opętani przez diabła, że nie znoszą nawet miejsca, w którym znajduje się świętość.
Po przewrocie bolszewickim bezbożnicy rozstrzeliwali duchownych w parowie, 6 kilometrów od stacji Iskitim, na południe od Berdska. Na miejscu ich męczeństwa trysnęło źródło i wielu ludzi znajdowało tu uzdrowienie. Ludzie zaczęli czcić to miejsce, nadali źródłu nazwę Święty Zdrój.
Ale znaleźli się ludzie, którzy szydzili ze Świętego Zdroju, zasypywali go. A ludzie wierzący mówili im:
– Jeszcze będziesz tu przychodzić modlić się i płakać!
– Co ty – kpisz sobie? Oczywiście, że nie będę! – powiedział jeden taki „pogromca zacofania”.
A potem ciężko zachorował i rzeczywiście przywieziono go do Świętego Zdroju na bryczce. I człowiek ten ukląkł i prosił o wybaczenie za to, że tutaj przeklinał, śmiał się, drwił z tego świętego miejsca, gdzie przejawiła się moc Boża. Kiedy już nic nie pomagało w jego chorobie, przywieziono go na to święte miejsce, gdzie kiedyś bluźnił. Mimo woli ten człowiek okazał skruchę – i wkrótce wyzdrowiał. I dopiero wtedy uwierzył w Boga i Jego miłosierdzie. A był wielkim komunistą. Oto co może Pan Bóg. Dlatego że Bóg wszystkim daje miłość, dobro, a diabeł sieje śmierć i zło. Wszystko, co najstraszniejsze, sprawili sami ludzie. O wybór pomiędzy Bogiem i diabłem – toczy się wojna duchowa na ziemi.

Boża szkoła

Czego pragnie nasze serce? Świętej Bożej łaski czy „łaski” diabelskiej, która wygląda kusząco, ale za nią jest – zguba?
Znałem pewnego młodego chłopca Maksyma. Skusiło go, żeby zająć się karate i poszedł do klubu. Chłopiec był silny, zdolny – zręcznie wymachiwał pięściami. Przyjaciele z jego otoczenia tylko chwalili:
– Nieźle ci to wychodzi, chodź, załatwimy jednego gościa…
I tak się stało. Maksym chciał się przysłużyć kolegom ze względu na fałszywie rozumianą przyjaźń. Sprawa doszła do milicji. Maksyma wyśledzono i zatrzymano. A przyjaciele nie są zamieszani – przecież bił Maksym.
Chłopak zrozumiał, co mu grozi, rozpłakał się:
– Tato, wybacz, mamo, wybacz!
– Niech idzie do monasteru! – postanowił ojciec.
Niby że: popracuj, naucz się żyć. Monaster znajduje się 200 kilometrów od Tomska. Ojciec i matka zawieźli go tam, aby przeszedł reedukację duchową, zrozumiał życie. Dlatego że to nie jest życie – bić kogoś to przykład zezwierzęcenia.
Ojciec Joann, przełożony monasteru, porozmawiał z Maksymem ze 20 minut i zgodził się go przyjąć.
Kiedy rodzice wsiadali już do samochodu, Maksym aż się rozpłakał:
– Gdzie wyście mnie przywieźli? Po co mnie tu zostawiacie?
Nigdy jeszcze nie widział monasteru. Diabeł tak nastawił jego serce, że wszystko tu wydało mu się wstrętne. A w tym czasie akurat zaczęły się sianokosy.
– Zostań Maksym, pobędziesz tu miesiąc, pomożesz nam -zobaczysz, jak żyjemy, my też jesteśmy ludźmi – mówią do niego mnisi.
Maksym został, pracował dobrze. A w monasterze przecież nie palą, nie obrażają się na siebie i sami nikogo nie obrażają.
Spodobało mu się, że bracia są cały czas weseli, pracowici i uprzejmi – ani razu nie usłyszał tam od nikogo wulgarnego słowa, ani razu nie powąchał tytoniu.
Kiedy ojciec, tak jak obiecał, przyjechał po miesiącu po Maksyma, chłopak się uparł:
– Nie pojadę do domu, zostanę tutaj, tu mi się spodobało. Jaka przemiana zaszła w człowieku w ciągu miesiąca!
– Ale koledzy na ciebie czekają- powiedział ojciec. Przełożony poparł go:
– Jedź, Maksym, z Bogiem. Pobędziesz w domu, a potem zrobisz, jak będziesz chciał.
Maksym wrócił do domu. I zaraz pierwszego dnia wszystko się zakręciło: przyjaciele, papierosy, „rozróby” i tak dalej. Na drugi dzień wstaje:
– Tato, zawieź mnie z powrotem do monasteru, tutaj jest dom wariatów.
No i został w monasterze. Oto, jak się stało: chłopak był zawadiacki, a kiedy jego duszę dotknęła łaska, od razu oczyścił się z grzechów, okazał skruchę i wiele zrozumiał w życiu. To Boża szkoła, to szkoła Niebieska.

Jak diabeł wypędzał mnie z cerkwi

Diabeł nienawidzi naszej wiary i znajduje różne chytre ścieżki, żeby nas zmylić, posiać wątpliwości, a niewiele brakuje, by uczynić nas też swoimi niewolnikami. I mnie ta próba nie ominęła.
Na początku lat pięćdziesiątych, kiedy urodzili się moi synowie, zachorowałem. Miałem dotkliwe zakrzepy żył w nodze, a od operacji się wymówiłem – postanowiłem wytrzymać. Z powodu choroby mogłem się poruszać tylko o kulach. Trzeba było porzucić pracę sprzedawcy i zająć się fotografią- obciążenie pracą było tam o wiele mniejsze. Przeprowadziłem się wtedy z rodziną do wsi Togur. Tam pracowałem w zakładzie fotograficznym i śpiewałem w chórze cerkiewnym. Oczywiście byli tacy, którzy się ze mnie śmiali. Przyszedł taki trudny moment, kiedy nawet bliscy przyjaciele zaczęli mi dokuczać:
– Cha, cha, cha! On stawia świeczki, modli się do Boga! Widzieliście, nawet wódeczki nie pije, tylko cerkiewne wino!
No i mówili różne takie rzeczy. Niby to nie było dla mnie straszne, ale jednak diabelski pomysł przyszedł mi do głowy. Kiedyś wieczorem pomodliłem się przed ikoną i powiedziałem tak:
– Panie Boże! Ja chyba już nie będę chodzić do cerkwi, będę się modlić w domu.
Takie oświadczenie wygłosiłem przed ikoną, przed Bogiem. Po czym położyłem się spać. I co powiecie? Widzę we śnie – idę, zbieram jagody, potem trafiłem do lasu cedrowego. Jakieś dzieciaki biegają koło mnie. Mówię do nich:
– Chodźmy zbierać orzeszki, patrzcie jak ich tu dużo!
Zrobiłem tylko kilka kroków – a na wschodzie uderzył piorun, potem drugi, trzeci! I ten las zapalił się jak proch. Podniosłem ręce i zawołałem:
– Boże, ratuj nas! Wybacz nam, co mamy robić? A z góry usłyszałem głos, potężny jak grom:
– Módlcie się! Tak płonąć będzie ziemia, ze wschodu na zachód, z północy na południe. Módlcie się!
I po raz trzeci zabrzmiało, już ciszej, spokojniej i łagodniej:
– Módlcie się…
A ja ciągle krzyczę i cały drżę. Ile czasu trwało to widzenie, nie wiem – ale zbudziłem się zlany potem, nawet koszula była zupełnie mokra. Okropnie się przestraszyłem. Padłem na kolana przed ikonami i z głębi serca zawołałem:
– Boże! Boże! Będę, będę chodzić do cerkwi! Zawsze będę chodzić, żeby nie wiem, co się działo!
No, a potem postanowiłem poświęcić Bogu życie. Wyświęcono mnie na diakona, a w 1976 roku w Taszkiencie – na kapłana.
Próba zwerbowania
Akurat podczas mojej choroby, kiedy z trudem chodziłem o kulach do cerkwi, nierzadko przychodzili do mnie do domu wierzący. I kagebiści zaczęli mnie śledzić. Kiedyś przyjechali do mnie samochodem. Obejrzeli wszystko w domu, a potem zaproponowali, żebym z nimi pojechał. A w instytucji wywiązała się dziwna rozmowa:
– Walentinie Jakowlewiczu, po co pan związał się z cerkwią, co ona panu daje? My wiemy, jak pan walczył – pańscy rodzice dostali tyle podziękowań! Jest pan obrońcą Ojczyzny, człowiekiem zasłużonym, odznaczonym orderami! Ileż pan ma odznaczeń wojennych! To się po prostu w głowie nie mieści, pan – i cerkiew! Co ona panu daje?
A, więc o to chodzi! Oto, dlaczego wzięli mnie w obroty! Odpowiedziałem po prostu:
– Jestem wdzięczny Bogu.
– Za co?
– Za to, że pozostałem przy życiu.
– Przecież nie tylko pan pozostał przy życiu – takich jest bardzo wielu. Ale nie wszyscy chodzą do cerkwi.
– No, a gdzie mam chodzić? – przekonuję ich. – Tylko do cerkwi – Bóg uratował mnie na froncie.
– Ale przecież wielu się uratowało! My walczymy z zacofaniem, a pan, człowiek zasłużony, ciągle jeszcze jest w cerkwi. Czy pan nie pamięta, że pańskiego ojca zesłano za cerkiew?
– No cóż – mówię – mnie też ześlijcie.
No i tak porozmawialiśmy. Na pożegnanie powiedziałem im:
– Kiedy wasze dusze pójdą do Nieba, a wasze ciała zakopią, wtedy uwierzycie w Boga.
– Oho! Jak zakopią na dwa metry – to będzie koniec! -śmieją się śledczy.
– Nie, to tylko początek – odparłem. – To będzie dopiero początek.
Próbowali mnie nawet speszyć fotografiami, jakie zrobili w cerkwi. Ale i tak się nie przestraszyłem – czego miałem się bać?
Przedtem też wzywano mnie do „organów”, kiedy w roku 1946 pracowałem w sklepie w Makariewce i jeszcze nie chodziłem do cerkwi – nie było jej w naszej wiosce. Przyjechałem z frontu – nawet mi nie dali odpocząć: od razu na front pracy. No, ale wtedy byłem jeszcze młody, miałem siłę. Popracowałem miesiąc albo więcej – przychodzi komendant. Poczekał, aż skończy się dzień pracy:
– Walentin, muszę z panem porozmawiać. Potrzebny nam pracownik.
– No, to sobie szukajcie pracownika.
– Właśnie pan jest nam potrzebny.
– Przecież ja już pracuję – odpowiadam.
– Ale pan będzie nadal tu pracował, tylko będzie nam pan pomagał.
– A jaka pomoc jest wam potrzebna?
– Przychodzą tu różni ludzie – są tacy, którzy narzekają, antysowieccy. Dostanie pan zadanie – dowiedzieć się, kim są i o czym mówią.
– A wy ich znacie?
– Znamy.
– To po co wam moja pomoc? Ja ważę towar, liczę, jeżeli będę się rozglądał tu i tam, to zostanę malwersantem. Przecież wtedy pan mi nie pomoże!
Jakkolwiek mnie namawiał, jakkolwiek mi groził, że „podstawią” drugą osobę (pewnie dla nadzorowania mnie) – nie zgodziłem się. Przychodził cztery razy – i ciągle bez rezultatu. Za piątym razem urządził mi prowokację. Przyszedł wieczorem, kiedy w sklepie nikogo nie było i poprosił:
– Zważ mi trzy kilo cukru, cukierków, kiełbasy i zapisz mi na kredyt.
– Jak to – zapisz?
– No, przecież dyrektorowi szkoły zapisujesz, wszyscy nauczyciele, to twoi przyjaciele – im też zapisujesz. Mnie też zapisz.
A sam się pochyla i wyciąga spod lady zeszyt, w którym zapisywałem dłużników. Widocznie ktoś mu doniósł.
No cóż – musiałem się zgodzić – zapisuję: Kuźmin winien jest tyle a tyle.
– Pokaż no, popatrzę, czy dobrze zapisałeś. Bierze zeszyt – i do kieszeni!
– A czemu pan zabiera?!
Jakby nie słyszał. Mówi rozkazująco:
– Wieczorem do mnie przyjdziesz, jak się ściemni.
Nie przestraszyłem się: tych długów było niewiele. Ale zorientowałem się, co chciał zrobić. Zacząłem podliczać rachunki. Wieczorem poszedłem do komendanta.
– No więc tak – powiada – napisałem protokół, będę oddawać do sądu, że rozdajesz państwowy towar na kredyt.
Popatrzyłem mu w oczy:
– Przecież ja panu zaufałem – a pan zrobi coś takiego?
– No nie, oddam do sądu! Podpisz, że dawałeś państwowy towar na kredyt.
– Nie będę nic podpisywać! – mówię.
– No, to współpracuj z nami…
„Ach ty – myślę sobie – to tutaj zmierzasz”.
– No to jak, oddawać do sądu?
– Niech pan oddaje! – odpowiedziałem. – Mogę już iść? Ledwie zrobiłem krok do wyjścia…
– Stój! Siadaj. No co? Będziesz pomagać?
– Wie pan co? Kiedy byłem na froncie, nikogo nie prosiłem
o pomoc. Nie było kogo prosić. A wy tu jesteście na tyłach –
i prosicie o jakąś pomoc… A poza tym nigdy nie będę Judaszem.
Zmieszał się. Milczał przez chwilę, a potem znowu się przyczepił: to mnie wypuszcza, to znowu „siadaj!” i grozi sądem. Ze dwadzieścia razy tak mnie męczył. Taka to była diabelska próba.
Czy trudno było nie ugiąć się? Jakoś o tym nie myślałem. Jeżeli liczyłbym na swoje siły, może bym nie wytrzymał – wpadłbym w panikę. A tak -jakbym zrezygnował ze swojej woli i polegał tylko na Bogu.
Kiedy komendant spytał mnie po raz ostatni, czy oddawać sprawę do sądu, czy będę chciał się „uratować”, odpowiedziałem twardo: „Niech pan oddaje”. Komendant wyciągnął protokół, porwał go na strzępy i pokazał mi kawałki:
– Masz swoje dokumenty! Dawaj rękę! Lubię takich ludzi! -i uścisnął mi rękę.
Omal nie powiedziałem mu:
– Ach, ty łajdaku!
Ale nic nie powiedziałem. Oto, jak ich uczą.
A potem przyszedł do mnie do sklepu i mówi:
– Jacy to ludzie różni bywają, co?
Spotkałem tego komendanta prawie dwadzieścia lat później w Barnaule. Szliśmy z Klaudią Nikityczną Ustiużaniną do cerkwi i natknęliśmy się na niego na ulicy. Poznał mnie, chociaż miałem już brodę, i zasypał pytaniami. No, po prostu jak ktoś bliski. Wprosił się w gości do Klaudii Nikitycznej. A kiedy wszedł do domu i zobaczył w rogu ikony, po prostu oniemiał:
– Jak to, ty jesteś wierzący?
– Tak – odpowiedziałem.
– Toś ty taki… Nie darmo już wtedy czułem, że jesteś jakimś innym człowiekiem, nie takim jak wszyscy. Pamiętasz?
Jakże tu nie pamiętać. Tylko wiara pomogła mi wyrwać się z tych pułapek, tak umiejętnie i psychologicznie celnie zastawianych przez diabła rękami tego kagebisty.

„Nie wolno nam mówić!…”

Zdarza się, że do cerkwi przychodzą ludzie, którzy zajmują się złymi sprawami – zaklinaniem, „leczeniem”, rzucaniem jakichś „uroków”.
Na jedną taką „babkę”, która w dodatku pracowała jako kucharka, nieraz skarżyli się parafianie: podobno robi coś niedobrego, ludzie przez nią chorują. Oczywiście nie wiedziałem, czy ona rzeczywiście zajmuje się czarownictwem, ale skoro już o tym się mówiło, powiedziałem podczas kazania, do nikogo konkretnie się nie zwracając:
– Szczęśliwy ten człowiek, który spełnia wolę Bożą. Ale nieszczęśliwy ten, kto spełnia wolę diabła, na przykład złodzieje, rozpustnicy, czarownicy, różni wróżbici.
Ta kobieta, Galina, stała w świątyni podczas kazania: bardzo się na mnie obraziła, choć nawet nie miałem zamiaru jej wymieniać, ale widocznie sama rozpoznała siebie. Zaczęła czatować, kiedy wyjdę z ołtarza, nawet schowała się do szafy. Czy człowiek, który ma czyste sumienie, robiłby tak?
Odmówiłem modlitwę „Kto przebywa w pieczy Najwyższego”, przeżegnałem się i wyszedłem z ołtarza. Galina wylazła z szafy – na twarzy ma złość, stara się przeciąć mi drogę.
– W imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Amen – powiedziałem.
Kobieta odskoczyła jak oparzona i uciekła ze świątyni.
Oczywiście, w takich sprawach nie da się nikogo złapać za rękę. Ale widocznie kobieta zrozumiała, że jej ciemne sprawy Pan Bóg uczynił jawnymi. Kazanie trafiło w samo sedno…
Modlitwa działa na takich ludzi jak ogień – parzy ich i sami tracą głowę.
Kiedy mieszkałem w Togurze i nie byłem jeszcze kapłanem, tylko śpiewałem na chórze w świątyni Zmartwychwstania Pańskiego, zdarzyło mi się spotkać taką kobietę.
Wstąpiłem kiedyś w sprawach służbowych do domu pewnego ślusarza. Gospodyni, jego matka, poczęstowała mnie obiadem. Pomodliłem się, usiadłem przy stole i z przyzwyczajenia zacząłem po cichu się modlić. Nagle widzę, że z gospodynią dzieje się coś dziwnego: wybiegła z domu, potem przybiegła z powrotem, oczy ma wytrzeszczone, coś szepcze, robi dziwaczne ruchy rękami. Ja siedzę spokojnie, jem i nadal modlę się po cichu. Kobieta wpadła do jadalni – i prosto na mnie. Ledwie się uchyliłem i przeżegnałem. Nagle usta jej posiniały, twarz pobladła i w biegu wycedziła przez zęby:
– Nie ma w tym żadnego sensu!
– W czym? – zdziwiłem się.
– W czarownictwie! – odpowiedziała.
I upadła bez sił na ławkę koło pieca – zmęczona i przygnębiona. Próbuje się podnieść, uciec – i znowu siada na miejscu. Dopiłem herbatę, pomodliłem się, pokłoniłem się ikonom, a potem pokłoniłem się tej kobiecie. Jakże ona wyciągnęła ze strachem ręce, jak nie zawyła:
– Aaaaa!!!
Poderwała się i biegiem uciekła z pokoju. Boże, zmiłuj się nade mną?
Minęły trzy miesiące albo więcej. W świątyni kończyło się nabożeństwo. Ja jak zwykle śpiewałem na chórze. Nagle podchodzi ta sama kobieta – od razu ją poznałem. Zacząłem odmawiać modlitwy. A ona nagle jak nie runie na podłogę: -Wybacz mi!
– Co mam wybaczyć?
Nie odpowiada, tylko płacze i ciągle powtarza:
-Wybacz mi!
Kilka razy ją pytałem:
– Za co prosi pani o wybaczenie?
A ona tylko płacze i wciąż powtarza to samo. Podniosłem ją i ruszyłem do wyjścia.
– Skoro nie chce pani mówić, to wychodzę.
A ona publicznie znowu upadła mi do nóg i płacząc na cały głos, krzyczy: „Wybacz mi!”, a za co – nie mówi. Pomyślałem, że może wstydzi się przy ludziach i wyszedłem z nią na dwór. Odeszliśmy na bok.
– Za co pani prosi mnie o wybaczenie? Jak mogę wybaczyć, nie wiedząc za co?
Wtedy już zrozumiałem, za co prosi o wybaczenie i dlaczego nie może wyznać swojej winy. Na człowieka prawosławnego nie działają jej „uroki” – i to jej zmartwienie. Mimo wszystko spróbowałem wydobyć od niej wyznanie. Powiedziałem, że nie mogę wybaczyć, jeżeli nie wiem za co.
– Nam nie wolno mówić! – krzyknęła nagle.
– A dlaczego nie wolno mówić? -Tak… Nie wolno!
Wtedy przypomniałem jej, jak gościła mnie (pamiętała szczegółowo, czym mnie częstowała), jak potem siedziała przy piecu i nagle powiedziała: „Nie ma w tym żadnego sensu”.
– Pamięta pani, co mi pani odpowiedziała? przypomniałem jej. – Kiedy spytałem: „W czym nie ma sensu?”, pani odpowiedziała: „W czarownictwie!”.
– Oj, nie, nie! Ja tak nie mówiłam! – jęknęła kobieta. Wyprostowałem się:
– Jak to – nie mówiłam? Pamiętasz, czym mnie częstowałaś, a nie pamiętasz swoich słów? A pamiętasz, jak ci było niedobrze, jak podniosłaś ręce po mojej modlitwie -jak się przestraszyłaś?
– Czasem tak ze mną bywa… – powiedziała powoli kobieta. Słowem, za nic nie chciała się przyznać.
– No dobrze, skoro nie masz nic do powiedzenia – to jak ci mogę wybaczyć? Twój grzech zostanie przy tobie. Nie chcesz powiedzieć Bogu: „Wybacz mi, Panie” – a więc Pan Bóg pozostawi ci to, co twoje. Taka twoja praca i taka zapłata. Za dobro -dobrem, za zło – taką samą miarą.
I poszedłem. Czarownik nie może się pokajać – jedynie całkowicie wyrzec się diabelskich spraw, całym swoim życiem, krwią zmyć swoje grzechy. A ta nieszczęsna dusza nie chciała okazać skruchy. I kiedy umierała, całkiem straciła zmysły. Wybacz mi Panie, nie jestem jej sędzią. Ale mimo wszystko mówię, co było. Ale to trzeba rozważyć. Nie sądzić, lecz rozważyć. Nie potępiać ich, nie mścić się – broń Boże (przecież Bóg przyszedł, by zbawić wszystkich, wszystkich – i opętanych też uzdrowić)! Ale musimy bronić swojej wiary. Nie daj Boże zwrócić się ku wrogowi Pana Boga. Uchroń nas, Panie, byśmy nie znaleźli się wśród nich.

Dziedzictwo mojego dziadka

Mój dziadek Roman Wasiljewicz lubił się modlić. Wiele modlitw znał na pamięć. Nierzadko odmawiał modlitwy za opętanych: Psalm 90., „Królu Niebios” i inne. Wierzył, że święte modlitwy mogą pomóc każdemu, nawet najbardziej choremu człowiekowi. Zapewne dzięki tej dziecięco czystej wierze Pan Bóg dał mu taki dar, że zawczasu wiedział, kiedy przywiozą do niego opętanego. Przywozili go do chaty ze związanymi rękami i nogami, a dziadek odmówił modlitwy, pokropił wodą święconą -i człowiek, który przed chwilą krzyczał i szalał, stawał się spokojny i zasypiał na dwie godziny po jego modlitwach.
Czarownicy bali się mojego dziadka. Łatwo mógł ich zdemaskować. Niedaleko od nas mieszkał czarownik Gawriucha. Znali go wszyscy. Wielu cierpiało przez niego i przychodziło po pomoc do dziadka. Kiedyś dziadek nie wytrzymał i poszedł do tego czarownika.
– Gawriło Wasiljewiczu! Jeżeli nadal będziesz szkodzić ludziom, natychmiast odmówię modlitwę, po której wszystkie twoje sprawy skrupią się na tobie, na twoich dzieciach i na twoim bydle!
– Romanie Wasiljewiczu! Wybacz – więcej nie będę – zaklinał się czarownik.
– Dajesz słowo?
– Daję.
Trudno powiedzieć, czy dziadek znał jakąś specjalną modlitwę przeciw czarownikom. Myślę, że nie. Odmawiał zwykle znane wszystkim modlitwy, ale z niezwykłą gorliwością i płomienną wiarą. Słudzy nieczystego czuli to i bali się łaski Bożej. To zaś, że w końcu czarowników spotykały różne biedy, padało im bydło -to im się należało za ich uczynki. Co zasiali, to zebrali…
To właśnie dziadek Roman Wasiljewicz nauczył mnie, jak najlepiej odmawiać Psalm 90. – „Kto przebywa w pieczy Najwyższego”. Po 40 razy dziennie, a ludzie chorzy, zwłaszcza opętani, powinni odmawiać go z pamięci. Wiele razy przekonywałem się o wielkiej mocy tej modlitwy, jeżeli odmawia się ją ze skruchą i wiarą.
A czy ktoś próbował, choćby raz w życiu – odmówić w ciągu dnia cały Psałterz? Kto z nas był tak gorliwy? Ja odmawiałem. Wspaniale. Lekko. Po prostu jakbym wyszedł z łaźni – tak dobrze. Spróbujcie, Boży ludzie, znajdźcie na to czas i skupienie. I odmawiać trzeba nie byle jak, jakbyś czytał gazetę, ale wyraźnie wymawiać każde słowo, rozmyślać – żeby wniknęło w duszę, uświęciło i oczyściło ją. Wtedy wyjdzie z was wszelka diabelska siła.
I chociaż głoszenie satanizmu idzie dzisiaj na całego, czy mamy się bać wpływu szatana? Jakże często nasza grzeszna dusza nas samych dręczy, otwiera dostęp wrogowi. Czasami znajdujemy się nawet pod władzą naszego własnego przekleństwa. Ale wystarczy odwrócić się od zła i czynić dobro, żeby wszystko od razu się odmieniło. Przecież diabeł nie może ścierpieć dobra.
IKONA – TO POUCZENIE DLA NAS

„Wysławiajcie Mojego Syna…”

Posługiwałem wtedy na peryferiach Nowosybirska, w rejonie Pierwomajskim, w świątyni św. Mikołaja. Ujrzałem we śnie ikonę Iwerską z Atos – i jakby do niej podchodzę, a Królowa Niebios mówi:
– Wysławiajcie Mojego Syna…
Kiedy zostałem kapłanem, i tak starałem się, jak mogłem wszędzie wysławiać Pana Boga. Ale po tym śnie zjawiło się u mnie uczucie niezwykłej gorliwości: nie miałem siły milczeć, chciałem wszystkim mówić o Bogu. Nabrałem takiej energii, że wszystkich, dosłownie wszystkich, natychmiast zwróciłbym ku Bogu!
Do tej pory wspomnienie o tym napełnia mnie niezwykłą czcią. I myślę sobie: jaka gorliwość jest od nas wszystkich wymagana, gorliwość w prawdzie Bożej, w czystości, w miłości Niebieskiej, która oświetla całe nasze życie.

Jak Michał Nikołajewicz pracował jako ateista

Mój przyjaciel i rówieśnik, z którym uczyłem się w jednej klasie i razem służyliśmy w armii, miał takie same nazwisko jak ja: Biriukow. Nasze dzieci były dalekimi kuzynami. Pracował w szkole we wsi Kołpaszewo w obwodzie tomskim jako nauczyciel historii, a potem zrobili go agitatorem. Pracował jako ateista -jeździł po osadach, po szkołach, po rejonach i ciągle wygłaszał antyreligijne odczyty. Agitował przeciw Cerkwi. A jego matka Anna i ojciec Nikołaj chodzili do cerkwi. Jego zwierzchnicy byli z tego bardzo niezadowoleni.
– Michale Nikołajewiczu, jesteś człowiekiem postępowym, wygłaszasz odczyty przeciw Bogu, a twoi rodzice są tacy zacofani – chodzą do cerkwi. Zabroń im. Niech cię nie kompromitują, bo inaczej trzeba będzie odsunąć cię od wykładania.
Michał pojechał do rodziców i zaczął ich namawiać:
– Mamo! Tato! Proszę was, nie chodźcie do cerkwi. Przez was mogą mnie wyrzucić z pracy.
– Ty masz pracę! – powiedział ojciec. – Wracaj do szkoły. Dlaczego zgodziłeś się wygłaszać odczyty przeciw Bogu?
A on swoje: praca popłatna, wożą go samochodem, szanują go, tylko „zacofanie” rodziców przeszkadza.
– Misza, synku – odpowiedziała matka – jeżeli ty nie wierzysz, to nie wierz, rób swoje. Ale ja, jak chodziłam do cerkwi -tak będę chodzić.
I Michał nie mógł przekonać ojca i matki.
Czas płynął. Ojciec umarł. Wtedy Michał Nikołajewicz postanowił podstępem oduczyć matkę od cerkwi. Postanowił, że zamieszka w jego mieszkaniu. Przywiózł ją do siebie:
– To jest twój pokój, mamo. Wszystko dla ciebie przygotowałem, żeby ci się u mnie dobrze mieszkało.
– Nie, Miszeńka, nie przyjadę mieszkać u ciebie! Ty mi przecież nie pozwolisz powiesić ikony, nie dasz zapalić świeczki?
– Nie, mamo, nie dam…
– W takim razie wolę sama mieszkać w swoim domu.
– No cóż mamo, mieszkaj. Tylko nie chodź do cerkwi – proszę cię.
– Nie Misza, nie proś. Jak chodziłam, tak będę chodzić.
Ale przyszedł czas i mama umarła. Zatelefonowano do Michała Nikołajewicza, który natychmiast przyjechał. Zobaczył matkę pod ikonami – ogarnęła go złość: że niby zaraz przyjdą staruszki ze świecami i modlitwami, sprowadzą kapłana. Wziął ciało matki na ręce i poniósł do samochodu – żeby pochować po swojemu. Ledwie doszedł do drzwi – coś się dzieje: niczego nie widzi!
– Czemu nie ma światła? Gdzie jest światło? – zaczął się domagać.
Ale jak mu pomóc? To przecież nie tak, jak włączyć lampkę. Sprawdzili – absolutnie nic nie widzi. Wyprowadzili go pod ręce, wsadzili do samochodu – i zawieźli do szpitala do Tomska, na oddział okulistyczny. Ale profesorowie nic nie mogli poradzić, nie pomagały żadne lekarstwa. Wzrok powrócił Michałowi dopiero, kiedy 40 dnia odprawiono nabożeństwo za matkę. Dopiero wtedy zaczął normalnie widzieć i „dziwna” choroba go opuściła. Kiedy odzyskał wzrok i wyszedł ze szpitala, powiedział:
– Teraz pójdę do cerkwi, tak jak matka i ojciec.
Władze mówiły, że coś mu się stało z głową. Ale w rzeczywistości nie mógł już dłużej „nauczać” przeciw Bogu. Zamilkł. To zrozumiałe – cóż jeszcze można powiedzieć po takiej nauczce!
To była szczera prawda. Ten Michał Nikołajewicz żyje do tej pory – mieszka we wsi Kołpaszewo w obwodzie tomskim.

Jak ikonie zawiązano oczy

…Kiedy byliśmy na zesłaniu i wśród zesłańców zaczęto zakładać kołchozy, z jednej takiej osady nabrali chłopów i zaczęli budować stajnię – drewna było w bród.
Do gospodyni, która mieszkała w sąsiedztwie budowy, przyjechał brygadier:
– Anno Iwanowna! Tutaj obok budują stajnię, będziesz gotować chłopom obiady.
Przywieźli produkty: chleb, kaszę, marchew, mięso – i Anna Iwanowna karmiła tych robotników.
Nadszedł Wielki Post. Jak zwykle przywieźli mięso, kaszę -i całą resztę. A Anna mówi:
– Przecież teraz jest Wielki Post. Przecież jesteście wierzący! Jakże będziecie jeść w poście mięso? Nawet gotować mi nie wypada.
A brygadier na to:
– Nie twoja sprawa. Gotuj – chłopy pracują, trzeba ich karmić. A sama jak nie chcesz – to nie jedz.
Przychodzą chłopi na obiad – było ich dziesięciu, a Anna już ugotowała zupę na mięsie, przygotowała mięso. Tak jej kazali. Ale mimo wszystko nie mogła się z tym pogodzić:
– Jak wy będziecie to jeść? Przecież teraz jest post.
I poszła do kuchni. A nad stołem wisiała u niej ikona. Chłopi jakby się trochę zmieszali. Znalazł się jeden taki Iwan – „odważny” – wziął ręcznik, wlazł na ławkę i śmieje się:
– A my zaraz zawiążemy Bozi oczy, nie będzie widział, że jemy mięso. No i nie będziemy mieli grzechu!
Słowem, zawiązał ikonie oczy. Gospodyni tego nie widziała. Po obiedzie ten „śmiałek” zaczął rozwiązywać ikonę ze słowami: „No i Bozia niczego nie widział!”. Anna Iwanowna zobaczyła to:
– Co ty robisz, Iwan, zwariowałeś? Upadłeś na głowę? Proś szybciej o wybaczenie…
Nawymyślała mu, jak mogła. Ale Iwan tylko się śmiał:
– Jeżeli Bóg jest – to niech mnie ukarze. Naszym wszystko odebrali, wszystkich zesłali – i Bóg nikogo nie ukarał. No i gdzie jest ten Bóg?… Ja teraz już nie wierzę, że On jest.
Kiedy Iwan przyszedł do domu, opowiedział swojej żonie Jewdokii, co zrobił:
– Oj, oj! Coś ty narobił? Proś o wybaczenie! Żałuj! – przestraszyła się żona.
A Iwan powtórzył jej to samo, co powiedział przy obiedzie:
– Jeżeli jest Bóg – to niech mnie skarze.
– Co ty pleciesz? – żona zaczęła płakać.
– Nie płacz, jeżeli mam ucierpieć, to ucierpię. Ale za to będę wiedział, że Bóg jest.
Oto do jakiego zamroczenia można dojść – prosić Boga o skaranie!… No i tak Iwan położył się spać.
Rano gospodyni wstaje, idzie do kuchni robić swoje. Po niej wstaje gospodarz, próbuje zapalić lampę naftową, pociera zapałkę… Żona się dziwi:
– Iwan, czemu ty lampę zapalasz? Przecież słońce już wstaje, zrobiło się zupełnie jasno.
– Jak to jasno -jest ciemno!
Zapałka pali mu się w palcach, a on jej nie widzi. Wyjmuje drugą zapałkę. Wtedy żona zabrała mu zapałkę, zapaliła mu przed oczami i pyta:
– A teraz widzisz?
A on tylko maca rękami po stole, szuka lampy. Ani zapałki, ani słońca – niczego nie widzi. Ogarnęła go czarna noc.
Żona zatrzęsła się, zaszlochała: mąż oślepł! Wtedy Iwan zrozumiał: Pan Bóg zabrał mu wzrok. Zapłakał Iwan: a więc Bóg jest!
– Chodźmy szybciej do szpitala! – mówi żona.
– Po co do szpitala? – odpowiada Iwan. – Bóg mnie skarał, szpital nie pomoże…
Jewdokia upadła na kolana i zaczęła prosić przed ikonami za męża.
– Czemu ty płaczesz – powiada Iwan – przecież ja sam prosiłem. No i spotkała mnie kara.
A następnej nocy. przyśnił mu się sen. Zbawiciel z tej samej ikony, z której Iwan sobie żartował, powiedział mu:
– Ty mi zawiązałeś oczy – i Ja ci zawiązałem oczy…
Tak to było. A kiedy minęło 40 dni – wzrok powrócił. Widocznie żona gorliwie się modliła. A Iwan stał się takim głosicielem wiary prawosławnej, że aż dziw!
Stało się to w 1932 albo 1933 roku na północy obwodu tomskiego, w Kraju Narymskim, gdzie zsyłali ludzi.

„Nie mogę wejść do cerkwi!…”

Iluż rozmaitych pielgrzymów i pobożnych ludzi widziałem w ciągu lat mojej posługi – z całej Rosji! Do kapłana przychodzą ludzie z różnymi grzechami, ale najbardziej gorzko jest, kiedy słucha się o ciężkich konsekwencjach, jakie ponoszą ci, którzy bluźnią albo drwią z ikon.
Taki właśnie przypadek zdarzył się w Samarkandzie. Sobotnie nabożeństwo całonocne już się skończyło, ludzie zaczęli się rozchodzić. W tym czasie w drzwiach świątyni pojawił się młody mężczyzna, nawet z wyglądu widać było, że jest bardzo chory. Było lato, upał – a on w czapce i cały czas trzymał się za głowę. Parafianka, która sprzątała w świątyni, podeszła do niego:
– Wujku, proszę opuścić świątynię, trzeba zamykać.
A on jakby nie słyszał, oparł się o drzwi. Posadziłem go na ławce, zacząłem pytać:
– Co ci jest? Jesteś chory?
– Głowa mnie boli – odpowiedział.
– Dawno już tak się czujesz?
Mężczyzna opowiedział mi swoją smutną historię: „Uczyłem się w instytucie i bardzo się wstydziłem, że w naszym domu są ikony – mama codziennie modliła się przed nimi. A ja nie wierzyłem w Boga. „Zacofanie” matki wydawało mi się głupotą. Ileż razy ją prosiłem:
– Mamo, zabierz te ikony!
– Co ty, synku, jak można mówić coś takiego!
Długo się z nią sprzeczałem, ale matka nie ustępowała. W końcu postanowiłem więcej jej nie prosić, tylko po prostu usunąć ikony. Tak je schowałem, że nikt by nie znalazł.
Mama przyszła z pracy, patrzy – nie ma ikon.
– Wołodia, gdzie ikony?
– Nie pytaj, mamo, nie ma ich.
– Gdzie ty je podziałeś, Wołodia? Oddaj, nie bierz grzechu na swoją duszę.
– Nie ma ikon.
Chociaż matka prosiła, nie mogłem jej powiedzieć, co zrobiłem z ikonami. Rozpłakała się. Długo płakała. Błagała:
– Oddaj ikony!
Milczałem. Wreszcie mama powiedziała z gniewem:
– Dureń jesteś i durniem zostaniesz!
No i to wszystko. Trochę głupio mi się zrobiło po tych słowach. Jednak nadrabiałem miną i położyłem się spać jakby nigdy nic. Ale o wpół do drugiej zbudziłem się ze strasznym bólem głowy – tak się źle poczułem, że złapałem się za głowę i krzyczałem na cały głos.
Mama wezwała pogotowie, zawieziono mnie do „psychiatryka”. Przeleżałem sześć miesięcy i ile mnie nie kłuli – ból głowy nie przechodził, i czułem, jakby mi padło na rozum. Mama zaczęła płakać i robić sobie wyrzuty:
– Ach, dlaczego ja tak powiedziałam na swojego synka!
To do jednej cerkwi biegnie, to do drugiej – żałuje, prosi o wybaczenie. Ale co tu prosić, skoro ikon nie ma…
W końcu zdecydowała się, poszła do szpitala, podpisała kwit, żeby wypuścili mnie do domu. A ja w domu nie spałem ponad pół miesiąca. Nie mogę spać – i tyle. Nie pomagają żadne tabletki. Ktoś mi poradził:
– Wołodia, pójdź do cerkwi.
No i przyszedłem do cerkwi. Tu jest mi lepiej – tak się zrobiło spokojnie. Czy można tu przenocować?…”
Zdjął ten nieszczęsny Wołodia czapkę i stoi z głową opartą o futrynę drzwi. Wszyscy już wyszli z cerkwi, a on ciągle stoi -jakby zasnął. Znowu mu przypominają:
– Już zamykamy świątynię…
Odszedł kilka kroków, a potem znowu prosi:
– Może ja u was przenocuję?
No, poczęstowano go kolacją, zostawiono na noc. Potem jeszcze na jedną. I tak przez miesiąc mieszkał przy cerkwi – nawet nie myślał o pójściu do domu. Postawiono mu w garażu łóżko, szafę, stół. Dużo czytał – podarowano mu sporo książek… A jego matka nie wiedziała już, co robić: pytała w prosektorium, w szpitalu, zwracała się do milicji – nigdzie nie ma. Znowu płacze:
– Gdzie się podział Wołodia?
W sąsiedniej cerkwi powiedziano jej, że syn jest w świątyni św. Jerzego. Przybiegła do nas, zalała się łzami:
– Wołodia, ty żyjesz! Chwała Bogu! Już myślałam, że straciłam cię na zawsze… Wybacz mi, synku!
– Mamo, chwała Bogu za wszystko!
– Chodźmy do domu, synku.
– Nie, mamo, nie pójdę. Tu jest mi dobrze. Popłakali razem, a potem matka pyta znowu:
– Ale mimo wszystko: gdzie podziałeś ikony, Wołodia?
– Och, mamo, nie ma ich – więcej o to nie pytaj! – znowu zasępił się syn.
Tak mieszkał trzy lata przy naszej świątyni. Ale do środka do świątyni nie wchodził – nie śmiał. Kiedyś poprosiłem go:
– Wołodia, chodźmy, pomożesz mi czytać intencje.
Kiedy tylko przestąpił próg świątyni – drgnął, jakby go ktoś uderzył i złapał się za głowę:
– Oj, nie mogę wejść do świątyni, ojcze!
I wybiegł ze świątyni. Tylko na cerkiewnym dziedzińcu mógł chodzić spokojnie. Oto co znaczy ikona. Straszne jest nie tylko bluźnić – ale nawet dotknąć jej bez czci.

Pojednanie z Niebem

Zdarzyło się to w Kołpaszewie w obwodzie tomskim. Pewna panna, o imieniu Zoja, ukończyła 10 klas, otrzymała świadectwo dojrzałości. Przyszły do niej na herbatę trzy szkolne koleżanki Zobaczyły ikony i zaczęły się śmiać:
– Patrzcie, trzymają ikony!
Hi, hi, hi i ha, ha, ha! Zoja się zawstydziła i zaczerwieniła. Matka przyszła z pracy, a córka postawiła jej ultimatum:
– Mamo, zabieraj ikony!
– Co ty, córeczko? Za nic tego nie zrobię.
Trzy tygodnie trwała walka. Matka nie ustępowała. Płacze ze zmartwienia. A córka wpadła w jakiś szał bezbożnictwa:
– Mamo, jeżeli tak, to ja sama sprzątnę te ikony!
– Sprzątniesz? Wtedy, córeczko, ani razu kubka ci nie podam, nie podam ci szklanki wody!
– Co ty mówisz, mamo?
– Jak ci matka powiedziała – tak będzie, jeżeli ruszysz ikony. Będziesz leżeć plackiem w łóżku – sparaliżuje cię. Królowa Niebios odbierze ci władzę w nogach, odbierze ci rozum – będziesz leżała jak głupia…
Zoi zrobiło się nieswojo. Ale mimo wszystko nie zrezygnowała ze swoich zamiarów. Wtedy matka zaczęła odmawiać akafi-sty (litanie). Pracowała jako stróżka – i w ciągu nocy zdążyła odmówić trzy, cztery akafisty: do Zbawiciela, do Królowej Niebios, żeby przywołali do rozumu jej córkę Zoję.
– Królowo Niebieska, wybacz! – ze łzami nieustannie prosiła matka.
I pewnego razu – minęły już dwa tygodnie, albo więcej -w nocy z soboty na niedzielę córka nagle jak nie krzyknie:
– O-o-o, mamo! Daj mi krzyżyk! Módlmy się! Szybciej!!!
– Co się stało, Zojko?
– Nie pytaj! Nie powiem. To straszne!
Zoja nałożyła krzyżyk, uklękła. Dwie godziny modliła się z matką. Kiedy córka się trochę uspokoiła, opowiedziała:
„Jakaś miła, dobra mniszka, bardzo piękna, trzyma mnie za rękę i prowadzi na zachód. Ubrana była w jakąś wspaniałą brązową szatę – takiego niezwykłego koloru w ogóle nie ma na ziemi. Wokoło ciemna noc. A tam, dokąd idziemy, jest jasno jak w słońcu. Ale skąd płynie światło – nie widać. Długo szłyśmy w milczeniu. I ta mniszka podprowadziła mnie wprost do stromego urwiska, głębokiego na jakieś 15 metrów. A tam w dole – ciemna, brudna woda, w której pływają szczury i krokodyle, i jakieś żmije. A wśród tych gadów pływają ludzie. Człowiek się wynurzy -krokodyl za nim goni. Zanurzy się – a krokodyl za nim. Widok rzeczywiście okropny. Ale z początku nie zrozumiałam o co tu chodzi. Wtedy ta kobieta mówi do mnie:
– No, Zojo, jeżeli będziesz wypędzać Boga, to na wieki wieków w znajdziesz się w takim miejscu.”
Kiedy ta panna usłyszała, że te okropności czekają ją samą, obudziła się i jak nie zacznie krzyczeć: – Mamo, pomódlmy się!… Szybciej daj mi krzyżyk! Wstrząsnęło nią to, jak cierpią duchowo ludzie, którzy walczą, z Bogiem, choćby tylko słowem. Wstały z matką z łóżek do modlitwy i modliły się na klęczkach ze dwie godziny. I nagle Zoja poczuła gorące pragnienie – żeby się modlić, natychmiast pójść do cerkwi, nikogo się nie wstydząc…
– Mamo, chodźmy do cerkwi!
– Jeszcze wcześnie, córeczko, dopiero czwarta rano – pośpij jeszcze trochę…
Tylko dwie godziny modliła się Zoja z matką – a już pojawiły się łzy skruchy i odmieniła się, stała się zupełnie inna duchowo. Szła przeciw Bogu, a teraz poszła za Bogiem. Modlitwa -to wielka nauka!
O szóstej Zoja obudziła się ze łzami w oczach:
Och, mamo, mamo, po co ja się obudziłam?… Próbowała znowu zamknąć oczy, ale nie – nie może zasnąć.
– Co ci się śniło? – zdziwiła się matka. I Zoja opowiedziała… „Widziałam tę samą niezwykłą mniszkę, ale teraz prowadziła mnie na wschód, drogą prostą jak strzała, lśniącą stalowym blaskiem i gładką jak szkło. Szłyśmy powoli, nie spiesząc się -już nie było ciemności, tylko cudowne światło wokół. Podeszłyśmy do ogromnej, rzeźbionej bramy – tak pięknej, że żaden artysta by nie namalował. Ta brama sama otworzyła się przed nami i sama się zamknęła. A droga biegnie w dal przez przepiękny ogród, pełen fruwających ptaków, wonnych kwiatów, niezwykłych owoców. Nie można na to patrzeć bez zachwytu! Patrzymy – przed nami pojawił się złoty krzyż, rozległ się cudowny śpiew, płynący z okien świątyni. Och, jak pięknie śpiewali! Słuchałam i słuchałam – i łzy mi popłynęły z tego zachwytu… Mniszka patrzyła na mnie w milczeniu, a potem spytała:
– No i jak, Zojo, podoba ci się śpiew cerkiewny? Mogłam tylko wyjąkać:
– Och, jak mi się podoba! Jak dobrze! – i rozpłakałam się. I w tym momencie się obudziłam. Mamo, mamo, po co ja się obudziłam?”
Od tego czasu Zoja zaczęła chodzić do cerkwi wcale się tego nie wstydząc – nikogo się już nie bała… Usłyszałem tę historię od samej Zoi.
Oto jest żywa nauka -jak modlitwy matki pomogły bezbożnej córce. A my sami, bez matczynych modlitw, często nie słyszymy skierowanego do nas słowa Bożego. Miewamy głuche serca. A matka, Maria Iwanowna, oczy wypłakała, modliła się nieustannie, co noc odmawiała kilka kanonów i akafistów za córkę.
A potem minęły lata i mama umarła… Córka została sama, i tak się stało, że zachorowała na gruźlicę… A jej przyjaciółki, takie dobre i troskliwe, zaczęły przynosić jej lekarstwa, żywność. Zaś Zoja stwierdziła:
– Skoro Pan Bóg zesłał mi chorobę – muszę ją znosić!…
I ciągle wspominała, co widziała w niebiańskim ogrodzie -jaka tam była radość, jaka jasność! Nie mogę sądzić, czy postąpiła słusznie, czy nie – ale nie chciała się leczyć, chorowała na gruźlicę dwa lata i nie wzięła do ust żadnego lekarstwa… A kiedy umarła -leżała w trumnie z jasną twarzą, jakby woskową, lekka i nieziemska – pojednana z Niebem, przeciw któremu dawniej nierozumnie się buntowała.

Iwerską powróciła

Stało się to w lutym 1996 roku na stacji Bołotnoje w obwodzie nowosybirskim. Dwunastoletnia dziewczynka Swieta cierpiała na niedowład rąk. Leczono ją w różnych szpitalach i nic nie pomagało: nie mogła w ogóle podnieść rąk, cierpiała na silne bóle, tylko dłonie trochę funkcjonowały tak, że mogła z trudem utrzymać łyżkę. Rodzice zamartwiali się, ale oczywiście nie potrafili pomóc dziecku – nie znali Boga, tak jak wielu innych za władzy radzieckiej.
Kiedyś przyśnił się Swiecie przedziwny sen. Dziewczynka opowiadała potem dziennikarzowi Siergiejowi Panfiłowowi:
„Zobaczyłam we śnie bardzo piękną ciocię w lśniącej różowej sukni, w przezroczystych pantofelkach koloru różowego. Podeszła do mojego łóżka i powiedziała:
– Swieta! Czemu ty leżysz?
– Ciociu, ręce mnie bardzo bolą – odpowiedziałam.
– Swieta, rano wstań – pójdź na strych, tam pod sufitem leży ikona zawinięta w tkaninę. Pocałuj tę ikonę – i zostaniesz uzdrowiona.”
Swieta obudziła się i nie powiedziała nikomu ani słowa. Z trudem weszła na strych. Znalazła zawiniątko z ikoną. Rozwinęła i krzyknęła ze zdziwienia: och, jaka podobna jest ta kobieta na ikonie do tej, która się jej przyśniła… Nie wiedząc, jak całuje się ikonę, tylko się do niej przytuliła – i poczuła dziwne ciepło. Pojawiło się uczucie, że ręce są uzdrowione. Postanowiła spróbować – i od razu podniosła z radością swoje ręce, nie czując dawnego bólu. Zeszła ze strychu i pobiegła do kuchni, do matki:
– Mamusiu, popatrz, popatrz, ja podnoszę ręce!
– To niemożliwe! – matka nie wierzyła własnym oczom. Przecież lekarze nie dawali już żadnej nadziei na wyzdrowienie. W żaden sposób nie mogła uwierzyć swojej radości:
– Ale jak to się stało, córeczko?
Swieta opowiedziała matce swój sen. Dziewczynka cieszyła się i bez przerwy podnosiła ręce:
– Patrz mamusiu, patrz! Matka rozpłakała się:
– Biegnij po ojca, córeczko!
Ojciec natychmiast przybiegł z parowozowni, w której pracował. Wyciągnęli schowaną ikonę (przeleżała 56 lat w kurzu), oczyścili, umyli, wytarli – to był stary obraz Przenajświętszej Bogarodzicy Iwerskiej, wysokości 85 cm, szerokości 65, namalowany i poświęcony na Górze Atos w 1909 roku. Rodzice pokłonili się Matce Bożej, pomodlili się jak umieli, popłakali. Obraz powiesili na ścianie.
A następnej nocy Królowa Niebios znowu ukazała się Swiecie we śnie i powiedziała:
– Powiedz, żeby zanieśli ikonę do Mojej świątyni.
Kiedy Swieta się obudziła, natychmiast powiedziała o tym mamie. Wtedy ojciec Swiety wziął ikonę i poszedł do najbliższej świątyni św. Mikołaja, opowiedział ojcu Anatolowi o wszystkim, co się stało i co kazała jego córce zrobić Matka Boża w widzeniu sennym. Ojciec Anatol spojrzał na ikonę i powiedział:
– Niedaleko od nas, na stacji Moczyszcze jest świątynia Matki Bożej „Skoroposłusznicy”.
Zaraz zatelefonowali do proboszcza tej świątyni, ojca Gen-nadija i powiedzieli: Czekajcie, za trzy godziny przywieziemy wam cudowną ikonę Iwerską, którą sama Bogarodzica kazała odnieść do Swojej świątyni. Z modlitwami, ze śpiewem, wzięto ikonę na ręce i powieziono pociągiem elektrycznym. Na stacji powitały ją setki parafian ze świecami w rękach. Uroczyście wprowadzono ikonę do świątyni. I ktokolwiek tego dnia całował tę ikonę – nie wiem, jak głęboka była ich wiara – ale wszyscy, z wielkiego miłosierdzia Bożego, doznali uzdrowienia! Zdarzenie to stało się szeroko znane w całym obwodzie noworosyjskim. Przyjeżdżała ekipa zdjęciowa z telewizji, opowiadali o uzdrowieniu chorych. A iluż ludzi przybyło do ikony po audycji telewizyjnej – nie da się zliczyć! Przez kilka tygodni z tej Iwerskiej ikony, namalowanej na Atosie, spływało krzyżmo. Nieuszkodzona przeleżała 56 lat na strychu w latach prześladowania wiary. Odnaleziono ją po to, by objawić nam cud i umocnić naszą wiarę.
Co roku jeżdżę do Moczyszca, gdzie znajduje się cudotwórcza ikona, i do tej pory ludzie doznają dzięki niej uzdrowienia z różnych chorób, w tym także onkologicznych.
I my powinniśmy pamiętać o tym, by dziękować Panu Bogu za to, że spływa na nas łaska Boża.
Teraz wiele jest podobnych przypadków – występowania na ikonach krzyżma, łez i krwi. U nas w Nowosybirsku w Wielkim Poście pojawiły się naturalne łzy na ikonach Matki Bożej i Zbawiciela. Brano je do analizy i stwierdzano: to nic innego, jak łzy! Wszyscy zastanawiają się, co to może być takiego. A ja myślę tak: kiedy ikona płacze – to jest pouczenie dla nas, abyśmy pomyśleli o żalu za grzechy.

Współcześni obrazoburcy

Wszystkiego tego nie słyszą i nie chcą słyszeć współcześni obrazoburcy – protestanci, którzy świętą ikonę nazywają idolem, drwią sobie z niej. Ja sam nieraz to słyszałem. Teraz przyjeżdżają do nas, do obwodu nowosybirskiego, różni zagraniczni (albo wykształceni przez obcokrajowców) kaznodzieje i szydzą z ikon. Osiem lat temu jeden z nich przyszedł do naszej świątyni w Berdsku, podał rękę – i jak to się mówi, wziął od razu byka za rogi:
– Proszę powiedzieć, ojcze, dlaczego czcicie idole?
– Jak masz na imię? – pytam. – Gennadij.
– Gennadij, ja jestem stary, ślepy, niedowidzę, a ty jesteś młody, oczka masz bystre, pokaż mi, gdzie widzisz w cerkwi idole?
Gennadij wskazał na ikonę Królowej Niebios. Aż mi ręce opadły. Zrobiło mi się niedobrze. Mówię mu:
– Słuchaj, Genoczka! Czy ty masz mamę? -Mam.
– A fotografię mamy?
– Mam, oczywiście.
– A gdzie mieszkasz?
– W Nowosybirsku.
– No więc, Genoczka, kiedy przyjedziesz do domu, weź fotografię mamy, podejdź do niej i powiedz: „Mamo, to jest idol!” Co ona ci na to odpowie?
Gennadij tylko zamrugał oczami…
– No i co, powiedz, czy to jest idol?!
„Kaznodzieja” nic nie odpowiedział.
– A czy ty, Gennadij, masz paszport? -Mam.
Wziąłem jego paszport i pokazuję mu jego fotografię:
– Gennadij, to też jest idol!
– Przecież to człowiek – powiedział zmieszany Gennadij.
– Ach, człowiek? To znaczy, że nie możesz powiedzieć o swojej fotografii, że to idol?
– Nie!
– A czy ty wiesz, kogo wskazałeś na ikonie?
– Wy nazywacie ją Królową Niebios, a ona jest taką samą kobietą, jak wszystkie, miała dużo dzieci – i zaczyna pleść, opowiadać wszystkie sekciarskie bajki.
– Ty chyba nie wiesz, czyją Ona jest Matką? – pytam.
– Wiem. Matką Jezusa.
– Dlaczego więc o swojej matce nie możesz powiedzieć, że jest idolem, a o Matce Jezusa, którego wyznajesz, mówisz zuchwale, że to idol? To jest portret – Jej osoba! Czy wiesz, że znieważasz Jezusa Chrystusa? Jaką łaskę może ci dać Chrystus, jeżeli Jego Matkę nazywasz idolem?
Nic na to nie powiedział… Siedzieliśmy z nim długo, rozmawialiśmy.
– Wy nie uznajecie też krzyża – mówię.
– A po co? I gdzie jest napisane, żeby się żegnać krzyżem? Przecież Jezus Chrystus nie nosił krzyża, tylko wy nosicie krzyżyk!
– Jak to nie nosił? On rozpoczął noszenie krzyża, On niósł drewniany krzyż na Golgotę, na tym krzyżu został ukrzyżowany. Wiesz o tym?
– Wiem.
– A ty mówisz – nie nosił! Na tym krzyżu zwyciężył śmierć. Dlatego nosimy krzyż na znak Jego miłości, Jego zwycięstwa nad śmiercią. Ten krzyżyk – to broń przeciw wrogowi. My też zwyciężamy tym krzyżem – odpędzamy wszelkie niegodne myśli. Wy nie nosicie krzyża i nie żegnacie się, a my się żegnamy – w imię Ojca i Syna i Świętego Ducha – i zacząłem żegnać się znakiem krzyża.
Jak ten sekciarz nie podskoczył, jak się nie rzucił do ucieczki! Ale ja, chociaż jestem stary, dogoniłem go.
– No co ty, Gennadij, uciekasz?
– Przecież to śmierć! Krzyż – to śmierć! – mówi do mnie.
– Przecież mnie widzisz – chociaż jestem stary, słaby, ale żyję. Ileż razy się żegnałem – cale życie, od samego dzieciństwa, i noszę krzyż, i na froncie byłem – ale nie umarłem! Kto ci powiedział, że to śmierć?
– A u nas tak uczą…
A jego ręce są całe pokłute tatuażami – zupełnie jakby narysowane rękawiczki.
– Co to się stało z twoimi rękami, Giena? – pytam.
– Siedziałem dwa lata w łagrze, tam nie ma co robić, no to się kłuliśmy -ja cały jestem pokłuty.
Rozchylił koszulę, pokazał – a tam cały „sweter” wytatuowany na ciele. Na takich właśnie polują sekciarze, uczą ich. Dają bezpłatną literaturę, przysyłają kontenerami całe przesyłki z Ameryki, z Anglii, z Niemiec – byle tylko zapełnić ich dusze.
Taką samą szatańską nienawiść do ikony i krzyża przejawiają jehowici. Sam to widziałem. Kiedyś zadzwoniła do mnie do mieszkania pewna obrotna panna:
– Niech ojciec szybciej idzie na plac zabaw, zaraz tam będą wygłaszać kazanie.
Wyszedłem na placyk, patrzę – na ławeczkach siedzą młodzi ludzie. Mówię do nich:
– Jak to miło, że młodzi ludzie mówią o Bogu…
– Tak, dziadku – odpowiadają- zaraz będziemy głosić kazanie, tylko obejdziemy wszystkie domy. Zaczynamy za 15 minut.
– A o czym będziecie mówić?
– O proroku Mojżeszu.
– O, jak to dobrze. A do cerkwi chodzicie?
– Na razie nie, dopiero zamierzamy zbudować cerkiew.
– A jakiego jesteście wyznania?
– Prawosławnego.
– Nie widziałem was ani razu w prawosławnej cerkwi.
– Bo my tam nie chodzimy, jesteśmy jehowitami.
– Więc po co ostukujecie ludzi, mówicie, że jesteście prawosławni? Ludzi poznali się na waszym oszustwie. Patrzcie – już minęło pół godziny, a nikt nie idzie na wasze „kazanie”, ani jeden człowiek.
Zacząłem zadawać im pytania. A im brakuje odpowiedzi.
– No tak, wy znacie Pismo święte! – mówią.
– Jeszcze jak! Tylko w odróżnieniu od was, my się żegnamy – o tak! – i jak tylko zacząłem żegnać się znakiem krzyża, sekciarzy jakby wiatr zdmuchnął. Uciekają i oglądają się na mnie.
– Oto, kim jesteście, boicie się krzyża!
– Dziadku, przecież to śmierć!…
Nie pytałem ich, kto ich tego nauczył – to i tak jest jasne. Już drugi sekciarz powiedział, że krzyż to śmierć. To pogląd diabelski, satanistyczny. Wszystko to jest walką z Krzyżem. Trzeba bronić Krzyża i ikony. Być żołnierzami Niebieskiej Ojczyzny.

ORĘŻ NASZEGO ZWYCIĘSTWA

To życie, dane nam przez Boga, jest na tyle drogocenne, że powinniśmy je cenić, szanować je i cieszyć się bez końca. Bóg stworzył świat dla radości, dla dobra, dla miłości, żebyśmy się cieszyli jak dzieci, bawili się, radowali. Ale tej radości nie ma. Ja tylko raz się cieszyłem, kiedy skończyła się wojna.
A teraz wojna jeszcze się nie skończyła. Ona trwa, toczy się. W całej Rosji – wojna duchowa. Widzimy to. I przyszłość nas przeraża. Jak dalej żyć? Wszędzie kłamstwo, wszelka przemoc, zabójstwa. Co powiedzą nam o tym nasze dzieci? Czy mogą nam podziękować za to, co przygotowaliśmy im do życia? Nie ma niczego rozumnego, niczego dobrego. Wciąż to samo – papierosy, wulgarne przekleństwa, przemoc, moralne bagno. Czasem ogarnia mnie przerażenie, co robimy z naszymi dziećmi.
Kiedyś podczas spotkania w szkole, pewien chłopiec spytał mnie:
– Ojcze, a dlaczego teraz zaczęli mówić, że Bóg jest? Przecież cały czas nam mówili, że Boga nie ma. Co to – czy Bóg był na urlopie, czy jak?
Widzicie, jak zawrócili nam w głowach na wszystkie strony, zadręczyli dzieci. Jak można nie bronić takich oszukanych dzieci? Nie mówić im prawdy, nie wpajać nauki duchowej?
Tak więc nasze życie to szkoła, szkoła i jeszcze raz szkoła. Prześladowanie Prawosławia trwa od stworzenia świata. Było w czasie rewolucji i w czasach stalinowski, i chruszczowowskich. I zawsze człowiek stał przed wyborem. I teraz stoi, chociaż widocznego prześladowania nie ma. Ale wróg prześladuje naszą chrześcijańską świadomość, atakuje nasze sumienie, żebyśmy drgnęli, żebyśmy odeszli od krzyża, danego nam przez Boga. A wybór zawsze mamy przed sobą. Albo Chrystus – albo diabeł. Innego wyboru nie ma.
Wspominamy i uświadamiamy sobie, jakim nas poddawano próbom, co było – dawniej i teraz. To wszystko było dla nas egzaminem -jakimi jesteśmy chrześcijanami.

„Komunisto, daj nam chlebusia!…”

Na początku lat dziewięćdziesiątych pełniłem posługę w osadzie robotniczej Koływań pod Nowosybirskiem, gdzie pracowałem przy odbudowie świątyni Aleksandra Newskiego. Pewien pracownik miejscowej rady opowiedział mi o oszustwie, jakie wymyślili komuniści w pierwszych latach władzy radzieckiej, żeby odwrócić dzieci od Boga.
Ten człowiek był jeszcze wtedy małym chłopcem, chodził do przedszkola, które urządzono w domu zesłanego duchownego. Były to czasy głodu – nie było chleba. Na piętrze domu kapłana był rzeźbiony drewniany balkonik. Postawiono na nim kosz z nakrojonymi kawałkami chleba, przywiązano do kosza sznur i posadzono tam człowieka. A na dole bawiły się dzieci – dwanaścioro czy czternaścioro malców. Oczywiście dzieci nie widziały z dołu przygotowań do tego „spektaklu”. Nagle jeden z „agitatorów” tak się zwrócił do dzieci:
– Dzieci, na pewno chcecie jeść? Tak? No to krzyczcie, na cały głos: „Boziu, daj nam chlebusia!”
Dzieci oczywiście krzyczą, starają się.
– Dzieci, Bozia was nie słyszy, proście jeszcze głośniej! Dzieci krzyczą głośniej:
– Boziu, daj nam chlebusia!
– Czemu Bozia nie odpowiada? – pyta agitator. – A może żadnego Bozi w ogóle nie ma? A jeżeli nie ma – to nikt wam nie da chlebusia… A teraz krzyczcie: „komunisto, daj nam chlebusia!”.
Jak tylko dzieci krzyknęły, z góry, z balkonu, spuścił się kosz z chlebem, jakby bez niczyjej pomocy.
– No, widzicie dzieci: żadnego Bozi nie ma, a komuniści są! Macie dzieci, jedzcie! Będziemy teraz żyć z komunistami, a Bóg nie jest nam potrzebny.
Ta tania sztuczka bezbożnej „nauki” wywarła wtedy wrażenie na małych dzieciach, tym bardziej, że kawałek chleba wiele był wtedy wart.
Ale co nam, dorosłym i wykształconym, każe dzisiaj wierzyć w kłamstwa, jakie mówią nam, jak za dawnych czasów, o Bogu? Ilu takim kłamstwom gotowi jesteśmy uwierzyć? Przebiegli zamorscy kaznodzieje, różni „dobroczyńcy” zatruwają nam dusze swoimi bajkami, a my szczerze wierzymy, że chcą nas „oświecić”. Budowniczowie globalistycznego świata wmawiają nam, że chrześcijaństwo jest przestarzałe, i my wierzymy, że ono stoi na przeszkodzie dobrobytowi. Czy uwierzymy nowym obłudnym słowom przeciw Chrystusowi? Czy zdradzimy wiarę i ojczyste życie? Oto jest wybór stojący przed każdym z nas.

„Zdejmij krzyżyk!…”

Może nadejdzie czas, i to bardzo szybko, kiedy każdego z nas zapytają: w kogo wierzysz? Czy wtedy wyznamy bez lęku Chrystusa? Czy wyrzekniemy się Go w imię dostatku i spokoju?
Aby umocnić się w wierze, musimy częściej sięgać do przykładów życia wyznawców, którzy cierpieli za wiarę.
Kiedy byłem kapłanem w Samarkandzie, poznałem staruszka duchownego, ojca Kondrata i psalmistkę Agrypinę Iwanowną Mieleńczuk. Ich losy były przedziwne. Oboje pochodzili z Białorusi. Oboje byli staruszkami. Oboje odsiedzieli po dziesięć lat. O tym, że są rodakami, dowiedzieli się w świątyni: ojciec zwrócił uwagę na siwiuteńką staruszkę Agrypinę Iwanowną, która ładnie śpiewała. Miała taki cudowny głosik! Przyjął ją jako psalmistkę.
Agrypina cierpiała za krzyżyk – to znaczy za krzyż Chrystusowy, którego nie zdjęła nawet wobec groźby więzienia i zesłania. Jej rodziców – „wrogów ludu” – aresztowano, a ją oddano do domu dziecka. Kiedy dorosła, znalazła sobie pracę w fabryce włókienniczej w Mińsku. Mistrz na jej wydziale zauważył, że nosi krzyżyk i podszedł do niej:
– Agrypino, zdejmij krzyżyk.
Agrypina milczy – nic nie odpowiedziała. Mistrz na drugi dzień przyszedł do niej z takim samym żądaniem. Znowu nic nie odpowiedziała i nie zdjęła krzyżyka, choć mogła, tak jak wielu innych, zdjąć albo gdzieś schować. Trzeciego dnia mistrz rozmawiał z nią ostro, prawie krzyczał:
– Agrypino, dlaczego nie zdjęłaś krzyżyka?
A więc to tak. Przeszkadzał im krzyżyk. Agrypina znowu nic nie odpowiedziała. Czwartego dnia wezwano ją do biura. W gabinecie dyrektora siedzieli dwaj ludzie w czarnych skórzanych marynarkach.
– Pojedziecie z nami – powiedzieli jej.
Chciała się opierać, ale dyrektor zaczął ją uspokajać:
– Ależ jedź, Agrypino, co ty – boisz się, czy co? Przecież nigdzie się nie zgubisz, przywiozą cię z powrotem…
Kiedy za samochodem zamknęła się podwójna żelazna brama, serce zabiło Agrypinie: „Oj, gdzie mnie przywieźli?” Krzyknęła:
– Puśćcie mnie!
Ale było już za późno. Posadzili aresztowaną przy stole i zaczęły się przesłuchania: gdzie się urodziła, kim są rodzice, krewni – wypytali ją o wszystkie szczegóły. Śledczy zmieniali się jeden za drugim, zaczynając ciągle od początku zadawać te same pytania, a ona cały czas siedziała na taborecie. Wreszcie powiedziała:
– Ile jeszcze będziecie mi zawracać głowę? Chce mi się jeść! Przynieśli jej kawałek chleba i kubek wrzątku. Potem zobaczyli krzyżyk.
– Zdejmij krzyżyk!
-Nie, nie zdejmę -jestem ochrzczona.
Nie nalegali, ale podeszło trzech funkcjonariuszy:
-Zdejmuj sukienkę!
– Nie! Zabijcie mnie, ale nie zdejmę sukienki! Jestem panną. Ale protesty były bezskuteczne. Brutalnie ją obejrzano: czy na ciele nie ma jakichś znamion, pieprzyków, brodawek – znaków szczególnych na wypadek ucieczki. Agrypina nawet wtedy nie zrozumiała jeszcze, czym to się skończy. Po przesłuchaniu zażądała:
– Zawieźcie mnie do domu!
– Gdzie cię będziemy wieźć po nocy? Odpocznij u nas.
Zaprowadzili ją do składu, gdzie przechowywano deski, położyli na gołej, drewnianej pryczy. Zasnęła mocno – zmęczyła się na przesłuchaniach. Rano zerwała się, chciała pocałować swój krzyżyk, łapie – a krzyżyka nie ma. Szukała, szukała – nigdzie nie ma. Nocą, kiedy spała, przyszli do niej i zdjęli krzyżyk.
Do fabryki Agrypina już nie wróciła. Bez żadnego sądu uwięziono ją i wysłano na dziesięć lat w krasnojarską tajgę. Za co – nikt jej nie powiedział. Żadnego wyroku nie było. Dziesięć lat przepracowała przy wyrębie lasu. A po uwolnieniu pojechała nie na Białoruś, ale do Uzbekistanu, gdzie też poznała swojego rodaka, ojca Kondrata i została psalmistką.
A ojciec Kondrat był prawdziwym cudotwórcą. Pod koniec życia całkiem wysechł, było mu ciężko. Matka Agrypina słyszała, jak stanął przed ikonami (a ikony wisiały u niego od sufitu do podłogi!) i poprosił:
– Panie Boże! Pobłogosław mi na bezbolesną śmierć!
– Ojcze, co ty robisz, o co ty prosisz? – powiedziała mu Agrypina. – Czemu prosisz o śmierć?
– Jestem już zmęczony, matko. Nie mogę. Ciężko mi. No i po co ja, stary, jestem potrzebny? Pora umierać – odpowiedział ojciec Kondrat i znowu zaczął się modlić. – Przenajświętsza Bogarodzico! Pomóż mi umrzeć bezboleśnie!
Ledwo podszedł do ikony – jak upadł i umarł. Było to w 1977 roku. Zatelefonowano do mnie – przyjedź na pogrzeb. Wtedy matka Agrypina wszystko mi opowiedziała – o nim i o sobie. Jaką szkołę życia przeszła. Dziesięć lat spędziła w lesie -tylko za to, że nosiła krzyżyk.
Niektóre osoby noszą krzyżyki w uszach jako ozdobę – kpią sobie ze świętości. Są też piosenkarze i piosenkarki, które postępują z krzyżem nieprzyzwoicie, popełniają świętokradztwo. A prosty żołnierz rosyjski, Jewgienij, nie zdjął krzyża, jak tego od niego żądano w zamian za życie, i przyjął męczeńską śmierć z rąk czeczeńskich bandytów. I dziś w sercach prawosławnych żywe jest wyznanie wiary…

„Ty nas skompromitowałeś.

Trudno jest wierzącemu dziecku uczyć się wśród ateistów, szczególnie, jeżeli niemądrzy nauczyciele chcą za wszelką ceną zmusić go do wyrzeczenia się Boga. Ale Bóg daje tym dzieciom siłę do wyznawania wiary.
Oto jaka „bitwa” toczyła się pod koniec lat sześćdziesiątych wokół mojego starszego syna Wołodi, który uczył się w Kołpaszewie od pierwszej do dziesiątej klasy w szkole nr 3 na same piątki – czwórki dostawał tylko czasami. Przez te wszystkie lata był klasowym starostą. Wszyscy nauczyciele i uczniowie bardzo go szanowali. Na olimpiadzie matematycznej zajął pierwsze miejsce w obwodzie. Na wszystkich zebraniach ciągle mówiono:
– Wołodia… Wołodia… Takie postępy…
Mówię to nie dlatego, żeby się chwalić. Rzecz w tym, że syn nigdy nie wystawiał na pokaz swojej wiary, dlatego dyrektor nie podejrzewał, iż chluba szkoły, przyszły złoty medalista (o tym mówiono w szkole otwarcie) jest w rzeczywistości człowiekiem „zacofanym”, jak wtedy mówiono o wierzących. Ale widocznie zaczęły się jakieś pogłoski, albo ktoś powiedział dyrektorowi, że najlepszy uczeń jest, okazuje się, „obskurantem” – chodzi do cerkwi. Jakkolwiek było, ale w czasie egzaminów dyrektor szkoły Anatol Iwanowicz wezwał Wołodię do swojego gabinetu i zadał mu dziwne pytanie:
– Wołodia, jak jest różnica pomiędzy statkiem kosmicznym a cerkwią?
– Anatolu Iwanowiczu! Zadał pan pytanie nie na temat – nie dał się zbić z tropu Wołodia, czując widocznie podstęp.
– Jak to nie na temat?
– Nie przerabialiśmy ani cerkwi, ani statku kosmicznego. Nie mieliśmy takich przedmiotów.
Nastąpiła pauza. Potem dyrektor, widocznie tracąc cierpliwość, zapytał wprost:
– Ty na pewno nosisz krzyżyk?
Wtedy Wołodia wyjął spod koszuli krzyżyk i pokazał mu. Anatol Iwanowicz zaczął się wiercić na fotelu i pobladł:
– Ty nas skompromitowałeś! Teraz nasza szkoła jest skończona. ..
I zaczął dokuczać synowi, strofować go:
– Widzieliście go, chowa się za schodami w cerkwi, ale ludzie i tak cię widzą i wiedzą, że modlisz się za schodami na klęczkach!…
Męczył go całą godzinę. W dyrektorskim gabinecie Wołodia trzymał się dzielnie. Ale kiedy przyszedł do domu, rozpłakał się. Rzucił teczkę w kąt, sam upadł na tapczan. A ja, choć przygłuchy – artylerzysta – usłyszałem, jak bije jego serce. Podszedłem do niego i widzę: Wołodia leży na tapczanie, a koszula na nim podskakuje – serce tak mu się tłucze, że omal nie wyskoczy z piersi.
– Wołodia, co ci jest? Ktoś cię gonił czy co? -Nie.
Podeszła matka:
– Wołodia, synku, co się z tobą dzieje?
Długo milczał i nie odpowiadał. Potem powiedział cicho:
– Anatol Iwanowicz sztorcował mnie za cerkiew.
– O-o-o! Więc słuchaj synku, co ci powiem. Czytałeś Biblię? Musisz wiedzieć, że tak jak prześladowano Chrystusa, tak i ciebie będą prześladować. Za wiarę. Przygotuj się.
Matka namoczyła ręcznik zimną wodą, zwilżyła synowi czoło i pierś pod koszulą. Pod wpływem szoku nie mógł nawet siedzieć – tak go, jeszcze prawie dziecko, okrutnie pobito słowami, poniżono. Przecież przedtem nigdy od nikogo nie słyszał żadnego obraźliwego słowa.
Kiedy Wołodia trochę się uspokoił, powiedział:
– Mamo, Anatol Iwanowicz kazał, żebyś jutro o dwunastej przyszła do niego do gabinetu.
Moja żona, Antonina Jakowlewna, poszła nazajutrz do szkoły – a w dyrektorskim gabinecie zebrało się dziewięć osób, jakby na radę pedagogiczną. Dyrektor zaczął od oskarżeń:
– Antonino Jakowlewna! Dlaczego pani kaleczy dzieci?
Zastępca proponuje:
– Trzeba ją pozbawić praw rodzicielskich!
Moja żona wyprostowała się i omal nie rozpłakała:
– Za co!?
– Za to, że kaleczycie dzieci.
Wtedy odpowiedziała im:
– Czy to nie wy mówiliście na każdym zebraniu: „Wołodia z przedmiotów i zachowania ma same piątki?”. To wy sami, a nie ja, przedstawiliście go do złotego medalu za pilność, mimo że nie był ani pionierem, ani komsomolcem. Cała szkoła o tym wie. Więc za co chcecie mnie pozbawić praw rodzicielskich? W jaki sposób okaleczyłam syna?
Nie wiedzieli, co mają odpowiedzieć, tylko powtarzali między sobą: „okaleczyła syna” i „pozbawić praw rodzicielskich”. Wtedy żona otworzyła torebkę i zaczęła zapisywać. Anatol Iwanowicz zapytał:
– A co pani tam pisze?
– Zapisuję was – tych, którzy chcą mnie pozbawić praw rodzicielskich.
– A po co?
– Napiszę skargę do Moskwy.
Wtedy Anatol Iwanowicz zaniepokoił się:
– Proszę poczekać, załatwimy to wszystko na miejscu…
Od razu złagodnieli i zaczęli mówić życzliwiej. Ale na tym historia się nie skończyła. Kiedy było rozdanie świadectw, wszystkim wydano, świadectwa, tylko Wołodi – nie. Zebranie się kończy, wszystkich zapraszają do stołu. Wtedy uczniowie zawołali:
– A dlaczego Wołodia nie dostał medalu i świadectwa?
Wołodia nie speszył się i nie przestraszył, niczego nie żądał. Wiedział, że potraktowano go tak z powodu cerkwi. Ale kiedy przyszedł o czwartej rano z balu maturalnego, pokazał mi świadectwo – mimo wszystko wydano mu, tylko nie przy wszystkich. A o medalu dyrektor się nawet nie zająknął. Na drugi dzień Wołodia poszedł razem z matką do dyrektora, który wyjaśnił – nie mogli wręczyć mu złotego medalu, ponieważ Wołodia chodzi do cerkwi, a my walczymy z cerkwią. W ten sposób medalu nie dostał…
Pan Bóg pomagał Wołodi – syn ukończył dwie uczelnie, odbył służbę wojskową i mimo wszystko przyszedł do cerkwi: został kapłanem, naprzód w Tomsku, a teraz w obwodzie nowosybirskim. Wykłada w instytucie teologicznym. Studenci i parafianie odnoszą się do niego bardzo dobrze.

„I co mi zrobi wasz krzyż?!”

W Nowosybirsku, w świątyni Wszystkich Świętych w latach walki z religią był klub i kinoteatr. Ogromna sala. Ale bezbożna „kultura” zaczęła chylić się ku upadkowi – niewielu ludzi przychodziło do tego kinoteatru urządzonego w świętym miejscu.
Siedem lat temu zwrócono budynek Cerkwi. Wznowiono nabożeństwa. I ludzie przyszli tłumnie do świątyni. W przedsionku urządzono stoisko – sześć metrów długości, gdzie wystawiono pod szkłem ikonki, krzyżyki, różne książki o treści religijnej. A była dyrektorka klubu została sprzedawczynią w tym niewielkim cerkiewnym sklepiku.
Kiedyś we dnie, kiedy nabożeństwo się już skończyło i w świątyni nie było ludzi, przyszli trzej młodzieńcy. Zachowywali się bezczelnie – nawet czapek nie zdjęli. Jeden z nich wyzywająco spytał sprzedawczynię:
– A gdzie tu jest cerkiew satanistów?
Kobieta zaniemówiła: jak ona, emerytka, poradzi sobie z nimi, jeżeli będą chcieli popełnić jakąś profanację? Ojca nie zawoła z ołtarza – za daleko. A młodzieńcy podchodzą do niej ze złością:
– Ponawieszali tu idoli!
Tak oni mówią o świętych ikonach – idole. Wtedy spojrzenie jednego z tych młodzieńców padło na krzyżyki leżące pod szkłem na stoisku i zaczął się stawiać:
– No, ciotko, wiedz, że jestem satanistą! I co mi zrobi wasz krzyż? Daj mi go tutaj!
„Panie Boże, dopomóż!” – prosiła w myślach kobieta. – Złapie krzyżyk, ucieknie, a ja go nie dogonię… Obroń mnie, Panie!” I nagle ogarnął ją spokój i wyjęła jeden z krzyżyków, zupełnie mały. Kiedy tylko młodzieniec chciał go wziąć do ręki, ledwie świętość lekko dotknęła jego ręki, naraz podskoczył, jakby go prąd poraził, a potem krzyknął na cały głos, na całą świątynię:
– A-a-a-a!!!
Kapłan, ojciec Teodozjusz, przybiegł z ołtarza:
– Co to za krzyki? Sprzedawczyni wyjaśniła:
– Ci tutaj trzej mówią, że są satanistami, nie zdjęli w świątyni czapek, zachowywali się arogancko, kazali sobie podać krzyżyk, chcieli sobie zakpić, ale jak tylko dotknęłam krzyżykiem jego ręki, on zadrżał i zaczął krzyczeć jak obłąkany.
Ojciec Teodozjusz był silny, złapał młodzieńca za zgiętą rękę, wyprostował ją – a na dłoni, w tym miejscu, gdzie dotknął jej krzyżyk, skóra napuchła i nabrała barwy sinobrunatnej, jak od oparzenia. I skurcz wygiął mu rękę, jakby wykręcała ją jakaś siła. Ojciec już puścił tego młodzieńca, a on nadal krzyczał bez ustanku. Wtedy dwóch jego koleżków złapało go pod ręce i wyprowadziło na ulicę…
Oto, jaką siłę ma krzyż. Pan Bóg pokazał to chłopakowi, który sam się nazwał satanistą i zarozumiale się przechwalał: „I co mi zrobi wasz krzyż?”. Ale nie zniósł nawet dotknięcia małego krzyżyka, jaki nosi się na szyi – doznał strasznego oparzenia.
Ten maleńki, jakby się wydawało, przypadek – jest dla nas żywą nauką. Dlatego właśnie toczy się przeciw krzyżowi wojna, bo jego siła jest nieodparta dla tych, którzy służą diabłu. Diabeł jest bezsilny wobec krzyża, dlatego że krzyż – to oręż naszego zwycięstwa.

Posłowie

BROŃCIE NIEBIAŃSKIEJ MIŁOŚCI

Takich przykładów, o jakich opowiedziałem, było w życiu bardzo wiele. Ale czy wszyscy chcą słuchać i wyciągnąć z tego dla siebie naukę?
Częściej szukamy nie zbawienia duszy, tylko ziemskiej pomyślności. Narzekamy na cierpienia, chcemy zbudować pokój na ziemi. Ale na ziemi nigdy nie było i nie będzie pokoju. Dlatego że ziemia – to poligon wojenny. Trwa na niej widzialna i niewidzialna walka. Duchowa wojna toczy się w naszych sercach.
Wielu ludzi lęka się teraz nadejścia czasu antychrysta. Ale trzeba pamiętać, że straszna przyszłość będzie stworzona przez samych ludzi. Zaś Bóg zawsze tworzył miłość i dobro, a śmierć i zło sieje diabeł. I Pan Bóg zwycięży to zło, i żaden antychryst nie jest straszny dla chrześcijanina, jeżeli całym sercem ufa on Panu Bogu.
Wielu ludzi odgaduje rok końca świata. Ale kto, oprócz Pana Boga, wie, kiedy to się stanie? Dlatego powinniśmy zawsze być przygotowani na ten koniec.
I ja też, oczywiście, myślę o tych czasach. Wiem: wszystko jest w rękach Boga. Ale jeżeli taka byłaby Jego wola, chciałbym dożyć Powtórnego Przyjścia. Dlaczego? Dlatego że wiem – czekają nas ciężkie cierpienia. Posmakowałem tych cierpień. I wszystko, co przeżyłem, okazało się pożyteczne dla duszy – i doświadczenie życia na zesłaniu, i przezwyciężenie trudności wojny i blokady. Odbyłem już ten kurs nauk i cieszę się, kiedy udaje się z Bożą pomocą wszystko przecierpieć.
Ale bywa, że ludziom trudno jest przeżywać napaści. Potrzebna im jest pomoc. Wszystkim – i słabym, i silnym – trzeba przypominać, że Pan Bóg zawsze dopomoże. Doświadczywszy wszelkiego zła, trzeba pomagać ludziom. Ja znam smak nieszczęścia, uczyłem się współczuć bliźnim, rozumieć cudze cierpienia. W cierpieniach – dzisiejszych i przyszłych – trzeba szczególnie uczyć się kochać bliźnich. Nie można ich krzywdzić. Powinniśmy przychodzić do każdego, do wszystkich z miłością Chrystusową. Modlić się za ludzi słabej wiary. Przemienić wszystko tą miłością, którą głosił nam Pan.
Niewidzialna walka, wojna, bitwa ze złem o życie wieczne -wciąż trwa. Tak więc, najmilsze dzieci, najmilszy ludu Boży -bądźcie żołnierzami, brońcie niebiańskiej miłości, wiecznej prawdy. A Pan Bóg wszystko nam przygotował – od A do Z. Tylko od nas zależy, jak będziemy się przygotowywać, jak będziemy spełniać Prawo Boże i bronić go, jak w każdej minucie, w każdej godzinie będziemy bronić tego niebiańskiego daru.
A takie przykłady, o jakich mówiłem, umacniają naszą wiarę.
Całe to życie jest szkołą. Całe nasze życie polega tylko na przygotowaniu do życia wiecznego. Tutaj, na ziemi, nie żyjemy, lecz tylko uczymy się żyć w Niebieskiej Ojczyźnie. Chwała niech będzie Bogu za wszystko – za to, że Pan Bóg ma jeszcze dla nas cierpliwość i oczekuje od nas prawdziwej pokuty i modlitwy. Całe to życie jest szkołą. Całe nasze życie polega tylko na przygotowaniu do życia wiecznego. Tutaj, na ziemi, nie żyjemy, lecz tylko uczymy się żyć w Niebieskiej Ojczyźnie. Chwała niech będzie Bogu za wszystko – za to, że Pan Bóg ma jeszcze dla nas cierpliwość i oczekuje od nas prawdziwej pokuty i modlitwy.

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii święty i oznaczony tagami , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.